Dawno temu w górach, czyli wspomnień czar...

Także o noclegach, mapach, pogodzie, literaturze...
Zablokowany
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

26.08.2005

o 9:05 wychodzimy już z 'Ossario del Pordoi' (2239m)... na początku polami, a potem udeptanymi piargami dochodzimy pod ferratkę... już pierwsze metry świadczą o tym, że faktycznie jest to cudo techniki, siły i wytrzymałości... pionowa ściana... ludzie na dole, którzy spacerowali po zwykłych szlakach, nie ferratach, patrzyli na nas z podziwem i w milczeniu... aparaty fotograficzne poszły w ruch... my pokonujemy kolejne odcinki ferraty, trawersy i półki... dochodzimy do krutkiego odcinka, gdzie można odpocząć, by znów wejść w ciasny i niewygodny komin... Zyfri wchodzi do góry i odbiera od nas plecaki... dochodzimy do mostku... zbudowany z dużej ilości liny i metalowych stopni... kilka fotek... kaskaderskich wyczynów i idziemy dalej... podczas gdy pierwszy odcinek był super, piękny i faktycznie trudny, już po przejściu mostka, poziom trudności spada... podejście na szczyt 'Piz Boe' (3152m) już totalnie szlakiem... na szczycie wielu turystów... schronisko totalnie przepełnione... gwar... płacz i śmiech dzieci... och jak ja nie lubię takich miejsc... szczególnie gdy ma się ochotę uśiąść i porozmyślać po całym dniu wspinaczki czy wchodzenia na szczyt... spędzamy chwilę przed schroniskiem... wyruszamy do 'Rif Forcella del Pordoi' (2849m)... stopniowo, ale powoli schodzimy w dół... znów płaskowyże... po krótkim czasie jestśmy już w schronisku pijąc kawkę i jedząc ciasteczko... ostatni odcinek udeptanym piargiem w dół i jesteśmy przy przełęczy 'Passo Pordoi'... tutaj zaginęła moja skarpetka... coś jednak w tych Dolomitach po mnie zostanie... :)
chwila jeszcze na ostatnie pożegnanie się z Dolomitami i czas powrotu do domu...
dziś dojechaliśmy do Austrii, gdzie nocleg na campie... daleko mu do naszej pięknej 'La Pagody'...
jutro ciąg dalszy podróży... po ponad 12 godzinach byliśmy u Gosi w Boguszowicach...
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Podsumowując...

w swoich notatkach z całego pobytu w Dolomitach, chwilę po powrocie z 'Piazzetty' napisałem...
"po tych wszystkich chwilach miło spędzonych tutaj, poznaniu siebie samego, oraz innych, żal opuszczać to przedziwne i przeurocze miejsce... czuję jednak pełną satysfakcję i spełnienie własnych ambicji, obietnic (szczególnie danych Zyfriemu)... odjeżdżam ze świadomością, że zrobiliśmy naprawdę dużo, zobaczyliśmy to co nie każdemu jest dane widzieć i przeżyć... razem przeżyliśmy wiele, poznając siebie nawzajem, nawiązując nowe znajomości i wzmacniając już istniejące... na pewno każdy z osobna przeżył równie wiele... spędzając tyle godzin na szlakach i wpatrując się w piękno jakie nas otaczało niejednokrotnie marzyliśmy, dumaliśmy i rozmyślaliśmy w ciszy i głębi swego serca... podejmowaliśmy nowe wyzwania, by za każdym razem, kiedy dochodziliśmy na szczyt wspólnie przeżywać radość i satysfakcję z tego... z całego wysiłku poniesionego na szlakach i via ferratach, czerpaliśmy przyjemność i radość, gdy już szczęśliwi siedzieliśmy w chmurach na szczycie... niejednokrotnie chciałem opisać atmosferę panującą w naszej gromadce, ale słowami się tego nie dało ująć... życzę każdemu takiej grupy na każdym wyjeździe... do zobaczenia kochani na kolejnym szlaku naszego życia..."

podróżowaliśmy po zakamarkach naszego świata przy:
- Artrosis
- Dżem
- Myslovitz
- Hey
- No Man
- The Gathering
- Placebo
- Piersi
- Grzegorz Turnał
- Dire Straits
- Kury
- Coma
- Deep Purple
- Metallica
- Sting
- Pidżama Porno
- i strasznie nam brakowało Republiki

to już wzasadzie wszystko o naszych przepieknych Dolomitach... mam nadzieję ze następne wyjazdy beda tak samo udane jak ten... do zobaczenia... papapa ;)

zapraszam do wspólnego oglądania jeszcze raz tego wszystkiego co nam dane było przeżyć...
http://www.outsider.vel.pl/gallery_z_dolomitow.php
Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Iwona
Triglav i Dolomity piórem pisane...
..czyli oczami drugiej ekipy
wyprawy: Dolomity 2005


...pod Alpy Julijskie podjechaliśmy już ciemną nocą.Zostawiliśmy auta na leśnym parkingu i poszliśmy na poszukiwanie schroniska,które gdześ tam w mroku lasu powinno się znajdować. Nie zdążyliśmy się dobrze rozgrzać marszem w blasku czołówek,gdy dostrzegliśmy zapraszające światełka z Aljaźev Domu (1015m). To był ostatni dzwonek na dotarcie,bo pani (bardzo miła) z recepcji już się zbierała do wyjścia. Zostaliśmy zaprowadzeni do sąsiedniego domku,gdzie przypadła nam w udziale duża i wygodna sala noclegowa...no może zapaszki miała dziwne,ale to już była wina naszych balujących sąsiadów z naprzeciwka :D Zyfri oczywiście już od pierwszego dnia,a w zasadzie wieczoru zaczął nawiązywać kontakty międzynarodowe :P Po szybkiej, zimnej kąpieli wskoczyliśmy w przytulne łóżeczka i posnęliśmy jak niemowlęta,strudzeni długą jazdą samochodami.
Rano pani recepcjonistka wyrwała nas ze snu ok godz 9-bo do tej właśnie godziny należało opuścić pokój :( Oj ciężkie to było wstawanie :P Już nawet chodziło nam po głowie udawanie niekumatych,nierozumiejących w cywilizowanych językach :D
Postanowiliśmy zjeść pyszne śniadanko,by nabrać sił na dojście do któregoś ze schronów pod "Triglav" i tu baaardzo niemiła niespodzianka. Nadgorliwa,zabuczała i bardzo zgorzkniała kobita (Boże uchroń mnie przed takim skutkami menopauzy :P ) najpierw dała nam do zrozumienia,że nie możemy jeść przy schroniskowej ławie.OKI-zrozumieliśmy i zaczęliśmy grzecznie się przenosić,ale nadgorliwa kobita wpadła w jakiś amok i jeszcze chwila,a by nas jakąś ścierką potraktowała. Oj nie polubiłam tej kobitki :x
Po śniadanku,żartując ciągle z przyjaznego traktowania turystów przez Słoweńców, ruszyliśmy na szlak pod Begunjski Vrch. Był to nasz dzień aklimatyzacji i ciężko było,oj ciężko...no przynajmniej mi, wsiadłam wszak w pociąg dosłownie zza biurka :( Na pocieszenie "dostałam" prezent w postaci pięknych fiołeczków alpejskich,które rosły tu prawie co krok. Ich widok mnie najpierw zadziwił,a potem ogromnie ucieszył. Na ostatnich oszczędnościowych kroplach wody dotarliśmy do jedynego źródełka na trasie w postaci spływającego do plasikowej butelki wody pod skałą.Woda zarówno tu,jak i w Dolomitach naprawdę jest na wagę złota. Pokrzepieni roztworami pluszy i isostarów dotarliśmy do rozstaju dróg i tu podjęliśmy zgodnie decyzję,że nocujemy jednak w Domu Valentina Stanica (2332m). Zapomniałam dodać,że wcześniej na trasie mieliśmy okazję "liznąć" pierwszych ferratek,o skali trudności moooże II :D
W schronie masa ludzi i....brak miejsc :O Do teraz nie wiem,czego użył nasz Zyfri,żeby przekonać opiekunów schronu do odstąpienia nam stryszku (przytulnego zresztą) na nocleg. Po przygotowaniu sobie łóżeczek...zeszliśmy sobie na pierwszy poważny wieczór integracyjny :D Dla ciekawostki powiem,że fim o 4 pancernych wszędzie się przydaje. Zwrot " machniom" oznaczał bowiem znak na wymianę pustej butelki po winie na pełną :P Jakoś całej siódemce udało się wgrajdać na stryszek po doczepianej drabince i kołysani miarowymi uderzeniami kropel deszczu w daszek znajdujący się jakieś 1.5m nad naszymi głowami...smacznie posnęliśmy...no może nie wszyscy,bo niektórym się zebrało na pogawędki o przerażonych koniach próbujących się wspinać na drzewa :)) -tylko bez kombinacji-to wcale nie były skutki wina :D
Rano pogoda nas nie rozpieszczała-mgła i ziąb.Postanowiliśmy bez śniadania przenieść się do schronu pod Triglavem (2515m), w tym celu ruszyliśmy przez Kredaricę (2541m) We mgle dotarliśmy najpierw do kapliczki Matki Boskiej,a dwa kroki dalej do schronu,gdzie serwują super pyszną ziołową herbatkę w KUSZĄCYCH kubkach :))
Po śniadanku nastąpiły jakieś rozłamy w grupie,jedni nie chcieli wchodzić na szczyt,bo brak widoczków murowany,inni będąc tak blisko celu nie chcieli odpuścić,kolejny problem to którędy wracać by w miarę szybko dotrzeć do aut i jechać w Dolomity :think: Dziś już nie pamiętam,czy było głosowanie,czy spontaniczna decyzja, ale suma sumrum postanowiliśmy zdobyć Triglava we mgle 8)
Trasa na sam szczyt ze schronu to jakaś dobra godzinka,więc bardzo szybko pstrykalismy sobie wspólne fotki na szczycie.
W drogę powrotną wybraliśmy się przez Begunjski Studenec -sorrki ale nie będę tego opisywać,bo ze zmęczenia plątały mi się już nogi :( Na dole przy potoczku użądziliśmy sobie cudne,mroźne jacuzzi.Tam też okazało się,że nogi naszego Tomulka są raczej w opłakanym stanie :(
Gdy dochodziliśmy do aut, Zyfri i Adam kończyli już chyba wcinać coś pysznego,czekając na nas (byli przed autami gruuubo przed nami :P )
...i tak to zaczęła się nasza dalsza podróż do celu właściwego...Dolomitów :D

Obrazek
Triglav

Obrazek
pod Triglavskim Domem

Obrazek
Fiołek alpejski-cyklamen

Obrazek
winda w dół ze szczytu.. :))
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Pierwsze starcie na ścieżce wojennej I.Dibona...
Po dotarciu do Cortiny nasz trójeczka (Dorian,Adam i ja) postanowiliśmy na spokojnie się zakwaterować na campingu Olimpia, rozwiesić pranie i pooglądać samo miasteczko-przy okazji chcieliśmy wytropić tanie pomidorki,cytrynki,których to nie zabraliśmy z Polski-błąd,duuuży błąd :(
Chodziliśmy więc błogo między kolorowymi domkami,kwiaty w oknach, pastelowe okiennice,rysunki na budynkach,a to wszystko na tle Toffan, Cristallo....miodzio :D Tak mniej więcej wyglądało większość miejscowości dolomitowych:
Obrazek
Nie bylibyśmy sobą,gdybyśmy nie odwiedzili prawie wszystkich sklepów ze sprzętem górskim po drodze :P no i powiem Wam,że ceny są porównywalne,a nawet nieco niższe.
Po powrocie na camping,po kolacyjce w postaci puree ziemniacznego (budyniu,jak mawiali chłopcy) z mięskiem ...udaliśmy się na pierwszy nocleg przed wyjściem na naszą pierwszą prawdziwą "żelazną drogę".
Rano,za bardzo słuszną forumową radą kolegi włóczęgi,udaliśmy się pod remotowny hotel na przełęczy Tre Croci i pierwszą część trasy pokonaliśmy na rozgrzewkę mięśni pieszo, zaoszczędzając przy tym ok 5Euro/os. Kołysani podmuchami wiatru,dojechaliśmy wreszcie dwuosobowymi wagonikami do schroniska Lorenzi (2932m) i tam ...prawie nas zwiało. Gwiździło nieziemsko..jak na przysłowiowym Uralu. W planach mieliśmy najpierw zaliczenie ferraty Bianchi 4/6 w skali Tkaczyka, a następnie ferratakę włoskich żołnierzy,czyli I.Dibona 3/6 Weryfikacja planów dokonała się jednak w schronie przy ciepłej herbatce. Najbardziej było nam żal Zygmunta,któremu strasznie zależało na Bianchi -żeby nie tracić czasu przebierał się podobno w wagoniku koleji :P Po rozgrzaniu się herbatką próbowałam porobić kilka fotek na zewnątrz schronu,ale szybko wróciłam smagana biczmi lodowatego wiatru po twarzy. Podjęliśmy decyzję,że spróbujemy Dibona,Biachi zostawiając na inny wyjazd...
Zaczęło się bardzo efektownie..mostek nad przepaścią,pionowa drabinka,pierwsze poważne wpięcia w linę...
Obrazek
....i pierwsza fotka forumowa:
Obrazek
Dwa kroki wcześniej Zyfri i Tomek zdecydowali jednak,że zdobędą Cimę di Mezzo (3154m) drogą Bianchi:
Obrazek
Nasza 5 poszła więc w osłabionym składzie w dalszą część trasy,po drodze podziwiając cudne widoczki na Tofany(na drugim planie)i Pomagagnon(na pierwszym:
Obrazek
....Marmoladę:
Obrazek
....a nawet Alpy:
Obrazek
...trasa robiła się coraz bardziej ciekawa:
Obrazek
....chłopaki z włoskich Alpini troszkę się tu zadomowili:
Obrazek
....w dół było jednak daleko:
Obrazek
...więc postanowiliśmy iść dalej,by zejść doliną Padeon, z której mieliśmy cudne widoczki np. na grupę Sorapis-nasz cel na kolejny dzień,a nawet dwa:
Obrazek
Tak oto bajecznie i kolorowo minął nam pierwszy dzionek w wymarzonych Dolomitach :)
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

