Moje góry 2006

Dlugo zastanawiałam się jak napisac relacje z mojego ponad miesięcznego pobytu w Tatrach, jednak okazalo się ze nie jest to takie proste. Wydarzylo się tak wiele, każdy dzien przynosil cos nowego, spotkałam fantastycznych ludzi, można powiedziec ze wirtualne „cialem się stalo” Ludzi tych poznalam pośrednio lub bezpośrednio przez Forum 321. Jedno, co się się nie zmienialo, lub bardzo niewiele, to pogoda. Ale jak to już powiedział Janek, będąc w takim towarzystwie, nie trzeba wcale isc w gory a wiec i pogode niech szlag trafi. Jednak poszlam bo gory staly w centrum naszych rozmow, marzen , dociekan a nawet i klotni.
Zdecydowałam się na relacje zdjeciowa z krotkimi komentarzami.
Pierwsze dziesięć dni spędziłam z Basia i M.Z. w Morskim Oku. Penetrowałyśmy teren opisywany i ulubiony przez kilka generacji polskich taternikow. Studiując przewodnik Paryskiego wybierałyśmy sobie ciekawe i nietrudne drogi wspinaczkowe.

Jak widac, żadne miejsce nie jest nieodpowiednie dla lektury.
Celem pobytu w Morskim było przypomnienie sobie umiejętności z kursu skalkowego, alpejskiego i nabycie umiejętności chodzenia w nietrudnym terenie pozaszlakowym, wymagającym jednak asekuracji. Do tego przynależy również umiejętność czytania przewodnikow, co wcale nie jest takie proste.

Ooops, to chyba jednak nie ta droga!
Pewnie nie, pani Basiu, zwłaszcza jak się czyta przewodnik.. hmmm…do gory nogami.
Na początku bywaly nieporozumienia, moja partnerka złościła się nie wiedziec czemu i wrzeszczala

Luuuuuuuuuuuuuuuuuuuuz

Mówiłaś cos , skarbie? Nic nie slysze! Pizdzi!
No i na takich tudzież podobnych pogaduszkach zeszly nam pierwsze dni a potem zaczela się robota.
Pierwsza z naszych wypraw nieco „powazniejszych” było wejście na Zabiego Mnicha. Dzien zapowiadal się niezle, przynajmniej bez deszczu, ale po godzinie wszelkie nadzieje sczezły i w strugach deszczu walczylysmy na Mokrej Wancie z mokra Wanta. Nieprzyjazne miejsce, brrrr. Czasem przestawalo na chwile i jakos udalo nam się dojsc do Lalkowego Przechodu ( czy jakos tak – Basia jest odpowiedzialna za czytanie Paryskiego, wszelkie pretensje do niej)
Zjazd z Lalkowego Przechodu do sciezki na Bialczanska Przelecz Wyzna.


Na przeleczy bez zmian – deszcz.

Po godzinie zelżało, wiec zastanawiamy się – isc dalej czy nie. Skala sliska wprawdzie ale pokusa jest tak wielka. Będzie z poltora wycigu i jesteśmy na szczycie. Idziemy.

A skad ten króliczy ogonek u pani Basi!?
Wreszcie zaczyna się przejaśniać i możemy zobaczyc gdzie w ogole jesteśmy.



Już jesteśmy prawie na szczycie.

A teraz to już na pewno…

A wraz z nami plecaczek z naszywka 321, moim wirtualnym domem…

Za pomoca dwoch zgrabnych zjazdow znajdujemy się znowu na przeleczy i schodzimy do Czarnego Stawu. Jest już noc, kiedy okrazamy staw, sploszone kaczki podrywaja się do lotu.
Nastepnego dnia probujemy wylezc na Mnicha, droga Robakiewicza ale pogoda nie puszcza. Wprawdzie już od rana siedzimy pod sciana i czekamy na jakies okienko ale po prostu nie jest to możliwe.

Nasz upor jednak zostaje wynagrodzony bo włócząc się na zapleczach Mnicha, a dokladnie na Przeleczy pod Zadnim Mnichem, przejasnia się troche, wiec trawersujemy od poludnia podstawe szczytu i przelazimy na Ciemnosmreczynska Przełączkę a z niej na Ciemnosmreczynska Turnie. Krotka ale sympatyczna droga, troche eksponowana.

Oto widok z owej turni na zachod.

A tu okresowy stawek w pobliżu Przeleczy po Zadnim mnichem. Jest tam koleba, która Basia kilka dni pozniej pozna az zanadto dobrze…a to wszystko przeze mnie. O tym jednak nie będę pisac, opowiedza wam świstaki z tej okolicy….smieja się ze mnie do dzis…
Tak minal kolejny dzien bajkowego zycia.

