Zaraz za Smokowcem gubimy nieoznakowany jeszcze po kalamicie szlak i w rezultacie wspinamy się po sławkowskiej uboczy stromo po wykrotach prawie dwie godziny ,aż osiągamy szlak z Siodełka już niedaleko Siennej Kopy. W chaszczach gubię czapkę .Jesteśmy wykończeni ,tym milej witamy miłą jak nigdy obsługę w Śląskim Schronisku ,nawet nową czapkę mają dla mnie. Ruszamy dalej ,upał niemożebny ,ale wszystko we śniegu,śnieg dobry ,akurat miękki ,kaszowaty ,nie wymaga raków ni czekana ,ale trochę umiejętnosci i rozumu jednak tak ,ratuję jakieś dzieci pod Granackim prysznicem ,bo ojciec w adidasach rozpłaszczony w śniegu nie jest w stanie.Wyżej nie widać żadnych śladów ,kilka osób przed nami zawraca ,gubimy się trochę we wspinaczce i włazimy pod Małą Wysoką ,potem jakimś dzikim i nie całkiem miłym trawersem na Przełęcz. Przez to błądzenie cały dzień jest już późno ,z Rohatki nici ,wracamy więc z powrotem. Krótki filmik z Polskiego Grzebienia tutaj:
http://www.tomaszow.mm.pl/~dagomar/spr/grzebien.avi
Nie obraźcie się ,ale wyciąłem zbyt "prywatnie" brzmiący głos.
Następnego dnia na Rohatkę ,jak dnia poprzedniego ,od Zbójnickiej w głębokim sniegu ,przy zjeździe w pewnym momencie wpadam po pachy ,upał coraz większy ,poglądawe filmiki tutaj:
http://www.tomaszow.mm.pl/~dagomar/spr/roh1.avi
http://www.tomaszow.mm.pl/~dagomar/spr/roh2.avi
Po dniu odpoczynku trasa przez Klinowate,Baraniec i Rohacze. Wierzcie mi ,że zrobienie tego w 30 stopniowym upale i wilgotności dochodzącej chyba do 100% to bohaterstwo. Na Barańcu i drodze do niego 4 osoby ,na Rohaczach ,jak nigdy - dosłownie 3. Są płaty śniegu na skałach ,ale głównie na obejściach no i przy zejściu na przełęcz ,grań sucha ,nareszcie udaje mi się zrobić zdjęcie pustego konia

Przez te trzy dni dosłownie łaziliśmy pomiędzy świstakami ,które właśnie wyłaziły spod śniegu ,a że było pusto ,to sobie z nas nic nie robiły. Tu dwa filmy
http://www.tomaszow.mm.pl/~dagomar/spr/swist1.avi
http://www.tomaszow.mm.pl/~dagomar/spr/swist2.avi
i parę fotek:



Piątego dnia Koprowy - byłby bez historii,gdyby na samym wierzchołku nie chwyciła nas burza ,co prawda szła wcześniej ,ale wydawało się ,że powinniśmy zdążyć. Po szczytowej grani nie wolnej od płatów śniegu i mokrej od deszczu ,w mleku na dwa metry zbiegamy jak kozice ,nie mogę nadziwić się tempu żony.
Po kolejnym dniu odpoczynku poświęconym na Wodospady Zimnej Wody ,w których ,o dziwo ,jeszcze nigdy nie bylismy ,długa trasa Dol. Jałowiecką. Jestem przyjemnie zaskoczony ,szlaki są naprawione ,wyrosły nowe mostki i choć charakter doliny pozostał

to idzie się o wiele łatwiej ,niż jeszcze rok temu. No i oczywiście Salatyn w tradycyjnym upale i duchocie - czuję się przynajmniej jak maratończyk i szacuję tę górę na co najmniej 3000m.n.p.m. ,tak ,że po zejściu na Palenicę na myśl o Siwym i Babkach robi mi się słabo - wracamy Bobrowiecką.
Ostatni dzień właściwie bez historii ,na górnym tarasie Dol. Jagnięcej łapie nas burza ,która trwa do 10 wieczorem ,nie mam mowy o wejściu na szczyt - wracamy przemoknięci.
Na koniec dwa zdjęcia nieba z życzeniami dla wszystkich ,by góry Was puściły wszędzie tam ,gdzie wejść zamierzacie