....a miało być Sorapis...
Po naszym pierwszym noclegu na dziko, z którym to były niezłe przeboje :)) Postawcie sobie kiedyś namiot "z górki" to się przekonacie jakie.... :)) Jedyne,co nam nie uciekało ku wyjściu to wspólna,pyszna misa fasolki po bretońsku -jedynego obiadku jaki nam przygotował Dori :P
Rano szybko zwinęliśmy namiot,zapakowaliśmy się na dwa dni pobytu w górach i pojechaliśmy w stronę remontowanego hotelu na Tre Croci,gdzie zostawiliśmy autko i już na nóżkach udaliśmy się w kierunku....Morskiego Oka...tak..nie pomyliłam się...Tłumy,które ciągnęły,aby zobaczyć cudne jeziorko Sorapis przypominają te z naszego Moka. Po ok 2 godz.krążenia po lesie,pokonywania metalowych schodów i poręczówek...-ogólnie traska wizualnie przypominała mi ścieżkę do Pięciu Stawów z Roztoki- dotarliśmy wreszcie do schronu. Tu oczywiście obowiązkowa pieczątka,kupno pocztówek i mapki -Dorian upatrzył sobie taką fajną serię mapek :
Obrazek
-sorrki za jakość,ale to akurat fota "przez szybę"
Nad samo jeziorko nie poszliśmy tego dnia,bo stwierdziliśmy,że je nawiedzimy w drodze powrotnej...
W mocno grzejącym słoneczku dotarliśmy wreszcie pod upragnioną ferratkę,zaczynającą się drabinkami ostro w górę....hen przed nami na wysokiej skalnej półce jakaś parka wyglądała jak dwie czerwone kropeczki...matulu ileż drogi przed nami :O Szybkie założenie sprzętu,kilka klatek filmu video i w drogę. Trasa cudna,cały czas można podziwiać w dole ślicznej barwy jeziorko
Obrazek
...miejscami sporo powietrza pod nogami...czasem traski "balkonowe" bez liny.Spieszymy się,bo nie wiemy,czy znajdzie się dla nas miejsce w 9 osobowym bivacco.Mijamy schodzących wspinaczy..pozdrawiamy się w róznych językach i .....o dziwo doganiamy-przeganiamy parkę widzianą z dołu.Idą wolno,bo asekurują się dodatkowo liną....
Zapasy wody topnieją nam w oczach a bivacco ciągle nie widać....zaczynamy się już pieklić z tego powodu....a właściwie to i z głodu i tego włoskiego oznakowania rozstajów :x
Nasz zwiadowca wreszcie wypatruje czerwony daszek -uffff..nareszcie :D
Obrazek
Kochani..jak myśmy się tam wygodnie wyspali...aż żal nam było go rano opuszczać..szkoda,że taki ciężki i nie na kółkach :P
W sumie nocowaliśmy w 5 -mijana po drodze parka Węgrów wreszcie doszła.
Poranek przywitał nas wyraźnymi oznakami psucia się pogody.
Obrazek
Zapasy wody też mieliśmy niewielkie, a drogi do zrobienia,że ho ho :O ...Po negocjacjach podjęliśmy decyzję,że udajemy się jednak w drogę zejściową. Oj zrobiliśmy tego dnia hektary drogi ...były piargi, przedzieranie się przez ferraty wśród gałęzi drzew...poślizgi w błotnistym torfie...rozstaje leśne bez oznakowania i ten ciągły szum wody w oddali...gdy w ustach sucho...W końcu udało nam się trafić "na czuja" nad rzeczkę,gdzie była zasłużona herbatka, moczenie nóżek..a nawet ciut większe kąpiele....których nie udało się sfilmować :P
Panowie to juz tak sił nabrali,że kotwy z kawałami skał wyrywali:P
Obrazek
Potem czekało nas mało ciekawe podejście asfaltem...zabawne dogadywanie się z Włochami w knajpce po drodze,gdzie schowaliśmy się przed ulewą i burzą dosłownie w ostatniej chwili...Zmęczeni ..krok za krokiem dotarliśmy wreszcie do naszego samochodziku i z niepokojem obserwowaliśmy burzę, która ogarnęła Toffany i tym samym naszych przyjaciół z drugiego autka.
Tę noc spędziliśmy na campingu Rocchetta w Cortinie...
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

..czas na Tofany..
Wybierając się w Dolomity i dokonując wyboru kolejnych ferrat starałam się robić to tak,aby stopniować trudności. Dlatego też w grupę Tofan wybraliśmy się podczas czwartego dnia naszego pobytu. Po dotarciu do Cortiny nie ma możliwości,żeby te masywne i piękne zarazem molochy umknęły czyjejś uwadze. Szczególnie piękna i jak gdyby oderwana od reszty jest Tofana di Rozes -bardzo pięknie wejście na nią opisał Tomek w swojej relacji. W moich tofanowych planach ferrata Lipella też była na pierwszym planie...ale wyszło ciut inaczej...Już od samego rana wstałam z jakimiś dziwnymi przeczuciami,być może była to wina chmur,które otulały cel naszej dzisiejszej wyprawy...być może coś innego, w każdym razie widząć moje jakieś dziwne zachowania,panowie wzięli sprawy w swoje ręce. Męska decyzja i siedzimy wreszcie w aucie klucząc i pnąc się w kierunku kolejki Pie Tofana,która wywiozła nas aż do schroniska Pomedes,oszczędzając nam tym sposobem sporego i żmudnego podejścia. Ślicznie położone schronisko kusiło swymi leżaczkami na tarasie widokowym...a widok z niego był przecudny...Polecam go rodzinom wybierającym się w Dolomity. Panorama Cortiny d'Ampezzo...Cristallo...Sorapis..Marmolady i...długo by jeszcze wymieniać. Założywszy odpowiedni sprzęt, udaliśmy się pod początek ferraty G.Olivieri,mając na celu zdobycie Punta Anny (2731m) ...jeszcze tylko pół godzinki piarżyskami i oto już stoimy pod ścianą. To nasz pierwsza piątka. Trasa poprowadzona została tak,że nie sposób się na niej nudzić.Śmiałe kominki i pionowe ściany...w pewnym momecie wspinaczka krawędzią skały..przejścia na inną stronę..zmiana panoramy...w dole pojawia się schronisko Dibona..próbujemy wypatrzyć autko Zygmunta..ale odległość jest zbyt duża.Dorian żartuje sobie,że gdyby właśnie odpadł,to centralnie wylądowałby na dachu schronu. Ferrata jest wyraźnie inna od tych,jakimi szliśmy do tej pory. W 3 miejscach nieźle się trzeba było nagimnastykować,żeby przejść dalej i wyżej. Na jednej z pionowych gładkich płyt odstawiam istny taniec szukając możliwości wejścia. Spotkani rodacy już nie budzą zdziwienia...wszędzie ich pełno...czyżby jakiś zlot w Dolomitach :think: Z niepokojem wpatrujemy się w zachmurzony szczyt di Rozes zastanawiając się,czy czasem nie ma tam gdzieś naszej brakującej czwóreczki...Zaczyna siąpić deszcz...ale delikatnie..jakby chciał nas tylko postraszyć..przegonić...zabronić wstępu na P.Annę. Idziemy do przodu..za bardzo nam zależy i wciąż mamy nadzieję,że się wypogodzi... i tak też się dzieje-przestaje kropić. Widzimy schronisko Giussani-to tam dzisiejszą noc spędzili Gosia,Zyfri,Tomek i Darek.... a może wyskoczą nam tu nagle zza jakiejś skały :D Dochodzimy wreszcie do rozwidlenia szlaków i jak zwykle problem..gdzie dokładnie jesteśmy...na skale widnieje napis "Cima" i strzałka w górę...kurcze coś o tym napisie czytałam przed wyjazdem..tylko co? :O Wspólnie dochodzimy do wniosku,że należy iść do góry,bo szlak w dół może być jedynie zejściem do Giussani..a to nam zupełnie nie po drodze. Wchodzimy na bardzo fajne i śliskie płyty,by nimi przejść na drugą stronę masywu di Mezzo. Gdzieś tam w górze przed nami musi być wariant Aglio...ciekawe,czy będzie go widać...Krajobraz zmienia się radykalnie..już nie widać dumniej di Rozes. Nad nami ścięta pionowa skała..widzimy ludzi na grani....to tam gdzieś jest owe Aglio...My wchodzimy..a raczej wjeżdżamy po piargach (uczucie,jak zjazdy zimą w śniegu,tyle że śnieg tak nie maltretuje butów) w krainę kolejek narciarskich ..w górze wysoko mijają się dwa wagoniki ze stacji kolejki na di Mezzo. Dochodzimy do krawędzi i wyraźnie już widzimy nasze Pomedes w oddali ( widok do złudzenia przypominający spojrzenie na trasę do Zbójnickiej Chaty z Czerwonej Ławki) ...jeszcze tylko ferratka S.Oliwieri i już znowu jesteśmy na tarasie widokowym...kuszącym swymi leżaczkami ....
Obrazek
..cudne widoczki... :D
Obrazek
..pani di Rozes... :)
Obrazek
..nie patrzcie w dół chłopaki... :P
Obrazek
...no chyba naszej brakującej czwóreczki tam nie ma... :O
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Wodospady w grupie Fanes...
Dziś dzień przejazdu pod Marmoladę,więc nie bardzo możemy sobie pozwolić na trasę całodniową.Pogoda też jakaś taka...nieprzyjazna...o tym,co nas czeka-patrząć na ginący w ciemnych chmurach szczyt Marmolady ...nie wpomnę. :O Oj gdybyśmy wiedzieli co nam szykuje królowa Dolomitów , to pewnie ten dzień wyglądałby zupełnie inaczej...a tak to na spokojnie zaczęliśmy zbierać nasz namiocik z łączki ,gdzie całą noc do snu nam brzęczały dzwoneczki Milek pasących się po drugiej stronie drogi...na łączce, na której grasowały długonogie pajęczory- :O brrrrrrrr....ale przynajmniej namiot stał na prostym i mięciutkim podłożu-coś za coś niestety... :) Pranie rozwieszone na ’’ linkach’’ z modrzewiu powoli wysychało. :D Ostatni rzut oka na mapkę i plan naszej dzisiejszej wycieczki i...w drogę. Troszkę nam zajęło poszukanie wjazdu do Parku Fanes i oto jesteśmy już na zgrabnym,niewielkim parkingu. Dziś trasa totalnie lajtowa...jakieś 100m przewyższenia do pokonania ..coś jak spacerek po Kościeliskiej. Serpentynki z mostkami i rzeczkami w dole...strażnik parku na rowerku łapiący dwóch wydzierających się dwlikwentów,schodzących jakoś bezszlakowo na skróty...ciekawe ile ich to kosztowało,bo wyglądało na to,że pan parkowy nie odpuści....Widoczki zaczynają się robić coraz bardziej interesujące...przepaści z mostów coraz większe...coś jak namiastka Wielkiego Kanionu....ależ ta przyroda to potężna siła...Ławeczki po drodze kuszą i zapraszają,ale jeszcze nie jesteśmy głodni i zmęczeni. Wreszcie dochodzimy do drogowskazu ''Cascata Fanes'' –naszego celu. Zdziwieni obserwujemy powracających ludzi ...mokrych ..w płaszczach i kurtkach deszczowych...Szlak rozpoczyna się niewielkim zejściem ubezpieczonym liną...ale dziś nie zabraliśmy naszych uprzęży i słusznie,bo ciut śmiesznie byśmy tu wyglądali. Wreszcie docieramy do pierwszego z wodospadów. Szum wody troszkę zagłusza naszą rozmowę...Adam wyciąga kamerę...ja kurtkę...nie chcę przemoknąć i co najważniejsze zamoczyć aparatu....czeka nas bowiem przejście za wodospadem...chyba pierwsze takie w moim życiu. Fajnieeee...z tyłu suchutko...nie pada..można focić..ale kilka kroków dalej wodospadowa mgła bryzga po gołych nóżkach...trza uciekać za skały. No niestety jako grupowy fotograf muszę tu jeszcze wrócić,by porobić fotki moim rodzynkom. :P Wąziutkie przejście...kobieta przede mną sama nie wie,co chce...chyba trochę ją przerosła sytuacja...nie ulega prośbom i namowom męża :? żeby iść dalej....wraca,robiąc malutki zator w mgielnym miejscu. Schodzimy do dna „kanionu” , kolejny wodospad,tym razem siła wody dużo mniejsza,ale jest wyższy od poprzedniego...bardziej dostojny...dystyngowany.Próbuję robić fotki...chroniąc obiektyw przed wszechobecną fruwającą mgłą. Tym razem nie ma przejścia za ścianą wody...jest metalowy mostek i ...ferratką (skala trudności 0/6 :P ) do góry w cieplutkie rejony. Oooo, zrobiliśmy kółeczko...wychodzimy akurat na zapraszjące ławeczki..tym razem nie odmawiamy :D
W drodze powrotnej próbujemy nie dać się rozjechać pędzącym z górki rowerzystom....wszedzie tu w Dolomitach ich pełno. Mijamy rodzinki z dzieciaczkami i pieskami .Pieski w parku? :think: Hmmm,wyraźnie widziałam zakaz wstępu dla nich przy wejściu. :think: Budka z pamiątkami i mapkami jest już czynna. Bardzo miła pani zagaduje do nas w różnych językach. Dajemy się zaprosić. Wybieram angielską wersję przewodnika po parku .W oko wpadają mi też książeczki z panoramkami...no i nie byłabym sobą,gdybym się nie skusiła. Obowiązkowa pieczątka w Dolomitowym kajeciku ...
Mamy ochotę na kawę,są ławeczki...można wyciągnąć kuchenkę...ale te tłumy jak na Palenicy jakoś nas zniechęcają...postanawiamy wyruszyć w drogę via Marmolada i na trasie poszukać jakiegoś fajnego miejsca....błąd i to duży...
Kolejnym moim błędem było wyciągnięcie do cerowania rozdartego worka na śpiwór.Chciałam wykorzystać czas przejazdu a tym czasem.....nagle czuję się fatalnie,jak po zejściu z karuzeli-brrrrrrr. :( Tak zaczynają na mnie działać krocie serpentyn jakie pokonujemy. Oj...niedobrze...czuję się coraz gorzej :O ...połykam więc Aviomarin,wiem...późno troszkę ale ratuję się,czym mogę. :( Chłopaki nabijaą się ze mnie...opalenizna z twarzy też gdzieś znikła....zaczyna działać tabletka...robię się półsenna...przymulona...lepiej już się nie odzywam,bo zaczynam marudzić...Obrazek
Wreszcie docieramy do Canazei-po drodze wytropiliśmy fajny camping w Maldze Ciapeli-pojedziemy tam na noc. Postanawiamy pozwiedzać miasteczko,gdyż po opuszczeniu Cortiny wjechaliśmy w deszczowe rejony. Kawy też nie było po drodze...ani obiadku. Każda maleńka błękitna luka w chmurach na niebie napawa nas optymizmem. Marudzimy z Adalkiem, a Dori próbuje nas pocieszać jak może ...obiecuje nam bezdeszczowy wieczór i ...o dziwo spełnia się.Czarodziej,czy co? :think:
Obiadek i kawkę szamamy w słoneczku,na ławce ....wreszcie .

