Dawno temu w górach, czyli wspomnień czar...

Także o noclegach, mapach, pogodzie, literaturze...
Zablokowany
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

mefistofeles
"Mój pierwszy raz VIII-IX '5 "


poniedziałek 29 VIII
aklimatyzacja: Mała Łąka - Chochołowska

Wysiadam z pociągu w Zakopanem. Cóż - mimo 5 letniej przerwy nadal nie lubię tego miasta. Ostatnie zakupy w aptece (musujący magnez - potem się okaże jaki to wazny zakup...) i już siedzę w busie. Jeszcze w pociągu zmieniłem plany - zamiast do Kir jadę do wylotu Małej Łąki. 15 minut i kierowca informje mnie, że to tu. Pogoda ładna, dzień wcześniej jeszcze padało, dziś tylko resztki chmur skrywają szczyty co wyższych szczytów. Nie przejmuje się tym - dzisiaj jest czas na aklimatyzację. Dotąd nie tego czyniłem, ale dotąd nie wędrowałem po Tatrach. Na zegarku 9:00, czasu mamy dużo, więc spokojnie ruszam w górę doliny chłonąc rzeźkie powietrze. Po kilkunastu minutach staję jak wryty. Widziałem rysunki i zdjęcia, ale widok z Wielkiej Polany po prostu mnie uderza. Zalegająca na dnie doliny mgła w połączeniu z wysokimi chmurami, słońcem i skalnymi ścianami tworzy fantazyjną grę świateł i cieni. Po pół godzinie ruszam dalej - na Przysłop Miętusi. Na szlaku pusto, pierwszych ludzispotykam dopiero na zejściu. Dookoła różowe kwiaty. Jak w bajce...
W Dolinie Kościeliskiej na dobre żegnam się ze spokojem - do polany Ornak towarzyszą mi tłumy. Przede mną jedyne poważniejsze podejście tego dnia - 300 metrów na przełęcz Iwaniacką. Nie spiesząc się (bo i po co) winduję się do góry. Przewodnik Nyki pokazuje jaka była z tej przełęczy panorama. Kiedyś - teraz wszystko zasłaniają drzewa, tylkowidok Kominiarskiego niezrównany. Po krótkim odpoczynku na dobre żegnam się z przyjemnościami - zejście jest śliskie i nieprzyjemne - nawet najlepszy wibram nie utrzyma się na mokrych wapiennych głazach. W Chochołowskiej wita mnie traktor z drewnem. Spaliny z ciągnika mieszają się z tymi bardziej naturalnymi. Chyba nie lubię tej doliny...
W schronisku dowiaduję się, że miejsc wolnych nie ma. Tzn jest miejsce w sali z młodzieżą licealną. No tak, sam jeszcze niedawno do liceum chodziłem, więc niezbyt mnie to nastraja, tym bardziej, że jutro chcę wstać po piątej. Gdy jednak dowiaduję się, że bedą tam dwie inne osoby biorę osttnie łóżko w schronisku (o 15.00!).
Młodzież okazała się wędrownym obozem z Giżycka, a konkretnie jego żeńską częścią :-). Oj, ładnie bym wyszedł nie biorąc tego miejsca... O 22 wszyscy już leżeli gotowi do snu.[/b]
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

wtorek 30 VIII
11 godzin hardkoru, czyli Tour de Chochołowska


Godzina piąta, minut trzydzieści, kiedy pobudka zaaagrała... Pewien turysta na szlak wyruszał, niejedna panna chraaapała;-) No dobra - najpierw trzeba było się umyć i przepakować. Pijąc herbatę w kuchni turystycznej (Chochołowska, porządne schronisko, zamiast dawać wode w bufecie czynnym od zwykle późnej pory, postawiła dwa czajniki i przywiązała je drutem) tłumaczę pewnemu obcokrajowcowi, że na Bystrą z polskiej strony iśc nie można (tzn mozna, ale...) - sympatyczny starszy pan zupełnie nie rozumiedlaczego. A ja mu pomóc nie mogę.
6:20 wychodzę w stronę Grzesia. Kilkadziesiąt metrów powyżej schronu napełnaim butelki. Woda z potoku smakuje podle, ale nie powinna mi zaszkodzić. Po 7 wychopdze ponad las. Niebo czyste, w dolinie gra świateł i cieni. Nad Orawskim Morzem inne morze - mgieł. Na Grzesiu konsumuje część śniadania. Kanapki zrobiłem sobie wyjątkowo podłe, a czekolady zapomnialem kupić. Jeszcze będę tego żałował. Ludzi nie widać. Pierwszych spotykam Słowaków na Rakoniu, zaś przed Wołowcem wyprzedzam pograniczków - polscy mijaja się ze słowackimi.
Ok 9 zdobywam wreszcie mój pierwszy dwutysięcznik. Co za piekny widok, z wrażenia nie mogę usiąść. W międzyczasie mijają mnie pogranicznicy. Lecą dalej, dobrze - 20 minut za mna idą dwie dziewczyny na Rohacze. W końcu i ja ruszam. Zejście jest wredne. Ślizgam się na sypkich kamyszkach, kije niewiele dają. Przy Dziurawej przełęczy raz przeważa mnie plecak - źle wyregulowałem system nośny. Dalej już lżej, ale przede mną 300 metrów podejścia na Jarząbczy. Prosto, bez zakosów. Pomiędzy Wołowcem a Jarząbczym spotkałem 1 osobę - a mówiono mi, że w Tatrach wszędzie tłumy ;>. Na górze jestem wykonczony. Po raz kolejny spotykam pograniczników. Ratują mnie kawałkiem snickersa - swoją drogą fajną maja służbę... Rozkladam się na kamieniu w ksztalcie leżaka (tu dygresja - mamy czy babcie mówiące: "nie siadaj na ziemi, bo złapiesz wilka" MAJĄ rację). W międzyczasie robi sie dość zimno i pojawiają się chmurki. Niegrone, ale zasłaniające słońce. ŁĄdną ścieżką schodzę w strone Kończystego, gdzie spotykam pierwszych Polaków - widac nasi rodace do rannych ptaszków nie należą - na zegarku już prawie pierwsza. Podejście na Starorobociański, którego się obawiałem okazuje się dość lekkie i przyjemne - 3 długie zakosy. Niestety na szczycie wita mnie mgła, tylko chwilami odsłaniająca niezrównany widok na Krywań. Kusi Bystra, ale nie dzisiaj - jestem już dość zmęczony, a trzeba jeszcze zejść. Przyjemną ścieżką schodzę na Siwą Przełęcz. Przede mną już tylko kilkadziesiąt metrów podejść na grzbieie Ornaku, jednak zmęczenie, konieczność oszczędzanai wody, a przede wszystkim brak porządnego jedzenia robi swoje. Zejśćie z Ornaku na Iwaniacką okazuje się paskudne. Klną wszyscy dookoła, także Ci mniej zmęczeni ode mnie. Na przełęczy rzucam się na trawę. Na drogowskazie "Hala Ornak 1h - biegiem". Obok mnie odpoczywa grupaspotkanych wcześniej Niemców - po chwili ruszają, by, jak się okaże, zabrać mi ostatnie łóżka w schronisku. Nie biegnę, ale mieszczę się w godzinie z drogowskazu. Jest jeszcze wcześnie (17 z hakiem), więc łudzę się, że załapię się na łóżko. Niestety - wspomniana trójka Niemców zajmuje 2 ostatnie łóżka, trzeci z nich też musi się zadowolić podłogą.
Cola, obiad, mycie nóg w potoku i od razu czuję się lepiej. Dosiadam sie do Niemców. Próbuja się uczyć polskiego, w czym jak moge staram się im pomóc. Tlumaczę na przykład czym różni się pałka od kija ("pałka z antishockiem";-). Niemiła niepodzianak spotyka mnie przy płaceniu - za glebę 15 złotych, ale nie uznają zniżek PTTK. chamstwo. Kładę się przed 22. Chwile później w schronisku gaszą światło.
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

31 VIII - środa
Czerwone wierchy


Dziś można się wyspać - na wrzątek przed 8 i tak nie ma co liczyć. Wcześniej zgadałem się z jedna dziewczyną, która idzie w tę samą stronę co ja, więc będę miał towarzystwo. Przed 9 w końcu ruszamy. W dolinoie Tomanowej świeci piękne słońce, idzie się szybko i przyjemnie. Problemem jest tylko brak picia - skądinąd wiem, że jeszcze przed Ciemniakiem będzie źródełko. Na szlaku jest juz troche ludzi - głównie znajome twarze z Ornaku. Kiedy opuszczamy las zaczynam się rozglądać (i nasłuchiwać) za źródełkiem. W końcu słyszę delikatny szmer wody w żlebie poniżej. Zostawiamplecaki aparat i schodzę w dół. Woda płynie jakby chciała a nie mogła, ale po killu minutach 1,5 litrowa butelka jest pełna. O mało nie niszczę aparatu, ale w ostatniej chwili go łapię. Idziemy dalej. Odsłania się widok na Tatry Zachodnie i naszą całą wczorajszą trasę (koleżanka przeszła ten sam szlak, tyle, że startując z wylotu doliny). Odnajdujemy też "oficjalne" źródełko, o trochę większej wydajności i równie dobrym smaku. Wreszcie odsłania sie widok na północ - ale to Zakopane jest nisko... Z drugiej stronyzwraca naszą uwage wpaniała północna sciana Ciemniaka. Na grzbiecie Czerwonych Wierchów ludzi dużo, ale idzie się fajnie, więc robimy sobie tylko postoje na robienie zdjęć. A jest co fotografować - na północy głębokie doliny, na wschodzie i południu Tatry Wysokie. W końcu na Kopie kondrackiej rozstaję się z Gosią -ona idzie do Kondratowej, ja do Murowańca.
Samemu juz się tak lekko nie idzie, zaczynam tez czuc zmęczenie. Na szczęście szlak jest ładny a ścieżka urozmaicona (co widać po lakierze na kijkach;). Nieubłaganie zbliżanm się do Kasprowego.
Kiedyś podobno szlak omijał wierzchołek od południa - teraz jednak w ramach rekultywacji kopuły ścieżkę zagrodzono i trzeba iść przez szczyt. No coż - przeżyliśmy Hitlera, przeżyjemy i Stalina jak mawiali nasi dziadkowie. Podczas zejścia uzupełniam zapasy płynów- przydadzą się na jutro. Nade mną przelatuje śmigłowiec TOPRu, odruchowo robię zdjęcie (nieudane). Zastanawiam się po kogo leci, cosię stało. Poem okaże się,że leciałna Kozią Wyżnią, po zwłoki...
W Murowańcu oczywiście miejsc nie ma. Dołączam do grupki ludzi poznnych na Ornaku (w międzyczasie dołącza do nas Gosia, która zmieniła zdanie), którzy tak jak ja czekaja aż zaczną zapisywać na podłogę.
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

1 IX - czwartek
Świnica i Zawrat, czyli dzień lajtowy


Koedukacyjny wąski korytarz może przy obudzeniu sprawic hmmmm... niespodziankę. Tym bardziej kiedy nie musisz wstawać z budzikiem, tylko możesz się wyspać. Oczywiście i tak cię obudzą o 6 rano, ale to co innego. Bodzisiaj dzień lajtowy. W planach Świnica i Zawrat, więc czasu jest duzo. Czekamy do 10, by załatwic sobie pokój. W efekcie tego nasza czwórka trafia do szóstki wraz z sympatycznym francuzem Cyrilem oraz innym panem, o którym potem. Tego dnia ma do mniedołączyć kolega - niestety on o miejsce bedzie musial jesze powalczyć - ominął Murowaniec i ruszył proto na świnicę - spotkamy sie popołudniu.
W końcuruszam i ja. Pogoda piękna, szkoda, ze mam kryzys. Mimo to dziarsko zdobywam wysokość - nie musze dźwigać wszystkich gratów. Na Przełęczy Świnickiej wypijam magnez i smigam dalej. Wkrótce pierwsze łańcuchy. do góry jest fajnie, trochę gorzej jak trzeba zejść do Wrótek. Podobno w zeszłym roku jakiś dziadek zatorowal to miejsce na pół godziny. Ja też musze się jeszcze oswoić z takimi szlakami. Siadam sobie na szczycie, ludzi sporo, a za mną idzie obóz z AWFu, więc za długo nie zabaluje. Dlatego korzystam z tego czasu co mam chłonąc widoki i robiąc zdjęcia. W końcu ruszam dalej. Schodze niestety dość wolno, ale z każdym łańcuchem pewniej.
W końcu docieram na Zawrat. Tu spotykam Gosię, która idzie odKoziej Przełęćzy. Namawia mnie, bym tam poszedł, jednak rezygnuję z tego -na pierwszy raz nie chcę zbyt dużo wrażeń, poza tym kolega czeka na dole. Zejcie z Zawratu jest dość przyjemne, nie ma zatorów, skała twarda i solidna. Uzupełniam wode w źródełku ("Zawracianka" - najlepsza woda w Tatrach) i ruszam dalej. Nad Zmarzłym stawem robię sobię przerwę obserwując kolejna akcje śmigłowca TOPR na Granatach.
Pd Murowańcem już czeka na mnie Maciej - przez następne 3 dni bedziemy wędrować wspólnie. Udało mu się skombinowac miejsce w pokoju. Niestety na następny nocleg na łóżku nie mamy co liczyć. Nawet urok i wdzięk dziewczyn nic nie daje.
Jedną z niewielu fajnych rzeczy w Murowańcu jest możliwość bezpłatnego wypozyczenia gitary. Próbuję nią obudzic sąsiada z pokoju, który przysnął sobie przeraźliwie chrrapiąc. Niestety - nawet Iron Maiden go nie ruszyło. W koncu kładziemy się spać - jutro Orla Perć, trzeba miec siły
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

