Postępowanie w wypadku górskim

Także o noclegach, mapach, pogodzie, literaturze...
Awatar użytkownika
horolezec

-#6
Posty: 1608
Rejestracja: wt 06 gru, 2005
Lokalizacja: Gdańsk
Kontakt:

Post autor: horolezec »

mefistofeles pisze:Kiedyś umiałem zawiązać skrajniaka, ale jak to zrobić jedna ręką załapać długo nie mogłem
Ja go związałem wtedy ten jeden raz...Widac stres podziałał mobilizująco :think: .
Iwona pisze:horolezec napisał(a):
Ku mojemy zdziwieniu nie potrafiła się związać...
a mnie to zupełnie nie dziwi.Zapytaj forumowiczów,kto potrafiłby to zrobić cool Nie sądzę,że znajdziesz wielu.
Teraz to już wiem Iwonko, ale wtedy myślałem, że naprawdę ludzie których spotykam w partiach szczytowych w okolicach niełatwej przecież zima Hali Gąsienicowej to już naprawde są wyjadacze...Sądziłem, że tylko moja dziewczyna nie umie się związać i że tylko ją będę musiał wiązać :think: Teraz po kilku sezonach zimą już wiem, że brak tej umiejętności, a co więcej brak liny to jest normalka :?
Iwona pisze:horolezec napisał(a):
żeby nie dzwoniła, bo "nie będziemy robić obciachu"....
nie uważam tego za obciach ale Ty tam byłeś i potrafiłeś ocenić,czy sam dasz radę bezpiecznie wydostać was wszystkich z tej sytuacji.
Wiesz, ja byłem wtedy strasznie wzburzony jakiś taki....Pamiętam do dziś, że z jednej strony byłem wściekły na ta dziewczynę, z drugiej strony było mi jej strasznie żal, że ją Ci ludzie zostawili,a jeszcze inna sprawa, że a cała sytuacja jakoś podrażnił moją ambicję (może to było chore :think: ) i stwierdziłem, że mnie toprowcy wyśmieją jak zobaczą ile mamy sprzętu i że nie umiałem jej stamtąd ściągnąć...
Iwona pisze:horolezec napisał(a):
Wiem tylko, że jej towarzysze (2 chłopaków i dziewczyna) dotarli do Murowańca szybciej od nas i dziewczyna nic im nie powiedziała o tej całej sytuacji...Mówiłą,żę nie weszła na Świnice z powodu pogody....
a tu to krew się we mnie burzy. Ja nie umiałabym się powstrzymać od powiedzenia "kolegom" dziewczyny co myślę o ich zachowaniu mad
Też byłem wściekły, cały wieczór się denerwowałem na nich, bo siedzieli sobie przy stole jakby nigdy nic... Ani nie podeszli przeprosić, ani podziękować.Tak jakby się nic nie stało...śmiem twierdzić, że jeśli ona jeszcze kiedyś pojechała zimą w Tatry to pewnie znowu ją gdzieś zostawili...
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

horolezec pisze:śmiem twierdzić, że jeśli ona jeszcze kiedyś pojechała zimą w Tatry to pewnie znowu ją gdzieś zostawili...
no i właśnie dlatego powinni poznać jakie skutki miało ich nieodpowiedzialne zachowanie, a sama "poszkodowana",gdyby dała się jeszcze raz w ten sposób wykolegować to w moich oczach byłaby strasznie naiwna.
horolezec pisze:a co więcej brak liny to jest normalka
kask też zabierasz zimą?
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
Awatar użytkownika
horolezec

-#6
Posty: 1608
Rejestracja: wt 06 gru, 2005
Lokalizacja: Gdańsk
Kontakt:

Post autor: horolezec »

