Postanowiłam przyjechać w Tatry ciut wcześniej przed kursem, by móc pobyć sam na sam z myślami, marzeniami, pasją…Lawinowa IV nie pozwoliła mi wybrać się na grań Zachodnich (dziewiczych dla mnie), więc postanowiłam odwiedzić równie piękną Dol. Kościeliską. Prosto z pociągu dotarłam do Kir i powolutku przemieszczałam się w zimowej szacie ku Ornakowi. Tam, zrzuciwszy ciężki plecak, postanowiłam wybrać się do Mylnej (nigdy wcześniej tam nie byłam). Płatki śniegu wirowały dookoła trochę mnie przygnębiając (martwiłam się o warunki na kurs) Po dotarciu do wejścia do jaskini…znajome widoczki z pocztówek. Czołówka na głowę i….pierwsze kółeczko …co jest? Mylna zaraz od samego początku? Co to będzie później? Hmmm… Wejście w ciemny korytarz i…pierwsze mocniejsze bicie serca….a to tylko odbicie światła w nacieku wodnym. Ta bujna wyobraźnia to zasługa wcześniej przeczytanych postów naszych panów-żartownisiów. Ruszam dalej z duszą na ramieniu…wąskie przejścia, zatęchły zapach, szukanie dalszej drogi…brrr, niezbyt to ciekawe. Tylko te cudne nacieki lodowe rekompensują mi chwile „strachu” Wreszcie na ścianach pojawiają się migoczące skarby-brylanty malowane mrozem….Świeży powiew mroźnego powietrza i głosy ludzkie…pchające się pod prąd u wylotu jaskini. Zdecydowanie wolę Tatarki naziemnie.
Dla odmiany postanawiam odwiedzić Smreczyński Staw. Cisza, błoga cisza….las i droga …tylko moja….Nad stawem znowu nie jestem sama…ktoś postawił bałwanka…szczęściarz…całe dnie może się wpatrywać na okoliczne szczyty.
W wieloosobowym pokoju śpię zupełnie sama. Rano robię pierwsze fotki z okna pokoju, pakuję się i wyruszam do Zakopanego na spotkanie przyjaciół…
Kilka fotek jutro













