Górskie opowieści

Także o noclegach, mapach, pogodzie, literaturze...
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Górskie opowieści

Post autor: Szarotka »

MARIA ŁAPIŃSKA
"Niegdyś schronisko przy Morskim Oku wypełnione było taternikami. Panowała tu niepowtarzalna atmosfera, która obecnie przywoływana jest w czasie spotkań oldbojów taternictwa oraz zjazdów tzw. "łojantów". - Kiedyś ci ludzie mieli tu swoje miejsce przy stole. Gdy się pojawiają, wraca atmosfera z lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, siedemdziesiątych - wspomina Maria Łapińska, która trzydzieści lat spędziła w schronisku PTTK przy Morskim Oku. - Do Morskiego Oka przyszłam karnie - popracować miesiąc, bo nie zdałam matematyki na maturze. Ale ten miesiąc wydłużył się do trzydziestu lat - rozpoczęła swoją opowieść Maria Łapińska. To nie było jej pierwsze zetknięcie z Tatrami. Od najmłodszych lat wszystkie wakacje spędzała z rodzicami albo dziadkami i rodzeństwem w Zakopanem. Ale na stałe - za namową swojej ciotki, która - tak jak ona przybyła tutaj z Bochni - przyjechała pod Giewont w 1969 roku, gdy rozpoczęła naukę w technikum hotelarskim. Za nie zdaną maturę Kiedy pani Maria zawitała do Morskiego Oka, schronisko PTTK prowadzili jeszcze jej przyszli teściowie - Wanda i Czesław Łapińscy. - Wojtka znałam już w latach sześćdziesiątych, kiedy to przyjeżdżałam do schroniska w odwiedziny do cioci. Ale nie zakolegowaliśmy się, bo w dzieciństwie różnica wieku wynosząca pięć lat jest bardzo duża i Wojtek nie zwracał na mnie uwagi. Ale później odnaleźliśmy się - wspomina moja rozmówczyni. - Wojtek, jako kierowca samochodu dostawczego, przywiózł mnie do pracy i od tego czasu już nie odstępował mnie na krok. Cały wolny czas spędzaliśmy razem. Pamiętam nasze randki na dziurawej łodzi, która woziła turystów po Morskim Oku. Wojtek wiosłował, a ja wylewałam garnuszkiem wodę z łódki. To był czerwiec 1973 roku, a pobraliśmy się półtora roku później. Odtąd wszystkie najważniejsze momenty w jej życiu są związane z Morskim Okiem. Tu urodziły się jej dzieci. Na porodówkę w zakopiańskim szpitalu leciała toprowskim śmigłowcem, a później musiała czekać na odpowiednią pogodę, aby wrócić helikopterem z niemowlakiem do schroniska. Tutaj tylko we trójkę - z mężem i sześcioletnią córką - przeżywała stan wojenny. - Musieliśmy zwolnić wszystkich pracowników - opowiada. - Byliśmy odcięci od świata. Droga zupełnie zasypana, ale to nam wyszło na dobre, bo ktoś wymyślił, że wszystkie samochody terenowe mają być przekazane dla wojska. Tym sposobem uratowaliśmy naszego uaza. Na szczęście piwnica była pełna ziemniaków. Mieliśmy też inne zapasy żywności. Mąż raz na tydzień schodził po chleb Nie wiedzieliśmy, co się dzieje u rodziny w Krakowie i Bochni, a wtedy teść poważnie chorował. Nie było żadnej łączności. Pojechałam z córką do Poronina, załatwiłam sobie przepustkę, aby odwiedzić rodziców - dodaje. W Morskim Oku odwiedzali młodych Łapińskich tylko wopiści, później zaczęli zaglądać też ratownicy, którzy dostarczali jedzenie. A kiedy wprowadzono przepustki, pojawili się pierwsi turyści. Łapińscy natychmiast uruchomili schronisko. To było dla nich wyzwanie, bo prowadzili go tylko we dwójkę. - Zapytałam męża: "Chcesz być przy kuchni, czy zmywać naczynia". Wolał iść do zmywania. Musieliśmy wszystko robić sami. Przypominam sobie, że najgorszą rzeczą dla mnie było sprzątanie publicznych toalet. Później powoli ściągałam już personel - snuje opowieść pani Maria. Morskie Oko to najczęściej odwiedzane przez turystów miejsce w Tatrach. Czasem w sezonie w ciągu jednego dnia przybywa tu nawet od pięciu do siedmiu tysięcy ludzi. Średnio w roku wędruje pod Mięguszowieckie Szczyty trzy-cztery tysiące osób dziennie. A mało kto nie zajrzy do schroniska. - Od kiedy do Włosienicy nie dojeżdżają samochody i autobusy, ruch turystyczny jest rozłożony w ciągu dnia i można nadążyć z przygotowywaniem posiłków. A dawniej, jak w jednej chwili wysiedli ludzie na przykład z czterdziestu autokarów, robił się istny "korek" w schronisku - wspomina kierowniczka. Zacni goście Książka pamiątkowa schroniska jest pełna wpisów. Można się w niej doszukać znanych nazwisk ze świata kultury, sztuki, polityki. Najważniejszym gościem był papież Jan Paweł II, który pozostawił swój ślad w postaci autografu i krótkiego wpisu "Szczęść Boże". To jeden z najważniejszych dni w życiu pani Marii, która za każdym razem, gdy Papież przybywał z pielgrzymką do Polski, oczekiwała go w Morskim Oku. Doczekała się w czerwcu 1997 roku. - Taka dziwna atmosfera panowała tu na tydzień przed odwiedzinami Ojca Świętego - opowiada. - Przyjeżdżały samochody pełne antyterrorystów, którzy penetrowali teren. Nawet nurkowali w jeziorze. Ale ja do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy Papież tu będzie, bo mówiło się o różnych miejscach. W sumie wizyta Ojca Świętego trwała prawie godzinę, z czego kwadrans był wewnątrz schroniska, gdzie była tylko moja rodzina. Pytał o moich teściów, których znał. Dowiedział się wtedy, że już oboje nie żyją - dodaje. Kiedyś schronisko przy Morskim Oku wypełnione było taternikami penetrującymi okolicę. Panowała tu niepowtarzalna atmosfera, która obecnie przywoływana jest, gdy odbywają się spotkania oldbojów taternictwa i alpinizmu oraz zjazdy tzw. "łojantów". - Niegdyś ci ludzie mieli tu swoje miejsce przy stole i gdy przyjeżdżają, to tam siadają - twierdzi moja rozmówczyni. - Gdy się pojawiają, wraca atmosfera lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, siedemdziesiątych. Andrzej Wilczkowski w swojej książce "Miejsce przy stole" wpisał mi taką dedykację: "Marysi Łapińskiej z najgłębszymi wyrazami wdzięczności za to, że MATECZNIK pozostał matecznikiem. Autor". Cieszę się, że wiele osób docenia moją pracę, chociaż to niełatwo prowadzić schronisko po moich teściach, którzy w pewnym sensie stali się legendą tego miejsca. Krótko po śmierci mojego męża, który zmarł w 1985 roku, rozmawiałam o tych moich obawach z kardynałem Franciszkiem Macharskim, a on mi na to: "A ja co mam powiedzieć?" - wspomina. Od kilku lat na powrót w schronisku organizowany jest Dzień Ratownika, podczas którego przysięgę składają nowo przyjęci toprowcy. Trudne chwile Na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat zmieniły się warunki prowadzenia schroniska. - Teraz jest komfort pod każdym względem. Przede wszystkim nie ma najmniejszych problemów z zaopatrzeniem - mówi moja rozmówczyni. Przed 1990 rokiem wszystko trzeba było "zdobywać", mieć układy w zakładach mięsnych i w firmach cukierniczych. Pani Maria jeździła po andruty "Prince Polo" do Skawiny, a po mięso aż do ubojni w Nowym Sączu, bo przydział wystarczał tylko na tydzień. Jednym z najtrudniejszych okresów w ciągu tych trzydziestu lat spędzonych przez Marię Łapińskiej w "sercu Tatr" był remont kapitalny schroniska, który trwał kilka lat, do 1992 roku. Część noclegowa, ze względu na zły stan techniczny budynku, została zamknięta już w 1984 roku. Taka była decyzja straży pożarnej. Schronisko podparte w kilku miejscach stemplami czekało na remont, bo uzgodnienia trwały blisko pięć lat. Najtrudniejszą sprawą była lokalizacja oczyszczalni ścieków. Prace budowlane rozpoczęto dopiero w 1988 roku. - Schronisko było całkowicie zamknięte - przypomina sobie kierowniczka. - W jego pobliżu otworzyliśmy kiosk z napojami, kanapkami, pamiątkami. Wodę nosiliśmy w wiadrach z jeziora. Trudności finansowe, materiałowe, jak również częste zmiany ekip budowlanych wydłużyły remont do czterech lat - podkreśla. Schronisko po modernizacji zostało oficjalnie otwarte 7 listopada 1992 roku. - Marzyłam o tym dniu. Czekałam na dawnych bywalców i atmosferę, która tu przedtem panowała - wyznaje Maria Łapińska. Podczas remontu zlikwidowano szopę gospodarczą popularnie nazywaną przez turystów "kurnikiem", w którym nocowali stali bywalcy. - Przypominam sobie pierwszy zjazd oldbojów w 1993 roku. Właśnie wtedy "kurnik" był rozbierany. Pamiętam ogromny żal i smutek tych, którzy z sentymentem wspominali chwile w nim spędzone - mówi z żalem gospodyni schroniska i pokazuje deskę stojącą w kącie biura z autografami uczestników zjazdu. Ta deska to autentyczny ślad po "kurniku"."
źródło: http://www.ezakopane.pl/tygodnik.php?za ... sci&nr=154
Dla zainteresowanych tematem :
http://republika.pl/terakowski/morskie.htm
Ostatnio zmieniony sob 04 sie, 2007 przez Szarotka, łącznie zmieniany 1 raz.
zushka

-#3
Posty: 192
Rejestracja: sob 09 lip, 2005
Lokalizacja: z Polski :)

Post autor: zushka »

to może jeszcze coś o Ascecie jeśli przy Moku jesteśmy....
Awatar użytkownika
horolezec

-#6
Posty: 1608
Rejestracja: wt 06 gru, 2005
Lokalizacja: Gdańsk
Kontakt:

Post autor: horolezec »

Dzięki Iwona za ten tekst...Jakoś tak sentymentalnie się robi jak się to czyta :)
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

horolezec pisze:...Jakoś tak sentymentalnie się robi jak się to czyta
Wiesz...ostatnio dochodzę do wniosku,że czas propagować powrót do korzeni..dać sobie spokój z "zaliczaniem,rekordami,lansem" -co ewidentnie jakoś przeważa u większości obecnych turystów i postawić na jakość wykonania,szacunek dla gór i pokorę. Ostatnio ktoś mi napisał,że odczuwa jakiś kołowrót odnośnie Tatr.Kiedyś chodził jako laik i instynktownie wiedział co dobre,czego robić nie wolno,nie wstydził się swoich starych traperów i flanelowej koszuli,chodził na szlaki jakie wcześniej starannie sobie przewertował w np.Nyce. Teraz natomist odzczuwa się jakąś nagonkę,presję...proofesjonalnych ciuchów,butów,przejścia zakazanych szlaków, podziałów turystów,coraz częściej czytamy o haniebnym zachowaniu w górach itp Nie chcę dać się zwariować. Zdecydowanie wolę opowieści "jak to drzewiej bywało" niż te cool relacyjki obecnych "zdobywców"
Postaram się umieścić tu więcej materiałaów...sama też chętnie coś poczytam...wstawiajcie:)
Dorian

-#5
Posty: 995
Rejestracja: ndz 31 paź, 2004
Lokalizacja: Jaworzno

Post autor: Dorian »

Iwona pisze:ostatnio dochodzę do wniosku,że czas propagować powrót do korzeni..dać sobie spokój z "zaliczaniem,rekordami,lansem"
Iw jak ty chcesz dać sobie spokój z zaliczaniem,rekordami i lansem jak ty jeszcze tego nie robiłaś o ile wiem :think: No chyba że o czymś nie wiem :?
A co do Tatr to przecież obowiązkowo co zime jeżdzimy,a tej zimy to pewnie zalicz... tfu podelektujemy się jakimiś ładnymi dla oka widoczkami :D A w Alpy(i nie tylko) trzeba jeżdzić by móc docenić jak to w Tatrach jest pieknie i nie ma jednak ładniejszych gór :)
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

Dorian pisze:Iw jak ty chcesz dać sobie spokój z zaliczaniem,rekordami i lansem jak ty jeszcze tego nie robiłaś o ile wiem :think:
oj Dori, źle mnie odebrałeś. Mówiłam ogólnie,nie o sobie. Chodzi właśnie o to,że chcę być z dala od tej całej nagonki :)
..będziemy jeździć Dori i uczyć się cały czas :) Jak wyczuję niezdrowe podejście do gór w naszej grupie to pierwszy się o tym dowiesz ;)
hermit

-#2
Posty: 95
Rejestracja: sob 26 sie, 2006

Post autor: hermit »