2 IX - piątek
Orla Perć, czy jak podrzeć nowe spodnie


Nie ukrywam, że jestem podniecony. Pierwszy raz w Tatrach i już na Orlą Perć. W dodatku chcemy zrobić całą. Zostawiamy graty w przechowalni i o 6:25 ruszamy na szlak. Przed nami wychodzi grupka Słowaków - tez robią Orlą, ale przez Świnicę. My uderzamy na Zawrat. Spokojnym tempem windujemy się do góry, przed 8:30 jesteśmy na przełęczy. Pogoda idealna, powietrze czyste, widoczność na 100 kilometrów - taki stan utrzyma się do wieczora. Na Zawracie popjamy magnez, robimy sobie zdjęcie i ruszamy dalej. Na początku jest łatwo. Szlak delikatnie wznosi sie na grań. Potem jednak schodzi ostro w dół skalistym żlebem. Aż do Koziej przełęczy będziemy co chwilę to wspinac się kominkami to nimi schodzić. W międzyczasie dołącza sie do nas pewien Słowak. Na Zmarzłej przełęczy wyprzedza nas grupka chyżo mykających emerytów. Rozmawiamy z nimio wypadku sprzed dwóch dni. Jeden z nich wyraża więc święte oburzenie jakim to trzeba byc idiota żeby spaść z tak łatwego szlaku. Z kolega nie możemy przestav się smiać - ów święcie oburzony mąż ma na nogach wiklinowe półbuciki. Drabinka na Koziej okazuje się stanbowczo przereklamowana - schodzi się pewnie, pod nią tez jest gdzie postawić nogę. Zostaję zmuszony przez Macieja by upiąć włosy w kok - podobno strasznie wyglądało jak przerzucam kitę to na lewo to na prawo bywidziec co mam pod nogami. ;-) Kozia przełęcz to miejsce zpomnine przez Boga - ciemne, zimne i nieprzyjemne. Ruszamy najpierw w dół przełęczy, potem w górę po skałach. Teraz odsłania się piękny widok na drabinkę. Niestety kontrast między oświetloną i ocieniona częścią ściany uniemożliwia zrobienie dobrego zdjęcia. Wspinamy siędo góry na Kozie Czuby. Ludzi nadal niewiele,ale jednak są. Bardzo nieprzyjemne jest zejście na Kozią Przełęcz Wyznią. Skała wyślizgana, do tego mało sensownych stopni... To tu zginęła ta dziewczyna. My jednak o tym jeszcze nie wiemy (wiedzieliśmy tylko ,ze gdzieś w rejonie Koziego). Za to podejście jest boskie - długi, urzeźbiony kominek. Aż chce się isć. Na szczycie Koziegorobimy sobie dłuższą przerwę. Spotykamy znajome twarze jak tez nowych fajnych ludzi, w tym pewnego strażaka, który idzie granią od Zachodnich nocując na szlaku. Wraz znimruszamydalej. Przez rozmowę kilka razy gubimy ścieżkę, na szczęście w łatwym terenie. Żleb Kulczyńskeigo okazuje się mniej nieprzyjemny niż sobie wyobrażałem, ale mimo to nie schodzi się nim zbyt miło. Za to wejście do góry kominkiem - sam mniód!

Teraz można odetchnąć. Ścieżka na Granaty jest łtwa i przyjemna. Na ZadnimGranacie obserwujemy przez pożyczoną lornetkę bliższe i dalsze szczyty. W tym Rysy. Ciągnącysię zakosami pociąg ludzi wykreśla tę górę z planu podróży. Chwila nieuwagiprzy zakładaniu plecaka o mało nie kończy dla mnie wyprawy (a może i życia). Pomiędzy pośrednima skrajnym Granatem szlak robi się dość nieprzyjemny, słynna szczelina również nie jest zbyt miła (jak kto chce może zejć 3 metry w dół i przejść łatwą ścieżką).
Na Skrajnym Granacie decyzja - co dalej. Odcinek Buczynową Granią jest długi, trudny, ale i "honorny". Sprawdzamyzapay wody,jedzenia, pijemy drugi magnez i lecimy dalej. Schodząc dowiadujemy się, że kawałek dalej jest zerwany łańcuch. Okazuje się, że kilkunastometrowy odcinek w żlebie przestał istnieć. Schodzimy skarajem żlebu "na tyłku". Dalej jest już lepiej. Szlak to wznosi sie to opada. Dużo emocji dostarcza trawers skalnej ściany. Mimo ostrzeżeń kolegi patrzę w dół - luft dosłownie pod butem robi wrażenie. Coraz bardziej czujemy też zmęczenie. Bardzo nieprzyjemne jeszt zejśćie długim, niezbyt stromym, ale sypkim i nieubezpieczonym żlebem. Podejście do góry jest już lepsze - zaksy z łańcuchami - ostatnimi już na slaku. Chwilę później szlak wchodzi na samą grań - idziemyna czworaka po skalnych blokach mając samo powietrze pod nogami... W koncu docieramy na Krzyżne. Zrobiliśmy Orlą Perć. Całą. Spotykamy Słowaków widzianych rano pod Murowańcem. Dzielimy się z nimi piciem, oni nam dają pierniki. Niech żyje przyjaźń między narodami!
Zła wiadomośc wynika z zegarka. Jest 18.30. Słońce zachodzi za godzinę, a o 21 zamykają bufet. Trza mykać w dół. Maciej pomaga jeszcze jednej dziewczynie, które podchodząc utknęła w trudniejszym terenie i nie wie co zrobić dalej. Szlak w dół jest łatwy, ale zaczynam czuć stopy,a konkretnie monstrualny pęcherz na podbiciu. Do tego spowalniają mnie kijki. Na dnie doliny jest juz znacznie lepiej. Prawie biegniemy, by zdążyć na spaghetti w Murowańcu. W lesie musze już wyjąć czołówkę. Zastanawiamy się co zrobić jak miś zechce nas bliżej poznać, na szczęscie żaden się naminie interesuje. Za brzydcy jestęsmy? W końcu o 20.30 dochodzimy do schroniska - zmęczeni,ale szczęśliwi.

PS Spaghetti było pyszne. Jak sie rano okazało załapałem się na ostatnią porcje...

PPS Miało być coś o spodniach. No cóż. Wspominalem, że w pewnym żlebie trzeba było schodzić na tyłku....
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

3 IX sobota (brrrr)
przebazowanie Murowaniec - Moko


Dziś znowu można się było wyspać. Mimo, że zaczął się weekend pracownicy Murowańca dość skutecznie odstraszyli większość chętnych na glebę i miejsca było sporo. Tym razem nam sie nie spieszy. Przepakowaliśmy się, zjedliśmy śniadaniei spokojnymtempem ruszyliśmy w stronę Zawratu. Noga dokucza mi okrutnie, ale mogę iść. Niestety widać, że zaczął się weekend - na szlaku tłumy ludzi. Przy źródełku napełniamy jakiejś pani butelkę za co dostajemy czekoladę :-). W końcu zaczynają się łańcuchy, co przy takiejiloci ludzi nieuchronnie oznacza zatory. Trzeci raz ide już tędy i za każdym razem ten szlak wygląda inaczej. Dzisiaj zdecydowanie jednak wypada najgorzej. Na szczęście zejście w stronę Pięciu Stawów jest znacznie przyjemniejsze. Wygodny, niezbyt stromy chodnik i zdecydowanie mniej ludzi. Niestety na zejściu noga dokucza mi dwa ray mocniej. W końcu docieramy do schroniska, w którympodobno jest pysznaszarlotka. Pogłoski okazują sę jednak mocno przesadzone - jest stara i twarda. I do tego kubek mleka za 4 złote!

Ruszamy więc dalej, w stronę Morksiego Oka. Wybraliśmy łatwiejszy wariant przez Świstówkę, co oznacza jednak poruszanie się w pociągu ludzi, w tym kilku zorganizowanych trup. brrrr. Szlak jest wyjątkowo nudny, do tego widok psuja chmury zasaniające wirzchołki wyższych szczytów. Przy Morskim Oku witają nas jeszcze większe tłumy. Nie przejmując się nimi moczymy nogiw jeziorze i czekamy, aż o 18 zacznbą rejestrować. Nastawiamy sie już na glebę, ale, o dziwo znajdują się prycze w starym schronisku. Cena (33 zeta) tylko o 2 zlote wieksza niż gleby.
Tu kilka słów o tzw. Starym Schronisku. Jeśli ktoś wędrował z plecakiem po Beskidach to tu znajdzie włąśnie ten cudowny, kameralny klimat małego schroniska. Kuchnia turystyczna z małą jadalnią i jedna kabina prysznicowa doskonale sprzyjają nawiązywaniu nowych znajomości (oczywiście w kolejce do a nie pod prysznicem;-).
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

4 IX, niedziela
Przełęcz pod Chłopkiem


Tak nie spałem od bardzo dawna. Szkoda, że o 6 trzeba wstać. Szybkie przepakowanie, herbatka, zostawienie gratów w przechowalni i ruszamy w drogę. Co prawda czas nas nie goni,ale chcemy skorzystać z porannego czystego nieba i braku tłumów, które tak ładnej niedzieli na pewno sobie nie odpuszczą. Nad Czarnym Stawem rozdzielamy sie z ludźmi idącymi na Rysy i bodaj jako pierwsi turyści tego dnia uderzamy na Przełęcz pod Chłopkiem. Szlak to w większoci chodniczek dość tromo pncy si do góry wśród piargów i upłazów. Czasami przekracza jakiś żleb, jest też jedna mała wspinaczka ubezpieczona klamrami. Przed Kazalnicą spotykamy kozicę. Słynna galeryjka przy tych warunkach nie różni sie od chodnika, więc na przełęczy jsteśmy bardzo wcześnie. Przed nami otwiera się widok z jednej strony na Dolinę Mięguszowiecką i staw Hińczowy z drugiej zaś na Morskie Oko położone prawie kilometr niżej.
Ulegamy pokusie by znakowaną kopczykami percią zaatakować Mięguszowiecki Szczyt Czarny, jednak moja noga odmawia współpracy na tak trudnej ścieżce - wracamy. Może innym razem...
Teraz mamy dużo czasu aby się powylegiwać na wysokości 2307m npm. Patrzę i chłonę te widoki - to ostatni dzień moich wędrówek w tym roku.
W końcu po 12 decydujemy się zejść. Przeklinam siebie, że zostawiłem kijki na dole. Ból stopy nie daje mi normalnie stąpać. Idę 3 razy wolniej od innych. W pewnym momencie czuję, że dziwnie lekko zginam stopę w bucie. No tak-cały bok podeszwy się odkleił, a taśma klejąca została na dole. Od tego momentu mam poważniejszy problem niz pęcherz. W końcu, z wielkim trudem docieram do Czarnego Stawu i schodzę do Morskiego Oka. Wreszcie mogę zmnienić dziurawe spodnie na normalne*, wymoczyć zbolałe stopy i ubrać sandały. Wyprawa dobiegła końca. Mimo to w schronisku zostaję jeszcze jedną noc.
*nadawały sie na plakat w stylu "Niedźwiedź to nie miś"
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

5 IX poniedziałek
epilog


Maciej wstał przed świtem i ruszył na Szpiglasową polować na świstaki. Ja o 8 ruszyłem w kierunku Palenicy. Im bliżej byłem parkingu tym więcejludzi mijałem i tym mniej mi się podobało. Na Palenicy zapytałem busiarza gdzie mozna dostac porządne i uczciwe oscypki. Zaproponował, że zatrzyma się na w bacówce koo Bukowiny. Zaraz potem Zakopane, 10 minut na Krupówkach i 20 minutw sklepie z butami ;-). Szkoda, że jestem już spłukany... Szybko w pociąg do Krakowa, gdzie postanowiłem dać sobie kilka godzin na zwiedzenie miasta - głównie Wawelu i Kazimierza. O Krakowie napisano już całe tomy, ja dodam tylko, że w cztery godziny mozna jeynie liznąc miasto - trochę tak jakby obejrzeć Tatry z Zakopanego. Ciekawostką jest tylko stosunek władz miasta do rowerzystów. Cała starówka jest dla nich dostępna. W międzyczaie dołącza do mnie Maciej, który co prawda świstaka nie upolował, ale za to złowił całe stadko kozic. Bedzie wyżerka...

Ciekawym jest, że kilkakrotnie wzięto nas za obcokrajowców i to z premedytacją. Dobrze, że tylko przy zamawianiu, a nie wystawianiu rachunku ;-) O 20.40 siedzimyjuz w pociagu. Tlum straszliwy, pełno żołnierzy, ale nasz przedział dziwnym trafem pusty. Może myśleli, że zamknięty na głucho. A przecież wystarczyłoby zapukać... ;-)
Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Mariusz
Warszawski wrzesień w Tatrach


Piątek, 9 września 2005.

Zbiórka na Dworcu Zachodnim w Warszawie późnym wieczorem. Tuż po 23:00 wsiadamy do autobusu marki Jelcz w 3-osobowym składzie: Paweł, Jacek i ja. Autobus taki sobie, obsługiwany przez PKS Ciechanów. Siedzenia z bardzo krótkimi odstępami, moje kolana muszą w zasadzie wbijać się w fotel sąsiada. Autobus bardzo zatłoczony – komplet osób, a do tego kilkoro z nich podróżuje w pozycji stojącej. Każdy z nas próbuje zasnąć – nie wiem, jak inni, ale mi to się nawet udawało pomiędzy poszczególnymi przystankami... Mijamy Grójec, Skarżysko, Kielce, Kraków... Upływa godzina za godziną... Kierowca krąży po ciemnych zakamarkach tych miast, odwiedzając puste dworce... Gdzieś tam w połowie trasy autobus ma półgodzinną przerwę – można rozprostować kości. Nadchodzi wreszcie godzina 7:00 rano i dojeżdżamy do Zakopanego...

Sobota, 10 września 2005.

Wysiadamy z autobusu. Od Nowego Targu kropi deszcz... Z rozczarowaniem stwierdzamy, że bar Fis otwierają dopiero o 8:00 rano. Trudno – nie będzie fasolki... Po przygotowaniu plecaków i zabezpieczeniu ich pokrowcami instalujemy się w busie do Kuźnic. Tam każdy nabywa po bochenku chleba i po butli wody mineralnej. Deszcz w zasadzie przestaje padać i nieco się przejaśnia. Budka TPN – jednodniowy bilet. Wchodzimy w las i wspinamy się ścieżką na Boczań, by dotrzeć Upłazem do Przełęczy między Kopami. Ludzi wędruje dosyć dużo – zaczął się weekend, a od tygodnia – co rzadkie –w Tatrach trwa słoneczna pogoda. Na przełęczy siedzi już sobie spory tłumek. A tuż za nią ukazuje się to co zwykle – wysokogórskie widoki na zachmurzoną Halę Gąsienicową.