Obrazek
Obrazek[URL=http://img352.imageshack.us/my.php?imag ... 9845xf.jpg]Obrazek[/URL
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

...Marmolada
No dobra..minęły już te 3dni,kiedy to deszcz lał prawie nieustannie i zmuszał nas do siedzenia na campingu(zagraliśmy mu jednak na nosie, uciekając do słonecznej Wenecji i nad Adriatyk :P ),więc mogę pisać dalszy ciąg relacji....Samego wejścia na szczyt Marmolady też nie będę opisywać,bo po przeczytanu cudnej relacji Tomka ciągle jeszcze czuję gorące promienie słoneczka na swej twarzy,widzę rękawiczkę Adama,jak wesoło podskakując wpada do szczeliny lodowca...widzę też wyraz twarzy ludzi,którzy to obserwowali...czuję,jak znowu mój prawy rak przeskoczył o oczko i zaraz się poluzuje....słyszę pytanie Polaków(znowu?) na szczycie o warunki na zejściu wariantem lodowca...-ech, Tomek...masz talent pisarski...nie daj mu się nudzić i marnować ;)
Opiszę Wam jednak nasze,czyli moje,Doriana i Adama, zejście ze szczytu . Szczęśliwi ze zdobycia Punta Peni postanowiliśmy posiedzieć sobie dłużej w schronisku przy herbatce,piwku i słodyczach. Nasi koledzy już poszli...biedny Darek nie zdążył piwa dopić :P Właśnie wrócił Adam z tutejszego kibelka....podobno fajny..idę też sprawdzić...fajny :D Ostatni raz oglądamy panoramki...najdostojniej wygląda Piz Boe..chyba jutro się na niego wybierzemy. Czasem wyłania się też Antelao..nasz przeoczony rodzynek...nic to,odwiedzimy go za rok-obowiązkowo! :D Na szczycie pustki..wszyscy juz poschodzili..fajne uczucie...nasz prywatny kawałek Marmolady...Wesoło dochodzimy do początków stalowej liny.Tu postanawiamy jednak rozwinąć linę i potrenować schodzenie bez używania via ferraty,bo przecież marzą nam się w przyszłości trasy,gdzie nie będzie ferratowych udogodnień...Wyciągamy ekspresy , zkładamy pierwszą półwyblinkę i uważnie słuchamy z Adamem lekcji psora Dorka :P . Ależ było fajnie...samo wejście na Marmoladę nie sprawiło mi aż takiej radości,co owe ćwiczenia. <Asik info dla Ciebie-na szczycie Dżemiku spełniłam Twoją prośbę ;) >
Ja-będąc przywiązana w środku liny-miałam najfajniej,bo zarówno mogłam asekurować Adama podczas zejścia jak i mogłam doświadczyć owego cudownego stanu zaufania osobie,która mnie asekurowała.Zaufanie dla mnie jest bardzo ważną rzeczą,więc tym bardziej było cudownie. Wiem..dla niektórych to się może wydawać śmieszne..taka radość z górskich ćwiczeń,ale dla mnie to było coś wspaniałego. Tak nas ta „zabawa” wciągnęła,że nawet zacząło dochodzić do „kłótni” o każdy kawalątek zjazdu na linie. Gdzieś tak przed samym wejściem na trasę po lodowcu,nagle przypomnieliśmy sobie,że możemy nie zdążyć na ostatnią kolejkę w dół :O . Lodowiec był już zupełnie pusty...ostatni ludzie byli daleko przed nami...Powiem szczerze,że nie robiło mi to różnicy,czy będziemy zjeżdżać,czy schodzić na ostatnim kawałku trasy. Radość z ćwiczeń była tak duża,że energia mnie roznosiła. Ostatni rzut oka na lodowiec i przebytą trasę i szybkim krokiem idzimy w dół. Po drodze Adam znajduje...rękawiczkę...lewą...kurcze..lodowiec zabrał..lodowiec oddał...ale nie do pary :P Na kolejkę już faktycznie nie zdążyliśmy...zwijamy linę jak się należy,szamamy czekoladkę i kierujemy się w stonę zejścia do dolnej stacji wyciągu i naszego autka...Po drodze kolejno się potykamy...Adam..Dori...no to czas na mnie...ledwie zagojona nóżka..znowu lekko krwawi...ale niegroźnie. :) Szczęśliwi dopadamy do autka i sklepiku z pamiątkami-kolejna mapka wędruje do Dorianowej kolekcji. Spełnieni wracamy na camping,co chwila oglądając się za siebie...Wieczorem planujemy kolejny dzień...wywołując salwę śmiechu w naszym małym namiociku...
Obrazek
---zaraz idziemy na Marmoladę...
Obrazek
---Antelao(ten "malutki",ośnieżony trójkącik) poczeka na nas...
Obrazek
---Piz Boe,czy...gdzie jutro pójdziemy? :D
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

...Civetta..wisienka na torcie..
..ostatni dzień pobytu w Dolomitach...ostatnia ferata..:(..wszystko,co piękne się kończy..
Od samego rana debatujemy przy śniadaniu gdzie się dziś wybrać.Pogoda niezbyt dobra,ale przynajmniej nie leje.Słoneczko świeci w dolinkach i do wysokości ok 2000m...resztę otulają chmury.Wczoraj nie udało się nam ostatecznie ustalić,czy naszą ostatnią feratą będzie Piazzeta,czy może Alaghesi :? Adam wprawdzie próbował to od nas wyegzekwować przed snem...ale poddał się..więc przy śniadanku temat wraca jak bumerang.Coś dziś za dużo "ale", "eee-tam", "za daleko"...zaczynają mi puszczać nerwy i odzywa się "polska" i "kobieca" natura :P ..."obrażona" zostawiam panów przy stole i idę się pakować na dzisiejsze wyjście.Nawet po śniadaniu dziś nie będę sprzątać...a co..raz nie muszę.. Jak nie mogą się zdecydować,to ja podejmę decyzję-idziemy na-pod Civettę..cokolwiek..byle z bliska zobaczyć legendarną górę. Zdaję sobie doskonale sprawę,że to nie będzie widokowy dzień-przez te wredne chmurzyska...ale może coś się odmieni...może jednak... Po chwili podchodzą panowie ze śniadanka...zaczynają też się pakować ...jest wizja..z fonią ciut gorzej :P Próbują zagadywać,a ja jestem zła na siebie,że ...ale jak to w naszej wesołej trójeczce bywa....wyrzucam wreszcie z siebie co mnie boli i jest OK....czyli jak w starym dobrym małżeństwie :))
Wreszcie przygotowani do drogi wsiadamy do auta i kierujemy się w "zaplanowanym":P celu. Było już późno,ciut za późno zważywszy,że mieliśmy kawałek drogi do celu i to,że sama ferata Alaghesi zajmuje ponad 3godz, nie licząć podejścia i drogi zejściowej.Oczywiście skracamy sobie nudne podejście z parkingu,wybierając wariant kolejkowy. Dziś mamy dobre tempo marszu...zgodnie z planem jesteśmy w schronisku i nie ociągając się kierujemy się pod feratę...wchodząc tym samym w coraz bardziej gęstniejącą mgłę. Większość ludzi już wraca 8) dziwią się nam,że dopiero idziemy w górę... Faktycznie pora jest już....późna-hmmm. Proponuję zrobienie Alaghesi tylko częściowo,żeby zdążyć przed zmrokiem...ale tu następuje rewanż za moje poranne "fochy": "Cooo,nie po to tu przyjechałem,żeby zrobić to częściowo.Idziemy do końca" Wrrrrr...no co za upary... :P Lecimy z Adalkiem jako pierwsi...a nasza maruda :P dotrzymuje towarzystwa parze Niemców,którzy najwyraźniej też idą na szczyt. Feratka super...dużo kominów...ciągle czekamy na wyjście na grań-wyczytałam to w "Tkaczyku",każy kolejny kominek wydaje się być już szczytem w tej mgle...kurcze..no teraz to już minęły te 3godz,więc wcale nie obraziłabym się na widok krzyża na szczycie,tym bardziej,że ...wolę nie zerkać na zegarek. Dochodzimy do miejsca,gdzie szlak idzie ni to w górę,ni to w bok :think: Zmienia się kolor oznaczenia.Niebieska strzałka i napis CIMA wskazuje do góry, a czerwona w bok :think: Hmmm,może ferata idzie w bok,a na sam szczyt Civetty wchodzi się znakami blue :? Upieram się na "zaliczenie" szczytu,no bo być tak blisko i nie wejść... :O ...tylko czemu to aż tak daleko...idziemy i końca nie widać..no i na dokładkę zaczyna się pojawiać coraz więcej śniegu (kurcze,powinniśmy zabrać raki-sorry chłopaki..moja wina :( ) W tej mgle nic nie widać i każdy kolejny wierzchołek wydaje się być upragnionym szczytem...ale ileż może być tych szczytów na Civecie? :x Wyciągamy mapę i zaczynamy z Adalkiem zastanawiać się nad właściwym przebiegiem trasy (kurcze,nasze mapy tatrzańskie to jak GPSy..nie to co tu :think: )Podejmujemy zgodnie decyzję,że trzeba pogawędzić z Niemcami ...może oni wiedzą,czy czasem szlak nie odchodził niżej,a ten którym idziemy jest tylko drogą na szczyt.Nie chcemy ryzykować,jest już zbyt późno i zbyt dużo śniegu ...może to i dobrze,że nie widać ile jest w dół (a'propos-wcześniej udało nam się uchwycić jeden widoczek w dół :O Staliśmy na przełączce i dosłownie na chwilkę rozwiały się chmury :O ..ten widok,jak żaden w Dolomitach zrobił na mnie piorunujące wrażenie...czuło się wysokość..nawet na Marmoladzie tego nie doświadczyłam).
Dochodzi do nas para Niemców i zaczynamy rozmowę.Niestety chłopak też jest tu pierwszy raz,ale uważa,że trzeba iść właśnie tędy i że po dotarciu na szczyt będzie droga zejściowa.Niemcy idą dalej a my zastanawiamy się jaką podjąć decyzję. Dosłownie po minucie słyszymy wesoły okrzyk...tiaaa-to na 100% oznaka radości z osiągnięcia szczytu. Uśmiechnięci idziemy więc w stronę okrzyku. Hehe-siedzieliśmy dosłownie na wyciągnięcie ręki pod szczytem :P ...takie to są skutki wędrówek we mgle...
Na szczycie obowiązkowo fotki z forumową flagą i szybciutko zbiegamy najpierw do schroniska Torani 2984m,jest ok 18....bardzo szybko jemy po kawałku chleba..kończymy w drodze zejściowej. Musimy się spieszyć,żeby noc nas nie zastała zbyt wysoko,bo to,że nas zastanie...już wiemy. Znowu doganiamy Niemców...też się spieszą.Nic jednak nie tłumaczy zachowania Niemca,który wyprzedza swoją partnerkę tak bardzo,że ta gubi szlak..rozgląda się...szuka i woła go.Kilka razy naprowadzamy ją z Adamem na właściwą ścieżkę. Przy okazji nasz Dorek dostaje OPR.Grupa to świętość,tym bardziej w takich warunkach i nawet,jak się ma ochotę na....to trzeba to meldować :x Szybkimi krokami, bacznie obserwując się nawzajem pokonujemy feratę-nikomu nawet do głowy nie przychodzi wpinanie się,ale też i nie ma takiej potrzeby,bo trudności porównywalne do Orlej,albo i mniejsze. Szybko zaczyna się robić szarówka.Zgodnie postanawiamy wyciągnąć czołówki dopiero jak będzie to konieczne. Biel dolomitowej skały na co się przydaje,wyraźnie wyznacza trasę. Wchodzimy w las już po ciemku...do Pecolu jednak mamy jeszcze kawał drogi.Nic to,najważniejsze,że problematyczny teren mamy już za sobą....wchodzimy do miasteczka w blasku czołówek o 22.
Tak,nie ma to jak latowy dzień przed powrotem do Polski :P W nagrodę odwiedzamy knajpkę w miasteczku...duże łaciate i tiramisu to nasza nagroda....jeszcze tylko jakieś 2km serpentynami i o 23 wsiadamy do autka...dzwoni Zyfri...martwią się o nas... :)
...Piękna trasa...wisienka na torcie...
...Koniec Dolomitowej przygody...jutro wracamy...
Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

tomek.I
Tatry Słowackie
wrzesień 2005


01.09.– podróż po pięknych, co chwile zakorkowanych z powodu remontów polskich drogach. Po drodze jakaś pani przewróciła swoim samochodem traktor z przyczepą. Facet by tego nie potrafił, a kobiecie się udało bez żadnych problemów. Pod Częstochową małe zakupy prowiantu na Słowację i małe „fo pa”. Kupuję przez nieuwagę chleb z kminkiem. W Chyżnem nie ma problemu z przekraczaniem granicy na dowód. Przyjeżdżamy do Pribyliny. Cisza, spokój (no może po za chwilami z radiowęzłem) tylko jeden minus – brak knajpy z porządnym jedzeniem. Kwatera OK. Pokój, kuchnia, łazienka.