@Iwona
jaka nagonka? Jaki lans? Nie podoba się komuś moja flanelowa koszula? Niech nie patrzy. Że nie przeszedłem Orlej i na razie się nie zanosi? No i co z tego? Śmiesznie wyglądam cicho przemykając po oznakowanych (wyłącznie) szlakach, baczę, by niczego po sobie nie zostawić, zwalniam, by nie spłoszyć wygrzewającej się jaszczurki? - nie mam zamiaru przejmować się cudzymi opiniami, które i tak ode mnie nie zależą. Po co chodzimy? Dla kogo? Czego szukamy? Te góry wiele juz widziały, lanserkę też przeżyją.
Wstaw więcej, nie musi być "jak drzewiej" - moze być jak jest - mądrym okiem, które zatrzymuje się na dłużej.
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

hermit pisze:Wstaw więcej, nie musi być "jak drzewiej" - moze być jak jest - mądrym okiem, które zatrzymuje się na dłużej.
racja :)

Wczoraj przed zaśnięciem czytałam takie opowiadanie:

WAWRZYNIEC ŻUŁAWSKI- RZECZ O DUCHACH
"Stałem na pustym peronie zakopiańskiego dworca i patrzyłem w stronę gór. W Warszawie zostawiłem upalne lato - tu przywitała mnie późna górska wiosna, pełna zapachu ziół i kwiatów. Od gór tchnęło surowe, rześkie powietrze, nasycone chłodem topniejących śniegów tatrzańskich. Było słonecznie, cicho i pusto. Na dworcu ani żywej duszy, lecz dalej, wokół - iluż znajomych! Stary Giewont, trochę efekciarsko kokietujący swą sylwetką śpiącego rycerza, straszący co lękliwszych "ceprów" ogromem białych, wapiennych urwisk północnej ściany, z tyłu kopuły Czerwonych Wierchów, gdzieniegdzie przykryte jeszcze płatami śniegu, na lewo Kasprowy, nie zakuty jeszcze wówczas w uciążliwe łańcuchy kolejki linowej, a dalej - to już "prawdziwe" góry: Wysokie Tatry. Wyniosła Świnica, smukła piramida Kościelca, baszty Kozich Wierchów, Granaty, Buczynowe, rozłożyste cielsko Koszystej... Ile jeszcze śniegu po żlebach! No cóż - 25 czerwca, tatrzańskie lato dopiero się rozpocznie..."

"W czasie samotnej nocy górskiej wcale to nie wydaje się śmieszne. Jeden z mych kolegów, taternik doświadczony, chłop zdrowy jak tur i bynajmniej nerwowo nie przewrażliwiony, nocował kiedyś samotnie w kolebie przy Żabich Stawach Mięguszowieckich, nasłuchawszy się przedtem, że tam "straszy" Wachter - taternik węgierski, który przed laty zabił się na pobliskim Żabim Koniu. Gdy obudziły go zbliżające się kroki, które zatrzymały się przed kolebą, i gdy w dodatku spadła mu na głowę poruszona wiatrem płachta wisząca na otworze wejściowym - zerwał się z niesamowitym rykiem, tłukąc po drodze głową w kamienny strop, i pognał po ciemku, na oślep, w kierunku schroniska przy Popradzkim Stawie, jakby go upiory ścigały."

całość do przeczytania tu-> http://www.wsinf.edu.pl/~ftomek/noframes/g_rzecz.html

tam także całość opowiadania:

JAN DŁUGOSZ - LAWINA
''Miło wspominam tamte chwile. Naokoło nas szalało piekło, w krótkim czasie niszczące każde życie, a tutaj my - zagubieni w ogromnych śniegach, w samym sercu gór - samotni i niezależni, zastanawialiśmy się, jaką jeszcze potrawę można wykombinować z długiego makaronu i konserwowych "paradajków". Wieczorem kiedy wiatr targał z wściekłością okiennicami, zmywaliśmy talerze śpiewając smętną "bandoskę". Byliśmy szczęśliwi, że burza trwa, byliśmy szczęśliwi wbrew
wszystkiemu, wbrew zdrowemu rozsądkowi...."
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

Władek Trebunia-Tutka,
nas piyrsy na świecie Platon

"Na Ornaku, ka teroz schronisko stoi, stoła przed wiekami sopa i w tyj to sopie nas Władek Trebunia-Tutka objaśnioł ludziskom, jak sie mo poznawać świat. W dachu sopy dzióra była. Bez te dzióre słonko przezierało. Stoła tyz w sopie drabina. Władek wystyrmoł sie na piyrsy scebel i tak zacón prawić:http://www.krakow.ptt.org.pl/archiwum/w ... tml#gorami

Prawdziwa historia Janosika
http://www.krakow.ptt.org.pl/archiwum/w ... ml#janosik
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

Awatar użytkownika
mefistofeles

-#10
Posty: 17204
Rejestracja: pt 25 cze, 2004
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Post autor: mefistofeles »

Iwona pisze:WINCENTY BIRKENMAJER
http://nyka.home.pl/bibl_his/pl/21.htm
Przez jakis czas uczyl polskiego w moim liceum :)

Meterial podlinkowany podrzucilem ostatnio histerykowi-regionaliscie z tejze szkoly - byl caly happy
Awatar użytkownika
mefistofeles

-#10
Posty: 17204
Rejestracja: pt 25 cze, 2004
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Post autor: mefistofeles »

Henryk Bednarski
WHP w Wielkiej Encyklopedii Tatrzańskiej pisze:(11 XII 1882 Płock - 29 V 1945 Traunstein, Bawaria). Wybitny narciarz, taternik i ratownik górski, z zawodu murarz. W 1903 by uniknąć służby w wojsku carskim uciekł do Galicji, a od 1905 zamieszkał w Zakopanem, gdzie przez wiele lat pracował jako majster murarski, m.in. w 1921-25 przy budowie schroniska Murowaniec na Gąsienicowej Hali. W taternictwie największą sławę uzyskał zdobyciem pd. ściany » Zamarłej Turni w 1910.
Po Tatrach chodził w lecie i zimie. Wśród jego letnich wypraw tatern. - poza Zamarłą Turnią - są takie pierwsze wejścia jak pn. granią Żabiego Mnicha (w 1910) i pn. kominem na Wyżnią Żabią Przełęcz (1912). W zimie dokonał m.in. pierwszych wejść na szczyty: Zadni i Pośredni Granat (w 1908), Mnich (1910), Zadni Mnich (1910), Gąsienicowa Turnia (1910), Mała Buczynowa Turnia (1910), Ptak (1910), Rohacze (1911).
W Alpach był dwukrotnie w okresie zimy i wszedł na nartach na kilkanaście szczytów, m.in. w 1912 z Rafałem Malczewskim i Adamem Staniszewskim na Hoher Sonnblick (3106 m), a w towarzystwie R. Malczewskiego, Aleksandra i Kazimierza Schielów i Eli Michalewskiej w 1914 na Grossvenediger (3660 m).
Druga dziedzina, w której się wybił, to narciarstwo sportowe. Już w 1910 startował w Zakopanem w zawodach narc., zajmując drugie miejsce w biegu seniorów. Następnie zdobywał i pierwsze miejsca, a później, przeszedłszy do klasy starszych, ciągle zaliczał się do najlepszych pol. narciarzy, jeszcze w 1933 zdobywając w swojej klasie drugie miejsce. Pracował też organizacyjnie w narciarstwie i jako instruktor narc.
W 1926 ustanowił nowy rodzaj rekordu długimi rajdami narc. w Tatrach, np. razem z K. Schielem przebył jednego dnia w 16 godz. trasę: Zakopane, Goryczkowa Hala, Kasprowy Wierch (bez kolejki), Wierchcicha Dolina, Zawory, Wrota Chałubińskiego, Morskie Oko, Opalone, Pięć Stawów Polskich, Zawrat, Zakopane.
B. był jednym z pierwszych członków TOPRu i przez ćwierć wieku często spieszył z pomocą ofiarom wypadków górskich, nieraz jako kier. wyprawy ratunkowej. Brał udział w tak ciężkich wyprawach, jak na Mały Jaworowy Szczyt po Szulakiewicza (1910) i w zimie na Galerię Gankową po Birkenmajera (1933).
W 1914-17 służył w Legionach Polskich (w I pułku ułanów I Brygady) w plutonie dowodzonym przez Mariusza Zaruskiego. W 1917 wrócił do Zakopanego. W okresie międzywoj. był jedną z najbardziej znanych postaci zakopiańskich.
W marcu 1940 został aresztowany w Zakopanem przez gestapo i osadzony w koncentr. obozie oświęcimskim za udzielanie pomocy Polakom uchodzącym z okupowanej Polski przez Tatry na Węgry. Pod koniec wojny został ewakuowany do obozu w Dachau w Bawarii, gdzie doczekał się uwolnienia 29 IV 1945, ale w miesiąc potem zmarł.
Tyle o nim Paryski.
Dużo ciekawszy opis jest u Stanislawa Zielińskiego we "W stronę Pysznej"

"Pewnego razu poszedł z ceprem w góry. Nocowali w starym schronisku przy Morskim Oku. Tam wpadła Bednarzowi [przydomek Bednarskiego -dop mef] w ucho cicho prowadzona rozmowa. Dwaj młodzi i ambitni wspinacze, cieszący się już opinią "asów", omawiali szczegóły jutrzejszej wyprawy. Nowa droga skalna, pierwsze wejście... Tego tylko Bednarzowi potrzeba było do szczęścia. Tuż przed świtem obudził cepra i nie opowiadając się nikomu wynieśli się obaj przez okno. Dzieki zapamiętanemu z rozmowy opisowi Bednarz bez trudu odszukał "nowa drogę" i pociągnął za sobą zdumionego cepra. Wariacka wyprawa powiodła się całkowicie. Dotarli szczęśliwie do półki w ścianie, stanowiącej cel wyprawy. Tam wyłoniłsię nieoczekiwany problem: jaki zostawić ślad? Jakim "biletem wizytowym" przekonać ambitnych taterników, że pierwsze wejście nie jest pierwszym? Bednarz nie namyślał się długo...

Nieco później do półki dotarli taternicy, szczęsliwi, dumni z odniesionego sukcesu, parujący zmęczeniem. Co powiedzieli widząc "przekonywujacy dowód bytności człowieka", nikt nie wie. Może klęli dosadnie i długo, może również wybuchnęli smiechem? Bo całe Zakopane pękało ze śmiechu. O kawale Bednarza opowiadano po schroniskach, w pensjonatach i knajpach. Bednarz drwił ile wlazło: cóż to za "super auser" dostępny dla mało wprawnego cepra?"
mnich2

-#2
Posty: 77
Rejestracja: pn 16 paź, 2006
Lokalizacja: Toruń i okolice Wawelu

Post autor: mnich2 »

piszecie o ludziach ktorzy sa slawni.... milo...mialem okazje poznac osobe ktorą zciagali z mnich helikopterem bo na hustawce oderwal sie od skalyi zlecial jakies 30 metrow...opowiedzial mi o ty tadeusz łaukajtys 'klaus' to jego historia ktora uslyszalem siedzac na mniszku w prostej linii jakies 30 metrow od szczytu mnicha koles jest niesamowity ma kupe lat na karku nie ma palcow u rak i nog ale dalej smiga po gorach i to ja musialem nadazac za nim niesamowity czlowiek- zaimponowal mi...
Jagiellonia w Tatrach

-#4
Posty: 473
Rejestracja: ndz 20 lis, 2005
Lokalizacja: Białystok

Post autor: Jagiellonia w Tatrach »

O tym himalaiście Łukajtysie był kiedyś reportaż. Stracił palce w Himalajach w czasie wyprawy na Dhaulagiri. Chciał zapalić na około 8000 m.n.p.m. (!!!) i zgubił rękawice. Było już z nim tak źle, że nawet tego nie zauważył. Uratowało go kilku himalaistów rezygnując ze szczytu co zdaniem jednego z nich Alka Lwowa nie było takie oczywiste.
Lwow miał pretensje, że uratowany nigdy nie powiedział "thanks guys" (napisał to w 'Zwyciężyć aby przeżyć').
W tym reportażu Łukajtys odpałał i jechał Fiatem 125, co jest (raczej było) problemem dla ludzi ze wszystkimi paluchami...
Awatar użytkownika
mefistofeles

-#10
Posty: 17204
Rejestracja: pt 25 cze, 2004
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Post autor: mefistofeles »

Janek pisze:Łaukajtys
U mnie na wydziale pracuje jedna pani (panna chyba) Łaukajtys - córka?
mnich2

-#2
Posty: 77
Rejestracja: pn 16 paź, 2006
Lokalizacja: Toruń i okolice Wawelu

Post autor: mnich2 »

mefistofeles pisze:U mnie na wydziale pracuje jedna pani (panna chyba) Łaukajtys - córka?
.... a to bardzo mozliwe mefistofeles i corka i wydzial sie zgadza
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

Iwona pisze:WINCENTY BIRKENMAJER
http://nyka.home.pl/bibl_his/pl/21.htm
SEZON TATERNICKI W ŚWIETLE PRAWDY
Każdy dobry znawca taternickich stosunków, przeczytawszy artykuł Wiesława Stanisławskiego p.t. "Po taternickim sezonie" ("Stadjon" IX. Nr. 30), musi doznać uczucia głębokiego oburzenia. W artykule tym bowiem pełno przemilczeń i przekręceń. W imię sprawiedliwości i dobrej sławy taternictwa należy je sprostować.
Oj, nie lubili się obaj panowie, nie lubili... :D
bios

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 08 gru, 2005
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: bios »

Aniela Kobylarczyk - "Babka" z Rusinowej Polany

"Stary góral opowiadał: - Kardynał Karol Wojtyła chodzieł w góry. Nikt nawet nie wiedzioł, kto on jest, bo się nie przedstawioł, no ale zawse set rano na Rusinowom Polanę do kaplicy i kie był na Rusinowej, to zachodzieł hań zawse do babki Kobylarcyk.