Obrazek Obrazek Obrazek

Schodzimy ścieżką do Murowańca i posilamy się co nieco w schroniskowej jadalni. Następnie zgodnie z wcześniejszymi planami człapiemy z plecakami w stronę Zawratu.

Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek

Po drodze mijamy blok skalny upamiętniający śmierć Karłowicza oraz Czarny Staw Gąsienicowy.

Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek

Idzie się całkiem przyjemnie, tylko pod samą przełęczą ciężar na plecach trochę przeszkadza w balansowaniu na łańcuchach...

Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek

Na Zawracie również sporo ludzi, za to bardzo ładne widoki. Staczamy się stamtąd w Dolinę Pięciu Stawów, gdzie planujemy nocleg. Po drodze jakże przyjemne moczenie strudzonych i rozgrzanych stóp w paraliżująco zimnej wodzie.

Obrazek Obrazek Obrazek

Niestety w schronisku nie otrzymujemy wolnych miejsc, a spory tłumek wewnątrz zapowiada ciasną podłogę – lub kto wie, może nawet ganek? Przemarsz z Kuźnic dał nam się już we znaki – ja zwłaszcza odczuwam znaczny jak na dzisiejsze czasy ciężar śpiwora w plecaku. Myślimy przy piwku co dalej. Piątka robi na nas najwyraźniej złe wrażenie, gdyż postanawiamy zejść doliną Roztoki do kolejnego schroniska, położonego u jej wylotu w Dolinę Białej Wody. Omijamy łukiem Siklawę i zagłębiamy się pośród jarzębiny i kosówki w coraz bardziej kolorowy las...

Obrazek Obrazek Obrazek

Coraz większe zmęczenie... Na szlaku łapiemy zasięg i dzwonimy do schroniska w Roztoce – nie przyjmą nas nawet na podłogę, nie wspominając o łóżkach – nie ma miejsc... Resztką sił staczamy się asfaltem do Palenicy, gdzie łapiemy busa na Krupówki. Stłoczeni w busie jak sardynki, podskakujemy na wybojach drogi im. Balzera. Tuż przed osiągnięciem górnych Krupówek zaczyna się intensywna ulewa – 15 minutowy marsz po zakopiańskim deptaku, połączony z wizytą w paru sklepach wystarcza, aby dokładnie przemoknąć. Rozwieszamy ciuchy w upolowanym wreszcie pokoju w Domu Turysty. Kolacja, prysznice, piwko i spać... Mięśnie nóg pulsują z wysiłku... Przeszliśmy Kuźnice – Murowaniec – Zawrat – Piątka – Roztoka – Palenica w pełnym rynsztunku.

Niedziela, 11 września 2005.

Z samego rana dołącza do nas kolejny górołaz – Jarek. Dzwonimy do Roztoki – są wolne łóżka! Paweł rezerwuje 4-osobowy i - jak się potem okazuje – bardzo przytulny pokoik. Przerzucamy się ponownie na Palenicę i stamtąd wędrujemy do Roztoki, gdzie zostawiamy plecaki. Kropi deszcz... W dodatku jest dosyć późno, dlatego rezygnujemy z wcześniejszych planów pójscia na Rysy i wybieramy się na Szpiglasową Przełęcz. Po drodze do Morskiego Oka dzwoni Iwona i ucinamy sobie pogawędkę. Mijają mnie konie obciążone leniwym społeczeństwem („matronami” – takie sobie ukuliśmy powiedzonko). W drodze na Szpiglasową robię parę fotek:

Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek Obrazek

Do przełęczy docieramy w coraz większej mgle. Pogoda ogólnie mizerna. Jest zimno. W dodatku robi się późno i szaro. Spożywamy w chmurach zapasy czekolady - czy kto tam co miał – i czym prędzej kierujemy się w Dolinę Pięciu Stawów. Jeszcze przed odejściem oddaję resztkę posiadanych zapasów wody starszemu Panu, który najwyraźniej nie zmierzył swych sił na zamiary. Poszedł na Wrota, a potem na Szpiglasową – co stanowiło zbyt wiele, jak na jego możliwości. Odradzam mu zejście do Piątki, wyjaśniając, że oznacza to dla niego schodzenie Roztoką po zmroku. Przyznaje mi rację i zawraca do Morskiego Oka. My nadal mamy szansę dotrzeć do schroniska w Roztoce tuż przed zmrokiem. Niestety – jak się zaraz okaże – udaje się to tylko jednemu z nas. Powód pierwszy: kozica. Wypatruję ją we mgle pośród piargów opadających ze Szpiglasowego Wierchu. Zaczynam wędrówkę poza szlakiem, po obślizgłych i mokrych kamorach, tak aby fotka miała sens. Zajmuje mi to sporo czasu, ale jestem zdeterminowany. Ostatni raz miałem okazję zrobić zdjęcie kozicy wiele, wiele lat temu – niestety nie wyszło. Podchodzę coraz bliżej – kozicy jakoś specjalnie to nie niepokoi. Wreszcie są fotki – które pomimo dużego zoomu wychodzą w miarę ostro.

Obrazek Obrazek

Po sesji udajemy się w dalszą drogę.

Obrazek

Im bliżej dna doliny Pięciu Stawów, tym bardziej grupa się rozciąga. Jacek i ja idziemy bardzo szybko, Jarek z Pawłem nieco z tyłu. Paweł cierpi już niestety od nierozchodzonych butów – ma poranioną stopę na wysokości ścięgna i pięty. Tymczasem schodzimy z Jackiem koło Siklawy prawie do połączenia z czarnym szlakiem od schroniska. Nadal mamy szansę zdążyć tuż przed zmrokiem. Czekamy na resztę grupy. Po kilku minutach pojawia się Paweł, niestety ciagle nie widać Jarka. Paweł po dołączeniu do nas stwierdza, że Jarek szedł przed nim w znacznej odległości, a on sam zamykał grupę. Niestety okazuje się, że Jarek – dopiero drugi raz w Tatrach – pomylił szlaki i skręcił do schroniska w Piątce, zamiast iść Roztoką na dół. Znajdował się zbyt daleko od Pawła, by ten zdążył go „skorygować”. Po krótkiej naradzie i kontakcie telefonicznym z Jarkiem postanawiamy czekać na "zgubę" przy rozstaju szlaków. Paweł decyduje się na samotne zejście do schroniska w Roztoce. Upływają minuty i robi się coraz ciemniej. Staje się coraz bardziej jasne, że czeka nas marsz ostoją niedźwiedzi w ciemnościach. Jarek pojawia się po ok. pół godziny i od razu udajemy się we trzech w dalszy marsz na dół Doliną Roztoki. Po wejściu do lasu jest już bardzo ciemno, a po kolejnych 30 minutach, kompletnie nic nie widać. Nie widać, gdzie stawiasz nogę, nie widać, gdzie idzie szlak. Ciągle ktoś się potyka. Niestety – trzeba przyznać – nie posiadamy latarki. Staramy się głośno rozmawiać (np. o współczesnych kanibalach - Jarek dzięki za gustowny temat, podnoszący na duchu :] ) – coby dać szansę niedźwiedziowi na odpowiednio wczesne zejscie nam z drogi... Płyną długie minuty, daje znać o sobie zmęczenie. Stopy spadają krzywo na kamienie i nadwyrężają ściegna. Kilka razy lądujemy na ziemi. Robi się coraz gorzej, bo im bliżej Wodogrzmotów, tym bardziej stroma i nieregularna jest ścieżka. Wystają korzenie i wielkie kamienie. Jest totalnie ciemno. Na szczęście co jakiś czas udaje mi się znaleść za pomocą komórki szlak na drzewie – co podnosi na duchu chłopaków: nadal jesteśmy na właściwej ścieżce. Jednocześnie po przebiegu szlaku rozpoznaję, że do asfaltu pozostało już tylko ok. 15 minut...
Nagle z głębi lasu docierają do nas – początkowo ciche – potem coraz głośniejsze wołania „Ratunkuuuu....!!”, „Halooooo...!!” Najpierw uznajemy to za oznakę zbliżającej się drogi na Moko, jednak im bliżej, tym głośniejsze i bardziej rozpaczliwe staje się nawoływanie. Nasze zmęczenie sięga zenitu, ale zaczynamy odkrzykiwać w kierunku otaczającej nas czerni. Po chwili dostrzegamy światełko kilkaset metrów od szlaku. Porozumiewamy się z osobami nawołującymi pomocy – okazuje się, że siedzą w środku lasu od dłużego czasu, bo się zgubili. Para – chłopak i dziewczyna. Ta ostatnia chyba w adidasach. Widać, ze zaskoczyła ich noc... cóż, podobnie jak nas. Nie mają numeru do TOPRu. Pod 997 ciągle słyszą „Proszę czekać, proszę czekać”... Jednak wpadli w panikę i pomylili ścieżki – oddalili się w stronę Wyżniego Wodospadu drogą dla traktora, który wywozi prowiant w głąb doliny Roztoki. Za pomocą światła komórki sprowadzamy ich na właściwy szlak, a następnie sprowadzamy do asfaltu na Moko. Dziewczyna ma nadciągnięte ścięgno. U wylotu szlaku stoją ludzie z czołówkami – czekają na syna, który również się zgubił. Są lekko zrozpaczeni. Jeszcze inni czekają na dwóch dziadków – widzieliśmy ich na szlaku, ale szli strasznie wolno. Polecamy im telefon do TOPRu i upewniamy się, czy ktoś z nich ma wbity numer 601 100 300. Ogólnie poprawiają się nam nastroje. Mimo skrajnego wyczerpania, udało się pomóc bliźnim, przetrwać Roztokę w ciemnościach i dotrzeć do asfaltu. Heroes! Pozostało 15 minut do schroniska. Mijamy śmierdzące kibelki i oświetlając sobie kamienie komórką schodzimy na dół. Zaliczamy mocną wywrotkę, w miejscu gdzie szlak się zawęża na moment. W oddali widać światełko schroniska. Otwieramy drzwi i wtaczamy się do jadalni niczym zombie powstałe z głębin tatrzańskiego stawu... Po takiej przygodzie piwo smakuje cudownie... Nawet kolejka do prysznica, czynnego od 19:00 – do wyczerpania zapasu ciepłej wody – zbytnio nie irytuje. Przed snem wypijam pół butelki Powerade, co było jednym z głupszych pomysłów tego wyjazdu. W związku z tym do 3:00 rano nie mogę zasnąć...

Poniedziałek, 12 września 2005.

Poranek zastaje nas jak zwykle w dobrych humorach. Na zewnątrz słoneczko i w połowie błękitne niebo. Śniadanie. Przedłużamy nocleg i wychodzimy w kierunku Morskiego Oka. Asfalt całkowicie opustoszały – jedyne co nas mija, to dwóch fiakrów z „matronami”. Większość weekendowców już opuściła Tatry. Dosyć szybko docieramy do Moka.

Obrazek Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek

Przegrupowanie nad jeziorem i wędrujemy dalej do Czarnego Stawu.

Obrazek Obrazek Obrazek

Dzięki kijkom utrzymuję wysokie i regularne tempo, przez co konsekwentnie oddalam się od grupy. Kije sprawują się świetnie i pozwalają naprawdę na wiele więcej – zwłaszcza, gdy ma się już w nogach sporo kilometrów i przewyższeń z poprzednich dni. Szlak zaczyna podnosić się znad Czarnego Stawu ukazująć śniegową kolebę, która tworzy się tu co roku (kiedyś kogoś przywalił tam i zabił śnieg).

Obrazek

Pnę się wyżej i wyżej...

Obrazek Obrazek Obrazek

...osiągając kocioł pod Rysami:

Obrazek

... i same Rysy.

Obrazek

Spędzam na szczycie równo 40 minut, czekając na resztę. Niestety pojawiły się problemy. Paweł ma coraz bardziej paskudną ranę na stopie i nie może się przemieszczać zbyt szybko. Jarek po spożyciu czekolady z 80% zawartością kakao zaczyna wymiotować. Wszystko to bardzo spowalnia ich wędrówkę, ale konsekwentnie prą do przodu. Ja tymczasem kończę podziwianie mizernych widoków z Rysów i zbieram się na dół. Wysyłam SMS do Iwony i ruszam. 10 minut poniżej szczytu spotykam Pawła, a kolejne 10 minut dalej pozostałych dwóch wędrowców z zatrutym Jarkiem (o tym, że się zatruł, dowiaduję się dopiero później – widać niczego nie pokazywał po sobie). Podziwiając widoczki docieram na Bulę pod Rysami. Tam chwila kontemplacji potęgi gór. Posiłkując się kijkami, schodzę wreszcie nad Czarny Staw i okrążam go od wschodu, by spocząć przy znanym większości czarnym krzyżu. Kolejna przerwa na kontemplację – pionowe ściany Kazalnicy, wpadające niemal prosto do stawu robią naprawdę wrażenie... Świeci późne, popołudniowe słoneczko... po stawie leniwie pływa parę kaczek... Choć Czarny Staw kojarzy mi się zazwyczaj ponuro, tym razem był ciepły, jesienny, przyjazny...
Schodzę do schroniska przy Morskim Oku. Tam pałaszuję kiełbaskę za 8,50 oraz popijam piwem za prawie drugie tyle. Ściemnia się. Zaczynam samotny, szybki marsz do Wodogrzmotów – na asfalcie ani żywej duszy. Robi się szarówka. Wokół słychać podejrzane ryczenie – kiedyś się tego wystraszyłem, lecz już wiem – rykowisko jeleni. Mijają mnie jedynie 2 wozy z „matronami” – dejavu? Do schroniska w Roztoce schodzę już na „końcówce widoczności”. Kiedy zamykam za sobą drzwi, zapada ciemność. Pół godziny później dociera Paweł. Kontaktuję się z pozostałymi chłopakami – proszą o wsparcie z latarką, bo nie dadzą rady zejść po kamieniach po raz kolejny w ciemności. Chatarka z recepcji potwierdza konieczność wyjścia im naprzeciw – przy Roztoce od zawsze kręcą się niedźwiedzie, a chodzenie po zmroku jest zakazane przez TPN. Biorę swoją latarkę i około 21:00 wychodzę ze schronu. Totalna ciemnica. Goście na ławce przed schroniskiem śmieją się: „Ooo... będzie polowanie na niedźwiedzie, co???” Ha. Ha. Bardzo śmieszne. Zabieram do kieszeni butelkę ledwie rozpoczętego piwa dla kurażu. Przyznam, że trochę mi nieswojo. Łyk piwa. Oświetlam latarką ścieżkę przed sobą i staram się nie myśleć o tym, co patrzy na mnie za moimi plecami. Łyk piwa. Przede mną światło tworzy grę cieni, które przypominają różne niepokojące rzeczy. Dwa łyki piwa. Droga dłuży się niemiłosiernie. Coś oczywiście puka i stuka poniżej szlaku, w kierunku potoku. Gul, gul... Latarka świeci raz jaśniej, raz ciemniej – cholera, przecież wsadziłem nowe baterie! Trzeba będzie jednak kupić czołówkę! Szlak idzie wyżej i wyżej, końca nie widać. Czemu tak się dłuży?!? Czasem mam ochotę wrócić. Po diabła ryzykuję? Łyk piwa. Docieram wreszcie do śmierdzących kibelków przy Wodogrzmotach. Stoi tam akurat ciężarówka wybierająca z nich nieczystości. Ulga. Łyk. Zagaduję z panem i oświetlam ginącą w ciemności drogę. Po 10 minutach słyszę znajome okrzyki, wywołujące moje imię. To Jarek z Jackiem nawiązują kontakt. Bezpiecznie schodzimy na dół w świetle latarki, która jakby na wieść o powrocie do schronu zaczęła świecić 2x mocniej... W schronisku – już niejako po znajomości – dostajemy wrzątek po zamknięciu kuchni. Tej nocy śpi się bardzo przyjemnie... I nawet kolejki do prysznica nie było...

