
...a dookoła tylko biel...
Za oknem morza mgieł otulają szczelnie całe Tatry. Nie chce się wstawać z ciepłego łóżeczka, mimo iż od godziny ktoś nieustannie tupta nam nad uchem i skrzypi drzwiami, wprowadzając elementy horroru do błogiego porannego stanu rozleniwienia….Kolejny raz uprzedzam mój budzik…wstaję pierwsza, odruchowo sięgam po ręcznik i kubki na herbatę. W drodze do łazienki nastawiam duży starodawny czajnik wody na gaz…tak robią tu wszyscy. Szybkie mycie w zabójczo lodowatej wodzie, powrót na górę, szykuję śniadanie dla reszty naszej zaspanej ekipy, która jeszcze błogo przeciąga się w śpiworach.
Wyruszamy w mleczną krainę. Mijane trasery pokazują się bez końca.Cisza…błoga cisza…nawet kolejka na Kasprowy dziś nie jeździ. Boją się pewnie,że zabłądzi i na Karczmisku wyląduje
Pokrzepieni gorącym napojem zaczynamy dupozjazdy połączone z nauką hamowania czekanem. Na plecach idzie nieźle, gorsza sprawa, gdy się jedzie głową w dół…tu już trzeba się skupić. Szkoda,że śnieg nie jest jeszcze wystarczająco ubity…nie można nabierać właściwych prędkości. Rozbawieni docieramy pod dolną stację kolejki i grzecznie przemieszczamy się znajomym, traserowym szlakiem.
Po południu idziemy kopać jamkę śnieżną….a w zasadzie komnatę śnieżną. Ukochana kosodrzewina skutecznie nam to utrudnia…nie poddajemy się i …dokopujemy się do skarbu…ławeczki za Betlejemką. Naiwnie myślałam, że kopanie takiego zimowego schronu to betka…..jednak człowiek faktycznie uczy się całe życie….





























