Mountain of Mourne czyli rękopis Ajrisza

Rozmowy na dowolny temat, niekoniecznie górski... :)
ODPOWIEDZ
Gość

Mountain of Mourne czyli rękopis Ajrisza

Post autor: Gość »

Wprowadzenie:
Upał, kawiarenka w Mielnie. Brak miejsc. Przysiadłam się do jakiegoś starszego pana. Spojrzał na mnie z typową staroświecką szarmanckością. Porozmawialiśmy sobie. Jakoś tak zeszło na Zakopane. Też tam bywał. Potem nagle spojrzał na zegarek , zerwał się i pożegnał. Przez okno widziałam jak wsiadł do samochodu z obcą rejestracją i odjechał. Po chwili zauważyłem, że został po nim zeszyt.. Otworzyłam – na pierwszej stronie było napisane – Ajrisz – Pamiętnik. Zamknąłam natychmiast. Był na mnie już czas ale postanowiłam poczekać – może wróci. Czekałam z godzinę. Nie wrócił. Poszedłam do barmana, powiedział, że nie ma czasu na takie zabawy jak przechowywanie. W końcu zgodził się na przyjęcie mojej wizytówki i przekazanie jej temu facetowi, gdyby się wrócił za zgubą. Minęły dwa tygodnie – nic. Ciekawość w końcu przemogła. Zabrałam się do lektury. Interesująca. Usunąłam pewne bardziej osobiste szczegóły.