Wtorek, 13 września 2005.

Choć rano świeci słońce, w ciągu dnia robi się pochmurno. Opuszczamy Roztokę i klapkujemy sobie do Palenicy.

Obrazek Obrazek Obrazek

Zabiera nas znajomy busiarz. 4 osoby w busie, co za wygoda. Zatrzymujemy się na Głodówce (dzięki uprzejmości busiarza) i wykupujemy dziadkowi 10 dużych oscypków wprawiając go w osłupienie. Ale podobno ma najlepsze na Podhalu. :] Wreszcie Zakopane. Szybki obiad, pożegnanie z Jarkiem i Jackiem. Odjeżdżamy PKSem do Krakowa. Zaczyna padać deszcz....

Kompletna galeria pod adresem:
http://stock.wne.uw.edu.pl/~mbozym/tatr ... 05/jesien/
Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Outsider
"Przepiękne góry...
...niesamowici ludzie"
Dolomity 2005


jednym słowem wyjazd życia... trudno mi będzie wyrazić słowami wszystko to co przeżyłem i zobaczyłem w tych niezwykłych górach... specyficzny charakter gór, via ferraty, wspinaczkowy charakter zdobywania szczytów... wspinaczka połączona z chodzeniem po górach... czego można chcieć więcej... myślę, że tylko przyjaciół z którymi można to wszystko przeżyć... ja miałem to szczęście...

nie wiem jak przekazać Wam relację z tej wyprawy... myślę, że najlepiej będzie jak połączę własne wrażenia i przeżycia z opisem i informacjami technicznymi tras, które udało nam się przejść... ocenę pozostawiam Wam...

moja przygoda Dolomitów zaczyna się już 11 sierpnia wieczorem w kinie na premierze filmu "Skazany na bluesa" w towarzystwie niezwykłej osoby... osoby dzięki której moje życie nabrało nowego znaczenia i charakteru... sam film też niezwykły... zmienił we mnie spojrzenie na osobę Ryśka, jego życie i sposób patrzenia na świat... zawsze uważałem go za człowieka niezwykłego... po filmie stał mi się jeszcze bardziej bliski... film godny polecenia... niezwykły początek niezwykłej wyprawy... potem samotna droga do Rybnika, a przepraszam do Boguszowic... zbiórka była zaplanowana u Gosi... gdy zajechałem na miejsce, Zygi z Darkiem już pakowali wszystko co trzeba było zabrać do samochodu, a wierzcie mi, że jak na 4-osobową wyprawę, to mieliśmy tego jakby jechało co najmniej 6 osób... gdy wyciągnąłem swoje rzeczy i Zygi zobaczył ile jeszcze musi zabrać... widziałem w jego oczach dezorientację i coś w rodzaju - "co on tam qrwa wsadził do tych plecaków"... ale udało nam się zapakować i wszystko się zmieściło... ale tylko dzięki temu, że mieliśmy jeszcze bagażnik na dachu... inaczej byśmy się chyba nie zabrali z tym wszystkim... aha... zapomniałbym... dużo kontrowersji wzbudził miód który zabrałem ze sobą... niestety był to miód kupiony w Zakopanem i jako, że miał być ładnie zapakowany, no to był... w słoiczku, ale takim super ciężkim i z grubego szkła, z wieczkiem na zasadzie zacisku... długo się Zygi zastanawiał, czy go zabrać... wcale mu się nie dziwie bo słoik ważył więcej niż sam miód, ale... smakował cudowanie z herbatką, po długich spacerach...
jako, że już było po 24, czas było iść spać, bo rano spotkanie w Żorach z drugą ekipą... cała wyprawa składała się z dwóch grup (2 samochodów)... naszego, czyli Gosia, Zygi, Darek i ja oraz drugiego autka, czyli Iwony, Doriana i Adama... na dobry sen wypiliśmy jeszcze po lampce winka z toastem za Dolomity...

12.08.2005

rano po 9.00 byliśmy już w Zorach... pożegnaliśmy się z pieskiem Gosi... a na imię ma Apsik... świetny piesek o ciekawym imieniu... tam zatankowaliśmy autko, zrobiliśmy ostatnie zakupy i powoli czas było się zbierać... spotkanie na stacji benzynowej... gdy przyjechała druga ekipa, okazało się, że wcale nie mieliśmy tak dużo rzeczy jak nam się wydawało na początku... :)
w kierunku Cieszyna, a potem Słoweni w Alpy Julijskie wyjechaliśmy o 10.00... Do schroniska 'Aliażew Dom' (1015m) dojechaliśmy około 23:30... w czasie tej drogi, przejeżdżaliśmy najdłuższym tunelem jakim do tej pory jechałem, a mianowicie tunelem 'Karawanken Tunel' (przejście graniczne Austria-Słowenia), który miał 8km długości... w schronisku, mimo późnej pory, otrzymaliśmy nocleg w jednym z domków... klimat typowo schroniskowy...
jutro wychodzimy na 'Triglav' (2864m)... prawdopodobnie dojdziemy tylko do schroniska 'Triglavski Dom' (2515m), a na sam 'Triglav' wejdziemy dopiero w niedziele...


13.08.2005

dzień zaczął się od pobudki zgotowanej nam przez obsługę schroniska... przyszła pani i swoim łamanym angielskim poprosiła nas o wyjście z pokoju do godziny 9:00... każdy jej wysłuchał z nadzieją, że pewnie jest około 7:00... duże było nasze zdziwienie gdy się okazało, że już 8:30... no cóż... trzeba było szybko się zbierać... szybki prysznic w lodowatej wodzie, albo i nie... i śniadanko... pierwsza próba naszych nowych palników... usiedliśmy sobie wygodnie przy schronisku, gotując wodę na herbatkę i kawkę, robiąc przy okazji kanapeczki... i to był koniec naszego spokojnego śniadanka... wszystko przez starszą panią po 50-tce... podeszła do mnie i próbowała mi coś powiedzieć po Słoweńsku... tzn nie powiedzieć, bo ona ciągle krzyczała i gadała jak nakręcona... próbowałem zrozumieć co ona do mnie mówi... z jej gestykulacji wywnioskowałem, że nie wolno trzymać palników na stole... no to mówię sobie ok... postawię je na ziemi... co mi za różnica... ale ona kurna dalej na mnie krzyczy... no to słucham jej dalej z uwagą... teraz już nie pokazywała na ziemie i na palnik, ale na odległy od schroniska plac... kolejna próba dogadania się z niemiła Słowenką po 50-tce... wziąłem pana palnikowskiego i garnek i poszedłem na ławeczkę nieopodal schroniska, ale już nie w jego bezpośrednim kontakcie, z nadzieją, że pani się wreszcie odczepi... no i stało się... zaznałem długo oczekiwanego spokoju... nie na długo niestety... jakież było moje zdziwienie, gdy na horyzoncie zobaczyłem resztę moich przyjaciół z kanapkami... okazało się, że pani i do nich miała zastrzeżenia... a mianowicie kazała nam się wszystkim zbierać stamtąd bo stoliki przy których siedzieliśmy były przeznaczone tylko dla osób które kupowały w schronisku... a my że mieliśmy swoje jedzenie byliśmy intruzami... wszystko byłoby ok, gdyby nie to że wszystkie inne stoliki były wolne i to czy my zajęliśmy jeden czy nie, nie miało żadnego znaczenia... no ale cóż... trzeba wybaczyć pani... może to nie był jej najlepszy dzień... obróciliśmy to jednak w wielki żart... żartowaliśmy sobie, że zaraz pani znowu przyjdzie i nas i stąd wygoni... :)... zjedliśmy jednak spokojnie już resztę śniadania i poszliśmy zapłacić za nocleg... tym razem była to młoda kobieta... ta była dla nas bardzo miła... zeszliśmy do samochodów żeby się spakować... na nocleg wzięliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy... szliśmy na dwa dni więc trzeba było zabrać duże plecaki i więcej rzeczy, no i jedzenie... hasłem dnia był tekst Zygmunta... chwilę przed wyjściem na szlak, Zygmunt szukający swoich butów - "chyba mam buty... ja pierdole..." strach trwał jednak tylko przez chwilę... buty się znalazły... ale przyznam się, że ubawił mnie Zygmunt, gdy zestresowany szukał swoich butków... wybacz Zygmusiu (:p), ale to naprawdę było śmieszne...
i tak wyruszyliśmy w kierunku Triglava... początek ciężki... do tego ciążył nam jeszcze plecak... ciężkie, strome podejście od pierwszych metrów... w połowie drogi, dla naszego bezpieczeństwa, zaczęły się pojawiać się liny... no więc my, mądre głowy, wyciągnęliśmy z plecaków uprzęże, lonże i resztę szpeju i wyruszyliśmy w dalszą drogę... teraz z perspektywy czasu, myślę, że wyglądaliśmy komicznie i pewnie nie jeden z mijających nas górołazów, miał niezły ubaw z nas... po Dolomitach i via ferratach, sam bym się uśmiechnął na widok takich profesjonalnie ubranych ludków, idących na Triglav... ale wtedy... przynajmniej poćwiczyliśmy sobie wpinanie i wypinanie automatów z liny... kilka fotek też się udało pstryknąć... chociaż mam uśmiech na twarzy, patrząc na nas tak ubranych... :)...
w trakcie drogi stwierdziliśmy że nie będziemy nocować w 'Triglavski Dom' (2515m) ale w 'Domu Valentina Stanića' (2332m)... załamała się pogoda... mgła się coraz bardziej wzmagała i zaczynało powoli padać... do 'Valentina Stanića' było bliżej... ale gdy przyszliśmy okazało się, że nie ma już miejsca w schronisku... jednak jakimś cudem Zygi poszedł i załatwił nam miejsca... co prawda na strychu na materacach, ale dla nas to nie problem, a nawet lepiej... dla mnie ma to swój urok... ciekaw tylko jestem jak on to zrobił... ale to już jego słodka tajemnica... :) wyciągnęliśmy palniki i zaczęliśmy gotować... a mieliśmy puszki z fasolą na kolację... oj to się będzie działo... kolacyjka była super... smakowała jak nigdy, po całym dniu wędrówki... potem zanieśliśmy plecaki do góry, a w zasadzie trzeba było je tam wciągnąć po drabinie... miejsce super... nic więcej do szczęścia nie było nam potrzebne... no chyba tylko jakiegoś winka...ale i ono się znalazło... czekało na nas na dole, w stołówce... trzeba było co prawda zapłacić za nie, ale smakowało cudnie... czas upłynął na wspólnych planach i wspomnieniach z poprzednich wyjazdów, no i na poznaniu się...
znów miałem szczęście i w stołówce obsługiwała mnie starsza Słowenka... no i powiem szczerze, że historia się powtórzyła... zanim dostałem upragnione wino, mimo, że stało obok mnie i byłem pierwszy w kolejce, dostałem je po uprzednim obsłużeniu kilku innych osób... ach te starsze panie... dobrze, że te młodsze były bardziej rozmowne i uprzejme...
noc była długa, mimo, że się wcześnie położyliśmy... ja osobiście nie mogłem zasnąć... może to przez tą wysokość... a nocowaliśmy przecież wysoko... czyżby choroba wysokogórska... oby nie...

14.08.2005

pobudka o 7:00... o 8:00 byliśmy już w drodze do 'Triglavskiego Domu'... pogoda całkiem się zrypała... mgła totalna, widoczność zerowa, od czasu do czasu pada... no ale cóż... trza iść... o 9:00 byliśmy już w schronisku... czas na śniadanie... brakowało go trochę w tej pierwszej godzinie... rozpaliliśmy palniki... herbatka, kawka... miło czas płynął i jakoś nikomu się nie chciało wyruszać dalej... zastanawialiśmy się również czy iść na szczyt, bo i tak nic nie widać, czy może zrezygnować i zejść wcześniej do 'Aljażev Dom' i jechać w Dolomity... w końcu jednak skoro byliśmy 1h od szczytu to czemu nie... zostawiliśmy plecaki pod ławkami w schronisku i bez żadnego obciążenia poszliśmy na 'Triglav'... droga nie była łatwa i trochę monotonna... może dlatego m.in. że totalna mgła nie pozwoliła nam na podziwianie jakichkolwiek widoczków... mimo złej pogody mijaliśmy wielu ludziów... czasami podobnie jak my ubrani w cały 'szpej' a czasami bez jakichkolwiek dodatków... dojście na szczyt nie było jakoś wielce męczące... mimo krótkiej aklimatyzacji... trudno mi coś powiedzieć o wrażeniach z samego szczytu, bo za dużo widać nie było... mgła, mgła, mgła... ale szczyt został zdobyty (2864m)...
zejście z powrotem do schroniska, zabranie plecaków i czas w drogę... zejście do 'Aljażev Dom' bardzo ciekawe... mgła trochę się rozstąpiła i można było coś zobaczyć... szliśmy po gładkich równinach, wyglądało to trochę jak spacer po księżycu... myślę, że ciekawe musi być tutaj wejście zimą, lodowcem... dużo szczelin i zapadlisk... może kiedyś się wybierzemy... dalsze zejście strome... droga do parkingu strasznie nam się dłużyło... już z daleka widać było schronisko, a my mimo, że ciągle schodziliśmy w dół, wcale się nie przybliżaliśmy do niego... dotarliśmy jednak na miejsce...
niestety zaczynają mnie obcierać buty... coś z nimi nie tak... miałem nadzieje, że je rozchodziłem już... niestety musze zacząć bandażować stopy, bo inaczej sobie nie pochodzę za dużo... mam tylko nadzieję, że to coś pomoże...
wrzuciliśmy wszystko jak było do samochodu i udaliśmy się w Dolomity... było już późno, więc jechaliśmy dokąd nam się chciało... zatrzymaliśmy się na Camie Torneari przy Cella już we Włoszech... od jutra już spacerujemy po Dolomitach... może uda nam się jeszcze jutro zaliczyć jakąś prostą ferratkę... czas pokaże... pierwsza nasza noc w namiocie... musimy się zmieścić do 3-osobowego namiotu w 4 osoby... i jakoś nie mamy z tym problemu... mieścimy się idealnie... "nie przyjechaliśmy tutaj przecież dla przyjemności" :)... szczerze powiedziawszy to namiot przetestowaliśmy już wcześniej w Kobylanach... i to z plecakami...