Aniela Kobylarczyk była ostatnią gaździną Rusinowej Polany. Każdy ją znał i każdy mógł się u niej napić herbaty. Kiedyś kardynał Wojtyła też ją o herbatę poprosił, ale ona go nie poznała. Powiedziała tylko: - Ej, żeście się najedli, aj najedli, kozdy by herbatkę chcioł pić, ale wody to mi ni mo kto przinieść.

Na te słowa poderwał się kardynał, wziął dwa wiadra i poszedł do źródła po wodę.

Po 16 października 1978 roku ktoś zagadnął Anielę Kobylarczyk: - No, babko, widzicie. Tego, coście posłała po wodę, obrali na papieża, a wyście mu telo dobrze zrobieła, boście mu herbaty uwarziła!

Na to babka Aniela Kobylarczyk rzekła ze smutkiem: - Hej, kieby jo była wiedziała, to jo by mu tej herbaty nie warziła. Miałabyk se teroz dwa wiaderecka wody świenconej."

Dnia 15 sierpnia 1986 roku, w kaplicy na Wiktorówkach, jej gazda poświęcił skromną tablicę upamiętniającą naszą Babkę:

Służyła Bogu i ludziom
Ś+P
ANIELA KOBYLARCZYK
z Nowobilskich nasza "Babka"
* 1897 + 1985
opiekunka turystów, ostatnia gaździna
Rusinowej Polany, pozostaje wśród nas
przyjaciele z kaplicy i szałasu

Więcej o Babce i Rusinowej Polanie: http://www.rusinowa.net/
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

Pokutnicy - czas spędzany w skałkach
Stanisłw Worwa
"Po wojnie powstały nowe warunki działania. Poznaliśmy ówczesną czołówkę taterników, tak zwanych Krakowskich Pokutników - Mariana Paullego, Czesława Łapińskiego, Kazimierza Paszuchę, Adasia Górkę. Pierwszy sezon letni w Tatrach 1945 roku spędziliśmy w Morskim Oku, zaproszeni przez Czesława Łapińskigo, który gazdował w schronisku, ale o tym w dalszej części wspomnień.

W styczniu 1945 roku front przeszedł przez Kraków i okolice, zaczęły się wiosenne miesiące ponurej wolności. Wędrówki nasze skierowały się teraz w podkrakowskie dolinki, gdzie można było spotkać trenujących taterników. Wczesną wiosną zaczęliśmy więc zachodzić do Bolechowic, licząc na kontakt z ludźmi gór, do których chcieliśmy się zbliżyć, znaliśmy nawet parę nazwisk, ale nie spotkaliśmy nikogo. Próbujemy więc wspinać się na własną rękę, obawa przed wysokością jest jednak skuteczną barierą.

Następnej niedzieli przychodzimy już ze sznurkiem od bielizny, ściągniętym ze strychu. ma on zastąpić nam linę. Pokonujemy przy jego pomocy, asekurując się z góry, łatwiejsze kominki. Fascynacja nowym działaniem potęguje się.

Jędrek przyniósł ze sobą góralską ciupagę, którą już wcześniej w związku z planami zimowymi zabrał wujkowi, zapalonemu turyście, przedwojennemu działaczowi PTT - ma ona spełniać rolę czekana, który według naszego przekonania jest niezbędny do wspinania. Próbowaliśmy więc z tą ciupagą pokonywać pionowe ścianki wapienne, utrudniała ona skutecznie wspinanie, mimo prób zaczepienia jej gdzieś wyżej i podciągania się w ten sposób. W końcu spadła ze skały i złamała się, co ułatwiło nam życie.

Wędrujemy dalej w zespole naszej paczki, tj. Krystyna, Julek, Jędrek i ja. Często przychodzimy na piechotę z Bronowic już w sobotę i organizujemy wieczory przy ognisku. Po kolacji, zapatrzeni w magiczną silę ognia, przeżywamy nastrój prawdziwie górskich biwaków wśród wierchów i przepaścistych ścian, wierzymy, że wszystko przed nami, nucimy znane piosenki góralskie czy partyzanckie. Nie śmiemy jeszcze marzyć o Alpach czy innych górach... śnią nam się Tatry. Refleksy światła ożywiają wapienne skałki i bujną zieleń rozwijającej się przyrody. Chwile te dają poczucie małego szczęścia i motywację do dalszego upartego działania.

Nocowaliśmy najczęściej w którejś ze skalnych grotek. Grotki te tworzą jak gdyby okna, dość wysoko w wapiennej ścianie. Trzeba się było powspinać, aby tam dotrzeć, co zwłaszcza po ciemku nie było pozbawione emocji, szczególnie gdy niosło się wodę w menażce. Noce były mniej przyjemne, gdyż za okrycie służyły nam marne koce, pod którymi było zimno, zamiast materacy zaś mościliśmy podłoże warstwą jedliny, obciętej z pobliskich świerków, co tworzyło zupełnie wygodne posłanie.

Pewnego ranka wyglądamy z naszej grotki nie spiesząc się ze wstawianiem. Naprzeciwko pod Zamarłą Turnię podchodzą nasi idole, taternicy, z liną na ramieniu i pękiem haków w garści. Szybko przechodzą dla rozruchu klasyczną drogą na Zamarłej i próbują wspinać się pionową rysą z prawej strony, przy pomocy tzw. techniki hakowej. Likwidujemy szybko nasze legowisko i schodzimy nieśmiało pod ścianę. Ja próbuję wspinać się w dolnych partiach skalnych.

Po chwili zeszli z góry, byli to: Marian Paully z Czesławem Łapińskim i Stanisławem Szpilem. Nawiązała się rozmowa, przywiązano mnie do liny i mogłem popróbować swoich możliwości. Po dość obiecującym wstępie stwierdził:

- No zobaczymy? - i zaproponował przejście "rysą łazików", wprost przez przewieszkę.

Tutaj było już trudniej, wklinowałem się połową ciała w wąskie gładkie pęknięcie, które na dobitek złego, przewieszało się coraz bardziej. Nogi fikały mi w powietrzu, trzymać się nie bardzo było czego, wężowym ruchem dotarłem ręką do chwytów ponad szczeliną i znalazłem się w końcu na górze - zacząłem nabierać respektu dla skały.

Po tym pierwszym spotkaniu nawiązały się przyjacielskie kontakty. Marian Paully stwierdził, że skoro już koniecznie musimy się wspinać, to możemy korzystać z ich sprzętu, zostawionego u Babci Kozerowej, która mieszkała u wylotu doliny.

W gospodarstwie Kozerów była baza noclegowa i magazyn sprzętu pokutników. Owa Babcia przeszła nawet do historii powojennego taternictwa. Od niej wywodzi się właśnie nazwa grupy Pokutników.

A było to tak: pewnej deszczowej niedzieli, gdy nasi wodzowie zmęczeni, przemoczeni i zziębnięci wrócili ze skałek do domu, widząc ich w takim stanie rzekła z politowaniem: - "Posiedzielibyście panowie w izbie, a nie łazili z tymi snurami i tym brzenconcym zelastwem po skolach, jako te pokutniki".

W ten sposób powstała nazwa Pokutników, rozszerzona potem na całe młode pokolenie krakowskich tatrerników.

Te "snury", jak mówiła Babcia, to rzeczywiście nie był sprzęt atestowany. Była to przedwojenna konopna pleciona lina, która po wciągnięciu miała różne zgrubienia i przewężenia, na pewno nie budziła większego zaufania, ale wierzyliśmy w nią święcie, ponieważ była to lina "taternicka". Nazwaliśmy ją "koci ogon". Za to druga lina była nieco grubsza, dla odmiany sizalka, szorstka i wytarta do ostatnich granic. Posiadanie tego sprzętu nobilitowało nas.

Obydwie te liny miały swoją historię, na sizalce zabił się nasz młodszy kolega Wiesław Orłowski na Galerii Gankowej w Tatrach, dwa lata później w roku 1947. Zerwała się przy upadku. Był to pierwszy powojenny wypadek taternicki.

Na "kocim ogonie" nie zabił się nikt, ponieważ udało mi się go zerwać w czasie zjazdu Rysą Łazików...

Papa Kędzior - jak nazwaliśmy naszego skałkowego seniora - założył zjazd. Zawsze lubiłem zjeżdżać dynamicznie i z fantazją, jechałem więc w karabinku i rękawiczkach, żeby zmniejszyć tarcie. Po założeniu klucza nabrałem szybkości i zwolniłem w połowie, następnie po odbiciu nogami od ściany dużym łukiem chciałem wylądować na ziemi. - Ale co to!! - zamiast wytracić prędkość spadania, mimo prawidłowego hamowania walnąłem nogami w ziemię i przewróciłem się na plecy - dwa końce liny spadły obok mnie z prawej i lewej strony w dziwnych skrętach. Pewne zaskoczenie - dlaczego Kędzior za wcześnie zrzucił linę? - Skąd te dwa końce??! Blada z przerażenia twarz instruktora patrzy na mnie z góry. Energia potrzebna do zerwania liny akurat zamortyzowała szybkość zjazdu, co zdołało mnie uratować.

Wstałem otrzepałem się i słyszę oburzony głos Krystyny: - Popatrz - Zerwałeś taternicką linę, za szybko zjeżdżałeś!! Mieliśmy kupę szczęścia, ktoś na tej linie mógł się przelecieć z samej góry.

Taki to był ówczesny sprzęt, wiara jednak czyniła cuda i pozwoliła chodzić po górach.

Jak się więc rzekło, nawiązaliśmy kontakty z taternikami, z którymi spędziliśmy dużo wiosennych dni, wspinając się wspólnie w skałach i wiele się od nich ucząc.

Zbliżały się wakacje, Czesiek Łapiński gazdował już w Morskim Oku, zaś "Abazy" czyli Kazimierz Paszucha w Roztoce. Mieliśmy zaproszenia do obydwu schronisk. Atrakcyjną okolicznością było wówczas to, że w zamęcie powojennym granica w Tatrach była sprawą formalną, przechodziło się ją gdzie się chciało i jak się chciało, nikt nie protestował. Dalekie, urocze wielodniowe wędrówki po wysokich dolinach słowackich Tatr stały się w najbliżych latach praktyką na co dzień, tym bardziej, że wolno było wszędzie biwakować. Tak więc w czerwcu wybraliśmy się na dłuższy pobyt do Morskiego Oka, gdzie Czesław Łapiński oddał do naszej dyspozycji stare schronisko.

W późniejszych latach skałki obrastały coraz większą ilością ludzi wspinających się. Regularnie organizowano wiosenne kursy wspinaczkowe, na których pełniliśmy rolę instruktorów. Działalność szkoleniowa w Klubie zaczęła rozwijać się planowo. Pojawili się koledzy, którzy później w polskim taternictwie i alpinizmie mieli dużo do powiedzenia. Niektórzy stworzyli nowy etap i zrównali osiągnięcia sportowe z czołówką światową. Były to podwaliny przyszłych sukcesów himalajskich. Takich nazwisk Krakowiaków jak: Janek Długosz, Stanisław Biel, Marian Bała, Stanisław Worwa, Jerzy Wala, Adam Skoczylas i wielu innych, nie trzeba nikomu przedstawiać. Byli oni wszyscy wychowani w klimacie naszych skałek i tutaj szlifowali swoją technikę, szkoląc równocześnie nowych adeptów.

Z każdym rokiem środowisko było coraz liczniejsze, trzeba przyznać przy tym bardzo zżyte ze sobą, połączone bezinteresowną pasją działania, ponieważ nie było wtedy żadnych wyrachowań, ani celów materialnych. Gdy w okresie stalinizmu istniały duże trudności związane z pobytem w Tatrach, całe życie towarzyskie skupiało się głównie w dolinkach.

W czasie szkolenia miały miejsce również różne niezbyt bezpieczne zdarzenia. Wiele kłopotliwych sytuacji powstawało często w czasie zjazdów, gdy instruktor nie dopilnował zasad bezpieczeństwa lub zawierzył zbytnio umiejętnościom kursanta. Najgorsi zaś byli kandydaci na naukowców, ci płatali figle zgoła niespodziewane.