02.09. – Sivý vrch (Siwy Wierch) – pogoda pompa. Jak na pierwszy dzień trochę męcząco. Po drodze mijamy zbieraczy jagód w Parku Narodowym (taki miejscowy folklor, bardzo często spotykany na szlakach). Widoki z Siwego Wierchu ciekawe. Końcówka wycieczki też pełna wrażeń. Ścieżka jest szeroka, żwirowa, ale dość stroma co zmusza prawie do biegu na dół. Co z reszta na niektórych odcinkach robimy.
  • Obrazek Obrazek
    Obrazek Obrazek
03.09. – Baranec (Baraniec) – pogoda pompa. Wejście trochę mozolne, ale po drodze widok na oddalony Krywań i na Otargańce. Na szczycie widzimy po raz pierwszy jak Słowacy obalają flaszkę (taki zwyczaj). Ze szczytu widok na graniówkę przez Rohacze i Trzy Kopy jak na dłoni. Zejście w dół i 2 godziny polujemy na świstaki. Głównie ja się zaczaiłem na jednego, ale cykor wystawiał z nory tylko łeb. Inne łaziły sobie po zboczu od czasu do czasu gwizdając. Niestety bez konkretnego teleobiektywu trudno zrobić jakieś dobre zdjęcia.
  • Obrazek Obrazek
    Obrazek Obrazek
    Obrazek
04.09. – Bystrá (Bystra) – już trochę chmur, podejście dosyć męczące (po drodze dużo wiatrołomów, które trzeba omijać) a na szczycie Słowacy też walą po kielonku. Wpis do księgi, chwila na szczycie ale z widokami poważnie ograniczonymi przez chmury i schodzimy w dół przez Błyszcz. Przy zejściu spotykamy Przewodnika Tatrzańskiego, który najpewniej przekroczył na lewo granicę w drodze na Bystrą. Widać jemu wolno. Pyta się nas czy schodzimy do Pyszniańskiej Doliny. Żartowniś. :)
  • Obrazek Obrazek
    Obrazek
05.09. – Predné Solisko (Skrajne Solisko) – pogoda pompa, no może trochę chmur. Aby nogi trochę odpoczęły dziś krótsza wycieczka. Do Chaty pod Soliskom idziemy pustym szlakiem, a od Chaty na górę już w tłumie. To coś a`la Giewont tylko podejście łatwiejsze bo połowę drogi można pokonać wyciągiem. Ale widoki z górki nie złe na Krywań i w drugą stronę na Szatana i dalej na wysokie. Chmury trochę jednak przeszkadzają. Widzimy jakiegoś gościa, który schodzi z Wielkiego Soliska. Pewnie zrobił sobie lewą graniówkę od Przełęczy Bystra Ławka.
  • Obrazek Obrazek
    Obrazek
06.09. – Kriváň (Krywań) – pogoda słoneczna, ale od czasu do czasu jest trochę chmur. Podejście trochę mozolne, ale zmieścimy się w czasie 3.15. Po wejściu na Mały Krywań świetny widok Tatr Wysokich nad chmurami. A ze szczytu samego Krywania widoki naprawdę super. Na szczycie trochę czekamy aż chmury się rozejdą, aby zrobić jakieś zdjęcia. W międzyczasie fotki jakiegoś ptaszka z niebieską obrączką na jednej nóżce a z żółtą na drugiej (przyleciał tu ze Szwecji czy jak). Na szczycie oczywiście bez tradycyjnej słowackiej flaszki się nie obeszło.
Dla zainteresowanych deniwelacja wynosi 1353 m.
  • Obrazek Obrazek
    Obrazek Obrazek
07.09. - Sedlo Bystrá lávka – pogoda słoneczna, ale z chmurami. Podejście długie a na końcu jakieś zbędne łańcuchy. A sama przełęcz wąska, ale wspinamy się kawałek na bok i widok już mamy otwarty na obie strony. Czekamy trochę, aż rozejdą się chmury i będzie można zrobić trochę zdjęć. Tomkowi spada film kilkadziesiąt metrów w dół na piarg. A, że film był już ze zdjęciami więc Tomek schodzi na dół i o dziwo znajduje go bez problemu. Obok przełęczy siedzi sobie Niemka i co chwile coś strąca na dół. Kamienie, w końcu nawet pojemnik z kanapkami. Lepiej było poczekać aż ona zejdzie pierwsza, aby nie mieć jej nad głowami.
  • Obrazek Obrazek
    Obrazek Obrazek
08.09. – Sedlo Závory (Przełęcz Zawory) i Hladké sedlo (Gładka Przełęcz) oraz Temnosmrečinské pleso (Ciemnosmreczyński Staw) – pogoda pompa. Przy stawach jesteśmy sami (cała plaża nasza), wyprzedza nas tylko po drodze traktorek (strasznie hałasujący i dymiący), który potem my wyprzedzamy na szlaku w ścisłym rezerwacie. Przy podejściu na Zawory spotykamy tylko kilku Polaków. Z Zaworów nie złe widoki, ale krótkie podejście na Gładką Przełęcz i widoki jeszcze lepsze: Świnica, Kozi Wierch, Mięguszowiecki. Widok z Gładkiej jest jak dla mnie jednym z najciekawszych w Tatrach. Na przełęczy spotykamy dwoje Polaków podchodzących na lewo z polskiej strony. Tomek zakłada swój czerwony polar a`la TOPR ja niestety nie miałem zgniłozielonego polara a`la SG czy straż parku. A mogło być ciekawie. Może byśmy nawet skasowali po mandaciku.
  • Obrazek Obrazek
    Obrazek Obrazek
    Obrazek
To są według mnie jedne z najpiękniejszych miejsc w Tatrach.

09.09. – Roháče (Rochacze), Tri kopy (Trzy Kopy), Banikov (Banówka) - (Rakoń, Grześ) – pogoda nie pewna. Aby zaoszczędzić czas i siły podjechaliśmy do Tatlikovej Chaty GlamourBusikiem jak na grzeczną stonkę przystało. Następnie podejście na Rakoń i na sedlo Zabrat niestety spotkało nas załamanie pogody. Wiatr ok. 100-120 m/s zdmuchuje ze szlaku a nad Wołowcem i Rohaczem kłębi się ciągle jedna ciemna chmura. Założenie było takie, że zrobimy Rohacze przez Wołowiec aż do Banówki. Ze względów pogodowych zmiana planów. Trawersujemy przy silnym wietrze trawiaste zbocze Rakonia i zalegamy w kosówce pod szczytem. Po dość długim oczekiwaniu niestety pogoda nie poprawia się więc odpuszczamy Rohacze i planujemy przez Grzesia i Sedlo pod Osobitou wrócić do Zverovki. Na Grzesiu okazuje się, że pogoda się jednak poprawiła, ale jest już zbyt późno na powrót na Rohacze. Na szlaku z Grzesia do przełęczy spotykamy filanca patrzącego przez lornetkę w poszukiwaniu jakiegoś pozaszlakowego turysty na zamkniętym szlaku na Osobitą. A na przełęczy też jakaś podejrzana grupka. Niby rodzinka, ale wyglądają raczej na grupę szybkiego reagowania gotową to szybkiego pojmania jakiegoś turysty, który zszedł ze szlaku. Zejście z przełęczy z początku dość strome i śliskie. Potem już lepiej. Po drodze na polanie mijamy jak to mówi Tomtom zestaw turystyczny, czyli dwie myśliwskie ambony i paśnik. Dalej już tylko krótki spacerek z końcowym asfaltowym fragmentem (od Zverovki) i jesteśmy w końcu przy pensjonacie Sindlovec (http://www.sindlovec.sk) - dobre jedzenie za rozsądne ceny.
  • Obrazek Obrazek

    Obrazek Obrazek
10.09. – Kôprovský štít (Koprowy Wierch) – pogoda słoneczna, trochę chmur. Podejście dość męczące, ale niestety w towarzystwie hałaśliwych wycieczek. Z Koprowego świetny widok na Mięguszowieckie Szczyty, w dole trochę chmur więc może jakieś zdjęcie widma brokenu. Na górze spotykamy internetowych znajomych z Polski (z tatry.prv) Tomka K z bratem. Rozmawialiśmy sobie z nimi na szczycie, potem nad Hinczowym Stawem i jeszcze później w Strbskim Plesie. Po zejściu na dół wylegujemy się na ławkach przy Strbskim w oczekiwaniu na Dresika, który miał dołączyć do nas przechodząc przez Rysy. Zjawił się punktualnie, ale nie miał niestety zamówionej przez nas polskiej kiełbasy.
  • Obrazek Obrazek
    Obrazek Obrazek
    Obrazek

11.09. – Priečne sedlo (Czerwona Ławka) – pogoda pochmurna. Gdy docieramy pod przełęcz jest już wszystko w chmurach. Przy podejściu pod samą przełęcz idąc za znakami mijamy po prawej stronie łańcuchy i idziemy za znakami w górę. Niestety to błąd a my musimy pokonać spory kawałek ściany po za szlakiem aby dotrzeć do łańcuchów (nie chciało nam się wracać w dół do tych pierwszych łańcuchów). Wspinaczki jest sporo a łańcuchy często przeszkadzają zamiast pomagać. Np. wiszą w kilku miejscach przy gładkiej ścianie bez chwytów czy jakiś miejsc pod stopy. W paru miejscach pomagam sobie łańcuchem a Tomek i Daniel wchodzą bez ich pomocy. Następnym razem jak tam wrócę zrobię to samo, te łańcuchy naprawdę przeszkadzają. W momencie gdy wchodzimy na przełęcz zaczyna padać deszcz. Mamy szczęście, że nie pół godziny wcześniej. Z przełęczy zmoknięci schodzimy do schroniska Zbójnicka Chata. Tu się suszymy i jemy coś za przystępną jak na schronisko cenę a potem schodzimy na dół gdzie zatrzymujemy się jeszcze przy Wodospadach Zimnej Wody.
Obejrzałem sobie ten filmik z Ławki ze strony Cepra. Nie daje on jednak poglądu jak tam jest.
  • Obrazek Obrazek Obrazek
Tak, z wycieczki na Czerwoną Ławkę mamy tylko zdjęcia wodospadów. :)

12.09. – Poľský hrebeň (Polski Grzebień), Východná Vysoká (Mała Wysoka) – Pogoda niepewna. Przy wejściu na Grzebień trochę tracimy czasu na świstaki i oglądanie stada kozic biegających po grani. Dresik się trochę śpieszy bo musi zejść jeszcze do Łysej Polany i na 17.00 być w Zakopanym. Na Polskim Grzebieniu motywujemy go odpowiednio, i decyduje się jeszcze wejść na Małą Wysoką. Po jakiś 30 min jesteśmy na szczycie. Dresik schodzi na dół, aby zdążyć do Zakopanego a my czekamy aż Gerlach wyłoni się z chmur. Na szczycie spotykamy parę Polaków tuż po ślubie w podróży poślubnej po Tatrach. (jeśli to kiedyś przeczytają to pozdrowienia). Na Łomnice, Lodowy i Tatry Bielskie widok jest bardzo ciekawy a ponieważ nie ma szans aby Gerlach się odsłonił schodzimy na dół. Po drodze znowu świstaki.
  • Obrazek Obrazek
    Obrazek Obrazek
13.09. – Otrhance (Otargańce) – pogoda podejrzana. Podejście lasem na Otargańce jest bardzo mozolne i nieprzyjemne (wiatrołomy, które trzeba omijać). Gdy idziemy granią Otargańców wszystko niestety jest już w chmurach, więc widoków żadnych, zdjęć też. Schodzimy przez Jarząbczy i Kończystą. A przy zejściu ze Starorobociańskiej Przełęczy do Raczkowej Doliny makabrycznie zniszczonym szlakiem zaczyna jeszcze lać. Więc na sam koniec porządnie mokniemy.
  • Obrazek Obrazek

14.09. – suszenie i LB (leżenie bykiem)

15.09. – jedziemy do Łysej Polany, gdzie przekraczamy granicę. Potem małe zakupy w Zakopanym i Tomek wraca na Słowację i dalej na Taborisko a ja w nieprzyjemnej mżawce idę do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. Po drodze spotykam jakiegoś starszego gościa, który zrywa sobie jakąś gałązkę, aby coś nagryzmolić na mokrym piasku. Po groźnym spojrzeniu i krótkiej wiązance z mojej strony szybko znika w dole szlaku. Od 11.00 można już zająć łóżko wiec rzucam plecak i czekam aż pogoda się trochę poprawi. Przestaje padać, więc wieczorem można się przejść po dolinie.

16.09. – w planach Zawrat i potem Orla Perć – pogoda rano wygląda dobrze, z okna schroniska widzę Wołoszyn i Krzyżne w rannym słońcu. Więc jest szansa na pogodę. Wyruszam na Zawrat. Podejście przyjemne, po drodze kilka zdjęć i po jakiejś godzince osiągam przełęcz. Niestety po wejściu na Zawrat nadciągają chmury, zaczyna padać i silnie wiać wiatr. Odpuszczam sobie Orla Perć. Nie mam ochoty na mokre i śliskie skały. Trzech Słowaków, którzy byli ze mną na Zawracie chyba poszli na Orlą. Orla w chmurach i deszczu to nie dla mnie. Następnym razem, przy dobrej pogodzie. Schodząc z Zawratu chciałem znaleźć tą ścieżkę na Gładką Przełęcz, na którą niby przez pomyłkę weszła ta para Polaków. Początku ścieżki nie znalazłem choć może jest coś takiego ledwo widocznego w trawie. Wyżej tą ścieżkę jednak wyraźnie widać, ale ze szlaku na Zawrat nie da się na nią wejść przez pomyłkę. Nieźle gość naściemniał. Choć potem chyba się do tego przyznał, bo mówił, że wszędzie już był tylko nie na Gładkiej. Z powodu pogody powrót do schroniska i reszta dnia w jadalni. Bardzo ciekawe obserwacje niektórych turystów. Jeden chodził cały czas po schronisku z zestawem słuchawkowym w uchu choć w schronisku zasięgu raczej nie ma. Wieczorem spotykam tych Słowaków z Zawratu. Okazuje się, że na Orlą poszedł tylko jeden, który w tych trudnych warunkach przeszedł ją całą. Mówi, że przez chwileczkę widział słonko.
  • Obrazek Obrazek Obrazek
17.09. – schronisko – mgła, pada, 10 stopni i przez chwile pada nawet śnieg. Następny dzień spędzony w jadalni na czytaniu i obserwacji turystów. Naprawdę czasem zabawne rzeczy się widzi i słyszy. Opowieści z cyklu „co to nie ja” o sprzęcie czy górach lub sam widok gości z karabinkami przy plecakach i w markowym sprzęcie (to taki folklor ale czasem bardzo zabawny). Ja z markowych rzeczy mam tylko na nogach buty, ale aby się nimi trochę polansować musiałbym nogi położyć na stół. Ale to by było trochę niegrzeczne wiec siedzę sobie cicho, czytam i czasem popatrzę po sali.
  • Obrazek
18.09. – powrót do cywilizacji.. Rano idąc do ubikacji deptam przez przypadek leniwego glebanta, który ułożył się w ciemnym przejściu i choć było już po 7 rano ciągle wylegiwał się na podłodze. W nocy spadł śnieg. Nie wiele, ale robi się trochę ślisko. Krótkie śniadanko i schodzę do Palenicy. Po dojściu do asfaltu dostaje serie trudnych pytań od stonki. Uwzięli się na mnie czy jak. Pewnie z dużym plecakiem wyglądam bardziej „profesjonalnie” :) (trzeba się jakoś lansować na szlaku, :) brakuje mi tylko do kompletu kijków, jakiegoś markowego polara i karabinków przy plecaku) a może wyglądam głupio z tym plecakiem bo dostaje głupie pytania. Pierwsze pytanie od gościa z piwem w ręku „Nie wyschło czasem to Morskie Oko?”. Szybka odpowiedź: „Wyschło. Na zimę spuszczają wodę” Drugie pytanie od grupki jakiś pań: „Lepiej się idzie pod górę czy w dół?” Odpowiedziałem im: „Że najlepiej to po płaskim” i na koniec jeszcze jedno pytanie : „ Ile jeszcze kilometrów?” Nerwy mi już puszczają, ale odpowiadam zgodnie z prawda, że z 8 km. W końcu docieram do Palenicy. Tu wsiadam w busa, który o dziwo jeździ zgodnie z rozkładem co 20 min więc jadę sam z kierowcą. W Zakopanym jeszcze zdążam na chwilę wpaść na Grań Krupówek. A potem to już tylko 9 męczących godzin w pociągu, który miał być ekspresem, ale zatrzymywał się co chwile jak zwykły pośpieszny.
Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