Bardzo ciekawa droga okazala się być nastepna wyprawa na Miegusza. Bandzioch przywital się z nami ciemnymi chmurami.
Cala droge przygotowywala i prowadzila Basia. Ja jednak mam z nia cudowne zycie! Od przejscia na poludniowa strone grani związałyśmy się i mój los zaczal być zalezny od Basi i jej umiejętności. Pisałam już ze bardzo przejęła się rola i tak zakładała kosci ze w żaden sposób nie można było niektórych wyciągnąć. To dla twojego bezpieczeństwa – wrzeszczala z drugiego konca liny. Ech, snilo mi się jebadelko, dosc praktyczny instrument….

Nie jestem pewna czy o tym wlasnie zacieciu mowi Paryski…

Ale podazam wiernie sladami koleżanki.

Gdzies w południowej scianie Miegusza

Przy tej ekspozycji blednie wszystko, blednie nawet sama śmierć…( jakby powiedział poeta )

Mnich jaki smieszniutki…

Kilkuminutowa odslona na Wysokie….

Jeszcze jedno zdjecie i „szczytujemy”

A nawet bezczelnie wpisujemy się do ksiazki wejsc, tuz pod baaaardzo znanymi nazwiskami…he he

Nastepny dzien to odpoczynek. Szwendamy się w okolicy Czarnego Stawu i trenujemy „wspinanie” u stop Kazalnicy. Oglądamy jej topo i szukamy drog na nim zaznaczonych.

Ot, słodkie nieróbstwo.
Nastepbnego dnia udaje nam się zrobic droge Robakiewicza na Mnichu, nie dochodząc jednak do szczytu…z bardzo prozaicznego powodu. Ponieważ poranek był ladny i zachęcająco słoneczny, cala rzesza wyglodzonych lojantow oblegla mnicha, zwłaszcza z tej łatwiejszej strony i na szczycie zrobil się …tlok. Dodam ze takie zatloczenie jest związane z roznymi niebezpieczeństwami wiec wyniosłyśmy się na Zadniego mnicha, na który wchodziłyśmy od Przeleczy Ciemnosmreczynskiej. Pogoda zaczela się bardzo psuc. Zerwal się lodowaty wiatr i zacinalo deszczem.

Widok z drogi. Poniżej ciemnosmreczynska Turnia, na której byłyśmy kilka dni wczesniej.
Przy fatalnym zalamaniu pogody i halnym wietrze zjeżdżamy na strone Przeleczy pod Zadnim Mnichem.

Z tym zjazdem wlasnie sa związane moje perypetie, o których opowiadaja świstaki w okolicy. Od tamtej pory bardzo nie lubie prusikow.
Na tym zakończyłam pobyt w Polsce i po dniu odpoczynku na Banskiej, piorąc rzeczy, uzupełniając zaopatrzenie, pojechałam na Slowacje w towarzystwie Andrzeja Z, Pchełki, Bożenki i Tomtoma. Tam spędziłam osiem dni sielanki zbójnickiej, przerwanej ostrym niezytem żołądka. Nie bylam odosobniona w tym niemiłym zdarzeniu. Mówiąc brutalnie – cala chata była obrzygana od wewnątrz i na zewnatrz. Jednak nawet to nie przeszkodzilo nam w realizacji planow, jednak zwiazana zmowa z Tomtomem, nie będę podawac szczegolow a jednie pokaze zdjęcia.






Po powrocie ze Zbójnickiej spędzałam czas na Banskiej robiąc czesciowo porządki w chacie, która ostatnio bardzo zaniedbałam, zwożąc wegiel i drzewo na zime i…czekając na lepsza pogode. Gdy tylko zdarzylo się „okienko2 już byłyśmy w drodze.

Ganek przywital nas niemalże zima. Była to najtrudniejsza droga pod względem warunkow pogodowych i terenowych, jaka przeszlam tego lata. Pierwszy raz w zyciu bylam naprawde zmeczona. Sciezka znad stawu zamienila się w rwacy potok, tak wiec na samym początku wycieczki buty zostaly totalnie przemoczone. Przyznacie sami ze ten fakt nie podnosi komfortu ani psychicznego ani fizycznego. W związku z tym przemoczeniem nie robiłyśmy przerw, bo po prostu po kilku minutach sztywniałyśmy z zimna. W zmrozonym śniegu drapałyśmy się na Gankowa Przelecz przy akompaniamencie lawin z Wysokiej. Gran przywitala nas lodem i śniegiem ale na szczescie nie było już tak wczesnie wiec ten lod już troche zmiekl. Na szczycie zauważyłyśmy ze pogoda zaczyna się gwałtownie zmieniac wiec po dosłownie kilkudziesięciu sekundach rozpoczęłyśmy droge powrotna. W bezpieczny teren udalo nam się zejsc tuz zanim mgla owinęła Doline Złomisk. Wprawdzie zdobyłyśmy szczyt ale chciałabym jeszcze raz tam pojsc, w nieco wolniejszym tempie.