Iwona pisze:kask też zabierasz zimą?
W Zachodnie oczywiscie nie, ale w Wysokie obowiązkowo...Podczas przechodzenia Orlej Perci w lutym uratował mi życie...Zauważyłem, że mam zimą pecha w kwestii wybierania dobrych stopni na raki...Jakoś nie potrafie ocenić z jakim lodem wyjade a z jakim nie...I tak już kilka razy obie nogi mi wyjechały ze stopnia, i na Orlej to akurat na stanowisku było, więc byłem przypięty do łańcucha, ale w łeb mocno walnąłem..Gdyby nie kask to kto wie ( a taki ładniutki pomarańczowy mam :P ). No a jak już napisałem w czasie ratowania tej dzieweczki też się w łeb walnąłem, a kasku nie miałem i bolało.A czemu akurat o kask pytasz?
Powiem Ci Iwona, że ja akurat sobie umiłowałem na zime zachodnie Tatry bo są dużo bezpieczniejsze...A co do Wysokich to narazie tylko Hala Gasienicowa, bo na Moko nie czuje się na siłach - nie te umiejętności i doświadczenie jeszcze.
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

horolezec pisze:A czemu akurat o kask pytasz?
pytam,bo zdaję sobie sprawę jak łatwo zimą pojechać i czym to może grozić.Skoro kask i tam mam,więc po co ma w domu leżeć? Druga sprawa to mam podobnie jak Ty:
horolezec pisze:na Moko nie czuje się na siłach
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
Awatar użytkownika
horolezec

-#6
Posty: 1608
Rejestracja: wt 06 gru, 2005
Lokalizacja: Gdańsk
Kontakt:

Post autor: horolezec »

Iwona pisze:Druga sprawa to mam podobnie jak Ty:
horolezec napisał(a):
na Moko nie czuje się na siłach
Wiesz, ja myślę, żeby więcej było takich ludzie jak my, którzy potrafią sobie powiedzieć, że gdzieś tam po prostu boją się pójść i nie idą bo mogą sobie nie poradzić to by było mnie wypadków. Respect trzeba mieć i to ogromny ;)
Awatar użytkownika
horolezec

-#6
Posty: 1608
Rejestracja: wt 06 gru, 2005
Lokalizacja: Gdańsk
Kontakt:

Post autor: horolezec »

A z takich już mniej dramatycznych historii z mojego górskiego życia. Kiedyś ale to jesienią było spotkałem chłopaka na Ornaku, który się podobno przewrócił gdzieś po drodze i się jak twierdził: "troche poobijał"... Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że z ręki krew mu aż ciekła i to dość mocno. Jako, że takie rzeczy nie robią na mnie specjalnego wrażenia (w przeciwieństwie do mojej towarzyszki, która blada się zrobiła i powiedziała, żę nie może pomóc bo zaraz zemdleje) poprosilem zeby mi pokazał tą rekę...Chłopak miał na bank złamany kciuk i tak pocharatany, że aż do kości była zdarta skóra. Na dodatek mimo że zgrywał twardziela to widać było po nim, że mu słabo i jest blady jak ściana. Zaoferowałem, że zadzwonie po topr, albo chociaż zejde z nim do koscieliskiej...A chłopak na to, że nie, bo on jest młody i on sobie poradzi i nikt go nie będzie odprowadzał, a topr to już broń Boże.Po czym udał się w dół. I co takiej sytuacji? Zostawić taką osobę w spokoju zgodnie z życzeniem? Mimo wszystko iść z nią(za nią?)? Przyznam, że ja poszedłem w swoją stronę po prostu. Co wy byście zrobili gdy ktoś waszym zdaniem definitywnie potrzebuje pomocy, ale jej sobie nie życzy i zgrywa bohatera?
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

horolezec pisze:Co wy byście zrobili gdy ktoś waszym zdaniem definitywnie potrzebuje pomocy, ale jej sobie nie życzy i zgrywa bohatera?
Tu trzeba sobie odpowiedzieć na dwa pytania - po pierwsze czy stan faceta zagraża życiu czy nie
Oraz - co ja naprawę jestem w stanie pomóc.

Jak się kiedyś przewróciłem na tych głupich obłych płytach przy Terince (po deszczu) i trochę sharatałem kolano to mnie najwięcej denerwowało to, że kupa ludzi się mnie pytała (w trakcie zejścia) co mi się stało i czy mogą pomóc. A co mi np. mogli pomóc ci co wchodzili do góry.