tomtom
Tatry okiem uczestników z relacją pisaną
2005


Powszechnie wiadomym jest, iż każdy zlot zaczyna się w sklepie. W tym konkretnym przypadku większość zlotowiczów postanowiła wyręczyć się w jakże niewdzięcznej materii aprowizacyjnej dwoma frajerami, którym akurat pasowało startować do celu z miejsc nieco bardziej cywilizowanych, niż leśniczówka w ciemnym lesie. Żeby nie było za łatwo, do napisania sms'a z zamówieniem delegowano kobietę, co nie przyczyniło się bynajmniej do stuprocentowej jego realizacji. W związku z powyższym uznaliśmy za stosowne wywiązać się na zapas, czyli na procent 300. Chwilę później tę i tak dalece - jak się okazało - niewystarczającą zapobiegliwość odczułem na plecach, maszerując spacerkiem obok legendarno - mitycznego kolegi Spaślaka, taszczącego absolutnie niezbędny (jak sam twierdził) trzydniowy zestaw biwakowy, wypełniający szczelnie solidny plecak wyprawowy wraz z przyległościami. Jako że mój bagaż wiele mniejszy nie był, z radością na twarzy przyjęliśmy pojawienie się w zasięgu wzroku aż trzyosobowej grupy wsparcia. Andrzej był w połowie zdejmowania wora, kiedy grupa wsparcia okazała się tak naprawdę grupą przypadkowych ceprów, zdecydowanie odmawiających kontynuowania wędrówki w naszym towarzystwie, wobec czego ponownie obróciliśmy się zadami w stronę Laponii, by po niekończącej się tułaczce dotrzeć na obszar przyhorarnisty, gdzie powitała nas prawdziwa tym razem grupa wsparcia, co prawda niezbyt liczna, acz uroczo uśmiechnięta. Wsparcie jak się okazało było natury praktycznie czysto moralnej, a to dzięki piorunującemu użyciu logiki przez Pana Prezesa, który na powitanie dwóch zmęczonych życiem weteranów ciągnących ciężkie wory z ekhem, ekhem, prowiantem posłał wychudzoną nieco parę nastolatków, pozostawiając w bazie silnych chłopów, prawdopodobnie w roli Strategicznego Odwodu Naczelnego Wodza :D Po opłaceniu stosownego haraczu władcy okolicy udaliśmy się w dalszą drogę, w czasie której milcząco przyjęliśmy podział obowiązków, jaki mniej więcej każdemu odpowiadał - Julka zajęła się szczebiotaniem oraz patrzeniem w Andrzeja jak w obrazek, Caproelus co później Prometeuszem został przyjął postawę stoicką, Andrzej zajął się pytlowaniem ponad miarę wszelką ku wielkiej radości Dziecka Z Lasu, a mnie na grafiku zostało jeno cierpienie w milczeniu, czemu z pokorą się oddałem, gdyż mokro było i strzykało w kościach przeokrutnie. Cudem jakowymś dotarliśmy na PPW jeszcze przed zmrokiem, gdzie powitała nas a) grupa zasadnicza, b) atmosfera dekadencji, c) zapach dwóch smętnych kiełbasek pieczonych metodą co najmniej nonszalancką, acz wskazującą na niejaki pośpiech w konsumpcji kiełbasek uprzednich :) Wieczorek zapoznawczy rozpoczął się bez zbędnych dywagacji, co pozwoliło na mniej więcej równomierne rozłożenie sił tudzież środków. W czasie tegoż rozkładania zostałem przedstawiony namiotowi - legendzie, jaki Irek wspaniałomyślnie użyczył Andrzejowi oraz mnie, za co byliśmy mu bardzo wdzięczni (potem nam przeszło, ale o tym później). W trakcie wieczorku przybyła para nikomu nie znanych turystów, których najpierw usiłowałem wystraszyć czy tez zniechęcić, czemu się skutecznie oparli, w związku z czym ignorowaliśmy ich wyniośle póki się dało, a dało się jak się okazało niedługo, szczególnie że Caproelus nie był wtedy jeszcze bohaterskim Prometeuszem i jednym zdecydowanym pociągnięciem obalił litr argumentów do dyskusji na glebę, nieodwracalnie niszcząc rzadkie gatunki mchów, porostów oraz innego śmiecia porastającego dolne partie ław i stołów. Po tym jakże pechowym dla środowiska naturalnego wydarzeniu rozpoczęliśmy manewr odprowadzania się nawzajem na kwatery, co też zakończyliśmy dość sprawnie około godziny 20.30, co jest zapewne rekordem wszechczasów wieczorków zapoznawczych :D
Piątek zaczął się brutalnie o 5.30. Nie bacząc na parkę turystów, która chyba cosik się pokłóciła, gdyż zajęła możliwie najbardziej oddalone od siebie barłogi, rozpoczęliśmy tradycyjne bębnienie, gwizdanie i stukanie. Późniejsza wycieczka zakończyła się tysiącprocentowym sukcesem leksykalnym; to właśnie podczas niej powstały i wrosły w tradycję takie szlagiery, jak "daleko jeszcze" Irka, "Julia! Nie stawaj" Andrzeja oraz "Ło Jezusicku, jak mnie się nie chce, już nie mogę" tegoż autora. Padały tez ostre słowa pod adresem pasterskiego terenu po deszczu, były kontrowersje, czy eksponowaną trawiastą półeczką można pomylić z szerokim trawiastym zachodem i czy klasykowi to uchodzi; wysłano też celem rozwiania wątpliwości w tym temacie grupę szturmową, acz po namyśle dochodzę do wniosku, iż jednak byt określa świadomość i dla kogoś kto 130 cm osiąga w szpilkach i kapeluszu definicja szerokiego zachodu jest jednak bardziej rozciągliwa niż powiedzmy dla AndrzejaZ ;) Powrót obfitował w rozliczne ekscesy natury poślizgowej, urozmaicały go też takie wydarzenia jak poglądowa lekcja stosowania rozpieraczki w szczelinie skalnej a także rozmyślania nad prawdziwą odpowiedzią na pytanie "daleko jeszcze"? Do bazy wróciliśmy przemoczeni, a zaraz potem zniesmaczeni, gdyż jak się okazało uprzednionocni śpiący na dziko goście zdołali zjarać praktycznie całe drewno zniesione przez nas w dniu poprzednim, za który to czyn ja ich jeszcze dorwę, chamów bez szkoły jednych. W międzyczasie zaplątała się na Polanę zrozpaczona pani Lilia w poszukiwaniu męża, pana Rafała, który "miał tylko zejść tutaj, popatrzeć i zaraz wrócić na szlak". Ponieważ człowiek mokry i zmęczony przejawia większą ochotę na ciepłą herbatę niż seks, o współczuciu dla zbłąkanego bliźniego nie wspomniawszy, los pana Rafała nie obszedł nas za bardzo, a biedna pani Lilia zignorowana i odtrącona włóczyła się jeszcze po okolicznym lesie i w końcu również gdzieś wsiąkła. Po herbacie doniosłego znaczenia nabrał brak zaopatrzenia na nadchodzące dni, co rozwiązano poprzez posłanie zespołu na Łysą Polanę celem poczynienia stosownych zakupów. Zespół w składzie kolega Grzegorz oraz kolega tomtom (ja nie wiem po co mi to było, żeby chociaż jakieś fajne laski się po taborze pętały, możnaby coś się polansować, a tam co prawda spełniony był warunek wystarczający - laski, tylko z koniecznym - fajne jakby słabiej...) został zgłoszony na ochotnika i zadanie wypełnił mimo odbytego tuż przed zmrokiem nieco ponad £ysą Polaną dialogu:

(odbieram telefon)

Grześ: - kto dzwonił
ja: - Irek
G: - a co mówił
ja: - nie chcesz wiedzieć
G: - no powiedz, wolę wiedzieć czego się bać
ja: - mówił że siedzi na Wancie i że niedźwiedzia widziano
G: - to po ch.. dzwonił?
ja: - cobyśmy uważali
G: - a jak się uważa na niedźwiedzia?
ja: - tego nie powiedział.

Krótka ta, acz wyczerpująca temat dyskusja poprzedził prowadzony w morderczym tempie na rekord taboru marsz w świetle czołówek, zakończony ostatnią prostą w burzy oklasków wzruszonych nieco tylko mniej niż spragnionych kibiców. Przytaszczone na plecach dobra rozpaliły dysputę i ogrzewały ją do późnych godzin nocnych, a poczesne w niej miejsce miała tajemnica losu pani Lilii oraz pana Rafała, których wskutek przeprowadzonych działań operacyjnych uznano za zaginionych, jednakże nie przejęto się zbytnio ich losem. Powszechnie bowiem wiadomo, iż góry dla ceprów są po to, by się w nich gubić i nic nam, ekstremalistom turystyczno-wspinaczkowym do tego. W międzyczasie zaczęło padać, jednak bez protestów kolektywnie ustawiono budziki na godzinę 5.30.
Sobotę na taborze sponsorowały literki "a" jak "aborcja" oraz "e" jak "eutanazja". Prowodyrem takiego obrotu zdarzeń był młodzieżowy idol AndrzejZ, przekonujący licznie zgromadzoną gawiedź o zaletach tych jakże pro społecznych rozwiązań. Młodzież jednak nie była zbyt chętna do dyskusji na poważne tematy, natomiast jednogłośnie przyznała Spaślakowi punkty za tzw. Lans, gdy tylko odkryła, że szczelnie wypełniony plecak tegoż zawierał niezbędne z jego punktu widzenia gadżety, w tym piżamka oraz poduszka typu "Jasiek". Zasadniczy wkład w ten jakże zaskakujący rozwój wypadków miała też literka "d" jak "deszcz", albowiem siąpiło tudzież lało bezustannie, czego skutkiem była męcząca i niewdzięczna harówka polegająca na zrywaniu się co pół godziny, sprawdzaniu sytuacji metodą słuchową (bębni o tropik azali nie bębni). Bębniło prawie cały boży dzień, więc nie poszliśmy nigdzie i z braku chętnych do rozpalania ognia zaraz po śniadaniu rozeszliśmy się do prac wewnętrznych. Pomiędzy namiotami odbywały się tradycyjne wędrówki ludów w poszukiwaniu herbaty z termosu, literatury mniej lub bardziej pornograficznej, a także tematów do rozmów. W toku tych przemian przypadło mej skromnej osobie uczestnictwo w czytaniu na głos podręczników łamania przepisów parkowych autorstwa znanych klasyków ukrywających się pod pseudonimami WHP oraz WC w wykonaniu znanej lektorki Julii S. W tym miejscu niestety muszę zakłócić rytm mej opowieści cytatem, za co z góry przepraszam:

Dramatis personae:

AndrzejZ - chodząca legenda bezszlakowości, świeżo upieczony członek JKW, idol licznie zgromadzonej młodzieży, znany jako Spaślak

Julia - dobrze zapowiadająca się ekstremalna wspinaczkini, psycholog półamator, dyplomowany rehabilitant, w niedalekiej przyszłości kochająca żona (nie bardzo rozumiem, jak można być kochającą żoną nie umiejąc gotować, ale bądźmy dobrej myśli, może się nauczy)


Julia: po stromych trawkach na północny zachód...
AndrzejZ: jaki północny zachód???
J: no przecież tu pisze: na pd-zach...
(śmiech przechodzący w ryki, kurtyna)

Jak się okazało, kilkugodzinne wylegiwanie w namiocie jest czynnością bardzo meczącą fizycznie, więc z ulgą wyczołgaliśmy się na świeże powietrze, by coś przekąsić. Bądźmy szczerzy: tak lukrowanego, tryskającego wręcz wzajemną sympatią, oddaniem i poświęceniem dla zgromadzonych bliźnich obiadu nigdy w życiu nie jadłem. Dla przykładu podaję cytaty zapisane na cudem uratowanej resztce rolki papieru toaletowego:

Julia: "Andrzeju, nie męcz się z palnikiem, już ci wodę zagotowałam. A może kanapeczkę byś zjadł?"

AndrzejZ: "Grzesiu, może herbatki, mało mam ale się podzielę"

tomtom: "Cheniu, coś mizernie wyglądasz, zrobiłem kanapeczkę z jałowcową, jedz na zdrowie"

i tak dalej i temu podobne.

Mniej więcej w środku obiadu naszą zagubioną wśród mgieł i świerków bazę odwiedzili trzej niezidentyfikowani zarośnięci goście. Oczywistą koleją rzeczy w północnej części Słowackich Tatr byli to Polacy. Największe wrażenie wywarli na żeńskiej części wycieczki, acz nie z tych powodów co myślicie; nasza Julia bowiem okazała się niespodziewanie zaawansowana gadżeciarką, co najlepiej pokaże następująca scenka:

(do obozu zbliża się trzech kolesi)

tomtom: patrzcie co też kot w zębach przyniósł

Cheniek: ano jakichś ceprów w taką dupówę przyniosło

Julia: e, to jacyś fachowcy, patrzcie jakie ciuchy mają

(kurtyna, goście usiedli nieśmiało na skraju widzialności)

Ponieważ mieliśmy przed sobą perspektywę kolejnej ciężkiej nocy, okolice skraju widzialności całkiem magicznie zostały oczyszczone z przebywających tam napojów wyskokowych oraz papierosów, albowiem wiadomo, że ekstremalista na taborze jest równie skłonny do podzielenia się własnym dobrem jak tygrys do oddania futra na skarpetki. Atmosferę próbowano nieco rozluźnić i w zasadzie po części się udało:

AndrzejZ: a wy skąd chłopaki

Chlopak1: a my w Rówienkach drugi tydzień siedzimy

(tu mały zonk, kto normalny dwa tygodnie potrafi tam siedzieć i po co)

AndrzejZ: to może pana Rafała widzieliście? Wczoraj była tu jego żona, mówiła że się zgubił

Chlopak2: pan Rafał? Nie kojarzę

Chlopak3: czekaj, to może ten

Chlopak1: a faktycznie, wysuszony taki; łykowate mięso, w zęby włazi (grzebie w paszczęce)

(kurtyna)

Krótko po tej jakże pouczającej wizycie deszcz chwilowo zaprzestał swojej nudnej działalności. Część z nas skłoniło to do stworzenia grupy szturmowej, mającej za zadanie uchwycić przyczółek nad Kaczym Stawem, co w danych warunkach atmosferycznych i nadchodzącym zmroku było zadaniem teoretycznie nietrudnym do wykonania, acz kretyńskim z punktu widzenia spokoju ducha i niepotrzebnym z punktu widzenia taktycznego. Cóż jednak taktyka i bezpieczeństwo ma do gadania wobec potencjalnego splendoru, chwały i dawki romantyzmu. Rad nie rad zgłosiłem się na ochotnika jako element zabezpieczający logistyczną stronę wyprawy i już po chwili dziarsko maszerowaliśmy w gorę. Przyczółek oczywiście został zdobyty, jednakże nie zdołano zaobserwować na stawie legendarnej złotej kaczki. Mimo to w kategorii "romantycznie acz nie ckliwie" wycieczka ta jest moim absolutnym tatrzańskim liderem. Z mniej romantycznych kwestii okazało się, że uprzednio skręt do Kaczej wykonywałem w najgorszej możliwej kosówie, sporo powyżej właściwej, całkiem wygodnej trasy. Powrót upłynął nam w zapadających ciemnościach i coraz natarczywiej siąpiącej mżawce. W przeciwieństwie do dnia poprzedniego, grupa szturmowa miast braw otrzymała solidny opr za włóczenie się w dziczy po nocy i nie mieszkając została wysłana po chrust do ogniska. Okazało się też, iż przegapiliśmy historyczny, na miarę Dziadów vol. 3 moment przemiany Caproleusa w Prometeusza. Bohaterem tej dzikiej akcji był Grzegorz, który w momencie gdy wszyscy opuścili ręce w rezygnacji, z pomocą połączonych palników gazowych zdołał zmusić mokrą gazetę marki "Wyborcza" oraz nie mniej mokry chrust do rozpalenia się, co zaowocowało rozpaleniem całkiem pięknego ognia, za co wdzięczni dozgonnie szturmowcy ruszyli w las w poszukiwaniu zapasów opału. Desperackie szwendanie się po lesie skłoniło ów zespół do działań radykalnych, antyprzyrodniczych, a być może nawet niehumanitarnych (choć bardziej prawidłowo byłoby powiedzieć "nieflorarytarnych"), których ofiarą padł młody świerk, całkiem dorodny, połamany w dzwonka (wspinaczka jak się okazuje wyrabia tzw. bułę nawet u co bardziej filigranowych person), przytaszczony brutalną metodą "za nogi". Przez moment zrobił się świątecznie, mokre igły radośnie buzowały na palenisku, dysputa często gęsto schodziła na tematy teologiczne głównie za sprawą AndrzejaZ, promującego doniosłe znaczenie aborcji i eutanazji w życiu człowieka, a także na tematy technologiczne (sprowokowane barbarzyństwem popełnionym na świerku), w szczególności postawioną kwestią, czy Horar Martin, Pan Okolicy zamontował nad paleniskiem mikrofony i co się stanie jutro, jeśli zdoła odsłuchać nagrania zanim przemkniemy się w stronę cywilizacji pod jego czujnym okiem. Rzecz jasna nie zapomnieliśmy o prawdopodobnie śp. Panu Rafale, a czasem ten i ów spozierał z niepokojem na okoliczne zarośla, by sprawdzić azali nie czai się w nich biedna pani Lilia. Ponieważ nic się jednak nie czaiło, nie wyło, ani tym bardziej nie przypominało krzyku beanshee, wsparty hojnym dawkowaniem kochanego Cheńka stosunkowo szybko wpadłem w skandalicznie błogi stan ćwierćświadomosci i tuż po legendarnym bezszlakowcu AndrzejuZ udałem sił na spoczynek.