Na którymś kursie z końca lat pięćdziesiątych jeden ze zdolniejszych matematyków, zjeżdżał z Wielkiej Przewieszki w Dolinie Kobylańskiej bez asekuracji, zdając test sprawnościowy. W pewnym momencie zaczął odwracać się głową w dół. Był w połowie zjazdu. Nie stracił jednak zimnej krwi, odezwała się w nim natura analityka i spokojnie zapytał: - Panie instruktorze, co ja mam teraz zrobić?

Wilczkowski znalazł się właśnie pod ścianą i chociaż nie był instruktorem tej grupy krzyknął gromko: - Wypuszczaj wolno linę z ręki lewej, prawą trzymaj sztywno.

Kursant wykonał manewr bezbłędnie, skomentował to zaraz, zadowolony z rezultatu: - A rzeczywiście - jakie to proste.

Wilczkowski powoli ochłonął z wrażenia - było to proste, chociaż mogło być również tragiczne, gdyby popełnił dalszy błąd. Po chwili uścisnęli sobie ręce pod ścianą.

Zresztą, kto w końcu nie popełnia błędów. Kiedyś po zajęciach chciałem zabłysnąć odwagą i popisać się brawurowo szybkim zjazdem. Ze szczytu Jastrzębiej Turni zwisały na całą długość dwie związane ze sobą zjazdówki. Pojawiłem się wysoko na górze, jak w cyrku, ubrany w podwójny skafander i rękawiczki. Audytorium na dole przestało oddychać z wrażenia. Założyłem klucz zjazdowy w karabinek, wychyliłem się w próżnię i odbiłem nogami od ściany. Lina zaczęła przelatywać zbyt szybko i po drugim odbiciu po prostu wypadła mi z ręki!!! Szybkość zjazdu niepokojąco zaczęła wzrastać...

Powtórne uchwycenie liny w tej sytuacji było niemożliwe. Zdołałem jedynie zginając rękę przepuścić ją przez łokieć, co było jednym ratunkiem. Ale im bliżej ziemi, zwisające końce liny były coraz lżejsze i szybkość zjazdu wzrastała nadal. W końcu wyrżnąłem w ziemię, aż się zakurzyło, amortyzując nogami upadek, jak przy skoku spadochronowym. Efektem było nadwyrężenie stawu skokowego, ale mogło skończyć się dużo gorzej.

Do autobusu wracałem holowany pod ręce przez dwie koleżanki, którym chciałem najbardziej zaimponować.

Dziwne zdarzenie miało również miejsce na ścianie z filarkami. Jest tam taki ciasny kominek - wnęka, od którego zaczyna odbiegać w głąb skały niewielka grotka. Penetrując ją zauważyłem pod nogami ciemny wąski otwór, z którego dobywał się ciąg powietrza. A więc pewnie istnieje możliwość odkrycia nowej jaskini. Przymierzyłem się, związany liną, do wejścia w dół. Zacisk był potwornie wąski, ale popychany przez kolegów i wspomagany grawitacją, jakoś wsunąłem się do wnętrza. Dziura rzeczywiście poszerzała się i prowadziła w głąb na poziom gruntu. Kończyła się kilkumetrowym korytarzykiem. Na dnie było trochę kości drobnych kręgowców, które wpadły z góry. Spenetrowawszy otoczenie, zacząłem przymierzać się do wyjścia. Okazało się ono jednak prawie niemożliwe do pokonania. Szczelina była tak wąska, że uniemożliwiała jakikolwiek ruch w górę. Zastosowaliśmy więc system podciągania na krótkich pętlach i po pewnym czasie zmęczony znalazłem się na powierzchni.

Wieść o zdarzeniu naturalnie rozeszła się szeroko. Następnej niedzieli zjawił się tutaj Kazimierz Kowalski, wówczas początkujący naukowiec-speleolog. Postanowił koniecznie spenetrować dziurę, aby fachowym okiem spojrzeć na jej wnętrze. - Ubijaliśmy go wspólnymi siłami w otworze wejściowym, jako że był nieco obszerniejszej tuszy niż moja osoba. W końcu udało się, zniknął we wnętrzu.

Po niedługim czasie powstał naturalnie problem wydobycia go stamtąd, co okazało się absolutnie niemożliwe! Mijały godziny wytężonej pracy, gdy delikwent tracił zupełnie siły i wiarę w sukces działania. Dostał w międzyczasie jakieś leki podtrzymujące sprawność i kondycję. Tak minęło popołudnie i cała noc. Na górze powstała duża baza ratunkowa z lekarzem.

Drogi działania mogły być dwie. Albo podgłodzić delikwenta, by stracił na objętości i zmieścił się w zacisku. Albo... wezwać pogotowie górnicze i z zewnątrz drążyć skałę. Ta druga alternatywa, ewentualnie przy pomocy materiałów wybuchowych, zdecydowanie nie podobała się Kowalskiemu. W nocy trochę się zdrzemnął na opuszczonym materacu, dostał środki wzmacniające i ranne próby pokonania przeszkody przebiegały dużo owocniej. W końcu wszystko skończyło się dobrze bez łamania skały. Pewnie udział w tym miała wielogodzinna głodówka i utrata wagi. Od tego czasu kominek ów nosi nazwę Komina Kowalskiego - vide przewodnik po skałkach Krzysztofa Barana i Tomasza Opozdy.

Do wesołych przypadków należało też podkarmianie dziewczyny "kurczakami w sosie własnym". Wieczorami, po intensywnym dniu działania, Maryna Lechowska zawsze lubiła dobrze zjeść. Koledzy, wiedząc o tym, zastawili na nią pułapkę. Z gniazd położonych wysoko w skale, powypadały młode gawrony, oprawiono je, przyprawiono i wrzucono do kochera.

Przechodzimy wieczorem koło ich namiotów, dokoła rozchodzi się smakowita woń rosołu. Mańka zerka chciwym okiem i rzecze:

- O, kurczaki - a można spróbować?

- Wiesz, to kurczaki Andrzeja Mandy - chyba można, tylko nie zjedz wszystkich.

Maryśka wyciąga dziwną chudzinę z menażki i dmucha, żeby ostudzić.

- Takie małe?... - wyrywa jej się ze zdziwieniem.

- Bo to są młode kurczaki, Andrzej przydybał je gdzieś na wsi - pada odpowiedź.

Wreszcie podnosi do ust i zagryza z rezerwą.

- Nie najlepsze - mówi, ale dobrze przyprawione...

Gdy w końcu stwierdziła, że właściwie dobre, można doszukać się smaku i zajadała się na całego, gruchnęliśmy nieopanowanym śmiechem.

W skałki docierało się w różny sposób, najczęściej pociągiem do Zabierzowa, stąd następnie wędrowało się z ciężkim, często również biwakowym sprzętem na plecach, przez łąki i przysiółki do Bolechowic. Niektórzy przyjeżdżali na rowerach mocno wyboistą drogą. Pół biedy, gdy było sucho, gorzej kiedy tonęło się w deszczu i błocie, wtedy boczne, przyjemne ścieżyny stawały się nieużyteczne i jechało się przez kałuże w lepkiej mazi.

Często woziliśmy na ramie nasze dziewczyny. Raz jechałem w ten sposób z Hanką Klemensiewicz. Byliśmy oboje utytłani w błocie po uszy, Hania chyba bardziej ode mnie, gdyż za każdym razem gdy kolejna niewidoczna koleina blokowała koło roweru, lądowałem na niej wtłaczając ją skutecznie w jakąś lepką maź. - Ale nic to... spokojnie znosiła przeciwności losu i jechaliśmy dalej.

Innym razem znów, wracałem solo późnym wieczorem i zjeżdżałem wygodnie asfaltem z Pasternika w kierunku Krakowa. Ciemności panowały zupełne, rower naturalnie był bez światła. W kierunku jazdy orientowałem się patrząc nie na szosę, lecz na niebo, gdzie na tle świecących gwiazd migały słupy telegraficzne. Szybkość z góry była duża, poganiałem ostro. W pewnym momencie stało się coś dziwnego: Jakieś uderzenie! - łomot! i długim szczupakiem ląduję na szosie! Wstaję obolały i staram się zorientować co się właściwie stało. Z rowu słyszę jąkający się głos:

- O k-kur...mać - co za fr...owate zderzenie!

Okazało się, że zawadziłem o podobnego rowerzystę, jadącego naprzeciwko. Mimo potłuczeń, oboje byliśmy jednak na chodzie. Po początkowej wymianie "grzeczności" rozstaliśmy się w zgodzie, życząc sobie szczęśliwej drogi. Tylko rower mój nie bardzo nadawał się do dalszej jazdy, gdyż stracił pedał z korbą i lewą kierownicę. Wykorzystując go więc jak hulajnogę, pchałem się dalej w kierunku domu, zadowolony, że tylko na tym się skończyło.

Czas spędzony w dolinkach na wspinaniu, szkoleniu adeptów i uroczych biwakach, wynagradzał nam jednak z nawiązką drobne niedogodności i czekaliśmy z tęsknotą następnej niedzieli."
http://www.gory.wyd.pl/archiwum.php?art=444
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

