Tatrzańskie Zagadki
- prawie takSłowo "tatry" było używane na oznaczenie pionowych skał.
- od starosłowiańskiego słowa " tr - try", co ozaczało wielkie głazy.Od czego pochodzi nazwa naszych największych gór?
Dziekuje Agaar,za odpowiedż....
ha, ha, o wiele łatwiej jest zadawać zagadki niż na nie odpowiadać! Spodobało mi sie to
Tak więc zagadka Izy nr 2 " Czy na głównej grani Tatr mozna zobaczyć pasące się krowy?"
Pozdrawiam
Izabela
- diablak1223
-

- Posty: 615
- Rejestracja: pt 15 kwie, 2005
- Lokalizacja: wawa
Proszę podać tytuł i autora dzieła...
"W pewnej chwili nastąpiło objawienie, odkryto zakopiańską zimę. Rozpoczął sie szał narciarstwa, tarzania sie w kopnych śniegach i nawisach, marznięcia na kość po halach i wierchach i rozgrzewania sie czym sie dało, piecem, gorzałką,nagim ciałem lub paroma, tańcem. Przekonano się "na dołach", że jeżeli nie taniej, to duzo weselej można spędzić święta w Zakopanem niż w domu, że rozkosze świąteczne nie muszą polegać na pieczeniu i żarciu babek, indyków, strucli, że" rybkę" można wciąć u Karpowicza tak samo jak u Simona- Steckiego lub Langera, potem potańczyć w tym samym lokalu. Że w ogole można tak szaleć pod Giewontem, jak nigdzie indziej na świecie, o tej porze. Może gdzieś w Tybecie lub Punta Arenas, ale żaden rodak tam nigdy nie był.
Narty stały się modne - jeżdził, kto mógł utrzymać się na nogach, wiotkie panie, starsi panowie, młodzież, wojsko, literatura, wydawcy dzienników i tygodników, poseł Dąbrowski, Grydzewski, Borman. Mówi się o klistrach i skarresach, o Sohmach, parafinach, Dulcingerach, o fokach, przypinanych lub nalepianych, o wiązaniach jak "mysie łapki", "kandahary,"langriemeny", Haugi, Huitfeldy, o deskach z jesionu lub hicory. Mówi się wszędzie, w salonach i małżeńskich łożach, powstają spory - zapomniano o innych przejawach społecznego życia, więcej znaczy koziołek w śnegu ministrowej skarbu niż upadek gabinetu, więcej dobra "Schwungchristiania" niż zmiana kierunku poliytcznego czasopisma. Nawet "córy Koryntu" krążą nocami popod oknami baru Empire, Wnuka, Kotońskiego, Szczura czy nawet Trzaski, ubrane w narciarskie portki koloru zabielanej kawy i buciska ważące po pięć kilo stopa.
Na pochwałę Zakopanego i jego gości należy dodać, że zawodowa prostytucja zakiełkowała dopiero w latach trzydziestych bieżącego wieku (łącznie z napływem mas roboczych). Przedtem nikt by nie spojrzał w stronę wyżej wymienionych ladacznic, mając taki wybór pań po zakopiańskich pensjonatach i hotelach. Nie w ciemię bita śmietanka polskiej urody zjawiała się co roku pod Giewontem, jakaś niezła odrobina swojskiego chowu dołączała się do tego bukietu piękności, sprytu i dzielności. Nikomu nie przyszło dopytywać się o zawodowe siły, skoro setki, ba tysiące(zależało od sezonu) dam umiało dać poznać: it is my hobby. Wiedzą,że jeżeli czym skuszą zalanego gościa, to właśnie opowieścią o christianiach lub walcach na śniegu. Co lepsza była opalona doskonale i doszczętnie. Zapewne brały udział w kursach narciarskich, prowadzonych przez wielu emerytów - narciarzy.
