
14 lipiec 2006…czas w praktyce sprawdzić umiejętności i wiedzę z zimowego kursu w Betlejemce. Miesiące czytania relacji, oglądania zdjęć i szukania wszelkich informacji o Alpach…plan, mapy, kosztorys…zapakowane plecaki…”odjaaazd” usłyszany na rodzimej stacji PKP, masa myśli i obaw przewijająca się w głowie podczas długiej podróży …zaczęła się alpejska przygoda.
Samochodem załadowanym na max docieramy wreszcie na bardzo przytulny (i niedrogi) camping Atermenzen kawałek za Randą. Opiekun campu wita nas bardzo serdecznie…próbuje nawet pochwalić się znajomością kilku słów w naszym języku. Wreszcie udajemy się na zasłużony odpoczynek. Rano pakujemy nasze plecaki..namiot,lina,sprzęt,jedzenie…lekko licząc grubo ponad 20kg na osobę. Zdajemy sobie sprawę, że przeniesienie się od razu na sporą wysokość może być zgubne aklimatyzacyjnie, więc postanawiamy zanocować na ok. 3000m niedaleko Gandegghutte. Trawka pod namiot, woda siąkająca kilka metrów dalej i….bajeczne widoki na otaczające góry. Ponieważ cześć drogi pokonaliśmy kolejką, postanawiamy w ramach wspomnianej aklimatyzacji, podejść jeszcze wyżej, by „załapać” kilka metrów i na nocleg wrócić do naszego obozu. Tego dnia rozpoczyna się słynny już cykl wieczornych wykładów dr kidlera
Celem kolejnego dnia jest wejście na nasz pierwszy 4tysięcznik. Wcześniej zaplanowaliśmy, że spróbujemy swych sił na stosunkowo łatwych trasach, by stopniować sobie trudności …obserwować organizm. Ponieważ nasze organizmy pamiętały wysokość 3300m z ubiegłorocznego wejścia na Marmoladę, zadyszkę zaczynamy odczuwać dopiero nieco powyżej 3700m. Krok za krokiem…lekko zdziwieni ciężkimi oddechami…wchodzimy na Breithorn (4076m) Pogoda jak marzenie…gdzie nie spojrzeć….góry. Czas nie pozwala nam na słodkie leniuchowanie na szczycie (jak to można doskonale robić w naszych Tatrach). Lodowce są bezlitosne….najrozsądniej jest opuszczać je do godziny 14, gdyż grzejące słońce robi melasę ze śniegu i zamienia przechodzenie przez mostki śnieżne na szczelinach w rosyjską ruletkę. Wiązać się liną ludzie!!! Mozolnie człapiemy się po dziurawym serze pod granią Breithornów, wypatrując bivacco Rosi Volante - naszego ewentualnego miejsca na nocleg. Znajomy mówił mi, że bivak jest sprytnie schowany i można go przeoczyć….to prawda, choć jeśli wcześniej dobrze rozezna się temat to wie się, gdzie należy się go spodziewać. Nie spodziewa się natomiast człowiek tego, że gdy wreszcie go znajdzie….będzie musiał wysoko zadzierać głowę i wypatrywać go wśród skał. Ekipa zdecydowanie stwierdziła, że nocleg na przełęczy Schwarztor (3734m) bardziej nam tego dnia odpowiada. W obawie przed wiatrzyskiem starannie przykotwiczyliśmy nasz namiot do śniegu czym się dało…nawet mój termos pełnił funkcję śledzia. Kiedy wreszcie błogo udaliśmy się do śpiworów na zasłużony sen …usłyszeliśmy potworny huk walących się głazów. Odczucie nieziemskie…hałas, zamknięty namiot i….czekanie. Okazało się, że to pobliska Roccia Nera (4075m) pluje kamieniami, rozsadzana zamarzającą wodą.



