
ale w Ornaku już lajtowo. Tu zobaczyłem kto jest kto- Grześ młody dobrze ułożony mężczyzna o sposobie bycia i osobowości, która w/g żeńskiej części uczestników zlotu zwala z nóg, no Grześ szczęściarzu, oszczędzaj siły byś kobiet nie zawiódł. Tuż po wejściu przy bufecie, bo gdzieżby indziej ramiona rozkłada w powitaniu kto? oczywiście MiG Michał, cholerka analityczny umysł, logika zachowania, konsekwencja w działaniu - jednym słowem słuchać co mówi, nie dyskutować, a najlepiej brać przykład, no może za wyjątkiem tego bufetu bo rozpić się można/z tym bufetem to blaga, ale fajnie mi się napisało/. Dzień się skończył, Ornaczne zasoby łaciatego niebezpiecznie zmalały i poszliśmy spać.

Następnego dnia aklimatyzacja na Tomanowej, Grześ ambitniej w kierunku Czerwonych,

My poprzestaliśmy na siodle i powrót do Kościeliskiej,


w oczekiwaniu na 14.00 jeszcze Wąwóz Kraków,

w Kościeliskiej tłum ludzi, trudno oglądać się za każdym plecakiem, więc naszywkę jako przynęte wywiesiłem sobie na piersi, pomysł trafny bo nieomal natychmiast śmieją się do mnie oczy uroczej istotki, skrobię się po głowie kto to może być, a tu wyłazi zza niej jakiś dużawy koleś i mówi, ja to Luki a to moja żona, hmm cholera, ale los, ostatecznie oboje okazali się zabawowi i choć wolał bym pisać o połowicy Lukiego, napiszę o nim_ Luki zaprawiony w górołaztwie, dobry kumpel na szlak, pomocny i uczynny, nie mógł biedaczek rozwinąć skrzydeł, bo słabowity trochę jeszcze, chory był, nic to Luki następnym razem będzie lepiej. Kilka słów na potwierdzenie spotkania w Ornaku i brniemy dalej przez tłum, aż tu nagle wyłazi na mnie kafar, zadrżałem, ale spoko zęby wyszczerzył, myślę cieszy się, chyba że mnie gryźć zamierza, ostatecznie nic się nie stało, cześć istota mówi jestem dziki muł, odetchnąłem ale na chwilę jedynie bo zadwoiło mi się w oczach i jakby trochę zmniejszyło, lecz nim zebrałem myśli okazało się, że towarzyszem dzikiego muła jest jego młodszy brat -wierny następca wszystkich męskich przymiotów pierwszego z kieleckiego rodu dzikich mułów, trochę pogadaliśmy i rozeszliśmy się palić kalorie przed spotkaniem. O 14.00 zasiedliśmy przy stole, dziki przybył z posiłkami w osobach brata o którym wspomniałem, oraz swojego kuzyna, tu uwaga trzeci z rodu dzikich tez ogromniasty, więc spoko i bez zaczepek, ten kuzyn został zaangażowany w charakterze kierowcy dzikiego, nadto była jeszcze żona kuzyna, który był kierowcą dzikiego - bardzo kobieca bruneteczka, która występowała jako ozdoba klanu dzikich i jako jedyna z nich miała włosy na głowie. W międzyczasie do Ornaku przybył Adaś zaszyty pod ps dr kidler, po wejściu zaraz przywitał się z dwoma obcymi nam i sobie osobami które akurat znalazły się przypadkiem w pobliżu naszego stołu, po czym oszołomił mnie swoją gwarą, poczuciem humoru, a po spotkaniu i już na szlaku okazał się wręcz wymarzonym kompanem do wypraw, takie ogromne śląskie serce na dłoni, brawo Adaś masz u mnie dożywotni kredyt na każdy szlak. Spotkanie jak to spotkanie, im milsze tym prędzej się kończy, więc lulu i rankiem następnego dnia heja na szlak.


Wyszliśmy z zamiarem spotkania się na Czerwonych z Iwoną, ktoś, już nie pamiętam kto, chyba Michał zajmował się telefoniczną koordynacją i darliśmy na wschód jak szaleni,



ostatecznie na Krzesanicy spotkaliśmy przyjazną całemu światu Iwonę - bursztynowooką córkę Neptuna, czekała na nas i radośnie przywitała, mnie uścisnęła jak ta niedźwiedzica,znaczy na niedźwiedzia, okazało się, że była z mamą bardzo dzielną kobietą i Kubą-Jakubem w jednej osobie czyli młodszym bratem. Iwona z okolic Gdańska czuła szlak jak rodowita góralka,włosy ciemne, praktycznie jak zaplecie warkocz to zmyłka będzie totalna, a przyznam się, że na śliskich kamieniach z Małołączniaka w kierunku na P.Miętusi asekurując mamę wyglądała jak 100 procentowa profesjonalistka - gratki Iw za to jaka jesteś.


Z gór wylądowaliśmy na Krupówkach, tu telefoniczną inicjatywe przejęła Iwona i skądś - nie wiem o co chodzi, ściągnęła Kerta - Kert facet co się zowie i osobowość jak cholera, jak mówi to wolno cichutko, a i tak wszyscy zwracają uwagę o czym mówi, a każdę słowo ma wagę zdania, no Kert złotousty jesteś musimy jeszcze kiedyś powtórzyć takie spotkanie, tym bardziej, że gustujemy tych samych płynnych treściach będących nieodzownym elementem spotkań. Dobra tyle o przymiotach Kerta, bo Iw zrobiła wszystkim jeszcze jedną niespodziankę, gdyż między szaszłykiem a czymś tam zlazł ze ściany i zawitał do nas nie kto inny tylko wesoły Zyga-wspinacz co się zowie, bardzo zaangażowany w swoją pasję, obwieszony kościami i jebadełkami /nie przepraszam, bo są jeszcze gorsze nazwy osprzętu/, trochę poopowiadał o tym jak to na ścianie smakuje wiśniówka, po czym przedstawił nam Agnieszkę- czarne włosy, błyszczące oczka, ostre ząbki, cięty język - swoją nauczycielkę - po prostu Małą Syrenkę, posiedzieliśmy troszkę długo i czas było się rozstać, a na koniec poznaliśmy Cygana i po cygańsku spaliśmy, jakby co kontakt z cyganem przez Iwonę.
A teraz na koniec najsłodszy kawałek z tego tortu - kto ?

hmm o Izie oczywiście napiszę, napisze prosto_
"drobna, miła i powabna,
Opolanka jedna ładna,
taka dzielna w górach była,
że nam w głowach zawróciła",

zdjęć mam mało, mam nadzieję, że inni uczestnicy coś wrzucą, a teraz ... może "spotkajmy się w styczniu w zimowych Karkonoszach?
-pozdrawiam S.