Pamiętnik Ajrisza

Zakopane, lipiec 1954
Wszystko zaczęło się od tego, że dostałem (a może znalazłem – już nie pomnę) taką haftowaną plakietkę z napisem Mountain of Mourne. W przedwojennej encyklopedii Gutenberga napisano o nich – pasmo gór w Irlandii. Koniec, kropka. Walała się gdzieś w moich gratach do czasu aż przez nieuwagę wypaliłem sobie papierosem niewielką dziurkę w klapie plecaka. No i przyszyłem ją wtedy aby tą dziurę zakryć. Plecak był nędzny i ogólnie do dupy ale to nie znaczy, że ma być dziurawy. Kilka dni później pojechałem w Tatry.
Pierwsza „rybka” złowiona przez plakietkę trafiła się już w pociągu. Taki sam „plecakowiec” jak ja dojrzał ją bystrym okiem:
- Mountain of Mourne. Gdzie to jest, byłeś tam, ostre górki?
- W Irlandii. Nic więcej nie wiem. Plakietkę znalazłem. Przyszyłem aby zasłonić dziurę.
- Szkoda, że nic nie wiesz więcej. Może warto pojechać?
- A paszport, dolce? Marzyciel!
- Podobno ma się coś zmienić!
- Eee tam, nie wierzę.
Pożegnaliśmy się na dworcu, on zasuwał do Moka a ja do Murowańca. Nie wiem dlaczego ale tamta rozmowa nie dawała mi spokoju. Długo myślałem i nagle – eureka! Szatański pomysł strzelił mi do głowy. Ciekawe tylko czy się da zrealizować?
Poszło zdumiewająco łatwo. Plakietkę zauważył chłopak w moim wieku siedzący na balkonie przy recepcji:
- Gdzie to jest? No te Mourne? – pokazał palcem na plakietkę.
- W Irlandii – odpowiedziałem z iście brytyjską flegmą. To takie ichnie Tatry. Chyba trochę trudniejsze trasy wspinaczkowe (po portkach rozpoznałem, że to musi być wspinacz, zwykli turyści takich nie nosili).
- Byłeś tam? Wspinałeś się? – widać było, że już jest zdrowo „nagrzany”
- Trochę – dalej brytyjska flegma – daleka rodzina tam mieszka, z kuzynem.
- Kurwa, musisz koniecznie opowiedzieć..
- Potem, walę teraz do trumny się kimnąc, padam na pysk, cała noc w pociągu.
- Ok., wieczorem, w jadalni
Leżąc na tym urządzeniu udającym łóżko i zwanym nie wiadomo dlaczego kanadyjka zastanawiałem się co zrobić dalej. Brnąć w łgarstwo dalej czy też przyznać się i skończyć z sprawą. Zasnąłem przy tych rozważaniach.
Obudziłem się, było po siódmej. Cholera, za pół godziny zamykają kuchnię. Wyjąłem aluminiową puszkę z żarciem i zbiegłem po schodach na dół. Dopadli mnie od razu. W kącie jadalni siedziało ich chyba z sześciu. Co więcej, czekały na mnie gotowe kanapki i herbata. Jak tylko skończyłem pojawił się kufel z piwem. Kurwa, ale afera. Nie było siły, poleciałem w łgarstwa. Znałem dość dobrze z opisów książkowych Tatry Słowackie, w których na pewno nie mógł być żaden z moich rozmówców. Wymyślałem tylko nazwy i zmieniałem szczegóły – zamiast siedmiu rygli było dziewięć rygli, dwa razy tyle stawów spiskich, pańskim gestem dodałem też stawów Hińczowych a Mięguszowi dołóżyłem czwarty wierzchołek. Szło jak po maśle a podziw w oczach moich słuchaczy narastał w postępie geometrycznym.
Nastały piękne dni. Gdziekolwiek szedłem, wystudiowanym, trochę kołyszącym się chodem pożeracza auserów to wszędzie słyszałem za sobą szepty – „to ten z Mourne, kurwa, to jest ale gość”. Co najzabawniejsze, nikt nie uświadamiał sobie, że te Mourne jest zupełnie takie same jak tu obok, żadnych lodowców, szczelin, seraków, wysokości też te same. Ale w Irlandii a nie w pospolitej Polsce. Wkrótce też zauważyłem zachwycone oczęta pięknych dziewczyn. Zdawały się mówić – „gdybyś tylko chciał”. Tak, to były naprawdę piękne dni. Trochę wspinu, słońce, ani jednej chmurki, bieganie do kąpieli do Zielonego Stawu. No i kosówki, pięknie pachniały tego lata.
Dzień klęski nadszedł chyba po dziesięciu dniach. Pogoda się trochę popsuła i już popołudniu siedziałem wśród moich wiernych słuchaczek i słuchaczy. Opowiadałem właśnie o ponurej północnej ścianie Małego Kiezmarskiego, pod zmyśloną oczywiście nazwą gdy zauważyłem nowego słuchacza. Duży był, krępy, kościsty, taki wzbudzający respekt. Uśmiechał się coś głupio pod nosem. Poczułem się nieswojo, przeprosiłem słuchaczy, gestami ilustrując, że mam sraczkę i muszę do kibla. Czekał na mnie pod drzwiami, kopniakami prawie zagnał do trumny a tam pokazał swój plecak. Na samym froncie była przyszyta plakietka – „Mountain of Mourne”, taka sama jak moja, tylko większa.
- Spierdalaj – powiedział cicho ale w sposób wzbudzający respekt – teraz moja kolejka.
- Przecież możemy razem – próbowałem się bronić.
- Nie, będzie wsypa – tembre jego głosu wzbudzał jeszcze większy respekt – byłeś tam? – dorzucił łagodniej.
- Nie, a ty?
- Też nie, ale wiem jak tam jest. Ty jesteś francowaty łgarz, ale mi to nie przeszkadza, wręcz odwrotnie. To są gówniane pagórki, przy których Gubałówka to Himalaje. No bywaj! Przejmuję interes.
Wymówiłem się nagłym telefonem z domu i powlokłem się w dół ocierając kułakiem gorzkie łzy. Ale „Baśka” cały czas pracowała. Już miałem nowy plan. Zjechałem z Kuźnic do miasta, uzupełniłem zapasy żarcia i pognałem na PKS. Po chwili siedziałem już w autobusie do Chochołowskiej. Zaczęło się już w autobusie, fertyczna mamusia z dwoma córeczkami, trochę przy kości ale nie jestem specjalnie drobiazgowy. To zresztą ciekawa sprawa – w Tatrach wysokich dziewczyny są na ogół wysokie i szczupłe, takie trochę jak Mnich, natomiast te bywające w Zachodnich to takie mocne, kopulaste z biustem przypominającym Tomanową Polską.
Mountain of Mourne też przestały być strzeliste, były teraz starymi górami o kopulastych szczytach, z mnóstwem łąk na których pasły się stada owiec. Nastały znowu piękne dni, wędrówki po graniach, słońce, kąpiele w Ciemnosmreczyńskim, jaskinie. No i kosówki, które tak pięknie pachniały tego lata.
Dzień klęski nadszedł nieoczekiwanie. Wracałem właśnie z Bobrowca w otoczeniu kilku moich wielbicielek. Siedział przed schroniskiem. On, oczywiście, kościsty, silny itd. Odciągnął mnie na bok:
- Stary, bardzo mi przykro, ale musisz spierdalać. Moja kolej. Tam w Murowańcu przeleciałem już wszystko co było do przelecenia. A w dodatku, kurwa, pojawił się taki jeden gnój z plakietką Chamonix. Dasz wiarę? Kurwa, wstydu już nie mają ci producenci lewych plakietek. To jest świństwo, nieuczciwa konkurencja, jak takim Mourne przebijać Mont Blanca. No leć już, może się jeszcze kiedyś spotkamy. Dobre dupy tutaj?