Fot.1 ...postanawiamy zanocować na ok. 3000m niedaleko Gandegghutte
Fot.2 ...Krok za krokiem…lekko zdziwieni ciężkimi oddechami…wchodzimy na Breithorn (4076m)
Fot.3 ...bivak jest sprytnie schowany i można go przeoczyć
Następnego dnia powitał nas cudowny poranek i…..totalnie zamarznięte sprzęty którymi kotwiczyliśmy nasz namiot. Po odzyskaniu co nasze, postanowiliśmy przenieść się do bivacco i resztę dnia spędzić na ćwiczeniach układów ratowniczych i błogim leniuchowaniu z widokiem na wszechogarniającą biel. Na nocleg doczłapało się jeszcze 2 Walijczyków. Widać było u nich zupełnie inną taktykę alpejskiego chodzenia…na lekko. Plecak, mały kartusz, spanie w tym co na grzbiecie, bez śpiworów. Generalnie to głównie Polacy i nasi południowi bracia Czesi praktykują jeszcze ciężki model chodzenia…z domem na plecach.
Jeszcze tylko długie wieczorne rozmowy, ustawienie budzika na 5 rano i błogo zasypiamy na mięciutkich materacykach. Na kolejny dzień zaplanowaliśmy Castora a…poszliśmy na Polluxa. Dużo czytałam o Poluxie (4092m);niższy ale zdecydowanie trudniejszy od Castora, droga granią ,miejscami choć ubezpieczoną –wymagającą dodatkowej asekuracji własnej. Sama końcówka to już raczej przyjemne wejście po śniegu na sam szczyt. Wejście na Poluxsa uważam za najfajniejszy pomysł i najbardziej satysfakcjonujący dzień z całego wyjazdu, mimo iż w drodze powrotnej do biwaku zaliczyłam niegroźną szczelinę. Panowie perfekcyjnie mnie wyłapali, jednak od tego momentu mój strach się wzmógł…mam kolejną słabość do pokonania w przyszłości…
Ponieważ stwierdziliśmy, że z tymi ciężkimi plecakami nie uśmiecha nam się za bardzo przedzierać przez szczyt Castora –wg planu mieliśmy iść dalej w kierunku Signalkuppe (4559m)- zarządziliśmy odwrót, by po odpoczynku na campingu spróbować dostać się w w/w rejony od strony schroniska Monte Rosa (2795m)



Fot.1 ...Następnego dnia powitał nas cudowny poranek
Fot.2 ...z Weisshornem w tle
Fot.3 ...Na kolejny dzień zaplanowaliśmy Castora a…poszliśmy na Polluxa
Odpoczywając dreptaliśmy dookoła jeziokra Stausee Mattmark i Saas Fee- uroczej alpejskiej miejscowości z królującymi nad nią: Domem(4479m), Taschhornem(4494m) i Allalinhornem (4027m)
Półtora dnia regeneracji na polu namiotowym…z gorącą wodą, zapasami jedzona, pozwoliło nam nabrać sił by wyruszyć na kolejny górski etap. Kolejką, w 90% towarzystwie Japończyków, wjechaliśmy na Rotenboden i stamtąd już na nogach przemieściliśmy się powyżej Monte Rosa Hutte by na kamiennych blokach założyć obóz. Miejsce znowu wybraliśmy- jak się później okazało- bardzo trafne. Wieczorem nadciągnęła burza i nasz ledwie sączący się strumyczek 3m od namiotu zaczął huczeć jak Niagara. Ze strachem obserwowaliśmy teren zalewowy. Jednak okazało się, że biwakujemy dokładnie na niewielkiej wysepce i cała woda ucieka gdzieś bokami. Ponieważ lodowiec Grenz jest mocno spękany, postanowiliśmy zrobić małe rozeznanie terenu. Chcieliśmy zobaczyć, czy uda nam się (i czy to ma sens) przedrzeć z plecakami do schroniska Margherita (4559m) Pokonaliśmy kamorkowy odcinek i doszliśmy do początku pola seraków. Gdzieś wyżej nich widoczna była wydeptana ścieżka. Stwierdziliśmy, że następnego dnia spróbujemy przedostać się na lekko do schronu i w nim zanocować. Znienawidzona już melodyjka budzika wyrwała nas ze snu o 4 rano…ciemno, zimno i do domu daleko…na niebie gwiazdy…nie ma zmiłuj…trza wstawać. Niezapomniane wrażenie zrobił na mnie widok sznureczka czołówek przedzierających się wśród skał w kierunku Dufourspitze. Jakoś nikt nie chciał tego dnia obrać naszego celu. Podobnie jak wspomniani wyżej, pierwszą część trasy pokonaliśmy w blasku czołówek. Przy polu serakowym robiłam pierwsze fotki leniwego wschodu słońca. Szukanie dalszej drogi stawało się coraz bardziej uciążliwe, weszliśmy bowiem w seraki. Ślady ekip z poprzednich dni wytopiło słońca, a te co pozostały urywały się znienacka lub prowadziły w dwie różne strony. Mieliśmy oczywiście mapę i teoretycznie wiedzieliśmy którędy prowadzą warianty wejść ale w praktyce to wcale nie jest takie proste. W praktyce bowiem pokonuje się serak za serakiem nie wiedząć co czeka nas w dalszej części. Takim sposobem doszliśmy do miejsca, którego trudność budziła nasze obawy….odwrót…szukanie innej możliwości i bolesna ale wspólna decyzja –rezygnujemy. Lepiej jest rozsądnie zawrócić, niż wylądować w sercu seraków gdy słońce będzie już na tyle grzało, by osłabiać mostki śnieżne. Ze smutkiem opuszczaliśmy naszą trasę. Bardzo nam zależało ale czasem trzeba wykazać się pokorą i przyznać, że coś nas przerasta na ten moment. „Jest tyle gór do zdobycia” jak mówią słowa piosenki Kombi.
Zwinęliśmy nasz obóz i udaliśmy się w kierunku stacji Rotenboden. Słoneczko grzało niemiłosiernie. Jedyną przyjemną-chłodną ulgę odczuwaliśmy idąc po lodowcu Gorner …
Kolejne alpejskie dni minęły nam pod znakiem oglądania flory i fauny. Wreszcie mogłam naoglądać się do woli szarotek alpejskich….świstak dosłownie czmychnął mi spod nóg…a kozica bacznie przyglądała się nam w lesie …a wszystko to na jednej trasie do schroniska Kinhutte (2582m) Chcieliśmy jeszcze odwiedzić Europahutte (2265m) ale przegoniła nas burza.