Tatry lat dawnych
Na nowych drogach - dokończenie
Wojna 1939 roku i okupacja niemiecka podcięły zupełnie rozwijający się pięknie alpinizm polski, który właśnie w przeddzień jej wybuchu osiągnął swój największy sukces - rekordową i tragiczną wyprawą himalajską - i podkopały bardzo mocno korzenie taternictwa. Warunki, cięższe jeszcze niż w reszcie okupowanego kraju, jakie zapanowały w Zakopanem i Tatrach z jednej strony, z drugiej zaś śmierć lub niewola wielu czynnych taterników sprawiły, że na parę lat Tatry niemal zupełnie opustoszały. Na północno-wschodniej ścianie Mnicha zawisła wielka, drewniana swastyka. Dopiero rok 1942 przynosi pewne ożywienie. Obok najwytrwalszych: Korosadowicza, Vogla i Orłowskiego pojawiają się również inni. Zostaje rozwiązanych parę pomniejszych problemów, a równocześnie zaś nad Morskim Okiem z najbardziej urwistych ścian zaczyna się rozlegać uporczywe stukanie młotków: to pracują "Pokutnicy".
Obrazek
Widok na Bielskie Tatry z mozolnego, zimowego podejścia, fot. Vilém Heckel
Około roku 1930 pojawiła się w Krakowie grupka młodych taterników, dobrych sportowców, nie należących do żadnej z istniejących organizacji, która obok swego normalnego taternictwa związała całą swoją działalność z wapiennymi skałkami podkrakowskich dolinek i ich urwiste ścianki uczyniła celem swoich zdobyczy w wolnych godzinach oraz miejscem świetnych, całorocznych treningów wspinaczkowych. Trzon tej grupy stanowili Marian Paully, Kazimierz Paszucha, Czesław Łapiński i Adam Górka. Nazwą "Pokutników" ochrzciły ich wiejskie babiny, widzące ich nieraz rankiem lub o zmroku dążących ku skałom, obwieszonych linami i podzwaniających żelazem haków i młotków. Ich działalność taternicka rozwijała się nieco na uboczu od właściwego nurtu wielkich zdobyczy, dosyć wolno, lecz bardzo systematycznie, by poprzez tak piękne powtórzenie, jak przejście uskoku Wschodniego Szczytu Żelaznych Wrót lub drugie przejście całości (a pierwsze w ciągu jednej wyprawy) drogi Stanisławskiego na Małym Kieżmarskim, sięgnąć w latach poprzedzających wojnę do najwybitniejszych zdobyczy letnich i zimowych. Równocześnie w dolinkach na coraz trudniejszych ściankach rozgryzają samodzielnie i doskonalą technikę hakową, podciągową, która w okresie okupacji doprowadza ich do zaatakowania ścian, wobec których bezsilna była technika klasyczna, a nawet pierwociny podciągowe zakopiańczyków.
Obrazek
Taternik w pełnym rynsztunku do wsinaczki techniką hakową, czyli tak zwanym podciągiem. Widzimy tu specjalne wiązania liny na piersiach i sprzęt hakowy. fot. R. Łukasiewicz.
Po szczegółowej penetracji w lipcu 1942 roku Paszucha i Łapiński atakują odpierającą dotychczas wszystkie próby zdobycia górną część północno-wschodniej ściany Mnicha, stosując na przestrzeni kilkudziesięciu metrów po raz pierwszy w Tatrach w tak wielkiej skali technikę hakową, zdobywają tę ścianę prawą połacią. Przy okazji popukali trochę z boku - i w niedługim czasie swastyka spadła. W dwa tygodnie później dodają do tego sukcesu drugi nie mniejszy - zdobycie środka północno-wschodniej ściany Kazalnicy, wiszącej wprost nad tonią Czarnego Stawu nad Morskim Okiem. W następnym roku ci sami taternicy zdobywają urwistą wschodnią ścianę mniejszego sąsiada Mnicha - Mniszka, a wreszcie w sierpniu przechodzą środek północnej ściany Galerii Gankowej drogą o ogromnych trudnościach, prostą jak strzała, rozwiązującą idealnie i definitywnie problem tej wspaniałej, najoryginalniejszej w Tatrach, pionowej, trzystumetrowej ściany.
Obok nich i inni taternicy zaczynają stosować technikę podciągu: wkrótce po zaawansowanej a spłukanej przez deszcze próbie Paszuchy i Łapińskiego Korosadowicz i Wicherkiewicz zdobywają środek północnej ściany Żabiej Turni Mięguszowieckiej.
Również i taternictwo zimowe okresu wojny jest skromne pod względem ilościowym, jednak i tu mamy do zanotowania zdobycz zupełnie pierwszorzędną, mianowicie wejście na Kozią Przełęcz Wyżnią wprost od północy dokonane 9 i 10 kwietnia 1944 roku przez Stanisława Siedleckiego i Jana Stryjeńskiego. I tu zastosowanie po raz pierwszy na większą skalę w zimie sztucznych ułatwień pozwoliło na przezwyciężenie trudności technicznych, stojących dotychczas poza praktyką taternictwa zimowego.
Pod koniec wojny, jesienią 1944 roku, ukrywa się na Wadze i w Dolinie Rumanowej przed represjami niemieckimi grupa taterników polskich, głównie krakowskich. Jeszcze i w tym czasie dokonują oni kilku ładnych pierwszych wejść w grupie Smoczego Szczytu i Szarpanych Turni.
*
Pierwsze lata po wojnie - to okres intensywnego odradzania się taternictwa polskiego i pod względem organizacyjnym i w terenie. Już w 1945 roku zostaje reaktywowany w Krakowie Klub Wysokogórski. Z przedwojennych taterników niewielu co prawda wraca do pełnej działalności: Tadeusz Orłowski, Paweł Vogel, ale już obok nich narasta nowe, wojenne i powojenne pokolenie. Przoduje tu zdecydowanie Kraków. Starzy "Pokutnicy" wprawdzie jakby się chwilowo nieco wyczerpali swoimi wielkimi sukcesami z okresu wojny, które stanowiły bez wątpienia nowy skok w rozwoju taternictwa, ale w solidnym treningu skałkowym i w Tatrach przygotowali już dojrzałych następców i co roku kształcili nowych. Z okresu wojny już jako dojrzali taternicy wychodzą krakowianie; Adam Dobrowolski, Zbigniew Hegerle, Witold Ostrowski, Jerzy Piotrowski, Stanisław Worwa, a każdy sezon przynosi nową falę "pokutniczych" wychowanków. Równocześnie żywą działalność rozwija trójka młodych zakopiańczyków: Henryk Czarnocki, Józef Januszkowski i Jerzy Mitkiewicz.
Lata 1945-1950 są więc domeną przynajmniej pod względem ilościowym wojennego i powojennego pokolenia taterników krakowskich i nielicznych zakopiańskich. Tym wyraźniej odbija na tym tle działalność kilku dosłownie osób spoza tych środowisk, głównie stojącego u szczytu swojego rozwoju taternickiego Tadeusza Orłowskiego.
Sezon letni 1945 roku i zimowy 1945/46 siłą rzeczy są jeszcze bardzo słabe. Dopiero rok 1946 przynosi sukcesy na miarę przedwojennych: Czarnocki i Januszkowski wchodzą z Doliny Hlinskiej na Teriańską Przełęcz Niżną olbrzymim, dzikim kominem, atakowanym już przez Motykę, zaś Orłowski z towarzyszami rozwiązuje piękną drogą płytowy środek północnej ściany Żabiego Szczytu Wyżniego. Wspaniałym sukcesem niestarzejących się "Pokutników" staje się dokonane w dniach 15-20 lipca 1946 roku przez Górkę i Paszuchę pierwsze przejście grani Tatr Wysokich od Przełęczy pod Kopą do Liliowego. Problem ten był w okresie międzywojennym parokrotnie bezskutecznie atakowany przez wybitnych taterników, ale zawsze jego rozmiary i wszechstronne trudności wielkiej wyprawy stawały na przeszkodzie ukończeniu drogi. Najbardziej zaawansowana próba Staszla i Vogla w 1934 roku załamała się po 11 dniach na Rysach po przebyciu około 3/4 trasy.
"Problem był poważny - pisze Paszucha - Musimy przyznać, że zdawaliśmy sobie sprawę z wielkości przedsięwzięcia, trudu i wysiłku, ale zdawanie sobie sprawy z tego w domu, klubie czy schronisku jest jednak bardzo dalekie od rzeczywistości". Trud wyprawy wyrywa z ust temu niespożytych sił i wytrwałości taternikowi zbuntowany okrzyk:
"O grani, skończ się już wreszcie!"
Tak samo zima 1946/47 roku przynosi już wyniki dorównujące najlepszym osiągnięciom przedwojennym. Na terenie Tatr spotykają się teraz wybitni zimownicy przedwojenni z wychowankami "Klubu Wysokogórskiego Winterthur" w Szwajcarii i młodzieżą krakowską i zakopiańską, a ich już to współdziałanie, już to rywalizacja dają piękne wyniki. Jako pierwsza pada niemal niespodziewanie w dniach 3 i 4 kwietnia północna ściana Wysokiej, zdobyta przez przygotowujących się do wyprawy alpejskiej Witolda Ostrowskiego i Jerzego Piotrowskiego. 26 kwietnia pada kilkakrotnie już w tym sezonie atakowana zachodnia ściana Niżnych Rysów. Zdobywa ją dwójka wytrawnych alpinistów: Jerzy Hajdukiewicz i Jan Staszel.
Okres następny przynosi coraz większe ograniczenia ruchu wysokogórskiego, coraz większe jego niezrozumienie, a co za tym idzie przymusowe obniżenie jego lotów mimo dużego dopływu młodych sił.
Latem 1947 roku wyjeżdża jeszcze wprawdzie w grupę Mont Blanc wyprawa pod kierownictwem Stanisława Siedleckiego, odnosząc tam piękne sukcesy, nawiązujące do dobrych przedwojennych tradycji alpinizmu polskiego, ale już jej kontynuatorka - wyprawa w roku 1948, mająca wprowadzić w Alpy młodzież taternicką, mimo daleko posuniętych przygotowań nie dochodzi do skutku. Również zawiodła planowana wyprawa alpejska w roku 1949.
W Tatrach prawie całkowite wyczerpanie wielkich problemów sprowadza taternictwo z wolna do skrajnego już niemal konstruktywizmu. Tylko nieliczne jednostki potrafią jeszcze wyłowić tu i ówdzie nie tknięte czy nie rozwiązane właściwie urwiska. Cała działalność wysokogórska ogranicza się z roku na rok coraz bardziej do otoczenia Morskiego Oka i Hali Gąsienicowej. Przez szereg lat taternicy polscy nie dokonują żadnych wejść w Tatrach słowackich, a nawet rzadko odwiedzają szczyty graniczne.
Lato 1947 roku pod nieobecność najlepszych, bawiących w Alpach, jest dosyć słabe. Powojenna młodzież taternicka dopiero zaczyna się ruszać. Przejście wschodniej ściany Granatów przez Zbigniewa Abgarowicza i Ryszarda W. Schramma otworzy dopiero za parę lat wrota penetracji zapomnianej Dolinki Buczynowej. Sukcesy roku 1948 ograniczają się już niemal wyłącznie do otoczenia Morskiego Oka.
Obrazek
W ścianie, fot. Vilém Heckel
Pomimo wielkich utrudnień i zmniejszania się atrakcyjności taternictwa z roku na rok wzrasta dopływ młodzieży. Lata 1946-1948 wprowadzają w Tatry liczną gromadę wychowanków krakowskich, zaś w roku 1949 odżywa wreszcie po wojnie środowisko warszawskie głównie dzięki staraniom Orłowskiego i Żuławskiego. Rok 1949 przynosi też jedyne w ciągu wielu lat zbiorowe wyjazdy w Tatry słowackie, na których młodzież ma możność poznania sławnych zdobyczy poprzedniego pokolenia. Wielkim osiągnięciem młodych staje się też w tym roku drugie przejście grani Tatr Wysokich, tym razem z zachodu na wschód, dokonane przez Karola Jakubowskiego i Zenona Węgrzynowicza.
W połowie sierpnia wybrali się też w Tatry słowackie, korzystając z paszportów, uczestnicy niedoszłej wyprawy alpejskiej Andrzej Nunberg i Jerzy Woźniak. Tymczasem 17 sierpnia pogoda popsuła się całkowicie: zimny deszcz przeszedł w kilkudniową śnieżycę, zawierucha szalała aż do podnóża gór. Do Zakopanego ściągnęli taternicy na walne zebranie Klubu Wysokogórskiego, na którym nieobecnego Nunberga wybrano sekretarzem Klubu. Dopiero w kilkanaście dni później zaniepokojeni brakiem wiadomości koledzy udali się do Doliny Kaczej i tam w kolebie znaleźli pozostawione rzeczy Nunberga i Woźniaka oraz kartkę z 17 sierpnia o zamierzonym wejściu wschodnią ścianą na Rumanowy Szczyt. Wielka wyprawa ratunkowa, przeszukująca ściany Rumanowej i Ganku, odnalazła zwłoki Woźniaka w żlebie spadającym z Gankowej Przełęczy. Po trzech dniach ogromnych wysiłków udało się ściągnąć je w dolinę. A dopiero w kilka tygodni później trzecia z kolei ekspedycja pogotowia wyżej, w kominie, w który przekształca się żleb pod samą Gankową Przełęczą, w głębokiej nyży odnalazła ciało Nunberga i cały sprzęt taternicki obu wspinaczy. Ile czasu, ile dni i nocy spędzili tam w szalejącej zamieci, przemoknięci i zmarznięci, głodni i wyczerpani, zanim zmarł Nunberg, a Woźniak, w ostatniej rozpaczliwej próbie ratowania się ruszył w tragiczną drogę w dół żlebem?
Lato 1950 roku znowu ogranicza się niemal wyłącznie do Morskiego Oka. Nic też dziwnego, że w doszczętnie schodzonym terenie coraz mniej znajduje się ciekawych problemów, a i te które są rozwiązywane, ani rozmiarami, ani trudnościami nie dorównują wielkim zdobyczom poprzednich okresów, ani nawet pierwszych powojennych sezonów.
Pewne ożywienie przynosi rok 1951. Dobrze zorganizowany obóz efemerycznej Sekcji Taternickiej Centralnego Wojskowego Klubu Sportowego oraz kursy dla zaawansowanych Sekcji Alpinizmu Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego, w którą przerodził się Klub Wysokogórski z chwilą likwidacji P.T.T., umożliwiły intensywniejsze uprawianie taternictwa szerokiej już czołówce. Rok ten przynosi sukcesy głównie w eksploatacji otoczenia Dolinki Buczynowej. Na pierwszym miejscu należy tu wymienić zdobycie czterystametrowej wschodniej ściany Buczynowej Strażnicy pięknym "Kominem Pokutników" przez Jakubowskiego i Nowickiego, a następnie wejścia potężnymi filarami wschodniej ściany Granatów na Pośredni Granat i Zadni Granat. Najmłodsi: Andrzej Pietsch i Tadeusz Strumiłło przechodzą podciągiem przewieszony południowy filar Zamarłej Turni, rozgraniczający ściany południową i wschodnią. Równocześnie młodzież taternicka, dorastająca już w okresie pozbawionym wielkich problemów, zaczyna coraz bardziej stawiać sobie za cel powtarzanie wielkich, a przede wszystkim trudnych dróg ("W okresie tym odrabialiśmy dzięki Tatrom Wysokim kolejno wszystkie drogi na Zamarłej" - pisze T. Strumiłło). W szczególności zaś młodzież ta zaczyna kierować swe zainteresowania ku niepowtórzonym dotychczas hakowym zdobyczom "Pokutników".
Wokół wojennych dróg Paszuchy i Łapińskiego narósł mit nie mniejszy chyba niż ongiś wokół Żabiego Konia, a mający znacznie dłużej trwać. Starsi poza "Pokutnikami" nie mieli dostatecznego obycia z techniką hakową do zaatakowania tych dróg, a na stylu chodzenia ważył, też na pewno wiele autorytet ich najwybitniejszego powojennego przedstawiciela Orłowskiego, zdecydowanego przeciwnika stosowania sztucznych ułatwień - młodsi zaś nie czuli się jeszcze na siłach.
"Ile razy - pisze Jaworowski - wypadało mi przechodzić koło Czarnego Stawu nad Morskim Okiem, zawsze doznawałem przykrego uczucia zawstydzenia i lęku, patrząc na wspaniałe urwisko Kazalnicy. Zawstydzenia, że nikt z młodszego pokolenia taterników nie zdobył się dotąd na powtórzenie jedynego przejścia środka ściany, lęku, który budził widok jej imponujących zerw."
Ale wreszcie po innych sukcesach przychodzi latem 1951 roku czas i na powtórzenia najtrudniejszych dróg lat 1939-1943. Pierwszego wyłomu dokonują Biel i Jaworowski, przechodząc w pięknym stylu drogę środkiem północno-wschodniej ściany Kazalnicy. Run na wielkie powtórzenia trwa przez całe lato 1952 roku. Coraz liczniejsze grono młodych taterników osiąga już górną granicę przedwojennych i wojennych trudności w skale.
Obrazek
Uchodząca ongi za "karkołmną wspinaczkę" turnia Mnicha nad Morskim Okiem zeszła dziś do roli ćwiczebnej wycieczki dla początkujących alpinistów tatrzańskich. Toteż - jak widzimy na zdjęciu rojno bywa na skałach "strasznego" Mnicha! fot. Z.Małek
Wreszcie sierpień 1953 roku przynosi rozwiązanie ostatnich większych problemów klasycznych w Tatrach polskich: wejście wprost od południowego-wschodu z Doliny Roztoki na Wołoszyńską Przełęcz Niżną, zamykające prowadzoną przez parę lat głównie przez Zbigniewa Bromowicza i Pawła Vogla eksploatację żlebów wołoszyńskich oraz przejście północnej ściany Hińczowych Czub. Reszta stanowi już zupełnie szczątkowe, choć nieraz technicznie bardzo trudne problemy.
Obrazek
Przejście "Hokejką" w górnej części, zachodniej ściany Łomnicy fot. Vilém Heckel
Lata powojenne, przynoszące coraz większy zastój taternictwu polskiemu, spowodowany głównie kompletną jego izolacją i zamknięciem na terenie niespełna trzech dolin, są równocześnie okresem wielkiego rozwoju taternictwa czeskiego i słowackiego.
W okresie wojny Czesi w ogóle nie mogli w Tatrach bywać, a i słowaccy taternicy pojawiali się zupełnie sporadycznie, toteż poważniejsze sukcesy w tym czasie należą po południowej stronie Tatr do zupełnych wyjątków. Już jednak w pierwszych latach powojennych pojawia się nieliczna co prawda z początku, ale silna i aktywna grupa kierowana przez Arno Puskaśa i Juliusa Andraši'ego, której zdobyczą staje się cały szereg pięknych dróg. Około roku 1948 zaczynają włączać się coraz liczniej Czesi. Ruch wysokogórski rozszerza się i krzepnie. Zostaje przebyta nową drogą południową ściana Małego Kołowego Szczytu, pada sąsiadująca z nią dziewicza dotąd, odstraszająca ściana Kopiniaka. Gdy zaś w roku 1950 Frantisek Piśek i Vaclav Zachoval zdobywają środek zachodniej ściany Łomnicy drogą przez "Hokej", ogromną, przewieszkę kształtu kija hokejowego - sławny problem, atakowany bezskutecznie w poprzednich latach przez kilka zespołów polskich - taternictwo czeskie i słowackie wywalcza sobie w lecie po raz pierwszy zdecydowany prymat.
W tych warunkach taternictwo polskie zaczyna się coraz bardziej zwracać ku zimie. Hasło ku temu dają starsi, obyci już z zimą tatrzańską i lodami alpejskimi. Ciągle jeszcze działa aktywnie Zbigniew Korosadowicz, atakując, co prawda bezskutecznie, kilka nowych wielkich problemów i wprowadzając przy tym w taternictwo zimowe młodych zakopiańczyków. Paszucha i Łapiński przechodzą w dniach 22-24 kwietnia 1948 roku grań Tatr Zachodnich od Kasprowego Wierchu do Salatyńskiego. Młodzież musi się stopniowo oswajać i wprowadzać w zimę tatrzańską, toteż w centrum zainteresowania szkolenia tatrzańskiego stają teraz w ciągu paru kolejnych lat zimowe obozy szkoleniowe. Pierwszy z nich, zorganizowany z końcem marca i początkiem kwietnia 1948 roku, kierowany przez Witolda H. Paryskiego, a mający jako instruktorów tak doświadczonych alpinistów jak Hajdukiewicz i Staszel, daje solidną podbudowę zimową licznej grupie młodych, którzy w czasie jego trwania osiągają pierwsze poważne samodzielne sukcesy.
Obrazek
Obuwie tamtych lat z blaszkami, zwanymi trikunie, umożliwiającymi poruszanie się zimą po terenie śnieżnym i lodowym fot. Vilém Heckel
Początek sezonu zimowego 1948/49 roku przynosi wspaniałą zdobycz: po długich i pieczołowitych przygotowaniach bracia Paweł i Janusz Voglowie przechodzą w dniach 13-15 grudnia 1948 roku wschodni filar Ganku, jeden z największych i najsławniejszych problemów zimowych w całych Tatrach, który odpierał dotąd wszystkie szturmy najwybitniejszych taterników. W okresie Wielkanocy 1949 roku Paweł Vogel dorzuca do tego pierwsze przejście zimowe wschodniej ściany Kościelca, dokonane wraz z Ludwikiem Ziemblicem, zaś Jerzy Mitkiewicz i Ryszard W. Schramm wchodzą z Kotła Mięguszowieckiego na Mięguszowiecką Przełęcz Wyżnią, atakowaną już przez Grońskiego i Korosadowicza, dokonując równocześnie pierwszego zimowego jej trawersowania.
Zimy taternickie 1949/50, a zwłaszcza 1950/51 roku są słabsze. Starsi taternicy z wolna się wycofują, młodsi nie dorastają jeszcze w pełni do ich klasy. Z poważniejszych problemów pada północna ściana Koziego Wierchu, przebyta prawą połacią przy pomocy sztucznych ułatwień przez Helenę Hajdukiewiczową i Eugeniusza Strzebońskiego. Główne wysiłki młodych taterników idą w kierunku powtarzania największych zdobyczy zimowych. Już w styczniu 1949 roku Karol Jakubowski i Stanisław Worwa dokonują w dwóch dniach drugiego przejścia północnej ściany Mięguszowieckiego Szczytu, a na początku kwietnia Januszkowski i Łapiński powtarzają zachodnią ścianę Niżnich Rysów. W dwa tygodnie później próbę trzeciego przejścia północnej ściany Mięguszowieckiego podejmuje Abgarowicz wraz z Nunbergiem. Abgarowicz wybiera do tego celu nowy, krótszy w w środkowej części ściany, jednak odpada na zalodzonych płytach, doznając skomplikowanego złamania nogi. Nie zrażony tym, mimo całorocznej przerwy w uprawianiu taternictwa, wraca na ścianę po roku, tym razem w towarzystwie Witolda Ostrowskiego, planując przejście ściany samym środkiem, "direttissimą". Pełen zapału i chęci wzięcia rewanżu na ścianie jest motorem całej akcji. Na noc dochodzą obaj pod spiętrzenie kopuły szczytowej. Jednak ogromny wysiłek przy braku treningu, szybkie tempo posuwania się i fatalna noc w przywalanej sypiącymi się ze ściany lawinkami płachcie biwakowej rujnują jego siły - rankiem 5 kwietnia 1950 roku umiera na ścianie. Przez szereg dni w chwilach przerw wśród szalejących nad Morskim Okiem zamieci trwa dramatyczna walka licznej grupy kolegów o ściągnięcie jego ciała, widocznego na zaśnieżonej ścianie z ganku schroniska.
Śmierć Abgarowicza, jednego z najwybitniejszych taterników zimowych pierwszego pokolenia powojennego, taternika pełnego zalet, niezwykle lubianego i popularnego wśród górskiej braci, pierwszy taternicki wypadek zimowy od czasu zgonu Birkenmajera i tak bardzo do tamtego podobny, bez wątpienia przyhamowała nieco rozpęd taternictwa zimowego w następnym sezonie. Dopiero od roku 1952 datuje się naprawdę masowy napływ młodych sił, a zarazem masowy atak na poważne problemy, który w okresie następnych paru lat przynosi nowy wielki skok taternictwa zimowego. Najpiękniejsze sukcesy zimy roku 1951/52 - wejścia północnymi ścianami głównego wierzchołka Giewontu i długiego wierzchołka Giewontu są jeszcze zdobyczami starszej generacji. Jednak już i młodzież ma szereg pięknych, choć nie na tak wielką miarę, osiągnięć. Obok pięknych wejść ścianami zostaje też dwukrotnie przebyta Orla Perć - po raz pierwszy w dwóch dniach od Zawratu do Roztoki przez Komusińskiego i Rubinowskiego, po raz drugi w odwrotnym kierunku w trzech dniach przez czwórkę uczestników zimowego kursu instruktorskiego.
Obrazek
Na przystanku autobusowym przy Wodogrzmotach, fot. K.Harędziński
Zapoczątkowany w zimie 1952 roku atak młodzieży taternickiej na wielkie problemy zimowe przybrał w roku 1953 charakter niemal masowy. To raptowne rozszerzenie się czołówki, a w związku z tym zwiększona rywalizacja sportowa i niezwykle przez to ożywiona działalność szeregu taterników, wreszcie doskonałe warunki panujące w Tatrach sprawiły, że osiągnięcia tego sezonu po raz pierwszy nie tylko ilościowo ale i jakościowo zdecydowanie prześcignęły najlepsze wyniki przedwojenne. Dobre przygotowanie kondycyjne, szybkość akcji, przemyślenie taktyczne ł zastosowanie nowoczesnej techniki w skale i w lodzie pozwoliły na szybkie pokonywanie największych ścian tatrzańskich i na skuteczne porywanie się na drogi, które latem zaliczają się do najwyższych klas trudności. Szereg dróg, których zdobycie należało nie tak dawno do najlepszych osiągnięć taternictwa zimowego, zeszło w tym sezonie do roli przejść już niemal klasycznych, powtarzanych kilkakrotnie.
Najpiękniejszymi osiągnięciami sezonu są przejścia ścian Mięguszowieckiego Szczytu: środka północnej oraz wschodniej, obydwa dwukrotnie. Pierwszego zimowego (i w ogóle) przejścia "direttissimy" północnej ściany dokonała świetna trójka krakowska St. Biel, J. Honowski i Zb. Rubinowski w dniach 12 i 13 lutego, pokonując najtrudniejszy odcinek drogi - wielkie, płytowe zacięcie u wejścia w kopułę szczytową - techniką hakową. Przejście to zostało powtórzone w kwietniu w jednym dniu przez J. Długosza i A. Skoczylasa. Wschodnią ścianę zdobyła w dniach 12 i 13 kwietnia trójka instruktorów zimowego kursu taternickiego - A. Pietsch, St. Worwa i A. Wilczkowski, a już 24 i 25 kwietnia powtórzyli ją w znacznie gorszych warunkach - Mitkiewicz i Schramm.
Także i inne zdobycze tej zimy stoją na wysokim poziomie: północno-wschodnia ściana Mięguszowieckiego Szczytu Pośredniego, wejście od północy 600-metrowym filarem na Małą Wołową Szczerbinę w Wołowym Grzbiecie, zdobycie prawej połaci Kazalnicy olbrzymim, prawie w całości zalodzonym kominem i wiele innych. Połowicznym zwycięstwem uwieńczony został śmiały atak Zb. Jaworowskiego, A. Skoczylasa i A. Truszkowskiego w lutym na Mnichową Przełączkę Wyżnią poprzez północno-wschodnią ścianę Mnicha. Taternicy ci, przebywszy dwa biwaki w ścianie przy silnym mrozie, po pokonaniu ogromnych trudności, pod koniec trzeciego dnia wspinaczki o kilkadziesiąt metrów poniżej przełęczy, wyczerpani obawiając się trzeciego biwaku zmuszeni byli zawezwać w sukurs kolegów i na przełęcz wydostali się już z ich pomocą z góry. Pięknym wyczynem, dającym dobre świadectwo kwalifikacjom, kondycji i taktyce uczestników, było też pierwsze przejście zimowe grani dokoła Morskiego Oka od Żabiej Czuby do Opalonego Wierchu zrobione w czterech dniach (8-11 kwietnia) przez Bielą, Jakubowskiego, Nowickiego i Rubinowskiego.
Obrazek
Wjazd do Tatrzańskiego Parku Narodowego
Niemniej ożywiony niż przy Morskim Oku był sezon w otoczeniu Hali Gąsienicowej i Pięciu Stawów. Spośród wielu rozwiązanych tu problemów na pierwsze miejsce wysuwa się przejście żlebu Drege'a w Granatach przez Dziędzielewicza, Mitkiewicza, Rogowskiego i Udzielę - droga o ogromnych trudnościach technicznych - oraz dwukrotne wejście od północnego-wschodu na Przełączkę nad Doliną Buczynową.
Zupełnie podobnie jak i polskie kształtuje się taternictwo zimowe południowej strony Tatr. Wprawdzie w bezpośrednim okresie powojennym jest ono jeszcze słabe i zaledwie jedno jego osiągnięcie - zdobycie w kwietniu 1946 roku północno-zachodniej ściany Krywania przez A. Veverkę z trzema towarzyszami może być porównywane z równoczesnymi sukcesami Polaków, ale już wkrótce rozpoczyna swoją wielką działalność zimową Arno Puškaš.
Zimy lat 1949-1951 stoją zdecydowanie pod znakiem jego działalności podnoszącej systematycznie poziom stojącego dotąd daleko w tyle za Polakami taternictwa zimowego słowackiego. Zdobyczami Puškaša stają się zarówno wielkie śnieżno-lodowe ściany, jak i najzuchwalsze skalne urwiska: północna ściana Żabiego Konia, południowa Kopy Lodowej, wreszcie zachodnia Łomnicy drogą Birkenmajera.
Równocześnie zapoczątkowane podobnie jak i u nas w roku 1948 zimowe obozy taternickie wprowadzają w góry coraz liczniejsze zastępy Czechów i Słowaków, reprezentujących już w lecie wysoką klasę, którzy, podobnie jak taternicy polscy, w sezonach lat 1951/52 i 1952/53 ruszają do generalnego ataku na największe problemy zimowe. Pierwszy z tych sezonów przynosi między innymi przejście dolnej części północnej ściany Małego Kieżmarskiego Szczytu kominem Stanisławskiego oraz zachodniej ściany Łomnicy przez Hokej, pod którą na dzień przed tym zginął zabity lawiną kamienną jej letni zdobywca - Zachoval. Zimą 1952/53 roku szturm największych ścian ma już, podobnie jak i u nas, charakter masowy. Dwunastoosobowa wyprawa słowacka przechodzi w trzech dniach grań Tatr Bielskich. Cerman i Puškaš pokonują całość północnej ściany Małego Kieżmarskiego (dół kominem Stanisławskiego), pada wschodnia ściana Gierlachu, zachodnia Małej Śnieżnej Turni i wiele innych. Podobnie jak i w lecie sukcesy zimowe taterników czeskich i słowackich zaczynają przewyższać osiągnięcia zamkniętych na własnym ciasnym terenie Polaków.
Pewne odprężenie w tej ciasnej i niewygodnej sytuacji taternictwa polskiego i nieznaczne możliwości dalszego rozwoju przynosi znowu rok 1954. W drugiej połowie marca zostają zorganizowane wielkie manewry czołówki taternickiej, mające wykazać jej organizacyjną, techniczną i taktyczną sprawność w przeprowadzaniu wielodniowych ciężkich wypraw w trudnych warunkach gór wysokich. Impreza ta, nazwana Pierwszą Ogólnopolską Alpiniadą Zimową, zgromadziła 47 taterników z całej Polski, reprezentujących Kraków, Górny Śląsk, Łódź, Poznań, Szczecin, Warszawę, Wrocław i Zakopane, ekipę Filmu Polskiego i przedstawicieli prasy. Całością kierował Tadeusz Nowicki. Po okresie przygotowawczym, stanowiącym zaprawę kondycyjną i techniczną, przystąpiono do właściwej akcji, którą miało być osiągnięcie Mięguszowieckiego Szczytu trzema wielodniowymi trasami graniowymi przez trzy grupy szturmowe: pierwsza grupa, czteroosobowa, pod kierownictwem Jakubowskiego wyruszyła od Wołoszyna poprzez Kozi Wierch i Świnicę mając w planie sześć dni drogi; sześcioosobowa grupa druga prowadzona przez Schramma wyszła o dzień później na grań od Żabiej Czuby poprzez Rysy, mając zaplanowane przebycie swej trasy w ciągu pięciu dni, zaś w trzy dni po pierwszej opuściła Kasprowy Wierch grupa trzecia, którą kierował Dziędzielewicz, aby w sześć osób osiągnąć Mięguszowiecki Szczyt główną granią Tatr.
Oprócz grup szturmowych brały udział w akcji wspierające je grupy łącznikowe, grupa ratunkowa, rezerwowa i grupa specjalnego przeznaczenia, opiekująca się prasą i filmem. Pomimo zupełnego załamania się pogody w ostatnich trzech dniach, wskutek doskonale zgranej i konsekwentnie przeprowadzonej akcji nie tylko udało się osiągnąć zamierzony cel, ale nawet przyspieszyć osiągnięcie go o pełny dzień.
Okres Alpiniady, w którym poza właściwą wyprawą dokonano szeregu przejść ścianowych, zostaje zakończony pięknym akordem: w dniach 28 i 29 marca wytrwały Jaworowski wraz ze Strumiłłą i J. Walą dokonują wejścia wschodnią ścianą Mnicha na Mnichową Przełączkę Wyżnią.
Obrazek
Z przejścia grani Tatr 1955, fot. Ryszard Schramm
Także kwiecień, choć daleki od wspaniałych warunków poprzednich sezonów, przynosi szereg pięknych osiągnięć. Przede wszystkim pada jeden z największych problemów całych Tatr - północno-wschodnia grzęda Mięguszowieckiego Szczytu, zdobyta przez czwórkę krakowsko-warszawską: J. Mierzejewskiego, W. Ostrowskiego, J. Piotrowskiego i J. Sawickiego. Mimo że nie rozwiązana została górna część grzędy, którą ominięto zachodami kopuły szczytowej, był to sukces ogromny.
Po stronie słowackiej nastąpiło pewne zahamowanie rozmachu, jeśli chodzi o przejścia ścian. Bez wątpienia przyczyniły się do tego złe na ogół warunki panujące w ciągu zimy. Sukcesem najwyższej miary stało się natomiast dwukrotne przejście zimowe grani Tatr Wysokich; pierwszego - od Liliowego do Przełęczy pod Kopą dokonali Matras i Mlezak w czasie l-12 grudnia 1953 roku, drugiego, w odwrotnym kierunku, w ciągu dziesięciu dni pod koniec marca 1954 roku doskonała czwórka czeska: German, Masek, Kuchar i Svatoš.
Latem 1954 roku po raz pierwszy od pięciu lat ruszają znowu obozy taterników polskich w Tatry słowackie. Zostają wyszukane nowe drogi na Kaczej, Zasłonistej, Hrubej Turni, Koziej Strażnicy, Litworowym Szczycie, Małym Lodowym - problemy szczątkowe, nie dorównujące rozmiarami i pięknością dawnym zdobyczom, ale choć w części zaspokajające głód nowości.
Główny ciężar zostaje przerzucony na powtarzanie największych dróg - zostają też przebyte wszystkie niemal największe ściany głównie w otoczeniu Kaczej i Kieżmarskiej Doliny. W Tatrach polskich zostaje dwukrotnie przebyta (a po raz pierwszy - w ciągu jednej nie przerwanej wyprawy) ostatnia z nie powtórzonych, najtrudniejszych wojennych zdobyczy - środek północnej ściany Żabiej Turni Mięguszowieckiej. Dwukrotnie też zostaje zrobiona grań od Żabiej Czuby do Wołoszyna, zwana przez taterników "Granią Tatr Polskich".
Sezon zimowy 1954/55 roku nie przynosi spodziewanych rezultatów. Pobyt licznej grupy taterników na obozach zimowych na Słowacji w marcu trafia na bardzo kapryśne warunki, toteż nawet najwybitniejsze osiągnięcia, jak wejście wschodnią ścianą Wysokiej czy zdobycie Zadniej Bednarzowej Turni w grani Hrubego z Doliny Hlińskiej są słabsze od zdobyczy Czechów i Słowaków, którzy, wykorzystując na własnym terenie okresy lepszej pogody, mogą zapisać na swoje konto takie wejścia ścianowe, jak Żłobisty Szczyt z Doliny Kaczej lub Galeria Gankowa kominem Stanisławskiego i szereg pięknych powtórzeń z drugim przejściem wschodniego filara Ganku na czele, w graniówkach zaś - dwa zespołowe przejścia grani Tatr Wysokich lub tak piękną wyprawę jak odcinek grani od Przełęczy pod Kopą do Polskiego Grzebienia ze zrobieniem "po drodze" północnych ścian Ramienia Lodowego i Jaworowego Szczytu.
Na wyjątkowo niepomyślne warunki trafiła II Alpiniada Zimowa, odbywająca się w dniach 12-25 kwietnia 1955 roku pod kierownictwem Paryskiego, a pomyślana jako ciężka 35-osobowa wyprawa treningowa systemem wielkich wypraw w zupełnym oderwaniu od cywilizacji na trasie od Wawrzeczkowej Cyrhli przez Polanę Waksmundzką i dalej granią przez Koszystą aż do Świnicy i z powrotem. Przez trzy dni przetransportowano cały 3-tonowy bagaż na Polanę Waksmundzką i założono wysunięty skład na Małej Koszystej. Czwartego dnia, w rozpoczynającej się zamieci założono bazę na Krzyżnem.