Poranek wstał rześki, acz mroźny. Winszując w duchu samemu sobie powstałem z łoża boleści rześki i uśmiechnięty, po czym udałem się do potoku celem dokonania porannych ablucji. Przeraźliwa temperatura wody skłoniła mnie nieco do zastanowienia się nad przyczyną takiego stanu rzeczy. Chwilowe rozejście się chmur wyjaśniło sytuację całkowicie: masyw Szerokiej Jaworzyńskiej połyskiwał bielą świeżo spadłego śniegu. Wkrótce okolice potoku zaroiły się od fotoamatorów i fotozawodowców pragnących uchwycić ten widok. W tym samym czasie z namiotu wytaszczyła się legenda a także idol AndrzejZ i w ponownie słodkiej do znudzenia atmosferze zjedliśmy śniadanie gęsto przetykane rozważaniami o mikrofonach, panu Rafale, samokrytyce w tematach wysokoprocentowych i planach na najbliższe godziny. Otwarto też konkurs na najoryginalniej cieknący namiot; jako współspacz AndrzejaZ poczułem się moralnym zwycięzcą, bowiem domki pozostałych uczestników spotkania tradycyjnie przeciekały od podłogi, natomiast nasz wspaniały wyprawowy, szykowany na Pamir, Hindukusz i Gory Harzu namiot użyczony nam szczodrze przez Pana Prezesa całkiem oryginalnie ciekł przez tropik i gąbki dystansowe, co zostało skwitowane perlistym lub gardłowym, a przede wszystkim szczerym śmiechem zebranych.

Po śniadaniu powoli i dokładnie wykonaliśmy manewr pakowawczy i niespiesznie, z lekką obawą czy Pan Horar odsłuchał nagrania, ruszyliśmy w dół doliny, do zbawczych samochodów, gdzie czekał ciepły nawiew, a na niektórych nawet suche skarpety oraz buty. Wizyta w przerozkosznej knajpie pod Bukowiną oficjalnie zakończyliśmy pierwszy WWVAC1AM, gdyż w tym miejscu grupa krakowska serdecznie pożegnała się i odjechała w swoją stronę, natomiast grupa śląsko - zaglębiacko - gdańska udała się w daleką podróż do domu, obfitującą w zdarzenia typu "rozumiemy się bez słów" owocujące niekontrolowanymi wybuchami śmiechu, których nie zrozumie tak naprawdę nikt, kto w tym jakże pięknym wydarzeniu nie uczestniczył.
Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Agaar
na słwackich szlakach...
2005r


I dzień
Po 12 godzinach jazdy pociągiem docieramy do ukochanego Zakopca :) Jest ok. 05.00 rano. Jakie jest nasze zdziwienie, gdy na PKP nie ma ani jednej osoby, która proponowałaby nocleg...Niedługo udaje nam się złapać busa na przejście graniczne do Łysej Polany. Musimy poczekać ok. 1,5 godz. na autobus do Starego Smokowca. Jesteśmy troche przygnębione, bo mimo, że wcześniej padał śnieg byłyśmy nastawione psychicznie na ciepło. Nocleg mamy już zamówiony w Nowej Leśnej (tam gdzie w zeszłym roku), więc bez problemu trafiamy i dostajemy pokój. Mała herbatka, kanapeczka i w trase! Co za widoki! Piękna pogoda! Zrobiło się ciepło. Wreszcie czuję, że żyję :)

Planujemy wejście na Predne Solisko 2093m n.p.m
Trasa Srbske Pleso (czerwonym szlakiem, potem zółtym i do schroniska niebieskim). Trasa bardzo przyjemna, o niebo lepsza od szlaku niebieskiego, ktróry prowadzi cały czas prosto pod górę. Idzie nam się super, słoneczko świeci i opala nasze łydki :P. W schronisku Pod Soliskom znów mała herbatka, kanapeczka i na szczyt! :) Właściwie chwilunia drogi, fajny szlak, tylko jest jeden minus...Bardzo dużo ludzi, którzy (w większości) wjeżdżają kolejką do schroniska, wchodzą na szczyt i uznają się za wielkich zdobywców. Panie w klapkach itp. :)) Widoczki świetne. Schodzimy niebieskim szlakiem, po drodze zaliczamy skocznię narciarską, gdzie nie ma już w ogóle ludzi. Ojojojjjj, stromy ten zjazd :O Podziwiam skoczków... :)
cdn

Trochę fotek :)

Obrazek
Akuku... Komuś trochę zimno... Chyba mi :))


Obrazek
Ładnie prawda? :D To cały czas przejście graniczne i część mojej ekipy :)


Obrazek
Tyle ludzi... To tylko może być Nowa Leśna :D


Obrazek
Nasz cel :)


Obrazek
I cała ekipa :D


Obrazek
Ja przy schronisku


Obrazek
Widok z Prednego Soliska :)
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

II dzień
Pobódka wcześnie rano. Już na rozgrzewkę bieg na żelazną kolejkę :) Ledwo co zdążyłyśmy, za dużo kanapek było do uszykowania :D

Planujemy zdobyć Łomnice 2634 m n.p.m
Trsa Tatranska Lomnica (zielonym szlakiem) do Skalnetego Pleso. Nieciekawa trasa właściwie od Startu. Duże stopnie, praktycznie cały czas prosto pod górę (czego nie lubię). Dopiero u góry lżej się idzie. Pogoda jest świetna :) Niebo czyściutkie, tylko Łomnica co jakiś czas zachodzi mgłą, ale to normalne zajwisko ;) Oczywiście chcemy wjechać na ten piękny szczyt. Okazuje się, że możemy wjechać dopiero za 4 godz :x Ale co tam, poczekamy :) Warto. Chodzimy sobie z kąta w kąt, herbatka, kanapeczki, obchodzimy Skalnate Pleso i poznajemy małżeństwo z dzieckiem, od którego dowiadujemy się, że na ten sam bilet, co na szczyt można wjechać na przełęcz. Nikt nam o tym nie powiedział, a informacja ta była tylko przy wjeździe na samym dole :x Byłyśmy na przełęczy w zeszłum roku, ale w końcu w ciągu 4, to sporo czasu... Trudno się mówi... Teraz wjazd... Trzęsą mi się ręce i nogi, w ogóle cała dygotam... I z zimna i ze strachu... Zawsze mam taki lęk, że boje się, że np. kolejka się urwie. Na karuzelach mam to samo :O Ale po przejechaniu kawałka czuje się już zupełnie dobrze. Jest bosko... Umm jakie widoki :) Wypatruję łańcuchy.... i faktycznie są. Prosto pod kolejką. A na szczycie czuję się jak ryba w wodzie :D . "Trochę" zimno, ale widoki wspaniałe! Widać Teryho Chatę. Nakręcam nawet filmik. Trochę nieciekawie wychodzi, ale jestem amatorką :P. Na szczycie jesteśmy tylko pół godz., więc mija bardzo szybko :( I zjad... wchodzi mgła. Po chwili szczytu nie widać... Ma się to szczęście :) Schodzimy szlakiem niebieskim do Startu, a potem zielonym. Niebieski bardzo polecam! Naprawdę świetny, przyjemny :)
Najgorsze w tym wszystkim są poszkodowane lasy... :( :( :(

Małe pytanko: Wchodził ktoś z Was może na Łomnice? Jak tak którym szlakiem?
c.d.n.

Fotki :)

Obrazek
Tak wyglądają tamte lasy :(

Obrazek
Już ślinka cieknie na sam widok... :D

Obrazek
Już się cała trzęsę... :O

Obrazek
Ale miny... hahaha :)) I kto tu się boi? :think:

Obrazek
"Ała!" Moje pierwsze słowo kiedy zobaczyłam Teryho Chatę i 5 Stawów Spiskich... :D

Obrazek
Jakie szczęśliwe, że są nad chmurami :D
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

III dzień

Całą noc padało/lało. I co teraz? Planowana była Czerwona Ławka... Cóż po zastanowieniu się dochodzimy do wniosku, że kamienie na szlaku będą mokre i nie ma co iść. Po rozmowie z turystami, mieszkającymi na tej samej kwaterze co my, postanawiamy udać się do Słowackiego Raju :) Poprad-Tatry dojeżdżamy żelazną kolejką, potem autobusem Hrabusice => Podlesok.

Trasa: Podlesok, Sucha Bela, Vtaci hrb 920m n.p.m.

Pierwszy raz jestem w Słowackim Raju. Jest dość dużo ludzi. Dochodzimy do wąwozu. Pierwsze przejście utrudnia woda. Moja mama i ja postanawiamy pokonać przeszkodę bez butów, by ich nie pomoczyć :) Ludzie dziwnie się na nas patrzą :think: Woda "trochę" zimna, ale po chwili stopy w bucie zdają się być gorące. Myślę sobie:ale się tym uodpornię :) Idziemy dalej... peeeeełno wody :x Co teraz? Z kamyczka na kamyczek, z przewróconego drzewa na belkę, z belki na przewrcone drzewo, z jednej strony na drugą, raz dołem, raz "górą... :D. Wszystko po to, by nie zamoczyć butów.W jednym miejscu napotykamy spory zator, jedni czekają na swoją kolej, drudzy idą górą jedną stroną, a jeszcze inni górą drugą. My wybieramy najbezpieczniejsze przejście, czyli górą. Przynajmniej tak się wydawało, ale o tylko pozory. Starsznie ślisko... Ziemia mokra i wystające śliskie konary drzew... stromo... ale dajemy rade, chwytami się tych konarów. Po chwili... o Boże... słyszę tylko jak ktoś zsuwa się po skale... I wielki trzask. Nogi mi się uginają, ale nic nie widzę. Schodzę i widzę faceta całego mokrego, od stóp do głów, albo złamał nogę, albo skręcił... Wszyscy ludzie stoją, nikt się nie rusza... "Mały szok". Pytam się jak to się stało: spadł z kilku metrów prosto do potoku.... Na szczęście jest z nim dość spora grupka znajomych. Idziemy dalej... przez całą trasę, co chwilę, spotykam ludzi, którzy śmieją się, że to szlak "Mokra Bela" :D i takich, którzy wylewają wodę z adidasków :)) Tyle, że oni już wcale nie patrzą gdzie postawić nogę, tylko idą środkiem. Przez 3/4 trasy udaje mi się zachować w miare suche buty. I co? Przed końcem szlaku dochodzimy do miejsca, gdzie trabinka jest pod wodą, a przejść jakoś trzeba... Trudno się mówi, nie ma wyjścia. Jestem zła :x . Takie starania na marne...Ale i tak jest fajnie: dużo drewnianych drabinek, takich jak mają kury na grzędzie :)) , kilka metalowych drabin, parę łańcuszków, metalowe stopnie. Przechodzimy w końcu tą Suchą Bele. Pozostaje zejść. Cały czas chlupie mi w butach... Głupie uczucie. Schodzimy czerwonym szlakiem do punktu wyjścia. Zmęczone, przemarznięte, ale szczęśliwe lądujemy na kwaterze :)
cdn.

Fotki:

Obrazek
sam początek, jeszcze suche :D

Obrazek
Duuuuużo wody :(

Obrazek
Moja normalna postawa... Stoję i podziwiam :D

Obrazek
Trzeba się trzymać, bo ślisko

Obrazek
:O :O :O drabinka :D
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

IV dzień

Budzę się... Pierwsze pytanie: "Pada?" - "Nie, ale jest zachmurzone". To nic, mimo wszystko planujemy Czerwoną Ławkę (Precne Sedlo). Ruch jednokierunkowy, wiec:
trasa: Stary Smokovec - Hrebienok - Polana Kamzik - Chata
Zamkowskiego - Teryho Chata


Cały czas w mojej głowie jest Czerwona Ławka, idę z myślą o tym, że niedługo przekonam się jak tam faktycznie jest. Pogoda nie jest ciekawa, zdaje się, że zaraz będzie padać. Bez problemu dochodzimy do Chaty Zamkowskiego. Tam szybki posiłek, herbata i .... rozpadało się :O leje.... :( Co teraz? Decyzja: czekamy chwilę, może zaraz przejdzie. Siedzimy, siedzimy i nic... ciągle pada... Dużo ludzi wyrusza na szlak, postanawiamy także iść. W końcu z cukru nie jesteśmy. Jest strasznie zimno, wieje mocny wiatr... Mimo wszystko postanawiam podwinąc spodnie jak najwyżej, by mokły tylko nogi. Wiem, że z gorszego zła lepiej wybrać to. W wyższych partiach wieje coraz mocniej. Miejscami mam wrażenie, że zdmuchnie mnie ze szlaku. Ale co tam... podziwiam widoki, bo jest cudownie! Po prostu pięknie... Po chwili wpadam w strumyk i moczę buty... Na szczęście nie przemokły całkiem. Pod koniec szlaku przestaje padać. Patrzę, widać już blisko schronisko :) Ogarnia mnie zadowolenie. W końcu się ugrzeję. Po chwili się dziwie... bo schronisko jest bardzo małe, ale ma fajny klimat, każdy czuje się jak u siebie w domu. My także. Siedzimy dosyć długo, grzejemy się i suszymy ubrania. O Ławce nawet nie ma co marzyć. Jestem trochę zawiedziona, jednak szczęśliwa, bo przeszłam jeden z najcudowniejszych szlaków :) Schodzimy po ok. godzinie. Jest zimno, ale nie pada. Całą drogę szukamy kozic :)
Szlak świetny. Idąc się nie męczy. Jak dla mnie super!