Schodziłem do autobusu, ale łzy otarłem tylko ze trzy razy. Właściwie się zaprzyjaźniłem z tym „kościstym”. Rozumiałem go, to naprawdę świństwo z tym Mont Blancem. W Zakopanem wsiadłem w autobus i pojechałem do Szczawnicy a potem do schroniska Sokolica. Moja plakietka wzbudziła uwagę jednej dziewczyny już po drodze. Powiedziała, że nie ma kłopotu z miejscami i spokojnie możemy się pójść wykąpać. Mądra dziewczyna, dosyć dawno się już chyba nie kąpałem i pewnie musiałem trochę „wanieć”. To była naprawdę miła kąpiel.
Mourne przekształciły się teraz w strzeliste wapienne turnie otoczone zalesionymi stromymi pagórkami. Nastały znowu piękne dni, słońce, kąpiele w Dunajcu, chłodne lasy. No i zioła i kwiaty w tych lasach, które tak pięknie pachniały tego lata.
Byłem jednak prawie pewien, że mój „przyjaciel” i tu mnie dopadnie. Specjalnie mnie to nie przejmowało, kasa się kończyła i trzeba było wracać, musiałem też posiedzieć nad książkami. Jedna poprawka się trafiła. Gdy przyszedł, to odczułem coś w rodzaju ulgi.
- No zobacz, powiedział, ludzie już zupełnie wstydu nie mają. Wiesz co, kurwa, miał? Nie zgadniesz? Plakietkę francuskiego Masywu Centralnego! Świnia, jak z takim konkurować. Dobre tu dupy, kolego?

Lata następne.
Przywiązałem się do tej mojej plakietki. Gdy kupiłem porządny plecak w Słowacji po otwarciu konwencji przeszyłem ją na niego. W dodatku znalazłem hafciarkę, która mi zrobiła kilka wiernych kopii.
Czasy się poprawiły, teraz już można było pojeździć po „demoludach”. Tatry słowackie, Niżne Tatry, Fatry, rumuńskie Karpaty, Góry Bukowe na Węgrzech, Rodopy, Riła, Piryn. Niebywałe – metoda na „Mourne” wszędzie działała. Trzymałem się wiernie technologii – zawsze każdorazowe „Mourne” były bliźniacze dla gór w których każdorazowo przebywałem. Ciekawa rzecz – niezależnie od kraju zawsze to irlandzkie, zachodnie, było „lepsze”. Niestety a może raczej na szczęście zawsze po jakiś dwóch tygodniach pojawiał się ten „kościsty”. Naprawdę, nie umawialiśmy się, chyba się nawiązała między nami jakaś telepatyczna więź.
Trwało to kilka lat a potem się urwało. No i nie tak często już bywałem w górach. On pewnie też. Wszystko się jakoś zawsze kończy.