Posrednia gran była dla nas znacznie laskawsza, choc o piatej rano, tuz za Zamkowskim dopadl nas ulewny deszcz. Przeczekując w lesie myślałyśmy o odwrocie. Na szczescie wial wiatr i co jakis czas otwieralo się niebo nad nami. Właściwie wyszłyśmy z zamiarem zrobienia Jordanki ale w tak niepewnej pogodzie spontanicznie zdecydowałyśmy się na Posrednia Gran. Przyznam ze bardzo interesowala mnie droga zejścia do Starolesnej. Chciałam zobaczyc czy naprawde jest tak zagmatwana.
Jest.

Widok na Kościoły.
Wróciłyśmy dosc pozno na Banska ale ponieważ byłyśmy w niezłej formie, zdecydowałyśmy wykorzystac dobra w miare pogode i zaraz nastepnego dnia wróciłyśmy do Doliny Zimnej Wody i poszłyśmy na Ldowy.
I tu pogoda wykazala się szczytem perwersji. Dostałyśmy kolejnego kopa tego lata. Kiedy podchodziłyśmy pod gran, myślałam ze leca kamienne lawiny. A to „tylko” wiatr walil o gran. Ech, fartowne dziolszki jesteśmy…

Walka na Koniu

I tu konczy się moja opowiesc.
Korzystając z okazji, chciałam bardzo podziękować towarzyszom moich tegorocznych wędrówek. Markowi Z, za wspanialy, wspolny czas w Morskim Oku, za „powrot do przeszłości”, do klimatow starego, dobrego taternictwa, za mądrość i humor. Dziekuje.
Dziekuje Maestro za dyscypline i wole walki do której nikt tak jak On potrafi mnie nakłonić. Niestety, nie chodziliśmy w tym roku zbyt wiele ale mysle ze nadrobimy w przyszłym. Dziekuje Markowi K a czasem W za fantastyczny „maraton” na Posrednia i Lodowy. Jezu, jak ja chciałabym się tak umiec wspinac jak Ty! Dziekuje calej ekipie Kuracjuszy z Andrzejem Z na czele za wspolne „wzloty i upadki”a przede wszystkim za zaproszenie mnie do wzięcia udzialu w tak nobilitowanym projekcie, jakimjest ORGIA. Obiecuje się poprawic w graniówkach. Dziekuje Basi Z za dyskusje do białego dnia. Jesteście jednorazowi, bez Was moje gory bylyby puste.

Ostatni dzien spędziłam samotnie w Dolinie Strążyskiej, na pogaduszkach z pewna nimfa wodna. Wiedzieliście ze ona tam mieszka?
Pozdrawiam
Pozegnanie z latem
Zapraszam na zdjeciowa relacje z wyprawy na Watzmanna. Bardzo Wam pozazdrościłam ze tak możecie sobie w te Tatry kiedy zechcecie, ja tez bardzo chciałabym je zobaczyc jesienia. Ale jako ze walenie glowa w mur niewiele zmienia w rzczywistosci człowieka, postanowiłam przywitac jesien w najbliższej mi okolicy. Tym razem nie towarzyszyla mi Basia, tylko Sarenka . Jak przystalo na szkole tatrzanska, Sara pierwsze swe gorskie ostrogi zdobywala w Tatrach, stanęła na wysokości zadania. Tzn. nie marudzila, jadla co dali w schronie, myla zeby bez przypominania i nie pytala co chwila kiedy będzie szczyt. Jako cel obrałyśmy sobie polnocny i pośredni szczyt Watzmanna, czyli Hocheck ( 2651m) i Mittelspitze (2713m). Wyjechałyśmy w sobote około 9 rano i po czterech godzinach jazdy, z czego dwie stania w korkach w Monachium, wreszcie osiągnęłyśmy nasz pierwszy cel. Parking w Ramsau.
Taki ladny potoczek tu przepływa.

Przed nami droga do schroniska położonego na 1980m. Nawet nie wspominam o tym Sarze, bo jakby wiedziała ze ja czeka prawie 1400 m deniwelacji, to moglaby mieć cos przeciwko temu. Zarzucamy plecaki i w droge.
Uzupełniamy wode w bacowce.