Najpopularniejszym uniwerkiem była szkoła Wujka Ritterschilda. Zaczynała się niewinnie na Lipkach lub na Wierszykach, wygibasy nie były zbyt trudne. Wujek nie poganiał wcale, kurzył papierosy i patrzył przez monokl, uwiązany na czarnym sznurku, co się dzieje z kulasami elewów. Po paru dniach jednak, skoro uczeń potrafił robić "opór", jaki taki skręt i zatrzymanie się, choćby sprężonym zadkiem, Wujek ruszał ze swoją czeredką na Gubałówkę. Do góry szedł przez Gładkie, zjezdżał na Sobiczkową. Nie miał w zwyczaju oglądać się za siebie. Dopiero na dole liczył bractwo, gdy kogoś brakowało machał ręką i szedł z pozostałymi do Karpowicza. Zakończeniem kursu była wyprawa na Kasprowy Wierch. Piszemy jeszcze o czasach bezkolejkowych, gdy trzeba było wydzierać przez Goryczkową, by w trzy godziny stanąć na szczycie. Trzeba przyznać Wujkowi, że do góry posuwał się wolno, robiąc uczciwe zakosy. Miał juz sporo lat i nic go nie pędziło, nie lubił się zadychiwać i wyglądać jak ryba z monoklem w oku. Ze szczytu jednak, zwłaszcza skoro zobaczył schrinisko na Hali Gąsienicowej, ruszał z kopyta, obracając się i mówiąc do swojej trzódki: good bye!, mknął na dół szerokimi lukami, dość szybko jednak by patałachy parodniowe zostały z tyłu, przy złym śniegu w rozpaczy. W restauracji zbierali się elewi na nowo, by być po raz wtóry porzuconymi na Olczyskach. Że Wujek nie siedział w kryminale, zawdzięczał chyba wielkiemu szczęściu, które towarzyszyło mu również w pokerze i ferblu. Opatrzność Boska widocznie czuwała nad nim,że mu nigdy żaden z uczniów mordy nie skuł."
Pozdrawiam
Izabela
"W pewnej chwili nastąpiło objawienie, odkryto zakopiańską zimę. Rozpoczął sie szał narciarstwa, tarzania sie w kopnych śniegach i nawisach, marznięcia na kość po halach i wierchach i rozgrzewania sie czym sie dało, piecem, gorzałką,nagim ciałem lub paroma, tańcem. Przekonano się "na dołach", że jeżeli nie taniej, to duzo weselej można spędzić święta w Zakopanem niż w domu, że rozkosze świąteczne nie muszą polegać na pieczeniu i żarciu babek, indyków, strucli, że" rybkę" można wciąć u Karpowicza tak samo jak u Simona- Steckiego lub Langera, potem potańczyć w tym samym lokalu. Że w ogole można tak szaleć pod Giewontem, jak nigdzie indziej na świecie, o tej porze. Może gdzieś w Tybecie lub Punta Arenas, ale żaden rodak tam nigdy nie był.
Narty stały się modne - jeżdził, kto mógł utrzymać się na nogach, wiotkie panie, starsi panowie, młodzież, wojsko, literatura, wydawcy dzienników i tygodników, poseł Dąbrowski, Grydzewski, Borman. Mówi się o klistrach i skarresach, o Sohmach, parafinach, Dulcingerach, o fokach, przypinanych lub nalepianych, o wiązaniach jak "mysie łapki", "kandahary,"langriemeny", Haugi, Huitfeldy, o deskach z jesionu lub hicory. Mówi się wszędzie, w salonach i małżeńskich łożach, powstają spory - zapomniano o innych przejawach społecznego życia, więcej znaczy koziołek w śnegu ministrowej skarbu niż upadek gabinetu, więcej dobra "Schwungchristiania" niż zmiana kierunku poliytcznego czasopisma. Nawet "córy Koryntu" krążą nocami popod oknami baru Empire, Wnuka, Kotońskiego, Szczura czy nawet Trzaski, ubrane w narciarskie portki koloru zabielanej kawy i buciska ważące po pięć kilo stopa.
Na pochwałę Zakopanego i jego gości należy dodać, że zawodowa prostytucja zakiełkowała dopiero w latach trzydziestych bieżącego wieku (łącznie z napływem mas roboczych). Przedtem nikt by nie spojrzał w stronę wyżej wymienionych ladacznic, mając taki wybór pań po zakopiańskich pensjonatach i hotelach. Nie w ciemię bita śmietanka polskiej urody zjawiała się co roku pod Giewontem, jakaś niezła odrobina swojskiego chowu dołączała się do tego bukietu piękności, sprytu i dzielności. Nikomu nie przyszło dopytywać się o zawodowe siły, skoro setki, ba tysiące(zależało od sezonu) dam umiało dać poznać: it is my hobby. Wiedzą,że jeżeli czym skuszą zalanego gościa, to właśnie opowieścią o christianiach lub walcach na śniegu. Co lepsza była opalona doskonale i doszczętnie. Zapewne brały udział w kursach narciarskich, prowadzonych przez wielu emerytów - narciarzy.