Maj 2006 Hotelik w Górach Świętokrzyskich
Diabli by to nadali. Wciąż się muszę urywać do jakiś górek. Na coraz mniej mnie stać. Tym razem pojechałem w Góry Świętokrzyskie. Wjechałem na Święty Krzyż, pospacerowałem tu i tam no i w końcu wróciłem do mojego hoteliku. Prysznic, mały odpoczynek i zszedłem do barku hotelowego na drinka. Wchodząc rzuciłem okiem na lustro. No całkiem nieźle, w sportowej koszuli i takich śmiesznych spodniach z kilkunastoma kieszeniami (też pomysł!) wyglądałem jako tako jak na swoje lata. Nie było wolnego stolika więc siadłem na stołku przy barze. Obok siedziała śliczna nastolatka. Położyłem na ladzie saszetkę z dokumentami, kartami, paroma banknotami. Na saszetce z przyzwyczajenia chyba była przylepiona plakietka „Mountain of Mourne”. Zauważyłem, że dziewczyna zwróciła na nią uwagę. Już miałem rozpocząć opowieść o fascynujących gołoborzach Mourne gdy poczułem uderzenie w plecy. Obróciłem się. To oczywiście był on „kościsty”. Naprawdę się ucieszyłem, już straciłem nadzieję, że go kiedykolwiek zobaczę.
- Kaśka, na górę – to moja wnuczka – dodał. My tu z przyjacielem mamy sobie do pogadania, za smarkata jesteś na takie rozmowy. – odeszła pokornie, rzucając jednak zachęcający uśmiech; poczułem się jak by mi ubyło dwadzieścia lat..
Zwolnił się stolik i się do niego przenieśliśmy. Na stole pojawiły się natychmiast butelka dobrego francuskiego koniaku i dwa długie pudełka z hawańskimi cygarami.
- No „Ajrisz”, twoje zdrowie, strasznie się cieszę stary, że cię widzę, już myślałem, że umarłeś.
- Wiesz co, „Kościsty”, ja też.
- Fajny był ten nasz „patent”, Boże, ile tych dziewczyn było, pamiętasz może jeszcze tą Lilianę z Pirinu?
- No oczywiste, miałem się właśnie o to samo ciebie zapytać – no to zdrowie Liliany. Ty, stary, ona chyba już jest starą babą?
- A ty może młody?
- No fakt!
Porozmawialiśmy trochę o naszych górach a później w sposób nieunikniony rozmowa musiała się przenieść na lata bieżące,
- Na emeryturze oczywiście – zapytałem. Dorabiasz coś do niej?
- Oczywiście. Wykorzystuję nasz „patent”!
- Nie truj, Kościsty, niby jak?
- Handluję burakami.
- Kościsty, ja jeszcze mam całkiem dobrą głowę i na pewno się nie upiłem. Co mają buraki do Mourne?
- Ajrisz – roześmiał się – wiesz co to takiego „lans”?
- Nie, nie wiem.
- Rozumiem, masz młodszą wnuczkę. Widzisz, jakby ci to wytłumaczyć. To jest takie udawanie kogoś kim się w rzeczywistości nie jest. Oczywiście kogoś lepszego. My, tu w dawnym RWPG mamy kompletnego pierdolca na punkcie zachodu. Wszystko co obce, inne a już szczególnie z zachodu jest lepsze. Mourne też było lepsze, wierzyli wszyscy w nie na słowo honoru, choć to w rzeczywistości gówniane pagórki. Pamiętasz jak Ci powiedziałem, że Gubałówka przy nich to Himalaje. To taki właśnie lans. No i my na tym lansie jechaliśmy do przodu.
- No dobra, rozumiem, ale co mają do tego buraki?
- Spokojnie. Zaraz zrozumiesz. Znam takiego Francuza. On mi dostarcza opakowania do ćwikły, z których wynika, że ta ćwikła jest francuska. Buraki kupuję w Polsce, tu robię z nich ćwikłę, potem w te pudełka i sprzedaję ten cały majdan do kilku supermarketów i do Rosji. Idzie jak woda. Dopóki opakowania były polskie ledwo wychodziłem na swoje. A teraz – popatrz! – wskazał palcem na terenówkę Nissana.
- No, udało ci się – chyba posmutniałem.
- Ty, jak wiesz nigdy o tobie nie zapominałem. Teraz też. Masz chyba trochę kasy? Wchodzisz do mnie do spółki. Groszek i marchewka. Słoiki z Hiszpanii, To co, wchodzisz?
- Wchodzę!