Mój problem jest inny. Nie znoszę widoku krwi. Sobie samemu opatrze wszystko. Natomiast jeśli komuś drugiemu to mi się słabo robi. No i kto mnie tedy będzie ratował? :D
Ostatnio zmieniony wt 02 sty, 2007 przez Janek, łącznie zmieniany 1 raz.
Jestem gorszego sortu...
Awatar użytkownika
Adam B

-#2
Posty: 98
Rejestracja: pt 02 cze, 2006

Post autor: Adam B »

Trudno powiedziec. Na pewno starałbym się przekonac gościa, że pomoc jest mu potrzebna, że to żaden obciach i starał się pójśc z nim, ale jakby się wciąż upierał (a byłbym pewny, że jest w danej chwili w pełni poczytalny), to też bym poszedł w swoją stronę. Cóż więcej mógłbym zrobic? Nawet lekarz nie ma prawa udzielic poszkodowanemu pomocy wbrew jego woli, chocby ten nawet umierał.
Aleksandra

-#5
Posty: 801
Rejestracja: pn 09 paź, 2006
Lokalizacja: Toruń

Post autor: Aleksandra »

Janek pisze:Tu trzeba sobie odpowiedzieć na dwa pytania - po pierwsze czy stan faceta zagraża życiu czy nie
Oraz - co ja naprawę jestem w stanie pomóc.
To najważniejszy argument... Nie zagraża mu życie, poważny uszczerbek na zdrowiu? Trudno... Nic na siłę
Nauczyłam się będąc na kursie pierwszej pomocy, że jeśli rannemu nie zagraża żadne niebezpieczeństwo nie należy go zmuszać... Warto jednak uświadomić mu skutki deycycji i pomoc niekoniecznie znosząc na plecach ;) a opatrując lub poradzić gdzie powienien sie udać...po zejściu lub co zrobić...
Awatar użytkownika
horolezec

-#6
Posty: 1608
Rejestracja: wt 06 gru, 2005
Lokalizacja: Gdańsk
Kontakt:

Post autor: horolezec »

Janek pisze:A co mi np. mogli pomóc ci co wchodzili do góry.
No ewentualnie jakiś prowizoryczne opatrunek gdyby mieli apteczke a Ty nie.
Janek pisze:po pierwsze czy stan faceta zagraża życiu czy nie
Wiesz, to jest takie nieostre pojęcie dlatego, że od złamanego nawet okropnie palca się nie umiera, ale gdyby szedł z tą raną sam a strasznie z niej ciekło to masz pewność, że nie zemdleje, ze nie zrobi mi się słabo, zatoczy sie i zrobi sobie większą krzywde? On już jak go spotkaliśmy to wyglądał marnie, a przed nim była jeszcze długa droga do Zakopanego.
Olusia pisze:jeśli rannemu nie zagraża żadne niebezpieczeństwo nie należy go zmuszać...
Pomijając znaczenie wyrażenia "żadne niebezpieczeństwo" zasadniczo się zgadzam i taką też podjęliśmy decyzje, poszliśmy w swoją stronę. Ale myślałem o nim całą drogę ;)
Awatar użytkownika
mefistofeles

-#10
Posty: 17204
Rejestracja: pt 25 cze, 2004
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Post autor: mefistofeles »

przed jakąś godziną w mojej klatce schodowej facet golnął z 4 piętra (12 metrów - w taki szyb oświetlający). Powiem tyle - uważajcie w górach, nawet jeśli jest "tylko" 10 metrów lotu, widok był wyjątkowo nieciekawy :/

(uprzedzam pytania - był przytomny, sam zdążył mi powiedzieć, ze skoczył)
Jeśli się boisz, już jesteś niewolnikiem!
Grzegorz Braun
Iwona30

-#4
Posty: 268
Rejestracja: pt 14 kwie, 2006
Lokalizacja: Nowy Sącz

Post autor: Iwona30 »