Niestety nie zrobiłam dużo zdjęć, gdyż jakoś nie spieszyło wyciągać mi się aparatu w czasie deszczu. Tylko w drodzę powrotnej trochę popstrykałam :)

Oczywiście polecam każdemu tą trasę!


Fotki:

Obrazek
Przed Teryho Chatą

Obrazek
widać jak nam zimno brrr....

Obrazek
:O gdzie to schronisko tam postawili? Moja pierwsza myśl po ujrzeniu go z dołu :))

Obrazek
W poszukiwaniu kozic :)

Obrazek
W oczekiwaniu.... na łaciate :D

Obrazek
Tam się działo.... :P
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

V dzień

Trasa: Strbske Pleso - Jamske Pleso - Krivan 2494 m n.p.m.

Jest nawet ładny dzień. Nie pada Od rana postanawiamy zdobyć Krivan. Od Strbskego Pleso do Jamskego idzie się dobrze. Kawałek szlaku niemęczącego. Jamske Pleso wygląda ładnie - jak w Tatrach. Taki mały, obrośnięty staw. Zobaczamy trochę ze szlaku na Krivan, aby do niego dojść. Tam już chwyta nas głód i konsumujemy kanapki. Potem szlak się ciągnie. Idziemy i idziemy bez końca. Na szczęście są ładne widoki i słychać świstaki, których cały czas wypatruję :). Na takiej ładnej polance spotykam pewną starszą panią, nie rozmawiam z nią, tylko pozdrawiam i idę dalej. Do rozwidlenia mijam się z nią kilka razy W końcu zaczynamy się z tego śmiać i rozmawiać :D . Dochodząc do rozwidlenia spotykam dość dużo ludzi, patrzę w górę... i "o Boże... ona spadnie zaraz koło mnie, a ja jej nie pomogę..."-myśli z mojej głowie. Dziewczyna leci z góry kilka metrów... :O prosto na moich oczach i w moją stronę, z dołu wygla, że jest całkiem stromo, a obok mnie przepaść i żadnego ratunku. Nogi się pode mną uginają... Na szczęście zatrzymuje się. Jest dość mocno poturbowana i poździerana, ale się uśmiecha... Mi jakoś nie jest wesoło... To kolejny wypadek, gdzie jestem świadkiem Na szczęście nie aż tak poważny. Niedługo potem dochodzimy do pewnego trudniejszego prześcia. Leży tam pełno kijów Niestety ludzie musieli je zostawić, biedulki :)) Po tym przejściu udaje mi się uzuskać kijki, których cały czas użyczałam. Na Małym Krivaniu jemy kanapki i zaczyna w tym momencie strasznie mocno wiać. Jest zimno. Szlak od Małego jest brzydki. Kamyszki, które można łatwo strącić komuś na głowe. Przy samym wierzchołku trochę wspinaczki, ale bez łańcuchów. Skały wyślizgane, szlaku określonego tak jakby nie ma, każdy idzie tam, gdzie wydaje mu się najlepiej. Dopiero na tym odcinku czuje się ok. Mogę wyminąć sporo ludzi, którzy się boją i dlatego idą wolniej. W końcu jesteśmy na wierzchołku! Przy krzyżu robimy zdjęcia (potem się okazuje, że powstał dość brzydki filmik :( ) , batonik i schodzimy, bo zimno. Tempo powrotu jest strasznie wolne. Podzielamy się na 2 zespoły po 2 osoby, bo nie dajemy iść w tak wolnym tępie. Moja mama i ja schodzimy szybko, gdyż tak nam łatwiej. Niestety naszym kobietkom wysiadają kolana i efekt jest, jaki jest. Niestety niedługo mnie łapią dreszcze. Jest mi strasznie zimno. Pod sam koniec już kręci mi się w głowie. Zdaje się, że mam bardzo wysoką gorączke. Pewnie od tego, że miam chore migdały. Rozgrzewam się dopiero w domu gorącą herbatą z cytryną i na następny dzień jest ok. :)

Muszę powiedzieć, że warto wybrać się na ten szczyt. Droga długa, mozolna, ale obfita w widoki Jeden minus... staszne tłumy ludzi :(

Fotki :

Obrazek
Ładne widoczki prawda? :)

Obrazek
:)

Obrazek
Odsłania się widok i Małego i Dużego :)

Obrazek
Wszędzie lubię sobie wejść :))

Obrazek
To już powrót żelazną. Widać zmęczenie :) Ja mimo gorączki robię zdjęcia :D
Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

A Izka w Karkonoszach się wspięła...
październik 2005r


Punktualnie o 7.00 wyjezdżam z Opola.Podróż bez zakłóceń.Pogoda piękna.Przejezdżając przez Jelenią Górę w myślach pozdrawiam Sylwestra...:-) W Szklarskiej jestem koło południa.Jesień w Karkonoszach jest "powalająca".Pomimo,że spieszę się na spotkanie, nie mogę oprzeć się fotografowaniu pobliskiego krajobrazu - niesamowite światło, koloryt liści drzew, a w górze czysty porażający błękit ...
Jeszcze o tym nie wiem,ale tego dnia, póżnym wieczorem będę zastanawiać się,kiedy ostatni raz widziałam niebo usłane tak wyrazistymi gwiazdami...
Póki co,czuję lekkie zdenerwowanie... Jestem na miejscu. Oto Krucze Skały...Stoję w punkcie widokowym,w dole płynie rzeka Kamienna - chwilę podziwiam panoramę gór...
Rozmawiam z ludżmi którzy mają mi pomóc w spełnieniu celu mojej podróży.Panuje atmosfera wyczuwalnego dystansu...No cóż myślę, wóz albo przewóz.Podchodzi S. - patrzy chwilę na mnie, i wymawia niedbale : zabierzcie ją na plac zabaw...Robi mi się goraco - spławiają mnie?.
Ale idę grzecznie za poznanym mi już G.Wchodzimy do bacówki - i kamień spada mi z serca, bo zaczynają mnie stroić - a plac zabaw to są te "różne "rzeczy, które przed chwilą widziałam stojąc na skale.

http://img474.imageshack.us/img474/9030 ... 0798fz.jpg

Za chwilę jestem gotowa

http://img474.imageshack.us/img474/2750 ... 0828oe.jpg

Pierwsze zaliczam mosty wiszące - to cztery rozpięte między skałami mosty "tybetańskie" o długości od 13 do 32 metrów. Wiszą na wysokości od 4 do 25 metrów.

http://img474.imageshack.us/img474/3912 ... 0907ri.jpg

Następnie - Wahadło - zwane testem odwagi jest to huśtawka linowa rozpięta w 25 metrowej czeluści.http://img474.imageshack.us/img474/7428 ... 0454bd.jpg




http://img491.imageshack.us/img491/1746 ... 0041xc.jpg

I już jestem na Kolejce tyrolskiej - to zjazd kątowy na linach rozpiętych nad rzeką. Długość 75 metrów, różnica wysokości 35 metrów.
http://img474.imageshack.us/img474/9521 ... 0395ba.jpg

I jeszcze via ferrata - ponoc I w Polsce http://img492.imageshack.us/img492/5999/yoyo3iy.jpg

Jakoś przeżyłam, idziemy na kawę.Robi się coraz sympatyczniej...żarty,kawały,śmiech...

Sam S. zaprasza mnie na ściankę.Otrzymję instruktaż: jak ułożyć stopę,jak się wychylać,i unosić ciężar ciała ze zgiętego kolana , że brzuch do scianki...Polecenia wydawały mi się w miarę proste...ale w czasie wspinania S.(fantastyczny zresztą facet i fachowiec) korygował moje błędy "brytaniąc"swobodnie. Mniej więcej tak(a tu na forum raczej mniej): co robisz z tą dupą! do ściany, k.... nie odchylaj się!...Koncentrowałam się jak mogłam, ale tak mnie wkurzał, że mruczałam pod nosem: odp...... się, mam cię właśnie w tej odchylonej d.... itp.
I tak mijała mi wspinaczkowa droga na ściance :-).Myślałam,że z niej ze śmiechu odpadnę, kiedy usłyszałam, że jakiś facet chciał mnie sfotografować.S. mówi do niego, niech pan odejdzie dalej, a tamten, że chce zrobic zdjęcie od dołu.A na to Ł. od dołu to wyjdzie tylko vagina, - proszę odejść dalej...Kiedy zjezdżałam usłyszałam głośne oklaski. Odwróciłam się. Za plecami miałam pokażny tłum gapiów - skłoniłam się, i uśmiechnęłam.Pomyślałam - to miłe. S obojętnie zapalał papierosa nawet na mnie nie patrząc.

http://img492.imageshack.us/img492/4849 ... 0250ir.jpg
http://img473.imageshack.us/img473/1967 ... 0326mw.jpg
http://img492.imageshack.us/img492/8002 ... 0269ux.jpg

Zbiżał sie wieczór. W bacówce nie ma jako takiego światła.W kilku miejscach na stołach zapalono świece.Nastrój niesamowity.Zaczynam się zbierać na kwaterę.Czekam jednocześnie co dalej...Ł. mówi - zapraszamy na wieczór, ok. 21.00. A jutro plac zabaw - a na nim to co zechcesz i... skałka. Skałka!tak się bałam,że tego nie powie...
Jestem zmęczona!.Mam ochotę na prysznic i do łóżka...jest 19.00 - jak dotrwać do 21.00?
Idę do jakiejś knajpy( nie zapamiętałam nazwy,tylko kamienne blaty na stołach i wielki świecznik z roztopionymi świecami, których nie usuwa się, dokładając nowe, taki element rodem z zamku Draculi).Sylwestrze, może wiesz jak nazywa się ta knajpa?... Przynoszą zamówiony żurek - nie do zjedzenia taki zamączony. Nie znoszę zamączonych zup ani sosów. Relkamuję zamówienie najgrzeczniej jak potrafię. Dostaję pierogi - na szczęście jadalne.Po drodzę kupuję jakąś butelkę, i idę do bacówki.Atmosfera fantastyczna!.Zebrało się trochę osób.Dosłownie pękam ze śmiechu.Pod moim adresem nie pada żaden komentarz. Nie śmiem zapytać jak mi poszło.A właściwie i tak najważniejsze że przeżyłam.A przecież miałam momenty zwątpienia.Nie zaprzątam więc sobie tym dalej głowy.Interesuje mnie skała, trochę wypytuję, ale nie chcą mówić. Nie to nie.Bacówkę ogrzewa stary piec tzw. koza. Jest ciepło, pachnie drewnem, a ja czuję,że odpływam. Zmęczenie bierze górę...zwijam się w kłębek na szerokiej ławce,tak żeby chwilkę móc odpocząć...Otwieram oczy. Nade mną jakaś straszna psia morda.Nie wiem co robić.Dochodzi do mnie,że w bacówce spałam. Ktoś przykrył mnie jakimś śpiworem.Przez tego psa boję sie ruszyć.Na szczęście wchodzi Ł.Stawia przede mną kubek z kawą, odgania psa.Mówi, jest 8.00.Przyjdż o 10.00.Rozglądam się,po wczorajszym przyjeciu ani śladu...

http://www.wspinanie.pl/topo/polska/kar ... piewak.htm

Asekuracja

Mnóstwo rys i zacięć, w które wkładamy własne przeloty (kości, friendy) - czyli DDS. Na jesieni 1999 roku przeprowadzono pierwszą turę akcji osadzania stałych punktów asekuracyjnych(-)

Etyka

Królestwo DDS-u! Ringi tylko tam gdzie nic nie siada! Bez własnych przyjaciół, pętli, heksiorów i kostek RP nie masz tu czego szukać. Wędeczka i owszem dozwolona; ograniczniki, jeśli już to naturalne, bez przegięć i wariantów co 0,5m. Ringi głównie na płytach, ŻADNYCH SPITÓW! Od czasu samowolnego osadzenia spitów osobnicy ze spitownicami w rękach są w tym terenie zwierzyną łowną nie podlegającą ochronie!.
Ja zaliczałam drogę Trzy Plus, IV :O :)
http://img474.imageshack.us/img474/6065 ... 0493bc.jpg
http://img474.imageshack.us/img474/7843 ... 0508fs.jpg
http://img474.imageshack.us/img474/4493 ... 0512zs.jpg
http://img474.imageshack.us/img474/655/ ... 0537fh.jpg
http://img474.imageshack.us/img474/7843 ... 0508fs.jpg
http://img474.imageshack.us/img474/4356 ... 0585hq.jpg
http://img474.imageshack.us/img474/9551 ... 0576dc.jpg
http://img474.imageshack.us/img474/9096 ... 0541wy.jpg
http://img474.imageshack.us/img474/655/ ... 0537fh.jpg
http://img474.imageshack.us/img474/709/ ... 0617ub.jpg

Po powrocie do bacówki, przy kolejnej kawie zaczynam wyrażać podziękowania. Ł. mi przerywa. Jeszcze nie skończyliśmy. Teraz kolej na jumanie...Oto jumanie:

http://img474.imageshack.us/img474/783/ ... 0655bu.jpg
http://img474.imageshack.us/img474/1066 ... 0677dg.jpg

Jeszcze tylko krótk relaks:
http://img474.imageshack.us/img474/3492 ... 0637et.jpg
http://img474.imageshack.us/img474/1640 ... 0362ni.jpg

Mój nowy przyjaciel:
http://img473.imageshack.us/img473/5889 ... 0356ho.jpg
http://img474.imageshack.us/img474/6800 ... 0818gg.jpg

Karkonoskie drzewa jesienią:
http://img492.imageshack.us/img492/2806 ... 0136qj.jpg
http://img492.imageshack.us/img492/3239 ... 0201dl.jpg

