Małżeństwo czy wolny związek? :)
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
-
Gość
-
Gość
-
Gość
-
Gość
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
Darkowski pisze:A żona powinna traktować męża jak psa: nakarmić, nie drażnić i wypuszczać na noc
w tym temacie się nie wypowiadałam...ale powiem tak....nie potępiam wolnych związków bo nie ma czego potępiać...ani nie krytykuje tych, którzy chcą mieć dokument, że są razem...choć uważam papierki i wszelkie ceremonie zbędne...bo gdy ludzie chcą być razem to po co mają mieć na to papier...??????
owszem...do tradycji nic nie mam...ale jeżeli ktoś nie czuje potrzeby kultywowania tradycji to nie powinien być potępiany przez społeczeństwo...a dzieje się tak często, gdy ktos sobie spokojnie żyje w niezalegalizowanym związku....Hannibal pisze:Bo taka jest tradycja, a tradycja jest przecież piękna.
To żeś, kolego, śliski temat poruszył. Po tym co napiszę część forumowiczów gotowych będzie pójść ze mną na noże. Ale co tam. Skupię na tym z czym mamy do czynienia najczęściej w tej sferze a mianowicie na zawieraniu związków małżeńskich - konkordatowych. Z tego co wiem prawo kanonicznie dopuszcza śluby katolika/czki z innowiercą/czynią. Jak to wyglada w praktyce, to już jest zupełnie inna sprawa. Nie tylko problem zazwyczaj robi pleban ale przede wszystkim rodzina. Dla niej najczęściej nie liczy się czy dwoje ludzi wiąże się dla tych "celów wyższych". Dla niej najważniejsza bywa etykieta. Byłem niedawno na ślubie u przyjciół w charakterze świadka. Tacy z nich katolicy jak z koziej dupy trąba. Jedyne co na to do tej pory wskazywało to fakt przyjęcia sakramentu chrztu i komunii bo mieli guzik do powiedzenia. A dzisiaj zasilają klesze statystyki, dzięki którym kościół katolicki się chełpi ilu to mamy w RP wiernych (jakieś 95%). Kupel, dzisiaj już szczęśliwy mąż, bynajmniej tak twierdzi, zdając sobie sprawę, że mam gdzieś całą tę otoczkę (z resztą on chyba podobnie) powiedział, że nie muszę iść do spowiedzi (i tak bym nie poszedł) ale bym chociaż łyknał opłatek. Bo to ważne, bo rodzinka, ...i w ogóle. Cóż, skoro i tak mi to wisi i nie będzie to miało nic wspólnego z jakimiś moimi wewnętrznymi emocjami, to czemu mam robić wbrew kumplowi. W koncu to dla niego "ważne"... Ale co? Wyszło szydło z wora! Mają gdzieś poglądy nieklerykalne bliskiego przyjaciela. Ma tylko ładnie wyglądać a o mojej propozycji zgłoszenia się u plebana jako świadek niereligijny nie chcieli nawet słyszeć. Brzmiało mi to jak "odpieprz swoje a będzie z bani". Do czego piję pisząc o przypadku znajomych nowożeńcach? Uważam, że oni się boją reakcji otoczenia, groźnego spojrzenia plebana a co za tym idzie nawet i napiętnowania na oczach parafian. I nieważne czy to miałoby dotyczyć zawarcia mieszanego religijnie związku małżeńskiego czy propozycja świadkowania człowieka nierelijnego czy też innowiercy. I tak najczęściej wszyscy będą udawali zagożałych katolików zgrabnie składając łapki tak by ksiądz się nie zesmaczył. Dużo czasu będzie musiało upłynąć aby się mentalność nieco zmieniła w tym kraiku. Dlatego jawny związek osób o różnych wyznaniach nic dobrego, póki co, nie wróży. Dalej będziemy hipokrytami. Z jakiegoś dziwnego strachu... A mamy XXI wiek 
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
Keczup - małe wyjasnienie. świadek ślubu kościelnego musi być katolikiem. Ja będąc świadkiem dostałem kartkę do spowiedzi i musiałem ją księdzu złożyc (teoretycznie, bo nie wiem czy sie nią specjanie zainteresował, ale to inna sprawa - ksiądz był znajomy). Tak samo (a włąściwie tym bardziej) ojciec chrzestny.
Zgadzam się z Tobą, że w wielu przypadkach jest to hipokryzja, a często zwykła głupota. Mimo to problem Twojego kolegi jest inny niż Twój. Ty jesteś rozumiem ateista a nawet antyklerykałem (okreslenie 'nieklerykał' wywołuje we mnie mdłości przez skojarzenie z pewnym szmatławym pisemkiem przy którym 'Nie' to szczyt wyrafinwania). W kazdym razie świadomym swoich poglądów. Natomiast Twój kolega jest tzw 'wierzacym niepraktykującym', czyli oficjalnie katolikiem, ale majacym to w dupie. Nie z przekonań, raczej z lenistwa.
Ale nie ma on żadnego interesu w zadzieraniu z księdzem (mało istotne, w miescie wcale) i z większością rodziny (bardzej istotne). IMHO nie powinen on proponowac Tobie (wiedzac jakie masz przekonania) takiej funkcji.
Mnie jako katolika takie sytuacje wnerwiają bo osobiście wolę ateistę świadomego swoich poglądów (choć tych wojujących nie trawię, ale to tak samo jak wojujących wegetarina i tym podobnych) od kogoś kto przypomina sobie o Kościele jak trzba załatwić ślub i pogrzeb a poza tym ma go w dupie. Ale z drugiej strony nie można tym ludziom odmawiać do tego prawa.
Zaś co do tematu mieszancych małżeństw - problemem jest tylko religia dzieci - jak się dogadają to problemu już nie ma. Chyba, że na jakiejś zapadłej wsi.
Zgadzam się z Tobą, że w wielu przypadkach jest to hipokryzja, a często zwykła głupota. Mimo to problem Twojego kolegi jest inny niż Twój. Ty jesteś rozumiem ateista a nawet antyklerykałem (okreslenie 'nieklerykał' wywołuje we mnie mdłości przez skojarzenie z pewnym szmatławym pisemkiem przy którym 'Nie' to szczyt wyrafinwania). W kazdym razie świadomym swoich poglądów. Natomiast Twój kolega jest tzw 'wierzacym niepraktykującym', czyli oficjalnie katolikiem, ale majacym to w dupie. Nie z przekonań, raczej z lenistwa.
Ale nie ma on żadnego interesu w zadzieraniu z księdzem (mało istotne, w miescie wcale) i z większością rodziny (bardzej istotne). IMHO nie powinen on proponowac Tobie (wiedzac jakie masz przekonania) takiej funkcji.
Mnie jako katolika takie sytuacje wnerwiają bo osobiście wolę ateistę świadomego swoich poglądów (choć tych wojujących nie trawię, ale to tak samo jak wojujących wegetarina i tym podobnych) od kogoś kto przypomina sobie o Kościele jak trzba załatwić ślub i pogrzeb a poza tym ma go w dupie. Ale z drugiej strony nie można tym ludziom odmawiać do tego prawa.
Zaś co do tematu mieszancych małżeństw - problemem jest tylko religia dzieci - jak się dogadają to problemu już nie ma. Chyba, że na jakiejś zapadłej wsi.