Mysle.że dylemat jak sie zachowac-co zrobic,czy zostawic samego pechowca czy nie..zawsze będzie towarzyszył..Wszystko przeciez zalezy od warunków pogodowych,od rodzaju terenu w którym spotkamy takiego delikwenta i od stopnia obrażen..Własnie jestem w trakcie lektury książki"Wołanie w górach" Michała Jagiełły -Toprowca.Jest to zbiór wypadków i akcji ratunkowych w róznych rejonach Tatr,poprzeplatany m.in rozmysleniami i moralnymi dylematami ratownika.Te wszystkie opisy-a jest ich sporo, pokazują róznorodnosc przypadków,sposoby w jaki ludzie próbuja radzic sobie w sytuacjach ekstremalnych..POLECAM goraco tą książkę!!
Awatar użytkownika
ml

-#3
Posty: 168
Rejestracja: sob 11 mar, 2006
Lokalizacja: Warszawa
Kontakt:

Post autor: ml »

Iwona30 pisze:Mysle.że dylemat jak sie zachowac-co zrobic,czy zostawic samego pechowca czy nie..zawsze będzie towarzyszył..Wszystko przeciez zalezy od warunków pogodowych,od rodzaju terenu w którym spotkamy takiego delikwenta i od stopnia obrażen..
Mysle, ze w gorach wyglada to nieco inaczej niz w sytuacjach codziennych. Przy wypadku w zatloczonych miejskich okolicach duza role odgrywa psychologia tlumu. Czesc ludzi ze zwyklego pospiechu nie zauwaza wypadku. Czesc ludzi nie wie, jak pomoc, wiec nie robia nic. Czesc ludzi nasladuje zachowanie tych, ktorzy nic nie robia. Dochodzi do rozmycia odpowiedzialnosci. Nikt nie czuje sie odpowiedzialny za podjecie dzialania. Podczas wypadkow gorskich sprawa wyglada nieco inaczej - najczesciej jest osoba poszkodowana, jestes Ty i nie ma w poblizu nikogo. Nie ma wiec zmiluj sie - po prostu czlowiek czuje sie odpowiedzialny za podjecie jakiejkolwiek akcji - czy to samego wezwania pomocy, czy tez dotarcia do osoby poszkodowanej i rozpoczecia udzielania pierwszej pomocy zgodnie z wyuczonymi schematami i procedurami.
Iwona30

-#4
Posty: 268
Rejestracja: pt 14 kwie, 2006
Lokalizacja: Nowy Sącz

Post autor: Iwona30 »

ml pisze:Mysle, ze w gorach wyglada to nieco inaczej niz w sytuacjach codziennych
Oczywiscie to że trzeba pomóc nie ulega wątpliwosci!!-to tak dla jasnosci.Chodzi o to ze sposób udzielenia pomocy moze byc rózny i trzeba go dostosowac do warunków.Pisząc o dylematach miałam na mysli: zostac przy poszkodowanym i wezwac pomoc np przez komórke,czy w przypadku np braku zasiegu pozostawienic osobe i zejsc po pomoc.Nasze tatry są raczej zaludnione w sezonie,wiec istnieje prawdopodobienstwo ze ktos nas minie lub usłyszy wołanie.Kroniki Toprowskie sa pełne takich wypadków.Pozostanie na miejscu i czekanie na pomoc nie raz ratuje zycie.Ale z kolei poza sezonem,kiedy prawdopodobienstwo spotkania kogos na szlaku maleje i nie mozna uzyc komórki,pozostawienie człowieka i pójscie po pomoc jest nieuniknione,ale dla pozostawionego moze oznaczac smierc..chociazby ze względu na czas
Awatar użytkownika
ml

-#3
Posty: 168
Rejestracja: sob 11 mar, 2006
Lokalizacja: Warszawa
Kontakt:

Post autor: ml »

Czesc,

powiem, ze rozumiem, co masz na mysli, natomiast mam do tego nieco inny stosunek. Od tego sa poszczegolne procedury wpajane na poszczegolnych szkoleniach z udzielania pomocy, aby po pierwsze nie miec dylematow moralnych, a po drugie miec jak najwieksze szanse na uratowanie poszkodowanego. Po prostu, moim zdaniem nie ma sensu jeszcze raz rozmyslania nad czyms, nad czym juz wielokrotnie pomyslano i co przerobiono w setkach przypadkow, z ktorych nasunely sie konkretne wnioski.