Myślę,że nie zmarnowałam czasu.Doświadczyłam nowego.Udało mi się pokonać własną słabość i momentami towarzyszący mi strach.Otarłam się o kolejną pasję ludzi gór.Ludzi nietuzinkowych, z ogromną wiedzą i doświadczeniem.I było mi wśród nich znakomicie.Czułam też pod dłonią rozgrzną skałę, studiowałam ją, decydowałam o każdym swoim kroku - miałam głowę stale zajętą.Z dołu dochodziło do mnie: ładnie, do dupy, wróc, nie ułatwiaj sobie cwaniaro, wsparcie całą dłonią,teraz na odciąg, chyba nie boisz się pająków?.....Przez jakiś czas istniałam tylko ja i ta skała na którą tak bardzo chciałam się wspiąć. I dokonałam tego.Jak zjechałam w dół,przez moment odczuwałam niedoświadczoną dotychczas suchość w ustach.No języka w gębie wręcz nie czułam...
Na podsumowanie usłyszałam,że mam szczęście bo: nie byłam upierdliwa,potrafiłam się jako tako koncentrować,a nawet czasami myśleć,więcej słuchałam niż mówiłam(nie znoszą marudzących kobiet,w miarę wiedziałam co robię...mogę kupić sobie buty! - być może nie będą to wyrzucone pieniądze, ale to się jeszcze okaże).Zapraszają!!! (bylebyśmy czekać długo nie musieli ) - te słowa na długo zapadną w mojej pamięci. Dziekuję :-)
Obrazek[/b]
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

jogibabu
wrześniowe wejście na Rysy
2005r


26.09.2005
Kraków - Palenica Białczańska - Morskie Oko - Rysy

kumpel nawalił, jadę sam. Wyjechałem z Krakowa o 4.45 ciemno ale droga prawie pusta, dobrze się jedzie, chwilami tylko przecinam pasy białej mgły i wtedy noga nieco z gazu. Bez zbędnej szarży ale w dobrym tempie o 6.30 melduję się na parkingu w Palenicy Białczańskiej. Zmiana obuwia, plecak i w drogę. Na początek najbardziej chyba znienawidzony przez turystów odcinek trasy, 10km asfaltu do Morskiego Oka. Ale nic to, fakt że już tu jestem, perspektywa wycieczki i celu uskrzydla. Idzie się dobrze, jest pusto, przy Wodogrzmotach mijam trójkę turystów, i to pierwsi ludzie których dzisiaj spotykam. Potem mijam jeszcze grupkę odpoczywającą na parkingu, potem dwójkę wracającą ze Schroniska i tyle. Jeszcze przed Wodogrzmotami Mickiewicza usłyszałem po lewej stronie drogi gdzieś w dole w lesie ryki niedźwiedia, odpowiedział mu ryk z drugiej strony drogi. W połączeniu z wczesną porą i faktem że szedłem sam było to trochę niesamowite ale odgłosy były odległe.. Parę minut przed 9 jestem w Morskim Oku. W schronisku około 30 osób, prawie pusto, cicho, świetna atmosfera poranku w jednym z najpiękniejszych miejsc w Tatrach. Śniadanie i zaczyna padać deszcz... Tego nie było w planach, czekam patrząc w taflę Morskiego Oka, którą przecinają krople deszczu
Obrazek

No niedobrze, właściwie jeszcze nie zacząłem a już pierwsza trudność. Czekam chwilę i ruszam, nie pada zbyt intensywnie, zresztą jestem przygotowany. Przed Czarnym Stawem deszcz nasila się, zakładam pelerynę i umieszczam pod nią aparat i dalej w górę. Nad Czarnym stawem spotykam dwóch kolesi, chłopaki z Kielc, wyprzedzili mnie w schronisku, okazuje się że też idą na Rysy. Od teraz idziemy razem, zawsze to raźniej. Deszcz nie odpuszcza, ciężko robić zdjęcia, brak osłony na obiektywie i krople psują kilka ujęć. Widok na uśpone jeszcze schronisko w Morskim Oku
Obrazek
Obrazek
A droga cały czas w górę, mokro na zwenątrz - deszcz i mokro od wewnątrz - pot

Obrazek
Na buli do deszczu dochodzi jeszcze wiatr, schodzący z góry straszą że bez rękawic nie damy rady na łańcuchach, jest zimno i mokro. Dobrze że temp. powyżej zera bo gdyby zaczęło przymarzać byłoby naprawdę źle i trzeba było by wracać. Idziemy dalej i nagle cichnie wiatr i kończy się deszcz. W górze biało na niebie kotłują się chmury ale robi się przyjemnie, pojawia się nawet tęcza
Obrazek
Pniemy się po łańcuchach, ok 200 m takiej wspinaczki i jesteśmy pod Rysami. Kilkanascie minut po 12 jesteśmy na Rysach. Pięknie i nic nie widać... Mgła, białe tumany przelatują to gęstniejąc to rozwiewając się na chwilę. Czasami nawet nie widać wierzchołka słowackich Rysów. Na szczycie parę osób, kilku Słowaków i jakichś dwóch gości którzy robią pomiary satelitarne. Ich kolegę mineliśmy nad Czarnym Stawem. Tkwią tu od 8 rano, mówią że padał śnieg ale od razu się topił, jest około 6 stopni
Obrazek
To polski wierzchołek
Obrazek
Kilka fotek, kanapki w sumie dobre pół godziny i wracamy. Cóż widoków tym razem z wierzchołka nie było, ale jest pretekst do powrotu przy lepszej pogodzie. Powrót znacznie szybszy, już bez deszczu choć przed Czarnym Stawem mieliśmy a własciwie nasze kolana miały już dość schodzenia
Obrazek
A oto jakże odmienione już nie tak ciche jak rano schroniskoObrazek
Obrazek
W schronisku krótki popas a raczej wodopój i w drogę zatłoczoną już asfaltówką. Przed 17 byliśmy na parkingu.
Jako ciekawostkę, minęliśmy chłopaczka który twierdził że w 4 godziny wyszedł na Rysy z parkingu. Możliwe, ale to jak wygladał potem, gdy go mijaliśmy nie napawało optymizmem. Dosłownie szurał nogami, a właściwie ciągnął je za sobą, nie chciało mu się nawet ust otworzyć, wydaje mi się że nawet słabo kontaktował. I zresztą co to za wycieczka jak nawet nie miał czasu popatrzeć i podziwiać widoków... a wyglądał jak by go ktoś przeżuł i wypluł.
W domu zameldowałem się po 20 ponieważ powrót zakopianką nie był już tak płynny i piękny jak poranna trasa.
Cała wyprawa z parkingu to ok 10 godzin plus oczywiście dojazd. Pozdrowienia dla kolegów z Kielc Mirka i Sławka...
Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

gregor
wymarzona wyprawa na Gerlach...
2005r


Wyjazd z Czrewionki godz.15.00 do Śląskiego Domu.Wypad na Wyhodną Wysoką.Rano 03.09 pobudka godz.5.00,śniadanie(w cenie noclegu 670sk)kontakt z przewodnikiem przy recepcji godz 6.00-6.30.Godz.7.00 kireunek Gerlach,powrót ok.15.00.Wyjazd do domu
ceny:przewodnik 6000sk(4 osoby),nocleg 670s(1osoba),parking przy schronisku-600sk.Czyli koszt na 1 osobę ok.2300sk

Przyjechałem do Śląskiego Domu samochodem po wąskiej dziurawej drodze o 15.00.W recepcj miła pani poinformowała mnie,że w cenie noclegu jest śniadanie i obiadokolacja oraz że przewodnik będzie ok.5.15.O 15.30 szybki wypad na Polski Grzebień.zachód słońca na Vyhodnj Vysokiej (polecam !!!) i ok.20.30 powrót do schroniska.W schronisku piffo lane(cieniuśkie brr za 35ks) i do wyra bo jutro dzień marzeń.Rano szybkie śniadanie i uścisk dłoni ze przewodnikiem Pavłem Rajterem (bardzo miły 70-cio letni pan,smakosz dobrego wina :D ).Przmiarki uprzęży i o 5.30 wypad w kierunku Wielickiej Próby.Pierwsz upomnienie od Pawła-Zero gadania ,bo się szybko zmięczmy.Pod Wielicką Próbą sesja foto i do boju.Ogolnie wyjście podobne do trudniejszych miejsc Orlej (trochę dłuższe odcinki w pionie,uwaga na skurcze mięśni)Na Gerlachu jestem o 8.30 ,widoki mniam,mniam zdjęcia,szampan piąteczka z Pavłem i w dół(warto ustalić przed wyjściem czas pobytu na szczycie,bo standard to 30 min.)Schodzimy Batożowiecką Próbą która okazuja się trochę trudniejsza w paru miejscach od Wieliciej(łańcuchy zostały faktycznie skradzione nawet Paveł pokazał mi przedtem były )O 11.00 jestem nad Batożowieckim Stawem,żegnam się z przewodnikiem odpalam palnik (gulasz po węgiersku jest super) i podziwiam świstaki.14.00 powrot do schroniska.Wyjazd okazał się bardzo udany,pogoda super,Pozdrawiam!!!!
ObrazekObrazekObrazekObrazek
ObrazekObrazekObrazekObrazek
Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Sylwester
listopadowy zlot w Tatrach...
oczami Sylwka
11-13.XI.2005r


Ludzie ze zlotu widziani moimi oczami, mam nadzieję, że nikogo nie urażę, bo fajni po prostu jesteście. Wyruszyłem z Jelonki, jechałem długo, całe szczęście, że dosiadła się Iza i Grześ, dzięki Nim czas jakoś zleciał, dojechaliśmy do Zakopca i natychmiast autobusem pod Kościeliską. W autobusie tłok, na szlaku w Kościeliskiej ciemno, przy czołówkach niewiele widać,
Obrazek
ale w Ornaku już lajtowo. Tu zobaczyłem kto jest kto- Grześ młody dobrze ułożony mężczyzna o sposobie bycia i osobowości, która w/g żeńskiej części uczestników zlotu zwala z nóg, no Grześ szczęściarzu, oszczędzaj siły byś kobiet nie zawiódł. Tuż po wejściu przy bufecie, bo gdzieżby indziej ramiona rozkłada w powitaniu kto? oczywiście MiG Michał, cholerka analityczny umysł, logika zachowania, konsekwencja w działaniu - jednym słowem słuchać co mówi, nie dyskutować, a najlepiej brać przykład, no może za wyjątkiem tego bufetu bo rozpić się można/z tym bufetem to blaga, ale fajnie mi się napisało/. Dzień się skończył, Ornaczne zasoby łaciatego niebezpiecznie zmalały i poszliśmy spać.
Obrazek
Następnego dnia aklimatyzacja na Tomanowej, Grześ ambitniej w kierunku Czerwonych,
Obrazek
My poprzestaliśmy na siodle i powrót do Kościeliskiej,
Obrazek
Obrazek
w oczekiwaniu na 14.00 jeszcze Wąwóz Kraków,
Obrazek
w Kościeliskiej tłum ludzi, trudno oglądać się za każdym plecakiem, więc naszywkę jako przynęte wywiesiłem sobie na piersi, pomysł trafny bo nieomal natychmiast śmieją się do mnie oczy uroczej istotki, skrobię się po głowie kto to może być, a tu wyłazi zza niej jakiś dużawy koleś i mówi, ja to Luki a to moja żona, hmm cholera, ale los, ostatecznie oboje okazali się zabawowi i choć wolał bym pisać o połowicy Lukiego, napiszę o nim_ Luki zaprawiony w górołaztwie, dobry kumpel na szlak, pomocny i uczynny, nie mógł biedaczek rozwinąć skrzydeł, bo słabowity trochę jeszcze, chory był, nic to Luki następnym razem będzie lepiej. Kilka słów na potwierdzenie spotkania w Ornaku i brniemy dalej przez tłum, aż tu nagle wyłazi na mnie kafar, zadrżałem, ale spoko zęby wyszczerzył, myślę cieszy się, chyba że mnie gryźć zamierza, ostatecznie nic się nie stało, cześć istota mówi jestem dziki muł, odetchnąłem ale na chwilę jedynie bo zadwoiło mi się w oczach i jakby trochę zmniejszyło, lecz nim zebrałem myśli okazało się, że towarzyszem dzikiego muła jest jego młodszy brat -wierny następca wszystkich męskich przymiotów pierwszego z kieleckiego rodu dzikich mułów, trochę pogadaliśmy i rozeszliśmy się palić kalorie przed spotkaniem. O 14.00 zasiedliśmy przy stole, dziki przybył z posiłkami w osobach brata o którym wspomniałem, oraz swojego kuzyna, tu uwaga trzeci z rodu dzikich tez ogromniasty, więc spoko i bez zaczepek, ten kuzyn został zaangażowany w charakterze kierowcy dzikiego, nadto była jeszcze żona kuzyna, który był kierowcą dzikiego - bardzo kobieca bruneteczka, która występowała jako ozdoba klanu dzikich i jako jedyna z nich miała włosy na głowie. W międzyczasie do Ornaku przybył Adaś zaszyty pod ps dr kidler, po wejściu zaraz przywitał się z dwoma obcymi nam i sobie osobami które akurat znalazły się przypadkiem w pobliżu naszego stołu, po czym oszołomił mnie swoją gwarą, poczuciem humoru, a po spotkaniu i już na szlaku okazał się wręcz wymarzonym kompanem do wypraw, takie ogromne śląskie serce na dłoni, brawo Adaś masz u mnie dożywotni kredyt na każdy szlak. Spotkanie jak to spotkanie, im milsze tym prędzej się kończy, więc lulu i rankiem następnego dnia heja na szlak.
Obrazek
Obrazek
Wyszliśmy z zamiarem spotkania się na Czerwonych z Iwoną, ktoś, już nie pamiętam kto, chyba Michał zajmował się telefoniczną koordynacją i darliśmy na wschód jak szaleni,
Obrazek
Obrazek
Obrazek
ostatecznie na Krzesanicy spotkaliśmy przyjazną całemu światu Iwonę - bursztynowooką córkę Neptuna, czekała na nas i radośnie przywitała, mnie uścisnęła jak ta niedźwiedzica,znaczy na niedźwiedzia, okazało się, że była z mamą bardzo dzielną kobietą i Kubą-Jakubem w jednej osobie czyli młodszym bratem. Iwona z okolic Gdańska czuła szlak jak rodowita góralka,włosy ciemne, praktycznie jak zaplecie warkocz to zmyłka będzie totalna, a przyznam się, że na śliskich kamieniach z Małołączniaka w kierunku na P.Miętusi asekurując mamę wyglądała jak 100 procentowa profesjonalistka - gratki Iw za to jaka jesteś.
Obrazek
Obrazek
Z gór wylądowaliśmy na Krupówkach, tu telefoniczną inicjatywe przejęła Iwona i skądś - nie wiem o co chodzi, ściągnęła Kerta - Kert facet co się zowie i osobowość jak cholera, jak mówi to wolno cichutko, a i tak wszyscy zwracają uwagę o czym mówi, a każdę słowo ma wagę zdania, no Kert złotousty jesteś musimy jeszcze kiedyś powtórzyć takie spotkanie, tym bardziej, że gustujemy tych samych płynnych treściach będących nieodzownym elementem spotkań. Dobra tyle o przymiotach Kerta, bo Iw zrobiła wszystkim jeszcze jedną niespodziankę, gdyż między szaszłykiem a czymś tam zlazł ze ściany i zawitał do nas nie kto inny tylko wesoły Zyga-wspinacz co się zowie, bardzo zaangażowany w swoją pasję, obwieszony kościami i jebadełkami /nie przepraszam, bo są jeszcze gorsze nazwy osprzętu/, trochę poopowiadał o tym jak to na ścianie smakuje wiśniówka, po czym przedstawił nam Agnieszkę- czarne włosy, błyszczące oczka, ostre ząbki, cięty język - swoją nauczycielkę - po prostu Małą Syrenkę, posiedzieliśmy troszkę długo i czas było się rozstać, a na koniec poznaliśmy Cygana i po cygańsku spaliśmy, jakby co kontakt z cyganem przez Iwonę.
A teraz na koniec najsłodszy kawałek z tego tortu - kto ?
Obrazek
hmm o Izie oczywiście napiszę, napisze prosto_

"drobna, miła i powabna,
Opolanka jedna ładna,
taka dzielna w górach była,
że nam w głowach zawróciła",

Obrazek
zdjęć mam mało, mam nadzieję, że inni uczestnicy coś wrzucą, a teraz ... może "spotkajmy się w styczniu w zimowych Karkonoszach?
-pozdrawiam S.
Obrazek
Zablokowany