"W ciągu kilku godzin wytężonej pracy, bez chwili wytchnienia, oślepiani śnieżycą, tłamszeni przez wichurę, wyrównaliśmy miejsce i rozbiliśmy namioty: dwa mieszkalne, kuchnię i czwarty mały na magazyn sprzętu. O zmierzchu ukończyliśmy pracę i mogliśmy łyknąć trochę ugotowanego naprędce jedzenia - pierwszy od rana posiłek. Byliśmy niemal kompletnie mokrzy i piekielnie zmęczeni. Ubrawszy się we wszystko cośmy mieli - suche i mokre (tylko tak mogło wyschnąć bez słońca) - ułożyliśmy się w śpiworach. Przez trzy dni bez przerwy szalała burza śnieżna, odcinając nas zupełnie od świata. Masy niesionego wiatrem śniegu i chmur otoczyły nas ciasnym, wirującym, mlecznym tumanem. Namioty zasypało do połowy dachu, mały namiot, w którym urządziliśmy skład sprzętu, zniknął w ogóle z powierzchni. Spadło około metra świeżego śniegu. Wewnątrz szron osiadł na ścianach na palec grubą warstwą iskrzących kryształków.
Spędzaliśmy dnie niemal nie wychodząc ze śpiworów. Dopiero koło pierwszej - drugiej po południu wstawaliśmy, zdejmowaliśmy część rzeczy, w których leżeliśmy, grzaliśmy nad spirytusową maszynką zamarznięte na kość stale przemoczone buty aż dały się wcisnąć na nogi i usunąwszy kilka warstw peleryn, skafandrów i worków, którymi zatykaliśmy nieszczelne wejście, przemykaliśmy się do kuchni na jedyny w ciągu dnia ciepły posiłek."