Fot.1 ...Odpoczywając dreptaliśmy dookoła jeziokra Stausee Mattmark
Fot.2 ...przemieściliśmy się powyżej Monte Rosa Hutte by na kamiennych blokach założyć obóz
Fot.3 ...lodowiec Grenz jest mocno spękany



Fot.1 ...Przy polu serakowym robiłam pierwsze fotki leniwego wschodu słońca
Fot.2 ...Kolejne alpejskie dni minęły nam pod znakiem oglądania flory i fauny
Fot.3 ...a wszystko to na jednej trasie do schroniska Kinhutte (2582m)
Przyszedł czas na tradycję naszych wyjazdów, czyli podział grupy. Adam postanowił zawitać do schroniska pod Weisshornem a ja i Dorian bardziej lajtowo wybraliśmy trasę pod ścianę Matterhornu. Tego dnia miał być wprawdzie Allalinhorn ale nikt nie zareagował zerwaniem się ze śpiwora o 4 rano….jak się potem okazało opatrzność czuwała nad nami, pogoda bowiem już ok. 12 zaczęła się wyraźnie psuć. Burza zaczęła nas gonić już od jeziorka Schwarzsee ale skutecznie jej umykaliśmy boczkiem, oglądając przepiękne zielone krajobrazy dawno już pokonanego w tym miejscu lodowca. Sosny, ich zapach ,dzika ścieżka wśród ukwieconych polan, w oddali delikatne dzwonki alpejskich Milek i głośne gwizdy świstaków, dla których to miejsce musiało być idealne na zamieszkanie zrobiło na mnie ogromne wrażenie.
Ostatni górski dzień….tym razem budzik zdążył wydać tylko jeden dzwięk . Ok. 7 byliśmy już na parkingu w Saas Fee a niewiele później pod kolejką. Dziś naszym celem był stosunkowo łatwy 4tyś –Allalinhorn. Kolejna górska lekcja- w górach wszystko jest możliwe i to co wydaje się być łatwe sprawia najwięcej problemów. Samo wejście na szczyt nie sprawiło nam większych trudności. Od przełęczy Feejoch (3826m) szliśmy nawet osobno, bo panowie chcieli zobaczyć trasę na Alphubel (4206m). Miałam do wyboru: zaczekać na przełęczy lub spróbować wejść na Allalinhorn. Wybrałam to drugie. Szło wiele ekip więc stwierdziłam, że mogę spróbować. Zawsze można wszak zawrócić. Krok za krokiem…mogłam wreszcie usiąć wygodnie tuż przed szczytem i zaczekać na idących jednak w moją stronę chłopaków, oglądając przecudne widoki od Monte Rosy, przez Matta po Blanka. Jako drogę zejściową wybraliśmy trasę przez schronisko Britannia (3030m)….i tu pozwolicie, że nie opiszę tej części, bo to był najgorszy psychicznie górski dzień w moim życiu jak do tej pory. Powiem tylko, że utwardzonej ziemi dotknęliśmy prawie zbiegając już w deszczu o godzinie 21. Tego dnia oprócz wejścia na szczyt przyszło nam zejść 2200m…ubezpieczając się podczas zejścia z grani, pokonywać ścieżkę w nawisach śnieżnych i lodzie…po kamorach...lodowcach, by w leśnej końcówce bawić się w wyścigi z burzą. Z perspektywy czasu patrzę na to już łagodniejszym okiem. To była spora lekcja dla mnie..z różnych względów
W drodze powrotnej do Polski postanowiliśmy dosłownie na dzień zawitać do Alp Berneńskich. Niestety nie mam fotek z tej części…akumulatorki mi padły. Jedno jest pewne, warto tam wrócić na dłużej....



Fot.1 ...oglądając przepiękne zielone krajobrazy dawno już pokonanego w tym miejscu lodowca.
Fot.2 ...Dziś naszym celem był stosunkowo łatwy 4tyś –Allalinhorn.
Fot.3 ...oglądając przecudne widoki od Monte Rosy, przez Matta po Blanka.
Tak kończy się nasza alpejska przygoda…inna niż dolomitowa…trudniejsza, bardziej pouczająca…sprawdzająca. Pozdrawiamy serdecznie


Adam.........i.........Dorian.......oraz.........ja

INFORMACJE PRAKTYCZNE:
(wstawię w późniejszym terminie)
Fantastyczny materiał o lodowcach: http://www.trekking.com.pl/index.php?czytaj=00048





