Do roboty ludzie!
Przypomniało mi się ostatnio, że kilkakrotnie doświadczyłem "kryzysu" na szlaku. Po prostu czasem przychodzi taki moment, kiedy myślisz sobie "o nie, niech to ch... weźmie i szlag trafi, dalej nie idę"... Miałem takie akcje kilka razy w trakcie swojej tatrzańskiej aktywności. Kończyły się z reguły pokonaniem własnej słabości i doczłapaniem się gdzieś tam resztką sił.
Kryzysom sprzyja wędrowanie w potwornym upale albo wchodzenie na drugi lub trzeci szczyt tego samego dnia (np. na Kościelec i wracamy, potem na Granaty i wracamy, może jeszcze na Zawrat i wracamy?).
Zanik kondycji przychodzi też czasem po forsowym wysiłu już pierwszego dnia pobytu w górach - na drugi dzień nogi są jak z waty...
Być może wam się to wcale nie zdarza. Jeśli jednak zdarza, to co wtedy robicie? Albo jak się przekonujecie żeby iść dalej?