Najpopularniejszym uniwerkiem była szkoła Wujka Ritterschilda. Zaczynała się niewinnie na Lipkach lub na Wierszykach, wygibasy nie były zbyt trudne. Wujek nie poganiał wcale, kurzył papierosy i patrzył przez monokl, uwiązany na czarnym sznurku, co się dzieje z kulasami elewów. Po paru dniach jednak, skoro uczeń potrafił robić "opór", jaki taki skręt i zatrzymanie się, choćby sprężonym zadkiem, Wujek ruszał ze swoją czeredką na Gubałówkę. Do góry szedł przez Gładkie, zjezdżał na Sobiczkową. Nie miał w zwyczaju oglądać się za siebie. Dopiero na dole liczył bractwo, gdy kogoś brakowało machał ręką i szedł z pozostałymi do Karpowicza. Zakończeniem kursu była wyprawa na Kasprowy Wierch. Piszemy jeszcze o czasach bezkolejkowych, gdy trzeba było wydzierać przez Goryczkową, by w trzy godziny stanąć na szczycie. Trzeba przyznać Wujkowi, że do góry posuwał się wolno, robiąc uczciwe zakosy. Miał juz sporo lat i nic go nie pędziło, nie lubił się zadychiwać i wyglądać jak ryba z monoklem w oku. Ze szczytu jednak, zwłaszcza skoro zobaczył schrinisko na Hali Gąsienicowej, ruszał z kopyta, obracając się i mówiąc do swojej trzódki: good bye!, mknął na dół szerokimi lukami, dość szybko jednak by patałachy parodniowe zostały z tyłu, przy złym śniegu w rozpaczy. W restauracji zbierali się elewi na nowo, by być po raz wtóry porzuconymi na Olczyskach. Że Wujek nie siedział w kryminale, zawdzięczał chyba wielkiemu szczęściu, które towarzyszyło mu również w pokerze i ferblu. Opatrzność Boska widocznie czuwała nad nim,że mu nigdy żaden z uczniów mordy nie skuł."
Pozdrawiam
Izabela
to może jeszcze fragmencik?
" W Zakopanem wszystkiego było po dwa: dwa kościoły, dwa cmentarze, dwóch żandarmów itd. Na starym cmentarzu leżało sporo ludzi z lat dawnych. W starym kościele kazał ksiądz Stolarczyk, ojciec wielu nieślubnych dzieci, Jan Chrzciciel góralszczyzny, który prał lagą poniektórego gazdę, gdy ten zapalał fajkę od lampki, wiszącej przed ołtarzem. Zakopiański proboszcz, wygramoliwszy siebie i swój potężny brzuch na szczyt Garłucha, odprawił tam mszę świętą, jako że bliżej był Pana Boga. Została po nim legenda do niedawna niezatarta niczym. Czcili w nim nie tyle pobożność, ile panującą wśród ludu góralskiego jurność i cielesną potęgę tej niezwykłej postaci"
" W Zakopanem wszystkiego było po dwa: dwa kościoły, dwa cmentarze, dwóch żandarmów itd. Na starym cmentarzu leżało sporo ludzi z lat dawnych. W starym kościele kazał ksiądz Stolarczyk, ojciec wielu nieślubnych dzieci, Jan Chrzciciel góralszczyzny, który prał lagą poniektórego gazdę, gdy ten zapalał fajkę od lampki, wiszącej przed ołtarzem. Zakopiański proboszcz, wygramoliwszy siebie i swój potężny brzuch na szczyt Garłucha, odprawił tam mszę świętą, jako że bliżej był Pana Boga. Została po nim legenda do niedawna niezatarta niczym. Czcili w nim nie tyle pobożność, ile panującą wśród ludu góralskiego jurność i cielesną potęgę tej niezwykłej postaci"