Mielno, lipiec 2006.
Interes idzie świetnie. Zarówno buraki jak i groszek z marchewką idą jak woda. Pojechaliśmy sobie na weekend do Mielna. Zaraz po weekendzie mamy się spotkać z nowym partnerem. Jaki ten świat jest mały – to ten z plakietką Chamonix co przepędził Kościstego z Murowańca. Teraz mieszka w Bawarii i produkuje opakowania. Wchodzimy w bawarskie ogórki. Ale na razie siedzimy sobie z Kościstym przy koniaczku i francuskich cygarkach:
- Ajrisz – powiedz, byłeś kiedyś w tym Mourne?
- Nigdy, jakoś okazji nie było. A ty?
- Też nie – odpowiada Kościsty – wiesz co. Finalizujemy te ogórki, byznes zostawiamy pod opieką mojej wnuczki a sami jedziemy w góry. W te Mourne, pochodzimy sobie jak za dawnych lat.
- Ale czemu akurat tam, sam powiedziałeś, że to gówniane pagórki przy których Gubałówka to Himalaje. Jedźmy w Alpy, do Chamonix, albo Zermatt czy gdzie tam chcesz.
- Zwariowałeś, w naszym wieku? Stary, to byłby lans, rozumiem, że to Cię nęci ale to mogłoby się źle skończyć. Zawalik jakiś abo coś.
- Masz rację, Kościsty, lans już nie dla nas. Jedziemy w te Mourne, w końcu wreszcie musimy zobaczyć jak one wyglądają. No to co. Chyba we wrześniu, patrzyłem do internetu – najlepsza wtedy tam pogoda. No i kwitną wrzosy. To będzie dopiero lans!



Tu urywa się pamiętnik Ajrysza.

Uznaniu czytelników pozostawiam ocenę ile w tym prawdy ile fikcji
Awatar użytkownika
andy67

-#8
Posty: 9509
Rejestracja: sob 20 maja, 2006
Lokalizacja: Gdańsk

Post autor: andy67 »

Dobrze się to czyta-proszę więcej takich "kwiatków" :)
Te górki Mourne podobno mają nawet "poszarpane szczyty i granie" (onet.pl)więc taka całkiem Gubałówka to nie jest. :) Tylko wys. npm. "nie powala": 852 - najwyższy szczyt.
Awatar użytkownika
Salek

-#5
Posty: 896
Rejestracja: śr 20 lip, 2005
Lokalizacja: Górki

Post autor: Salek »

Fajny ten rękopis, bardzo przyjemnie się czyta. Jak widać: lans zawsze był trendi :D
Stokrotka

-#2
Posty: 94
Rejestracja: czw 09 lut, 2006
Lokalizacja: Wisła

Post autor: Stokrotka »

Klarissa Ty jestes Jankiem z innego forum?Bo to jest jego tekst!On jest tego autorem....Publikujesz to za jego pozwoleniem...ze sie spytam tylko....

Pozdrawiam!
Awatar użytkownika
Mariusz

-#8
Posty: 5763
Rejestracja: pn 15 wrz, 2003
Lokalizacja: Marki

Post autor: Mariusz »

Stokrotka pisze:Publikujesz to za jego pozwoleniem...
Myślę, że oni się znają, ale mogę się mylić. :)
Awatar użytkownika
Salek

-#5
Posty: 896
Rejestracja: śr 20 lip, 2005
Lokalizacja: Górki

Post autor: Salek »

Mariusz pisze:Myślę, że oni się znają, ale mogę się mylić
A nawet więcej, oni są połączeni jakąś wewnętrzną im tylko dobrze znaną nicią :) Cos jak Dżekyl i Hajd, 4 pancerni i pies, coca i cola :)
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

Salek pisze:A nawet więcej, oni są połączeni jakąś wewnętrzną im tylko dobrze znaną nicią Cos jak Dżekyl i Hajd, 4 pancerni i pies, coca i cola
Mylicie się dżentelmeni. Moje stosunki z panną Klarissą są nienaganne (podobnie zresztą jak Dagomara z Anielką i Sylwestra z Ulicznym bardem - choć tym ostatnim należałoby się bacznie przyglądnąć - Młodziesz Wszechpolska już to chyba robi). Rarutka powinna wziąść z nich przykład.
Awatar użytkownika
Salek

-#5
Posty: 896
Rejestracja: śr 20 lip, 2005
Lokalizacja: Górki

Post autor: Salek »