15.08.2005

no i zaczęło się... około południa dojeżdżamy do długo upragnionej Cortiny... zazdroszczę trochę Włochom, iż budząc się rano mogą podziwiać piękno otaczających ich gór... przepięknie usytuowane miasteczka u podnóża gór... brak słów...
dojeżdżamy do Cortiny... jest już po 12... szybko podejmujemy decyzję, że czas najwyższy na naszą pierwszą ferratkę... zdecydowanie wybieramy 'Via Ferarate Michielli Strobel'... jest ona w bezpośrednim kontakcie z Cortiną, a po za tym jest krótka i niezbyt trudna... traktujemy dzisiejszy dzień jako rozgrzewkę przed następnymi dniami i sprawdzeniem co to w ogóle są te ferraty... dzień treningowy...
zatrzymujemy się przy restauracji 'Fiames' (1293m)... krótka przerwa na małe conieco... tylko w naszym przypadku, i tak już było do końca i przy każdym posiłku, ta krótka przerwa trwała zawsze znacznie dłużej niż byśmy tego chcieli... dlaczego??... tego nikt nie wie... :)... tak więc zjedliśmy mały posiłek, spakowaliśmy lonże i małe jedzonko z kawką do plecaków i w drogę...
co mnie zaskoczyło na samym początku drogi to strome podejście, aby w ogóle dotrzeć do tej ferraty... niestety coś za coś... szkoda, że ferraty nie zaczynają się tak jak ściany wspinaczkowe w Kobylanach... niestety, tutaj trzeba było podchodzić stromymi piargami, aż pod samą ścianę, gdzie tablica oznajmiła nam początek ferraty... co utkwiło mi też w pamięci, to fakt, że przyzwyczajony do bardzo dobrego oznakowania szlaków w naszych kochanych Taterkach, tutaj oznakowanie jest praktycznie znikome... jeśli już jest to zawsze są to biało-czerwone malowidła na skałach... na szczęście drogi były wydeptane i mniej więcej wiedzieliśmy jak iść...
doszliśmy w końcu do początku naszej ferratki... tutaj przerwa, na założenie uprzęży, lonży i kasku... pamiętam, że z dużym zaciekawieniem i zniecierpliwieniem stałem pod ferratką, ubierając się i czekając kiedy w końcu będę mógł posmakować tej mojej pierwszej w życiu ferratki... (nie będę się tutaj skupiać na tym czy była półka skalna, czy jej nie było, oraz jak wyglądała cała droga i jej fragmenty... zaciekawionych odsyłam do przewodnika po Dolomitach...)... gdy zaczęliśmy się wspinać, pierwsza wpinka, pierwsze próby przepięcia... czułem podniecenie i niezłą błogość, że znów mogę przebywać na ścianie i to w tak pięknych górach... wpinasz się lonżą do stalowej liny i mając świadomość ciągłej asekuracji wspinasz się po skale... wspinaczka połączona z chodzeniem po górach... o tym zawsze marzyłem... teraz przez kilkanaście kolejnych dni będę miał ku temu okazję...
pokonując kolejne fragmenty ferratki doszliśmy do szczytu 'Punta Fiamemes' (2240m)... co mogę powiedzieć o samej ferratce... przyjemna droga... może dzięki małemu, bo małemu doświadczeniu wspinaczkowemu, nie sprawiła mi większych trudności... przyjemna wspinaczka na sam szczyt... półki, szczeliny, trawersy... po dotarciu na szczyt, pamiętam, że mimo ładnej pogody na dole, tutaj na szczycie wiało niesamowicie... spędziliśmy na szczycie chwilkę rozkoszując się otaczającymi nas górami i przepięknymi widoczkami, które na długo pozostaną w mojej pamięci... wpisaliśmy się również w "księgę odwiedzin" i udaliśmy się w kierunku przełęczy 'Forcella Pomagagnon' (2178m)... trochę szkoda, że to już koniec via ferratki na dzień dzisiejszy, ale z drugiej strony... przecież to dopiero pierwszy dzień... jeszcze tyle przed nami... zeszliśmy do przełęczy i stromymi piargami zaczęliśmy schodzić w dół z powrotem do Fiammes... nie pamiętam już jak do tego doszło... w czasie schodzenia zatrzymaliśmy się i Darek zdjął plecak... zapomniał jednak, że do jednego z pasków miał przymocowany aparat fotograficzny... aparat upadł na ziemie... na szczęście był w futerale... ale to nie pomogło, bo po stromym zboczu, aparat, mimo akcji ratunkowej Darka, zaczął szybkim krokiem staczać się w dół, bez żadnej nadziei, że się gdzieś po drodze zatrzyma... oddalał się od nas z dużą prędkością... i kurde nie chciał się drań zatrzymać... w końcu zniknął nam z oczu wpadając w jakąś szczelinę... no i zamarliśmy wszyscy na chwilę nie wiedząc co powiedzieć i jak głęboko mógł aparat spaść w dół... zeszliśmy szybko w kierunku miejsca gdzie aparat zniknął nam z oczu, ale po nim ani śladu... po długich poszukiwaniach w końcu ukazał nam się czarny futerał... pytanie, które każdy sobie zadał, to ile zostało z aparatu... podszedłem do czarnego pudełka i zajrzałem do środka... Darek stał trochę wyżej, nie potrafię opisać tego co widziałem w jego oczach, kiedy stał tam tak i czekał na wiadomość ode mnie co z aparatem... otworzyłem futerał, wyciągnąłem aparat i uśmiechnąłem się... na twarzy Darka widać było uśmiech z nutką ulgi...
zeszliśmy niżej... usiedliśmy i wyciągnęliśmy z plecaków ciasto, które Daro przywiózł i kawkę... chwila odpoczynku... wciąż nie mogłem uwierzyć, że siedzę tutaj i mogę to wszystko podziwiać i oglądać...
zeszliśmy do Fiammes, wrzuciliśmy rzeczy do samochodu, który grzecznie na nas czekał i pojechaliśmy do pobliskiego campinu Olimpia... kolejna noc w namiocie...
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

16.08.2005

pobudka miała być o 6:00... no i była... ale z namiotu wygrzebaliśmy się to było już po 7:00... szybkie śniadanko, prysznic i w drogę... w drodze niestety opatrunek moich stópek, które niestety wciąż torturowane przez butki, zaczynają być w nie najlepszej formie... w tym miejscu chciałbym podziękować Gosi, naszej pielęgniarce, która na prawdę troskliwie i z sercem się mną opiekowała... Gosiu - dużo buziaków... dzięki wielkie...
dojeżdżamy do kolejki w 'Capanna Rio Gere', gdzie możemy wyruszyć kolejką do 'Son Forca' a potem do 'Rif.Guido Loreni'... rezygnujemy jednak z tego luksusu i stwierdzamy, że kolejką wjedziemy dopiero z 'Son Forca'... jedziemy dalej do 'Tre Croci' (1809m)... droga w zasadzie bez jakiś szczególnych zachwytów... po prostu zwykłą ubitą drogą, po której od czasu śmigały samochody z czerwonymi klockami hamulcowymi (to w dół), lub z rykiem silnika, który dyszał równie jak my (to w górę)... lepiej może trzeba było skorzystać z kolejki... żadna to przyjemność wchodzić tą drogą... tym bardziej, że z przymusu, szedłem w klapkach... około godziny marszu pod górę... o tyle dobrze, że to nie piarg... po dojściu do 'Son Forca' (2215m) nikt już nie chciał wybrać opcji "idziemy dalej pieszo"... wcale się nie dziwię... ostre podejście w górę i to w dodatku piargiem... nie nie... my wolimy kolejkę... 25min w górę kolejką, która przypominała... hmmm... sam nie wiem co... sami zobaczcie... była w każdym razie 2-osobowa... jakoś wcisnęliśmy się z Gosią do środka i jazda w górę... powolna jazda... patrząc w dół przepiękna panorama... patrząc w górę... hmmm... z dołu wyglądało to na niezłą zimę... szczyt cały biały, a wiaterek też sobie pozwalał na wiele... puste wagoniki powyżej bujały się razem z nim... a wierzcie mi, widząc to nie było mi do śmiechu... miałem nadzieję, że nasz nie podda się tak łatwo... jakoś kurcze nie lubię kolejek... nie mam zaufania do tego rodzaju sprzętu... ale cóż... mus to mus... patrząc na wagonik powyżej, w którym jechał Zyfri z Darkiem, miałem uśmiech na twarzy... szczególnie dlatego, że Zygi nie marnując czasu na głupoty, postanowił się już ubrać w uprząż, lonżę i cały pozostały szpej... wyglądało to zabawnie... żartowaliśmy sobie z Gosią, że na szczycie wyskoczy z kolejki i prosto z marszu wyruszy na via ferraty, pozostawiając nas z tyłu... na szczęście poczekał na nas... dojechaliśmy w końcu na szczyt... wyjście z kolejki nie było wcale takie łatwe... szczególnie że... przygotowaliśmy się do niego już wcześniej, ale jakoś Gosia polubiła tą dziuple i nie chciała jej opuszczać... może nie tyle Gosia co jej plecak... przy wychodzeniu zahaczył się łobuz o jedną z desek... szybka interwencja Gosi i plecak musiał ustąpić...
na górze zimno, strasznie zimno... wszystko było oblodzone a z poręczy zwisały sobie niczemu nie winne i beztroskie sopelki... weszliśmy do schroniska... ja oczywiście pierwsze co, to rozejrzałem się za piecząteczką, aby utrwalić swój pobyt... zajęliśmy miejsca przy stole... zamówiliśmy herbatkę i zaczęliśmy się zastanawiać co dalej... mieliśmy do wyboru dwie ferratki... na prawo 'via ferrata Maria Bianchi', na lewo 'via ferrata Ivano Dibona'... początkowy plan był taki, że najpierw wchodzimy na 'Bianchi', a potem wracamy do samochodu ferrata 'Dibona'... ale w tych warunkach raczej nie było mowy o 'Bianchi'... wiało tak strasznie i było tak zimno, że w końcu zrezygnowaliśmy z 'Bianchi' i od razu poszliśmy na 'Dibona'... początek ostro pod górę po drabinie i przejście przez grotę... dalej niestety nie wiem co było... zaczęło się wypogadzać... Zyfri dostrzegł, że na 'Bianchi' wchodzi dwójka ludziów... jego decyzja była spontaniczna... zaproponował, aby jednak spróbować tam wejść... poszliśmy tam tylko we dwójkę... reszta grupy wybrała 'Dibona'... sama ferrata jest dużo bardziej urozmaicona, poprowadzona naturalnymi półkami, oraz wzdłuż dawnej ścieżki włoskich Alpini (żołnierzy górskich)... jest to ferratka, którą na pewno w przyszłości chciałbym przejść...
tak więc wróciliśmy się do 'Lorenzi' i stamtąd na 'Bianchi'... ferratka ciekawa technicznie... kilka ciekawych miejsc, w których przydały się umiejętności wspinaczkowe, ale myślę że i bez nich można było spokojnie dać sobie radę... w pamięci utkwiły mi oblodzone, zimne drabinki, oraz ostre podejścia w górę... czułem płynącą we mnie adrenalinkę, przy podchodzeniu po nich... gdzieniegdzie ślisko i śnieg... ale raki, które mocno nam zalecano w schronie nie były potrzebne i spokojnie można było się bez nich obejść... końcówka drogi, spokojnie granią... można już było się wogóle nie przypinać do lin... ferratka zakończona szczytem 'Monte Cristallo Mezzo' (3-tysięcznik)... na górze przepiękna panorama Dolomitów... chmury zupełnie się rozeszły dzięki czemu było co podziwiać... siedzieliśmy z Zygmuntem długą chwilę na szczycie, patrząc na otaczające nas piękno... przyznam się, że w pewnym momencie odpłynąłem w świat marzeń przyglądając się temu pięknu... na prawdę życie i jego sens nabiera nowego znaczenia... nowych kolorów... nabiera nowego sensu... w pewnym sensie znów pokochałem to życie, tylko inaczej na nie teraz patrzę... żal było odchodzić... miałem ochotę siedzieć tam cały dzień, wpatrując się w szczyty i dolinki... ale niestety... jeszcze tylko wpis do "księgi pamiątkowej" i powrót tą samą drogą do schroniska 'Lorenzi'... droga niby ta sama, ale jednak wejście a zejście ferratką to spora różnica... najtrudniej było na gładkich oblodzonych pionach... wejść było łatwo w porównaniu z zejściem... ale to już tak jest w tym życiu... wejść zawsze się da... a zejść to już zależy... :)...
dotarliśmy do 'Lorenzi'... gdy schodziłem z grani czułem na sobie spojrzenia ludzi stojących na tarasie schroniska... patrzyli na nas z podziwem... czułem się jakbym wracał z niewiadomo jakiej ekspedycji... fajne to uczucie... czuć że robisz coś co nie każdy w życiu może robić, zdobywasz szczyty (czy via ferraty :) ) i jest ktoś kto to podziwia i docenia...
czas na zasłużony posiłek... po rozdzieleniu pozostały nam (całkiem przypadkiem) kawa, kabanosy, chleb i ogórki... zawsze dzieliliśmy jedzenie i każdy brał coś... tym razem mieliśmy szczęście że mieliśmy wszystko co było nam potrzebne... niestety Gosia z Darkiem nie mieli chyba chlebka, ale mieliśmy nadzieję, że Iwona, Dorian i Adam podzielą się z nimi swoim... mieli za to herbatkę i konserwy... chociaż Gosia pewnie tęskniła za kawką...
zjedliśmy co było, Zyfri pogadał sobie jeszcze z Włochami po włosku i czas było zbierać się na dół... odpuściliśmy sobie już ferratę 'Dibona'... nie było na to czasu... piargiem w dół... z kolejki też nie korzystaliśmy... ostro w dół po kamieniach wydeptanym szlakiem w kształcie zygzaka... z podziwem patrzyłem na ludzi, którzy wchodzili tym piargiem do góry, do schroniska 'Lorenzi'... do 'Son Forca' doszliśmy, a w zasadzie dobiegliśmy w mgnieniu oka... iść się nie dało :)... potem znów tą żmudną drogą do 'Tre Croci'...
siedząc na dole i czekając na resztę grupy, ze smutkiem patrzyłem na swoje stopy... bandaże elastyczne, gazy i maść w jakimś stopniu zapobiegały dalszym otarciom... ale stopy i tak bolały... zastanawiam się ile jeszcze zdołam przejść... szkoda by było zostać na biwaku i patrzeć jak grupa odjeżdża ku nowym przygodom...
nocleg znów na Campie Olimpia... co będziemy robić jutro jeszcze nie wiadomo... mam nadzieję, że będzie jak najwięcej ferrat, a jak najmniej podchodzenia... ze względu na moje nóżki...
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