Zasada jest taka, ze jak poszkodowany jest nieprzytomny, to po skontrolowaniu stanu oddechu i tetna dokonuje sie wezwania pomocy, jesli masz taka mozliwosc. Jesli nie, trzeba sie po te pomoc udac. Nikt nie mowi o oczekiwaniu na pomoc. Jak wspomnialas, ktos moze sie przytrafic. Ale po pierwsze w niektorych rejonach moze to trwac bardzo dlugo. Po drugie, jesli juz ta osoba sie pojawi, to ona tez nie bedzie miec w tym miejscu zasiegu sieci w komorce i bedzie musiala pokonac te sama droge, co Ty, ale zajmie to jeszcze wiecej czasu niz gdybys Ty sama wezwala pomoc (czas oczekiwania + czas pojscia po pomoc). Po trzecie, nie masz zadnej gwarancji, ze osoba, ktora o pomoc poprosisz, rzeczywiscie sie po nia uda.

Tracisz wiec znacznie wiecej czasu i nie masz zadnej gwarancji, ze pomoc nadejdzie. W ciezkich przypadkach, wymagajacych podjecia resuscytacji samodzielnie nie bedziesz w stanie dlugo dzialac, bo jest to wyczerpujace. A nie podejrzewam, ze wsrod nas jest ktos, kto kupil sobie za 7000-8000 przenosny defibrylator i biega z nim w plecaku po gorach probujac ratowac przygodnych turystow. Zdaje sobie sprawe, ze w takim przypadku ciezko jest podjac decyzje, bo w jakims stopniu skazujesz poszkodowanego na smierc, ale to samo robisz w drugim przypadku, podejmujac akcje ratownicza, nie majac zadnej pewnosci, ze nadejdzie pomoc.

Jesli samodzielnie udajesz sie po pomoc, to znacznie skracasz czas poszkodowanego na otrzymanie tej pomocy i nie czekasz na cos nieokreslonego. W ten sposob zwiekszasz czas udzielenia fachowej pomocy o czas oczekiwania, ktorego nawet nie da sie okreslic. A dodatkowo skazujesz sie na dylematy moralne. I pozniej przez dlugi czas mozesz zadawac sobie pytania, co by bylo gdyby...

Postepujac zgodnie z procedurami zapewniasz poszkodowanemu zastosowanie sprawdzonych juz metod udzielania pomocy, a sobie zapewniasz spokoj sumienia.

pozdrawiam,
ml
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

Dwa słowa w kwestii "zostawienia" i pójścia po pomoc - przepraszam tych co to znają na pamięć ale myślę, że warto przypomnieć - słynna historia Grońskiego i Birkenmajera na Galerii Gankowej. Nietypowe bo nie było wypadku tylko Birkenmajer zasłabł (prawdopodobnie przyczyną było między innymi to, że w góry poszedł wprost z nocnego pociągu z Poznania - co polecam łaskawej refleksji niektórych koleżanek i kolegów stosujących podobne metody - pociąg z Poznania do Zakopanego przed wojną chyba jechał krócej - to tak na marginesie). W górach było zupełnie pusto, wołania nie dały rezultatu i Groński poszedł po pomoc - jak z nią wrócił to Birkenmajer już nie żył. No i później przez prasę a także w środowisku taternickim była wielka dyskusja, w której zwolennicy poglądu, że Groński powinien zostać i prawdopodobnie i umrzeć razem z kolegą wcale nie byli w mniejszości.
Potem chyba Jaszcz wymyślił legendę o dzwoniących hakach Birkenmajera (trząsł się z zimna i wprawiał w ruch linkę z hakami zawieszoną na szyi) które było słychać w nocy pod Galerią. Dżwięki miały umilnąć gdy Groński sam zaginął bez wieści w masywie Mont Blanc w 1956 roku.