Po czterech godzinach marszu w nieprzyzwoitym upale wita nas schron.
A schronie tloczno bo jak się okazuje, wielu innych postanowilo przedłużony weekend również spędzić w gorach. Nie mam im za zle, zreszta znam to z Tatr. Jako czlonkinie Alpenverein, mamy prawo do znizek na noclegi i zarcie, co wynagradza troche niezadowolenie zwiazane z przepełnieniem schroniska. Po kolacji mocno zakrapianej sznapsem i piwem towarzystwo jakos znika w swoich pokojach, robi się cicho i o 8 wieczorem nie słychać już zadnych odgłosów oprocz pochrapywania.
Nastepnego ranka o 5.30 budza nas nasi współmieszkańcy. Większość turystow wybiera się na przejscie grani Watzmanna, a jest to bardzo dluga i trudna technicznie a także orientacyjnie droga, wiec większość jeszcze w ciemnościach, przy światłach czołówek opuszcza schronisko.


My zamierzamy zrobic tylko polowe tej drogi wiec niespiesznie zajadamy śniadanko i jako prawie ostatnie ruszamy w trase. Droga jest wprawdzie oznakowana ale dosc niechlujnie wiec gubimy się pare razy i w koncu postanawiam isc na „intuicje”.
Towarzysza nam piekne widoki, jako ze sciezka prowadzi raz poniżej grani a raz na gran. Na poniższym zdjęciu na horyzoncie widoczny jesz Hochkönig wraz jego lodowcem.

Cala droge towarzysza nam wiecznie glodne stworzeniai tylko patrza kiedy wyciągniemy cos z plecaka. Jedza nam prosta z reki.

Pogoda na razie dopisuje, choc prognoza ostrzega przed przelotnymi deszczami i burzami a we wtorek ma przyjść całkowite zalamynie. No ale my mamy dopiero niedziele wiec na razie się nie martwimy.
Sara jest w gorach pierwszy raz od dwoch lat i czasami ma troche trudności.

A to widoczek na strone zachodnia. W tej okolicy odbywałam kurs alpejski, który opisuje w relacji „ jak zostałyśmy alpinistkami;)))”.

Wkrotce wchodzimy na polnocny wierzcholek Watzmanna i to zaczyna się cos w rodzaju ferraty. Nie jest to jednak typowa ferrata ponieważ lina zalozona jest tylko w niektórych miejscach. Od tego momentu trasa prowadzi scisle grania i niemałej ekspozycji.



Na pln. wierzcholku znajduje się malutki, drewniany schron, w którym można przenocowac lub znaleźć schronienie w czasie zlej pogody. Watzmann jest znany z kapryśnej natury. Nastepnym razem zamierzamy tu przenocowac, ponieważ schronik stoi na samym ostrzu grani, co ma wiele uroku i naet jest tu kibelek, wprawdzie wiatr wyłamał drzwi, ale kto tam będzie w nocy zaglądał…

Sara swietnie się bawi a ja mam spokojne serce bo jest zaczepiona do liny. Wiem ze zaraz powiecie, ach te ferraty, to przeciez żadne chodzenie po gorach…




Czasami jest zmeczona…

Ale te widoki wynagradzaja wszelkie trudy i ani wiatr ani zimno nie jst już straszne. No ale rękawiczki by się przydaly…

Po około godzinie ekwilibrystyki na grani osiagamy nasz cel i zauważamy ze zrobilo się pozno wiec szybko wracamy ta smy droga. W zachodzacym słońcu mijamy Watzmannsfrau, czyli zone Watzmanna.

Będąc już w bezpiecznym terenie, robie wreszcie to co było prawdziwym celem tej wyprawy: wyleguje się w zachodzącym słońcu na trawie i wreszcie żaden przewodnik i żaden instruktor i żaden filanci w ogole nikt inny mnie nie pogania. Wypalam sobie tyle papierosow ile chce i ide sobie kiedy i gdzie chce.


A takie dywany sa nam poslaniem…

W pobliżu schroniska znajduje się tzw. Winterraum. Będzie on służył turystom w zimie, kiedy schronisko jest nieczynne. Znajduje się w nim opal i żywność a także apteczka. Jest ogólnodostępne.

Mijamy je i zbaczamy ze sciezki na przepiekna hale aby w odosobnieniu nieco pomedytowac..
Dlugo siedzimy jeszcze na pod rozgwieżdżonym niebem…

Pozdrawiam
uszba