17.08.2005

wstaliśmy rano... spontanicznie podjęta decyzja, że jedziemy w Tofany... Iwona wraz ze swoją grupa postanowili jechać w ... (niestety nie pamiętam dokładnie nazwy... w najbliższym czasie to uzupełnię)... nasze autko pojechało w Tofany... dojechaliśmy samochodzikiem aż do schroniska ' Rifugio Dibona' (2037m)... schronisko malowniczo usytuowane w dolince... przepiękny widok na Tofany... dziś wycieczka jednodniowa... nie ma się co przemęczać... przecież jesteśmy na wakacjach... :)...
wyruszamy z małym bagażem na plecach do schroniska 'Pomedes' (2303m)... ścieżka ostro w górę i jak to bywa zawsze w pierwszej godzinie marszu, zadyszka... schronisko 'Pomedes' jest naszym punktem wyjścia i powrotu zresztą też, na szczyt 'Punta Anna'... przepiękny widok na 'Marmoladę'... szczyty pokryte śniegiem... pięknie uformowany lodowiec, po którym niedługo pewnie będziemy wchodzisz na jej szczyt... dziś jednak co innego w planach... wyruszamy z 'Pomedes'... jak to już w Dolomitach często bywa początek drogi ostro pod górę piargiem, aby dojść pod wschodnią ścianę do via ferraty 'Giuseppe Olivieri'... nie wiem jak to jest, ale z każdym dniem coraz bardziej jestem zachwycony ferratkami i za każdym razem stwierdzam, że ferratki są coraz piękniejsze... z dzisiejszą jest tak samo... ferratka przepiękna, momentami trudniejsza, kilka ciekawych przewieszek, pionowych skał, kilka momentów siłowych, kilka trawersów biegnących bezpośrednio nad przepaściami... cudowne uczucie stać nad przepaścią i spojrzeć w dół, a pod tobą w zasadzie nic przez kolejnych 100-200 metrów... nie ma strachu... jest podniecenie... super... (oby tylko moi rodzice tego nie czytali :) )... nasze rączki i nóżki mocno przytwierdzone do skały pokonywały kolejne przeszkody i niedogodności, by odpoczywać na półeczkach i trawersowych przejściach... powoli dochodzimy do szczytu... mijamy kolejne grupy ferraciarzy... jeden Włoch, skarży się na ból w barku... puszcza nas pierwszych... Zygmunt proponuje mu "zabijacz bólu"... ale ten najwyraźniej nie zrozumiał dokładnie po angielsku o co chodzi Zyfriemu, od razu odmówił nie czekając na kolejne tłumaczenie... no cóż... zabijać można wiele rzeczy :)...
dochodzimy do szczytu 'Pta Anna' (ok. 2700m)... panoramka jeszcze piękniejsza niż na dole... chciałoby się posiedzieć chwilkę i podumać, ale czas nagli... idziemy dalej w kierunku 'Tofany di Mezzo', aby za niedługi czas odbić w prawo na 'Sent G.Olivieri'... jeszcze wcześniej odbija w lewo droga do schroniska 'Rif Giussani'... nawiasem mówiąc nasze jutrzejsze lokum na noc... docieramy do rozłamu szlaków i przez chwile trawersem a potem znów piargiem w dół do schroniska 'Pomedes'... i chociaż schronisko było w zasięgu oczu, droga poprowadzona troszkę na około strasznie wydłużyła moment dotarcia do niego... kilka momentów ubezpieczonych... ostrych zejść i byliśmy w schronie... po drodze oczywiście nie mogło się obyć bez zasłużonego posiłku... na piargach smakuje wszystko naj...
w schronie chłopaki kupili sobie po piwku, a my z Gosią jedno na pół... smakowało cudnie po tym dniu wędrówki... spodobały mi się też leżaki, które zapraszały do siebie swoją wygodą i beztroską... oczywiście nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie zrobili sobie krótkiej przerwy... ułożeni wygodnie podziwialiśmy i podziwialiśmy... i moglibyśmy tak pewnie jeszcze długo, gdyby nie fakt, że nie mamy gdzie spać i trzeba znaleźć nocleg... dzisiaj na dziko, gdzieś w tych okolicach, bo jutro powrót w Tofany...
szybkie zejście do 'Dibona' tą samą drogą co w rano w górę i do samochodu... noclegu nie trzeba było długo szukać... niedaleko schroniska, totalnie w lesie, na małej polance... zasługa Gosi i Zyfriego... widać, że miejsce to było już wcześniej oblegane przez innych... nie byliśmy pierwsi... nie rozbijając namiotu, z obawy przed strażą leśną zaczęliśmy gotować kolacyjkę... Darek gotuje dzisiaj Rizotto... ryż z warzywami... Gosia pstryka zdjęcia... oj kochana, pięknie wyszło Ci to zdjęcie z zachodem słońca... mistrzostwo świata... zaczęło się ściemniać więc ja wziąłem się za rozbijanie naszego domku...
kolacyjka smakowała, trzeba by powiedzieć - zajebiście... inaczej się tego nie da określić... siedzimy przy winku i kolacji... wspominając co już tu przeżyliśmy, wpatrując się w przepiękny zachód słońca i szczyty gór, planujemy co jutro... a wiecie co... to był chyba najpiękniejszy wieczór jaki spędziłem w Dolomitach... pewnie dlatego, że bezpośrednio w górach, no i na dziko... jest co wspominać...
stracha nam narobili Czesi... gdy siedzieliśmy sobie na polance, planując co jutro, usłyszeliśmy głosy... wszystkie czołówki zamilkły... siedzieliśmy chwilę w ciszy myśląc, że to straż leśna... po chwili się okazało kto narobił tyle zamieszania...
czas spać... jutrzejszy dzień już zaplanowany... a co to będzie... hmmm... to już jutro...
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

18.08.2005

dziś kolejny dzień w Tofanach... wstaliśmy rano, aby jakiś pan strażnik nie zapukał nam do namiociku... szybko zwinęliśmy namiot i poszliśmy do samochodu... obok stał zaparkowany samochód Czechów... podjechaliśmy do schroniska 'Dibona'... całe 200m, ale co tam... wszyscy wsiedliśmy i czekaliśmy aż Zyfri nas tam zawiezie... wysiedliśmy i pierwsze co to wszyscy udali w wiadome miejsce... do tego jeszcze dla odważnych prysznic w lodowatej wodzie, albo kąpiel w umywalce dla mniej odpornych...
niedaleko schroniska, na wielkim kamieniu rozłożyliśmy palniki i śniadanko zaczęło się przygotowywać...
zaplanowaliśmy że wychodzimy na trzy dni... spakowaliśmy się więc odpowiednio i powolnym krokiem ruszyliśmy w kierunku przepięknej via ferraty 'Lipella', przy okazji mieszając się z grupką młodziaków którzy wybierali się do schroniska Giussani... szliśmy na początku razem... fajnie wyglądaliśmy z tymi wielkimi plecakami w śród tych małych szkrabów... po drodze chyba pomyliliśmy drogi... to oni powinni iść na ferraty, a my z tym pakunkiem najkrótszą drogą do schrona... ale co tam... ostre podejście pod górę (żadna nowość)... dużo czasu minęło, a zakrętów jeszcze więcej, zanim doszliśmy do wyznaczonego sobie celu... dotarliśmy do tunelu o dźwięcznej nazwie 'Galleria Castelletto'... tutaj krótka przerwa na założenie szpeju... krótka bo Zyfri poganiał jak mógł... czas uciekał, a my jeszcze nie doszliśmy do naszej ferratki... wejście do tunelu znajdowało się na pewnej wysokości... dotrzeć tam trzeba było po drabinach... patrząc na Gosię, która wchodziła tam tylko o jednej ręce, w drugiej trzymała niedojedzone jabłko, które od czasu do czasu znikało w jej ustach, można by rzec że wejście tam było banalne... problem był jednak z plecakami... były trochę za duże jak na wymogi jaskini... tzn. nie za duże tylko za wysokie... ogólnie było ok, ale czasami trzeba było się mocno natrudzić by przejść dalej... w tunelu total dark... przydały się w końcu czołówki, które do tej pory służyły nam głównie do rozbijania namiotu po ciemku i do... a nie powiem... tunel strasznie długi... cały czas pod górę po schodkach, ubezpieczony liną i strasznie zimno w nim było... przeszliśmy w końcu "mroczną jaskinię"... ukazała nam się, mimo małej mgły znów przepiękna panorama Dolomitów... kilka fotek na panoramkę i na sam tunel i dalej w drogę... do ferratki jeszcze kawałek... szliśmy trawersem... szybko dotarliśmy do miejsca, gdzie 'Lipella' miała swój początek... pamiętam, że podniosłem wysoko głowę i się uśmiechnąłem... tego mi trzeba było bo żmudnym i monotonnym podchodzeniu do 'Gallery'... pionowa ściana, zachęcająca do wspinaczki i podziwiania piękna, które wraz z wysokością rosło...
nie wiem jak opisać piękno tej ferratki... może nic nie będę pisać poza tym, że (teraz siedząc w domku już) mogę powiedzieć, że była to najpiękniejsza z ferratek, którymi szedłem... pod względem urozmaicenia i pod względem widokowym... równie bogata w różnorodność przeszkód była ferrata 'Meisules' (ale o tym później)... z wielką przyjemnością pokonywało się kolejne przeszkody i utrudnienia... szczególnie, że w wielu miejscach można było wykorzystać ruchy wspinaczkowe... jedna tylko przeszkoda stała na drodze do zupełnego szczęścia... ważyła za dużo, zbyt duże rozmiary i siedziała nam na plecach, nie chcąc za nic z nich zejść... marzę i w tym miejscu by przejść jeszcze raz tą kochaną 'Lippelę' (którą polecam wszystkim, którzy wybierają się w Dolomity), tym razem bez plecaków i całą drogę pokonać wspinając się... trzeba tylko wyruszyć wcześnie rano, by zdążyć powolnym, ale jakże przyjemnym krokiem wspiąć się na sam amfiteatr, a potem schodząc do schroniska 'Giussani' lub jak będzie jeszcze czas do 'Dibona'...
docieramy do rozgałęzienia tras... w lewo można zejść do punktu widokowego 'Tre Dita' a potem szybszą drogą do schroniska 'Giussani' a w prawo dalej ferratką dojść do amfiteatru... kilka metrów poniżej przyjemny posiłek po ponad 4 godzinach marszu i wspinaczki... co ciekawe... mieliśmy jedzenia na trzy dni, a zostało nam na jeden... i to nie cały... albo pomyliliśmy się przy liczeniu, albo... hmmm... niemożliwe... aż tak głodni nie byliśmy chyba... :)...
w każdym razie na rozdrożu, krótka narada co robimy dalej, bo już 15:00... szybka decyzja, że jednak idziemy dalej... najwyżej wejdziemy tylko na 'amfiteatr' a szczyt 'Tofana Di Rozes' (3225m) pozostanie tym razem nie zdobyty... i tutaj spotkała mnie miła niespodzianka... coś jakby po dobrym obiadku, przesmaczny deser... chwila trawersowania i doszliśmy znów do pionowej ściany... stałem przez chwilę wpatrując się w ścianę i na oddalonych ludziów, którzy już sporą część trasy mieli za sobą... przepiękny odcinek... pionowa ściana, wykształtowana jak starożytny amfiteatr... wchodząc na kolejne stopnie, dochodziło się na samą górę... ale pokonanie tych stopni z jednej strony było przyjemnością z drugiej zaś... wymagało sporej wytrzymałości i jeszcze siły w rękach, a za sobą mieliśmy już spory odcinek przebytej drogi... kolejne stopnie mijały... z każdą chwilą coraz piękniej... i co pamiętam również... to cudowne uczucie najpierw wchodzić w chmury, a potem znajdować się nad nimi... i jak tu nie być romantykiem... tam się nie da... doszedłem na szczyt 'amfiteatru' (3027m), usiadłem sobie na kamyku i rozmarzony wpatrywałem się unoszone przez wiaterek chmury, które otulając szczyty, wprowadzały niesamowity nastrój... zabawa światłem sprawiała, że widoczki godne pozazdroszczenia... mając chwilę czasu, mogłem w końcu sobie posiedzieć i delektować się tym niecodziennym widokiem...
po pewnym czasie dołączyła do mnie Gosia... siedzieliśmy i czekaliśmy na Darka, który szedł ostatni... poszedłem w kierunku ferraty, aby zobaczyć jak mu idzie wspinaczka, gdy nagle usłyszałem grzmot... stanąłem z wrażenia zamurowany... po chwili dopiero byłem w stanie się obrócić i spojrzeć na Gosie... jej mina chyba, niezbyt różniła się od mojej... nigdy w życiu nie przeżyłem w górach burzy, ale ten grzmot, na tej wysokości był niewiarygodnie doniosły i stanowczy... to co słyszymy na co dzień w naszych domach to moim zdaniem "szept"... nie wiem jak na innych, ale na mnie zrobiło to niewiarygodne wrażenie... i wiem, że nie chciałem tego słyszeć po raz drugi w tym miejscu... gdy tylko pojawił się Daro, wszyscy udaliśmy się do pobliskiego schroniska 'Giussani' (2600m)... schodząc mieliśmy po lewej stronie burzę i deszczyk, a z prawej świeciło słonko... ach te góry... piękne, ale kapryśne...
dotarliśmy do schrona, zdjęcie na pamiątkę... Daro opowiedział swoją historię znanego mi już grzmotu... on był trochę w gorszej sytuacji, bo był już prawie na szczycie, ale wciąż wspinał się trzymając liny... gdy usłyszał ten grzmot z wrażenia puścił linę nie bacząc na to co będzie dalej... na szczęście stał mocno na nogach i nie zaliczył lotu... mogłoby boleć... tak więc poza miłymi chwilami, były i chwile takie jak te... niby znowu nie takie niebezpieczne, ale na nas zrobiły wrażenie... szczególnie, że przebywając na szczycie, czuliśmy jak nasze włoski zaczynają się elektryzować... to już nie było przyjemne... chociaż Gosia znalazła chwilę relaksu, krzycząc z tyłu, że po naszej lewej stronie jest piękna tęcza... hmmm... no tak... piękna była...
siedząc w schronie śmialiśmy się z tego wszystkiego... teraz jest już bezpiecznie, chociaż co chwilę gasły światła, i przyjemnie... piwko na dobry początek... potem kolacyjka... kiełbaska z czymś co przypominało bigos i było naprawdę smaczne... dostaliśmy 8-mio osobowy pokój dla naszej czwórki... ciepła woda, więc trzeba się wykąpać... oczywiście w umywalce, za prysznic trzeba płacić ekstra... mieliśmy uwab z chłopakami w czasie tej "kąpieli"... ponieważ był to męski wieczorek, bo Gosia poszła się kąpać do swojej łazienki, to szczegóły zachowamy dla siebie... ale było wesoło...
zabawne było też to, że w zależności od tego kto nas obsługiwał używaliśmy innego języka... angielski oczywiście, o włoskim nawet nie wspominam, ale przydawał się i niemiecki... chociaż nie tylko tutaj w schronie, ale w zasadzie w całej Cortinie po niemiecku łatwiej było się dogadać niż po angielsku... ponoć to ich drugi język urzędowy... ponoć...
jutro ciąg dalszy podróży po Tofanach... ach ta 'Lipella'...
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