Co do bicia po buzi - sam przyłożyłem żonie przyjaciela w Honoratce - nie było wyjścia - darła się jak opętana w ataku histerii - oczywiście na męża (wiadomo - mąż jest od tego - chyba mu wymyślała od morderców i zboczeńców - dla porządku - generalnie to była kobieta cicha i pełna słodyczy - co to może Honoratka).
Jestem gorszego sortu...
Awatar użytkownika
mefistofeles

-#10
Posty: 17204
Rejestracja: pt 25 cze, 2004
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Post autor: mefistofeles »

Janek pisze:prawdopodobnie przyczyną było między innymi to, że w góry poszedł wprost z nocnego pociągu z Poznania
ZTCW to zdążyli się przed wejsciem w scianę przekimać w namiocie w Kaczej- inna bajka, że Birkenmajer ponoć tej nocy nie spał.

Janek pisze:W górach było zupełnie pusto, wołania nie dały rezultatu i Groński poszedł po pomoc - jak z nią wrócił to Birkenmajer już nie żył.
Słyszałem, ze zmarł jeszcze zanim Groński ruszył po pomoc.
Jeśli się boisz, już jesteś niewolnikiem!
Grzegorz Braun
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

mefistofeles pisze:Słyszałem, ze zmarł jeszcze zanim Groński ruszył po pomoc.
A to wie (wiedział) tylko Groński. Raczej trudno zapytać. Jeśli w zaświatach jest jakiś specjalny rewir dla łażących po górach to ja chyba bedę miał pierwszy szansę zapytać - o ile tam jest sieć to dam znać jak było)
;)
mefistofeles pisze:ZTCW to zdążyli się przed wejsciem w scianę przekimać w namiocie w Kaczej- inna bajka, że Birkenmajer ponoć tej nocy nie spał.
Dokładnie to prosto z pociągu pojechał furką konną do Roztoki i stamtąd na piechotę do Kaczej. Groński przyjechał wcześniej do Zakopanego i był wyspany.
Jestem gorszego sortu...
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

Uzupełniam takim tekstem z "Tatromaniaka"


.: O aklimatyzacji i kondycji :.


czyli jak łazić aby się nie wykończyć

Cywilizacja, którą stworzyliśmy jest naszym wrogiem. Miasto, autobusy, tramwaje, samochody, szkoła i praca za biurkiem przez większą część roku powodują, że w góry przyjeżdżają nie ludzie, a flaki (tu zaznaczam, że dotyczy to także mnie). W tym stanie rzeczy niezbędne po przyjeździe jest chodzenie na krótkie trasy i stopniowe zwiększanie ich długości co umożliwia prawidłowy przebieg aklimatyzacji i podreperowanie kondycji. Zaznaczam, że moim celem nie jest prawienie morałów, chcę tylko napisać parę słów o własnych przejściach ponieważ nigdy nie stosowałem się do tej zasady.

Jak nie należy postępować (sprawdziłem na sobie)

W 1996 roku przyjechałem w Tatry w sierpniu i pierwszego dnia (już po noclegu w Zakopanem) wybrałem się bez aklimatyzacji :-) na Sławkowski Szczyt (2452m) szlakiem ze Smokowców. Do tego mało rozsądnego przedsięwzięcia skłoniły mnie niepokojące prognozy pogody na kolejne dni. Dla tych, którzy nie wiedzą: droga nie jest długa, ale do podejścia jest 1440 metrów (o 340 metrów więcej niż z Morskiego Oka na Rysy). Szło mi się słabo, a jak pamiętam, jeszcze poniżej Królewskiego Nosa (2272m) osłabłem tak bardzo, że na końcówce zatrzymywałem się co kilkadziesiąt kroków...