Największy notowany w ogóle w Tatrach jednorazowy opad śnieżny załamał nierozwiniętą nawet jeszcze dobrze akcję. Przelotne rozpogodzenie rano 21 kwietnia pozwala jeszcze trzyosobowej grupie na dotarcie do Granackiej Przełęczy, ale ponowne pogorszenie się pogody zmusza do ostateczne likwidacji całej wyprawy.
Intensywna działalność licznej czołówki wspinaczy z tej i z tamtej strony Tatr wyczerpała już niemal całkowicie możliwości letnie.
W lecie 1955 roku eksploatacja Jaworowych Turni przez taterników polskich, zgromadzonych na obozach w Dolinie Jaworowej, przynosi rozwiązanie już chyba ostatnich poważnych problemów tatrzańskich, Honowski i Wilczkowski przechodzą nową drogą północną ścianę Jaworowego Rogu, Biel i Rubinowski - środek północnej ściany Wielkiej Jaworowej Turni.
W tych warunkach coraz częściej zaczynają zwracać uwagę taterników urwiska, które opierały się dotychczas zwycięsko wszystkim próbom i wobec których bezsilna okazała się nawet do perfekcji doprowadzona technika hakowa: lewa połać północno-wschodniej ściany Kazalnicy i środek północno-wschodniej ściany Mnicha.
Oba te problemy obrał za cel swoich długotrwałych wysiłków Jan Długosz. Lewą połać Kazalnicy szturmował już dwa razy w poprzednich latach; drugi atak zawiódł go do nyży pod kluczową, ogromną, litą przewieszką - nie do przebycia. Literatura podsunęła jedyne możliwe rozwiązanie: specjalne wiertło, umożliwiające wykucie w litej skale otworów na osadzenie specjalnych haków. W lipcu 1955 roku Długosz wraz z Momatiukiem atakują po raz trzeci "lewą Kazalnicę", zbrojni tym razem w klucz mający im otworzyć przewieszkę.

"Atakuję przewieszkę po prostu tylko dlatego, żeby od razu się nie wycofywać - zupełnie bez wiary w powodzenie. Wbijam hak i od razu trzeba wiercić. W niewygodnej pozycji drętwieją ręce, stukam i stukam - mijają minuty, dziesiątki minut, wreszcie jest. Z niedowierzaniem staję na zawieszonej pętelce - i takie coś miałoby mnie utrzymać? A jednak wbrew zdrowemu rozsądkowi wiszę. Wzruszam ramionami i zaczynam bić drugi otwór.
Trwa to jeszcze dłużej, potem wskakuje hak i znowu dziurka. Mam już zupełnie dość, przez całe dwie i pół godziny posunąłem się 3-4 metry, a i to trawersem. Ręce jak z waty. Wracam. Atakuje Momo. Siedzę skulony na ruchomych głazach i walczę z sennością. Momo stuka i stuka.
Jestem zupełnie złamany. W tym tempie nie zrobimy przewieszki ani za tydzień...
... Potwornie chce mi się pić. Wyssaliśmy już wszystkie nawiłgłe mchy naokoło. Momo po drodze odrywa napęczniałe ściekającą z przewieszki wodą kępki, sprawiedliwie dzieli na pół i rzuca. Co za smaki Nic to, że w ustach zgrzyta piasek."