19.08.2005

pobudka o 7:00... tym razem nie chcieliśmy aby ktoś nas ładnie wyprosił, więc szybko załatwiliśmy co trzeba... niestety rano już woda była zimna... nie to co wczoraj wieczorkiem...do 9:00 trzeba było zdać pokój, więc zostawiliśmy wszystko w nim, a wziąwszy tylko palniki i przyszłe śniadanie, poszliśmy przed schronisko... w schronie oczywiście zakaz przynoszenia własnych składników pokarmowych... za miejsce wtedy zapłacić trzeba 2 Euro... tego jeszcze nie słyszałem... o 9:40 byliśmy gotowi do dalszej drogi... zapłaciliśmy za wszystko, a kosztowało nas to w sumie 108 Euro... postanowiliśmy, że wracamy dzisiaj tutaj z powrotem, więc zostawiamy wszystko co nie będzie nam potrzebne i już z lekkimi plecakami w drogę... dziś kontynuacja z pierwszego dnia naszej podróży po Tofanach... dojście do Punta Anna... znaleźć tą drogę to na prawdę wielki sukces... długo szukaliśmy idąc znów tym piargiem w górę... udało się przez czysty przypadek i intuicję Gosi... dochodzimy do znajomego już nam miejsca i chwilkę wędrujemy ku 'via ferracie Aglio'... najpierw ostre podejście po linach w górę, sprawiające nieco problemów... daleko od siebie oddalone wpinki, co sprawia, że lot byłby nieprzyjemnie długi i bolesny... skała raczej gładka i wyślizgana... chwilę oddechu na górze i znów nieprzyjemny moment (chociaż czy nieprzyjemny... dla mnie mega super...)... początek ferratki 'Aglio'... w tym miejscu odsyłam do wyobraźni i zdjęć chociaż one nie są wstanie oddać realiów... miałem przyjemność iść pierwszy... przypiąłem się do liny (chociaż w przewodniku pisze, że jest ona podwójna... nie wiem... może ktoś w nocy zwędził...) i ruszyłem ku zakrętowi... ręce mocno przyklejone do ściany... nóżek raczej nie było gdzie postawić... przydałyby się butki wspinaczkowe, ale zostały w domku... co za pech... na samych "palcach" powoli dotarłem do zakrętu by zobaczyć co dalej... Zyfri w tym czasie upewniał się czy to na pewno to, bo było rozwidlenie, a oznaczeń żadnych... w lewo 'Torrione Gianni' (droga łatwiejsza, bardzo często zalodzona)... w prawo właśnie 'Aglio'... to musiało być to, patrząc na to co miałem przed sobą i pod sobą... to co już przeszedłem to tylko rozgrzewka... krótki trawersik, może 2m z małym zakrętem... to co przede mną... hmmm... do tej pory to chociaż miałem za co się złapać... a teraz... pozostało trzymanie się liny... nóżki powoli przesuwały się po czymś co można by nazwać półką... nie dość że prawie jej nie było to jeszcze śliska w cholere... no i nie był bym sobą, gdybym nie zaliczył poślizgu... postawiłem nóżkę w szczelince i chciałem przestawić drugą... niestety, moje oparcie dla nóżek było tylko pozorne... bucik wpadł w poślizg i byłoby się skończyło jakieś 2 metry pod liną... na szczęście zadziałały ręce, mocno "wpięte" w linę... udało się w końcu przejść to piekielne miejsce, ale za razem urocze... stojąc na tym trawersie i patrząc sobie w przepaść pode mną czułem się błogo... super ekspozycja, super adrenalina... dotarłem do końca, usiadłem sobie wygodnie na skale i patrzyłem jak radzą sobie inni... pamiętając jeszcze mój poślizg, zastanawiałem się, jak z powrotem wejść do góry, gdyby komuś przypadło spaść... lonża wyciąga się na około 1,5metra... sama ma już 1,5m... więc wisi się trzy metry pod liną... ciekawa byłaby podróż powrotna do góry... w tym przypadku pewnie tylko 1,5m, bo myślę, że lina by się nie wyciągnęła, ale zawsze to coś... niestety nie było okazji się przekonać... nikt nie odpadł... :)... dalej to już tylko spacer po feratkach, drabinach i półkach... w notatniku mam zapisane "droga ciekawa, aczkolwiek porównując z 'Lipella', mało urozmaicona, raczej monotonna"... no cóż... 'Lipella' to spora konkurencja dla innych dróg... ale to nie znaczy, że po przejściu 'Lipelli' nie ma już co robić w Dolomitach... dochodzimy do 'Bus de Tofana' (3026m)... chwilę wcześniej łączą się oba warianty drogi... jeszcze trochę pod górę... dochodzimy do niezbyt ładnego widoku, tzn. nad nami zapory lawinowe, ochraniające wyciąg pod nami... tony metalu, psujące cały urok i piękno tegoż odcinka... i wszystko przez kolejkę dla narciarzy... trochę to smutne, ale cóż... ludzie mają talent do niszczenia... znowu ferratka... ostre podejście do góry i doszliśmy... szczyt 'Tofana Di Mezzo' (3244m)... kilka fotek na szczycie... fakt istnienia kolejki przy szczycie, zaowocował obecnością wielu turystów... może będę upierdliwy (ale mając doświadczenia z Giewonta), ale na szczęście nie spotkałem nikogo (a w zasadzie pań) w szpilkach na nogach... dla mnie było cudowne to, że doszedłem tam o własnych siłach, ale wiem też że nie każdy może... kolejki więc są jak najbardziej wskazane, tylko proszę... ubierajmy się w miarę rozsądnie... na szczycie jak już w tradycji naszej przystało, małe conieco...
po znalezieniu długo wypatrywanej drogi (tym razem przegapiliśmy zejście) wyruszamy do schroniska... oczywiście 'Giussani'... (nie mam map przy sobie, więc nie powiem co to za droga, ale uzupełnię w najbliższym czasie...:) )... droga wiedzie piargiem w dół... lecz tym razem nie było to wcale takie proste... piarg mieszał się czasami ze skalną ścianą, po której trzeba było schodzić... zdarzały się trawersy... patrząc na tą drogę, zgodnie stwierdziliśmy, że może i jest ona łatwiejsza (gdyby nią wchodzić), ale w czasie deszczu czy mgły, strome trawersy i półki mogłyby przysporzyć wielu problemów... szukanie nie oznakowanego szlaku byłoby wręcz niemożliwe...
dotarliśmy do schroniska bez przeszkód... rzeczy pozostawione tam w zasadzie bez opieki, czekały grzecznie na nas... to też jest piękne... zostawiasz rzeczy w schronisku, bez opieki, gdziekolwiek, byleby tylko nie przeszkadzały nikomu i nie martwisz się czy coś zginie... oby tak było zawsze...
mieliśmy pozostać w Tofanach trzy dni, ale skoro zrobiliśmy już wszystko co chcieliśmy, jedziemy dalej... mamy dwa warianty... jednym jest 'Marmolada' drugim grupa 'Sella'... decyzję podejmiemy później... chwila na odpoczynek, spakowanie rzeczy i miłą drzemkę na ławce...
zbieramy graty i w dół do schroniska 'Dibona' gdzie czekał na nas samochodzik... będziemy tęsknić za Tofanami, ale inne pasma też czekają... papa
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

20.08.2005

jadąc jeszcze wczoraj w kierunku 'pasma Selli' wylądowaliśmy na dzikim kampingu w okolicach 'Passo Falcarego' (jadąc od Cortiny w kierunku Andraz)... znajdowaliśmy się w pobliżu zamku 'Cast Buchensten'... rozbiliśmy namiot w pobliżu starego, opuszczonego młyna... okolica cudna i idealnie nadająca się na biwak... 10m od namiotu potok... 2m skałki i drogi wspinaczkowe... prosto z namiotu można było zaczynać się wspinać...wstaliśmy z zamiarem, że dzisiaj nic nie robimy... dzień odpoczynku... pogoda raczej też nie zapowiadała się specjalnie dobra... mimo, że mieliśmy cały sprzęt potrzebny do wspinaczki to jednak nie mieliśmy tych nieszczęsnych butów... w trekkingach raczej ciężko się wspinać... mimo wszystko jednak postanowiliśmy spróbować... Zyfri szedł na pierwszy ogień, a ja asekurowałem z dołu... i omało co, a by mnie Zygmunt nie zabił... mimo tylu spędzonych już w górach dni, chłopak miał tyle siły, że wyrywał w całości kamienie z drogi wspinaczkowej... kilka spadło obok mnie... tak być nie może... założyliśmy kaski... droga mimo, że wydawała się na niezbyt trudną technicznie, to jednak w tych butach była nie do zdobycia... po kilku odpadnięciach daliśmy sobie spokój z wchodzeniem z dołem i zawiesiliśmy wędkę... ludzie, którzy się tam wspinali, patrzyli na nas troszku dziwnie, ale wcale im się nie dziwie... nie dość, że w kaskach, to jeszcze w trekkingach... a co tam... skała całkiem inna niż nasz kochany wapień z Jury... ostra, twarda i nieprzyjemna w dotyku... ale miłoby tam było wrócić kiedyś, tylko z butami...
zaczęło padać... naszczęscie w pobliżu była spora grota, w której można było nawet rozbić namiot... myśmy tam tylko gotowali i jedli... gdy zaczęło padać, trochę żałowaliśmy, że nie przenieślismy tutaj namiotu...
wieczorkiem poszliśmy na zwiedzanie pobliskich ruin zamku... poszliśmy również do pobliskiej wioski... czułem się jak w "residenevil", albo w czasie kręcenia kolejnej części "powrót żywych trupów"... przeszliśmy całą wioskę i mimo, że stały zaparkowane autka, to ani żywej duszy... zastanawialiśmy się również czy może jakaś zaraza nas ominęła, albo co... ciekawe uczucie...
jutro jeszcze nie wiadomo co... wszystko zależy od pogody... umówiliśmy się z drugą grupa, że jak będzie ładnie to idziemy na 'Marmoladę'... wszystko okaże się jutro...
zapomniałem wspomnieć o Darka przygodzie ze strumykiem... po kąpieli w nim, a woda była super "ciepła" poszedł Darek robić pranie... wraca po jakimś czasie z jedną skarpetką w dłoni... druga niestety mówi, że przepadła w wirach strumyka... ale mimo wszystko zejdzie w dół i poszuka... wraca po chwili i oznajmia nam, że skarpetki co prawda nie znalazł, ale za to w wodzie leży 12 puszek Heinekena... może ktoś zostawił sobie, żeby się schłodziło... wkoło było przecież wielu wspinaczy... gdy do wieczora nikt się nie zgłosił po nie, oczywiście grzechem byłoby się nimi nie zaopiekować... puszki były trochę poobijane, więc pewnie uciekły komuś, jak Darkowi skarpetka, do góry i przypłynęły do nas na dół... myślę, że to uczciwa wymiana...
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