Janek pisze:wziąść
Mogę przełknąć „sry” zamiast sorry, to taki żargon sms-owy, ale "wziąścia" to już nie. Trochę więcej szacunku. Jest w słowniku również „zawieźć” – no i co – zmienisz na „zawieść” albo „zawieźdź”.
No i w ogóle trochę wyhamuj tą radosną lekkość bytu, drogi Janie. Nie masz już 16 lat – pora spoważnieć. 8)
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

Napisałem "wziąść" - no faktycznie błąd. Niewybaczalny! Chyba muszę się zastrzelić (a może zaszczelić) . A tak w ogóle - jak jest prawidłowo - strzał czy szczał. A także czy prawidłowo jest szczać czy też strzać. Salek tu na mnie ukuł straszną broń i pewnie mnie teraz wykończy, rąbaniem dechą po nerach. Tak jak ja Rarutkę.
Awatar użytkownika
Izabela

-#7
Posty: 3578
Rejestracja: czw 27 sty, 2005

Post autor: Izabela »

Salek Wysłany: Sro, Lip 26, 2006 16:57 Temat postu:

--------------------------------------------------------------------------------

Janek napisał(a):
wziąść
- Zdarzyło się tak napisać i Mickiewiczowi, i Krasińskiemu, i Asnykowi - zdarzyło sie tak napisać i Jankowi.
Mogę przełknąć „sry” zamiast sorry, to taki żargon sms-owy, ale "wziąścia" to już nie.
Może będziesz niedługo musiał bo ze względu na szczególne rozpowszechnienie formy z „-ąść”, językoznawcy skapitulują i zezwolą na oboczność „wziąć — wziąść”.
Pozdrawiam
Izabela
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

No Salek - nie mogę się doczekać odpowiedzi. Jak to jest. Jak sobie idziesz za stodołę (masz stodołę? chyba tak) to szczać czy też strzać. A jak już tam jesteś to szczasz czy szczysz (a może strzysz). W dodatku z Kulczakiem. Albo może raczej z Kulczykiem. No chłopie - strasznie się wyeliciłeś. Szczasz/ strzasz z Kulczykiem i w dodatku Rarutki Polne wam przy tym śpiewają - Kukułka zazuleczka, zakuka nie do pary... (reszta została skreślona przez cenzurę obyczajową).
Awatar użytkownika
Salek

-#5
Posty: 896
Rejestracja: śr 20 lip, 2005
Lokalizacja: Górki

Post autor: Salek »

Izabela pisze:Zdarzyło się tak napisać i Mickiewiczowi, i Krasińskiemu, i Asnykowi - zdarzyło sie tak napisać i Jankowi.
Izabela chyba rzeczywiście przeszła na ciemną stronę mocy :)

Janek pisze:No Salek - nie mogę się doczekać odpowiedzi
No i dostaniesz "pypcia" teraz. Ależ mi przykro.

Nie mam stodoły
Janek pisze:strasznie się wyeliciłeś
To ty tu dywagujesz nie ja. Ja tylko używam twoich "chwytów".

pozdrawiam
Awatar użytkownika
Mariusz

-#8
Posty: 5763
Rejestracja: pn 15 wrz, 2003
Lokalizacja: Marki

Post autor: Mariusz »

Salek pisze:Izabela chyba rzeczywiście przeszła na ciemną stronę mocy
Oj nie wydaje mi się. Ta miła forumowiczka potrafi po prostu dostrzegać pozytywne cechy i nawiązywać dobry kontakt z ludźmi, którzy czasami stoją po przeciwnych stronach różnych forumowych barykad.
:)
Awatar użytkownika
Salek

-#5
Posty: 896
Rejestracja: śr 20 lip, 2005
Lokalizacja: Górki

Post autor: Salek »

chyba, że tak :P
Awatar użytkownika
Agaar

-#8
Posty: 5593
Rejestracja: ndz 07 sie, 2005
Lokalizacja: wielkopolska
Kontakt:

Post autor: Agaar »

Przeczytałam... wciągnęło mnie...
Gość

Post autor: Gość »

Salek pisze:Izabela chyba rzeczywiście przeszła na ciemną stronę mocy
Agaar pisze:... wciągnęło mnie...
Janku ,co właściwie tak działa na nasze Panie w tym tekście (tekstcie) ?
klarissa pisze: Przecież możemy razem
co Ty na to? (oczywiście z w/w paniami ,nie we dwójkę)
ODPOWIEDZ