Nadchodzi noc.
"Miałem już w życiu wygodniejsze biwaki - pisze dalej Długosz. - Momo ma nogi w pętlach, ja trzymam mu głowę na brzuchu - nogi wiszą z drugiej strony turniczki nad Czarnym Stawem - a on z kolei uciska mój żołądek... Ciągle się poprawiamy, ale delikatnie, ostatecznie jesteśmy nie byle gdzie."

W południe następnego dnia - wyjście z przewieszki. Ale do końca jeszcze daleko - jeszcze dwa dni. Trudności. Ekspozycja (- "Czarna toń pod nami"). Pragnienie (- "Chodzę na czworakach po trawie i jak pies usiłuję zebrać językiem krople deszczu z liści i traw"). Pośpiech (- "Perspektywa trzeciego biwaku - a w wypadku deszczu całkowitej katastrofy"). I wreszcie - "kiedy już całkiem tracimy nadzieję, że ściana się kiedyś skończy - wychodzę na jakiś wzgórek, widzę biało-zielony znak na szczytowym głazie i ścieżkę idącą na Przełęcz pod Chłopkiem...
... Po 63 godzinach w terenie, dwóch biwakach i 155 wbitych hakach, leżymy szczęśliwi na szczycie."
Po licznych, dwudziestoparoletnich próbach, pada także wreszcie środek północno-wschodniej ściany Mnicha, osławiony "wariant R". Przechodzą go Długosz i Pietsch w dniach 5 i 7 października stosując wypraktykowaną na Kazalnicy technikę.
Jednocześnie z tymi ostatnimi wielkimi zdobyczami ścianowymi rozwiązany zostaje w 1955 roku także ostatni, a zarazem największy, problem graniowy - przejście całej grani Tatr,
Główna grań Tatr ciągnie się zygzakowatą, łamaną linią od Przełęczy Ździarskiej na wschodzie po Przełęcz Huciańską na zachodzie przebiegając na przestrzeni 75 kilometrów przez Tatry Bielskie, Wysokie i Zachodnie. Wznosi się w niej, licząc jako jednostki wszystkie szczyty wielowierzchołkowe, a nawet wszystkie obejmowane wspólną nazwą zbiorową, 98 szczytów, a łączna różnica wzniesień przekracza 22 000 metrów.
Obrazek
Zdjęcie z pierwszego przejścia Wariantu "R" na Mnichu, fot. Jan Długosz
Przejście grani podjęła piątka: Hegerle, Krysa, Piotrowski, Schramm i Staszel. "Było rzeczą jasną, że przejście całej grani będzie niełatwym zadaniem i uwieńczenie go sukcesem będzie zależne od idealnego zgrania bardzo wielu czynników - no i od funta szczęścia". Duże doświadczenie wysokogórskie wszystkich uczestników i dobra pogoda panująca w tym okresie pozwoliły na ukończenie w czasie 3-13 września w dobrej formie tego wielkiego przedsięwzięcia o najbogatszej bez wątpienia dostępnej w Tatrach skali przeżyć wysokogórskich, pomimo jego poważnych i rozlicznych trudności.
"Jak opowiedzieć tych sto szczytów, sto przełęczy, ową całą słoneczność wielkich wyżyn, a równocześnie cały niezmierny trud wyprawy!? Bolesną szorstkość granitu i oślizgłość namokniętych porostów. Przygniatające brzemię worów, słone strużki potu spływające wzdłuż nosa. Gwizd kamienia, mierzącego kilkusetmetrowym łukiem wprost w głowę Jurka, krzyk i skok, które uratowały mu życie... I zapach trawy. I delikatne kształty goryczek. I płomień watry w ostatni wieczór pod Rohaczami. I smak ostatniej tabliczki czekolady...
Już nawet nie jak, ale co powiedzieć, aby w tym była Grań...
Najważniejsze - żeśmy doszli!"
Następne lata nie przynoszą, bo nie mogą już przynieść, rozwiązania żadnych poważnych problemów. Epoka letniego zdobywania Tatr została definitywnie zakończona. Jeszcze tylko od czasu do czasu, coraz rzadziej, trafiają się jakieś okruchy, nietknięte fragmenty, resztki: kilka nowych dróg w otoczeniu Doliny Staroleśnej, płytowy środek lewej połaci południowej ściany Batyżowieckiego Szczytu zdobyty przez Czechów. Z początkiem lata 1957 trójka zakopiańczyków - członków G.O.P.R.: Berbeka, Gajewski i Wawra powtarza przejście całości grani Tatr, tym razem z zachodu na wschód.
Droga postępu przez zdobywanie nowych urwisk zostaje w Tatrach na zawsze zamknięta. Pozostaje tylko droga postępu technicznego przez przechodzenie coraz trudniejszych z już zdobytych dróg w coraz lepszym stylu i czasie. W latach 1956 i 1957 są też powtarzane już wszystkie najtrudniejsze drogi, zdobyte wszystkimi technikami: droga Orłowskiego na Galerii Gankowej i hakowa droga "Pokutników" na tej samej ścianie i lewa połać Kazalnicy. Największe zdobycze sprzed dwudziestu czy nawet dziesięciu lat stają się przejściami klasycznymi, całe Tatry schodzą do roli i wymiarów treningowych dla ludzi mających coś więcej do powiedzenia w górach wysokich.
Ciągle jeszcze natomiast na coraz wyższy poziom dźwiga się taternictwo zimowe, ta bezpośrednia zaprawa do gór najwyższych, i zimy tego okresu przynoszą coraz lepsze osiągnięcia. Pod koniec marca 1956 roku Długosz i Pietsch w ciągu trzech i pół dnia przechodzą po raz pierwszy całość północno-wschodniej grzędy Mięguszowieckiego Szczytu, pokonując także dotychczas nie tkniętą zimą jej górną część. W drugiej połowie kwietnia Karpiński i Zarębski w trzech dniach zdobywają Gankową Przełęcz z Doliny Kaczej. Obok tych dróg, należących do najwspanialszych w Tatrach, pada jeszcze wiele innych, jak lewy filar północno-wschodniej ściany Cubryny, zachodnia grzęda Niżnych Rysów przez Tomkowe Igły, północno-wschodnia ściana Mnicha i szereg pierwszorzędnych powtórzeń z pierwszym polskim (a w ogóle czwartym) przejściem zimowym środka północnej ściany Małego Kieżmarskiego Szczytu na czele.
Równie bogaty, choć może nie uwieńczony tak wybitnymi sukcesami, jest sezon taterników czeskich i słowackich.
W ostatnich dniach marca grupa taterników krakowskich przystępuje też wreszcie do planowanego od dawna polskiego przejścia zimowego grani Tatr Wysokich. Zostają założone składy żywności na grani, mimo to plecaki ważą po 20 kg, gdy 31 marca rusza od Przełęczy pod Kopą 8-osobowa grupa szturmowa, kierowana przez J. Walę, wspomagana przez posuwającą się dolinami 6-osobową grupę pomocniczą. W ciągu dziesięciu dni, przy stale pogarszającej się pogodzie, grupa szturmowa, posuwając się w zasadzie granią, osiąga rejon Mięguszowieckich Szczytów i zakłada biwak przy Hińczowych Stawach, gdzie zostaje uwięziona przez zawieję śnieżną. Dopiero 12 kwietnia następuje rozpogodzenie przynoszące za sobą kontynuację akcji - próbę wejścia dwóch zespołów na Mięguszowieckie Szczyty: nad Czarnym i Pośredni. Około godziny 8 rano z południowych zboczy Mięguszowieckiego Szczytu Pośredniego schodzi wielka lawina porywając z sobą posuwających się w górę stromą depresją Henryka Czarnockiego i Tadeusza Strumiłłę. Natychmiastowa akcja kolegów i Pogotowia Górskiego T.H.S. doprowadza po kilku godzinach do odnalezienia ciał. Pieczołowicie przygotowana wyprawa, prowadzona z wielkim nakładem sił w bardzo ciężkich warunkach, przynosząca zupełnie nowe dla taterników polskich cenne i wielostronne doświadczenia � zostaje przerwana w przeddzień ukończenia w najtragiczniejszy sposób.
Zima 1956/57 roku, słabsza nieco na Słowacji, przynosi nowe sukcesy po polskiej stronie. "Kto nie idzie naprzód, ten stoi w miejscu; kto stoi w miejscu, ten się cofa. Atak na środek Kazalnicy w zimie był nieunikniony". Do rozwiązania tego największego z pozostałych problemów Tatr polskich przystępują czwórka: Jan Długosz, Czesław Momatiuk, Andrzej Pietsch i Marian Własiński.
"7 stycznia rozpoczęliśmy działania wojenne. Pogoda była nienadzwyczajna. Według planu pierwszy dzień miał przynieść założenie poręczówek do tzw. Turniczki, drugi dotarcie pod ściankę problemową, trzeci ostateczny szturm. Plan załamał się od razu pierwszego dnia: Turniczki nie osiągnęliśmy."
Od pierwszego marca cała czwórka pracuje w ścianie, przygotowując przejście dolnych odcinków do ostatecznego ataku, do którego przystąpiono 6 marca. Dzięki uprzednio założonym linom poręczowym przejście pierwszych 200 m wraz z transportem plecaków zajęło "tylko" jeden dzień - ale jeszcze dwa dalsze upłynęły, nim wytrwali wspinacze zbliżyli się do końca nieustannie nadzwyczaj wielkich trudności.
"Jeszcze 3 godziny do zmroku. Jak tak dalej pójdzie, nie skończymy. Mróz silny, koło 20 stopni, nogi mamy już trochę poodmrażane, trzeba się na coś zdecydować. Decyzja jest ryzykowna, ale w tym wypadku jedyna: zrzucać plecaki! Za chwilę Momatiuk z okrzykiem radości puszcza pierwszy. Powietrze przecina świszczący warkot, plecak trąca raz o skałę - potem długa, przydługa chwila ciszy i przygłuszone sieknięcie o lód. Ten sam los spotyka dwa pozostałe i drabinki."
Desperacka decyzja rozstrzyga o sukcesie. "0 16.30 przekopuję się z wysiłkiem przez ostatni nawis... Wbijam daleko czekan i na brzuchu gramolę się na śnieżny pagórek,"
W dzień po rozpoczęciu finału "Operacji Kazalnica" wychodzi ze schroniska nad Morskim Okiem 7-osobowa grupa członków Koła Poznańskiego Klubu Wysokogórskiego pod kierownictwem Schramma na przygotowywane również od stycznia przejście zimowe grani od Żabiej Czuby do Wołoszyna.
Mimo niezbyt korzystnych warunków, które w rezultacie przedłużyły planowaną akcję do ośmiu dni, wyprawa wymagająca wielkiego nakładu sił fizycznych i psychicznych, działająca w całości w oderwaniu od wszelkiej pomocy z zewnątrz, zakończona zostaje pełnym sukcesem. Nie najgorsze w sumie, a w kwietniu wręcz doskonałe warunki oraz ożywiona działalność, często o charakterze treningu przed wyprawami alpejskimi, coraz to nowych taterników przynosi tej zimy szereg dalszych osiągnięć. Padają wielokrotnie już atakowane: północna ściana Żabiego Szczytu Wyżniego, zdobyta przez czwórkę poznańską, późniejszych uczestników wyprawy graniowej, Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem wprost z Kotła Mięguszowieckiego i Wołowa Turnia od północy. Mnożą się też najlepsze powtórzenia: grzęda i wschodnia ściana Mięguszowieckiego mają po cztery przejścia w ciągu kilkunastu dni.
Sezon zimowy 1957/58 roku - to dalszy atak na coraz mniej liczne nie zdobyte zimą ściany. Piękne sukcesy przynosi początek zimy. Pod koniec sezonu pada po pieczołowicie przygotowanej akcji najtrudniejsza chyba droga w Tatrach - lewa połać Kazalnicy. Osiągnięta zostaje granica trudności w Tatrach. Druga z kolei polska próba przejścia zimowego grani Tatr, prowadzona w ciężkich i niekorzystnych warunkach, kończy się niestety również tragicznie śmiercią w lawinie młodego taternika i ratownika zakopiańskiego Ryszarda Wawry.
Zimowe zdobywanie Tatr zbliża się już szybkimi krokami do stanu letniego - do wyczerpania problemów. To, co zostało do zrobienia, nie jest już ani większe, ani trudniejsze od tego, co już zrobiono. Ekspansja odrodzonego przed dwoma laty Klubu Wysokogórskiego szuka swoich szlaków w Alpach, na Kaukazie, poza granicami Europy - a Tatry, naturalną koleją rzeczy, z gór stanowiących w sensie alpinistycznym cel sam w sobie stają się coraz bardziej tylko miejscem treningu dla coraz liczniejszej i na coraz wyższym poziomie stojącej czołówki do wypraw w góry większe, egzotyczne, mimo że dla każdego z nas są one przecież jedyną, prawdziwą górską ojczyzną, do której się zawsze wraca - jak do matki.

Ryszard Wiktor Schramm

tekst i zdjęcia ze strony: http://www.krakow.ptt.org.pl/archiwum/w ... nych2.html
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
ODPOWIEDZ