W 2000 roku przyjechałem w Tatry w czerwcu. Pierwszy dzień był następujący: po czterech godzinach snu wstałem o 4 rano, wsiadłem w samochód i po 8 godzinach prowadzenia samochodu dotarłem do Cyrhli. Tam przebrałem się szybko, wsiadłem w samochód i pojechałem przez Chochołów na Słowację aby z przystanku Biała Skała koło wsi Huty wejść na Siwy Wierch (1804m). Do podejścia było niecałe 900 metrów. Szło mi się znakomicie - na szczycie byłem po 2h 30min, ale zejście wspominam jak najgorzej. W pewnym momencie miałem miękkie kolana i uczucie całkowitego braku władzy w nogach. Cały czas wydawało mi się, że się przewracam i za sprawą wszechobecnej grawitacji ląduję na pysku. Powrót samochodem do Cyrhli był makabryczny bo noga na gazie drgała mi jak oszalała i nie mogłem tego opanować...

W 2001 roku po pierwszym noclegu wybrałem się na Koprowy Szczyt szlakiem przez Doliny Koprową i Hlińską z zejściem przez Dolinę Mięguszowiecką do Szczyrbskiego Jeziora i przymusowym spacerem 11 km do Trzech Studniczek gdzie zostawiłem samochód (trasę opisuję w szlakach Tatr Wysokich - łącznie było to 36,5 km oraz około 1350 m podejść). Słabość dopadła mnie w pięknej Dolinie Hlińskiej w trakcie podejścia na Koprową Przełęcz. Później jakoś się przemogłem i było dużo lepiej. Do samochodu trafiłem po omacku około 20.30 w zupełnie przyzwoitej formie. Na dodatek szedłem po raz pierwszy w nowych butach!!! Po drodze przykleiłem sobie tylko jeden plaster co uznaję za ogromny sukces. Późnym wieczorem (prawie nocą) dzwoniłem do domu i dosłownie nie byłem w stanie gadać tak się cały trząsłem z wyczerpania...

Zdecydowanie lepiej jest zaczynać tak:

W 1999 roku we wrześniu przyjechałem do Cyrhli około godziny 15.00 i poszedłem grzecznie z Zazadni na Rusinową Polanę, gdzie leżąc w popołudniowym słońcu podziwiałem Tatry Wysokie. Wróciłem szlakiem przez Wierch Poroniec i kilka kilometrów szosą do Zazadni. Cała trasa zajęła mi 3 godziny...

a nazajutrz...

Niestety nie przypominam sobie abym kiedykolwiek chodził tak jak należy i stopniowo wydłużał trasy. Następnego dnia poszedłem na Bystrą z Podbańskiej (pętla z Podbańskiej przez Dolinę Kamienistą i przełęcz Pyszniańską; powrót przez Dolinę Bystrą to 22 km + 1300 m podejścia). Nie jest to dużo pod warunkiem, że nie mówimy o pierwszym pełnym dniu pobytu po przyjeździe. Wróciłem, mówiąc delikatnie, dość mocno zmęczony...

a teraz poważnie...

Myślę, że jednak lepiej nie szarżować, a jeśli już to z umiarem. Każdego roku GOPR ściąga dziesiątki lekkomyślnych turystów, którzy zabłądzili, ulegli wypadkowi lub zasłabli. Niestety wśród ściąganych są także martwi. Na koniec mała przestroga: lekkomyślność jest w Tatrach szczególnie niebezpieczna. O zgubnych skutkach braku aklimatyzacji najdobitniej świadczą dwa słynne wypadki taternickie. Przykładowo w 1933 roku na Galerii Gankowej zmarł z wyczerpania słynny i wybitny taternik i alpinista Wincenty Birkenmajer. Podobna była przyczyna śmierci Zbigniewa Abgarowicza w 1950 roku w ścianie Mięguszowieckiego Szczytu. Dodam tutaj, że obaj byli twardzielami i w przeszłości niejeden raz spędzali mroźne noce gdzieś pośrodku stromych ścian, ale jednak obaj popełnili podobny błąd i bez fizycznego przygotowania porwali się na trudne drogi. Oczywiście przeciętny turysta nie chodzi drogami taternickimi i to zimą, więc nie spotkają go takie przeżycia, ale z drugiej strony wiadomo, że "wystarczą" mu znacznie drobniejsze przeciwności typu mgła, deszcz, ochłodzenie.
Jestem gorszego sortu...
ODPOWIEDZ