21.08.2005

kolejny dzień nierobienia nic... od rana leje... z naszych planów wejścia na 'Marmoladę' nici... myśleliśmy nawet czy nie jechać do Venecji, albo na chorwackie plaże... po przeliczeniu kilometrów stwierdziliśmy, że to trochę za dużo czasu by zajęło... na razie czekamy cierpliwie na pogodę... niestety w Alpach jest tak, że jak zaczyna padać to niestety przez kilka dni... po skontaktowaniu się z drugą grupą, zebraliśmy wszystko... a wszystko mokre i pojechaliśmy do nich, czyli na camp 'Malga Ciapela Marmolada' koło 'Rocca Pietor' pod 'Marmoladą'... w drodze mając wolny dzień udaliśmy się na spróbowanie włoskich specjalności kulinarnych... w miejscowości 'Caprile' zamówiliśmy sobie pizza... ja zamówiłem sobie 'Boscaiola'... za 7Euro... pizza strasznie duża a do tego strasznie pyszna... zastanawiałem się czy smakuje mi bo faktycznie jest taka, czy może zadziałała autosugestia że to włoska... nie mniej była smaczna...
camping super... gorąco polecam wszystkim, którzy będą w pobliżu... wszystko super zrobione, gorąca woda przez 24h... toalety, prysznice, miejsce do zmywania naczyć, suszarnia i pralnia... kominek i muzyczka przez całą dobę... pierwszy raz byliśmy na campie gdzie w czasie prysznicu można było posłuchać muzyki klasycznej... nawet o 4 nad ranem... czego można chcieć więcej... he he... można... kuchenka do gotowania... też była... wszystko w cenie camingu...
przy recepcji znajdował się oddzielny budynek 'La pagoda'... super miejsce na imprezki wieczorne, czy na zjedzenie posiłków... na campie byli również Czesi, na jakimś obozie górsko-wspinaczkowym... pierwszego dnia gdy przyjechaliśmy uczyli biednych kursantów, podchodzenia na dwóch bloklerach i zjazdu na półwyblince... nie trudne, a za to super przydatna rzecz... imprezy były co wieczór... była gitarka i mały bębenek... muzyka mało urozmaicona, ale bawiliśmy się świetnie... będą w 'La pagodzie' czułem jakbym znajdował się w schronisku... niezwykłe miejsce i atmosfera... poznaliśmy kilku z Czechów... najbardziej chyba Martę... co ciekawe w tym wszystkim to to, że Czech z Polakiem bardzo dobrze dogaduje się nie po polsku czy czesku, ale własnie po angielsku... hmmmm... a myślałem że po polsku będzie łatwiej...
jeszcze jedna rzecz w Czechach mnie zastanawia... była godzina 24:00... jeden z Czechów zagwizdał i w sali zrobiła się cisza... następnie otworzyli okna i drzwi, by przewietrzyć sale... marzyliśmy o tym już od dawna, ale gdy sami otwieraliśmy okno jeden z instruktorów ciągle marudził by je zaraz zamknąć... nie było z nim rady... no i tak siedzieliśmy cicho przez 30 sekund... przestali grać, śpiewać... totalna cisza... po zamknięciu wszystkiego znów zabawa, śpiewy i granie... i bądź tu mądry o co im chodziło...
mimo, że przeszliśmy i zobaczyliśmy już na prawdę dużo, to jednak czuję niedosyt... szkoda by było gdyby pogoda pokrzyżowała nam plany i nie pozwoliła już nigdzie wyjść... mam nadzieję, że uda nam się wejść na 'Marmoladę' i zrobić chociaż jedną szóstkę...
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

22.08.2005

i pada dalej... cięzkie to życie... siedzimy na campie i myślimy co dalej... byliśmy dzisiaj w miasteczku... było capuccino i ciasteczko... wyjaśniło się też o co chodzi tym Czechom z tymi oknami... Włosi trzymają się rygorystycznie ciszy nocnej, która zaczyna się o 22... no i stąd przy otwartych oknach ta cisza... a ja myślałem, że jakieś duchy wyganiają, albo co...
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

23.08.2005

wstajemy rano i co... kurna znowu pada... ileż można... najpierw śniadanie, a potem zobaczymy co dalej... chyba w końcu pojedziemy do tej Chorwacji... Iwona, Dorian i Adam przed chwilą się zebrali i wyjechali do Wenecji... siedzimy jemy śniadanie... i sami nie możemy uwierzyć... przestaję padać... pojawia się słońce... 15 minut po tym jak druga grupa wyjechała... czyżby Dorian sprowadził na nas klątwę... łobuz zwinął jeden kubeczek ze schroniska w 'Triglavski Dom'... a kubeczek całkiem całkiem... no i teraz jak pojechali deszcz ustaję... coś w tym jest... :)
szybka decyzja... kończymy śniadanie i jedziemy... na razie pod wyciąg do 'Rif Dolomia' (2074m) pod 'Marmolade'... może uda nam się wejść dzisiaj na szczyt... byłoby super po tylu dniach przerwy zdobyć w końcu najwyższy szczyt Dolomitów - 'Pta Penia'... niestety nie dziś... krótki wywiad z ludźmi pod wyciągiem... dzisiaj nie ma szans wejść... z dołu nie wygląda to najlepiej... totalna mgła, a na górze pewnie pada... niestety... to nie ten dzień...
jedziemy dalej do 'Solanga', gdzie wjeżdżamy kolejką do 'Ciampac' (2170m)... pogoda jak na razie ładna, ale liczymy się z możliwością załamania pogody... dziś ferratka 'Finanzieri'...
krótkie podejście piargiem pod ferratkę... pierwsza ferratka, która praktycznie przez cały czas jest ubezpieczona stalową liną... zaletą jej jest też to że ciągle do góry... ferratka przepiękna pod względem technicznym, dużo ciekawych momentów, drabinki, które swą ekspozycją i tym, że często poprowadzone były na przewieszkach, dostarczały wielu emocji i adrenaliny... polecam ferratkę wszystkim, co kochają się wspinać... mnie samemu ferratka ta wynagrodziła "Marmoladę'... a po 'Lipelli' stałem się bardzo wybredny... super zabawa połączona z technicznym wspinaniem, ekspozycją i adrenalinką...
ferratka tym ciekawsza, że po ulewnych deszczach, bardzo dużo spływających strumyków... ślisko i mokro a iść trzeba... ale to dodało jej tylko uroku... dochodzimy do szczytu... 'Colac' (2715m)... wpis do księgi, kilka fotek i z powrotem na dół do 'Ciampac'... najpierw do 'Forcia Neigra' (2509m)... powrót szlakiem, spokojnie opadającym w kierunku kolejki... nie śpiesząc się, gdyż pogoda nie płatała dzisiaj figli, dochodzimy do wyciągu... tutaj miła niespodzianka... zjeżdżamy w dół ostatnim transportem... godzina 18:00... czas zamknąć wyciąg i jechać do domu... chyba mieliśmy szczęcie dzisiejszego dnia...
na camp wracamy przy muzyce "Dżemu" - "wehikuł czasu cz.2", słuchając głównie utworu "Jak malowany ptak", "Czerwony jak cegła"... jest niezła zabawa... muzyka na full... Zyfri jadący w kasku na głowie, zrobił niezłe wrażenie na innych kierowcach oraz na innych campingowiczach...
planujemy co dalej... na pewno jakaś szósteczka... tylko czy pogoda nam na to zezwoli??
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

24.08.2005

po długich wieczornych rozmówkach, aż dziw, że udaje nam się wstać w miarę wcześnie... za "oknem" namiotu słońce... pogoda zapowiada się piękna... około 10 jesteśmy pod wyciągiem przy 'Rif. Dolomia' (2074m)... wjazd kolejką do 'Rif. Pian del Fiacon' (2626m)... jadąc kolejką w górę oczom naszym ukazywał się cudowny widok lodowca... o przepięknych widoczkach na górze przy 'Fiacon' nie wspomnę... czułem, że to będzie piękny dzień i przepiękna przygoda... nowe doświadczenie... jak powszechnie wiadomo, była to moja pierwsza podróż po lodowcu... co więcej... moja pierwsza podróż w rakach i z czekanem... i to jeszcze nie zwykłym szlakiem górskim, ale lodowcem... niesamowite uczucie... ponieważ padało przez kilka poprzednich dni, lodowiec pokrył się warstwą świeżego śniegu... powolnym krokiem udaliśmy się w kierunku lodowca... grupa znajomych Czechów z 'La Pagody' już ubrana, powiązana liną i gotowa do wyjścia...
my jeszcze nie gotowi... dochodzimy do kamienistego kawałka, który rozpoczyna spacer po lodowcu... pod naszymi nogami robi się ślisko... widać lód i wodę spływającą z góry... grupa Iwony trochę niżej zaczęła swoje przygotowania do wyprawy... każda z naszych grup miała swoją linę i plan był że wchodzimy w dwóch grupach... usiedliśmy na kamieniach i zaczęliśmy się ubierać... stuptuty, raki, uprzęże... zaczęliśmy się już też wiązać liną, ale że jakoś te 60m liny na naszą czwórkę było lekką przesadą w przypadku tego lodowca, stwierdziliśmy z drugą grupą, że jednak wykorzystamy tylko jedną linę i pójdziemy w siódemkę... odstępy między nami wynosiły około trzech metrów, więc jak na te warunki myślę że było w miarę bezpiecznie...
powiązani w ósemki i motylki ruszyliśmy w końcu w kierunku szczytu... droga ciekawa, po drodze mijamy kilka szczelin, które wyglądały niezbyt miło i trochę też niebezpiecznie... pokonanie ich nie było trudne, chociaż... świadomość wpadnięcia do środka, a potem wyciągania stamtąd kogokolwiek... nie była miła... z drugiej jednak strony... asekuracja, użycie czekana i sprawdzenie jak to wszystko działa... ciekawa przygoda... ale może lepiej poćwiczyć to wszystko na normalnym tatrzańskim szlaku, a lodowce nie kusić zbytnio...
jak już wspomniałem pierwszy raz w rakach i z czekanem... całkiem inne uczucie i doznania chodzenia po górach... zima a okres letni... na swój sposób ciekawe i wciągające... mam nadzieję, że coraz częściej będę miał możliwość spacerowania po górach także i zimą...
spacer w siódemkę jest o tyle skomplikowany, że cała grupa musi się ze sobą zgrać i iść jednym tempem... trochę czasu minęło zanim opanowaliśmy tą trudną sztukę chodzenia... szczególnie, że nie obyło się bez problemów sprzętowych... spadające raki z butów... a to za gorąco, a to za zimno... ale to też ma swój urok... :)...
jedną szczelinę, myślę, że wyjątkowo mocno zapamięta Adam... pochłonęła ona jego kochaną rękawiczkę... coś jak pierwszego dnia z Darkiem i jego aparatem... rękawiczka upadła na śnieg i zaczęła się staczać po stoku w dół... co dalej z nią... leży sobie pewnie teraz w szczelinie, gdzieś pod śniegiem i zostanie już tam na zawsze...
idąc lodowcem, doszliśmy do via ferraty... pionowego podejścia, które trzeba było pokonać, aby kontynuować drogę na szczyt... droga ubezpieczona stalową liną... wyciągnęliśmy lonże... dodatkowo przywiązani do siebie liną... to już była mała przesada... lina tylko plątała nam się między nogami i uważać trzeba było żeby nie nadepnąć rakiem na linę... lepszym rozwiązaniem było zwinąć linę i wchodzić tylko na samych lonżach... ale w trakcie wchodzenia już nie było na to czasu... weszliśmy na górę ferraty... oczom naszym ukazał się przepiękny widok szczytu, do którego pozostało nam jeszcze jakieś 5 minut drogi... z drugiej strony przepiękna panorama pasma Selli, Tofan... z tej wysokości wyglądało to przepięknie... już bez liny i własnej asekuracji dochodzimy na sam szczyt 'Pta Penia' (3342m)...
super, że weszliśmy tutaj dzisiaj, a nie wczoraj... przepiękne widoki... wczoraj w tej mgle nic byśmy nie widzieli... dziś jest cudownie... kilka fotek, póki jest jeszcze ładna pogoda... cudowne uczucie być tak wysoko... już mnie ciekawi jak to jest być jeszcze wyżej... usiąść sobie i marzyć... teraz jest cudownie... szczególnie że nie ma tu kolejek i turystów... na szczycie małe schronisko... siadamy, zjadamy co mamy i po niedługim czasie wyruszamy czteroosobową grupą w drogę powrotną... Iwona, Dorian i Adam zostają dłużej na szczycie...
zaczynamy schodzić... czas na małą przerwę, praktycznie jeszcze na samym szczycie... Gosia wpada na pomysł, aby ulepić bałwana... pewnie nikt jeszcze tego tutaj nie zrobił... zaczyna się super zabawa w lepienie 4 kul, z których to ma powstać magiczny bałwanek... stwierdzamy jednak, że trochę to niebezpieczne lepić bałwana na takiej wysokości... nie chcemy aby świat obiegła wiadomość, że przez czwórkę "nienormalnych" turystów z Polski i przez ich bałwana zeszła lawina z 'Punta Penia', która rozwaliła po drodze wszystko co napotkała, lodowiec (którym wcześniej szliśmy) rozpadł się, a schronisko 'Fiacon' zostało zniszczone... śmialiśmy się z tego, dodając że pewnie lawina pochłonęła by całą kolejkę i wpadła do jeziorka na dole, które też by tego nie przetrwało... z kul które zdążyły już powstać, powstały małe bałwanki, critersy... okulary, kaski, czekany i rękawiczki bardzo się przydały... kilka fotek upamiętniających te nasze cuda i co... czas popsuć naszą pracę... czekany w rękę i trzeba było popsuć bałwanki... co ciekawsze z uśmiechem na twarzy... o my niedobrzy...
dochodzimy do ferratki... czas na mało conieco... tzn. na jabłuszka... zjadamy i schodzimy w dół... tym razem już tylko na lonżach, bez liny... na dole zastanawiamy się czy wyciągnąć linę i się przywiązywać... czy może ruszyć tak po prostu po lodowcu... kilka osób przed nami szło sobie tak po prostu, więc czemu nie... może i my spróbujemy... wyciągamy co prawda linę, ale szybko ląduje ona znów w plecaku... idziemy bez asekuracji... tzn. łączymy się we dwójki i przy pomocy lonży i taśm idziemy w tych dwójkach... schodzimy cało na dół... pokonanie kilku szczelin przywołało wspomnienia z filmu "Czekając na Joe"... nam na szczęście udało się zejść bez dodatkowych przygód...
i znów mamy szczęście... dochodzimy do kolejki... okazuje się że pan już zamyka... zjeżdżamy jako ostatni... na camp wracamy znów przy muzyce "Dżemu"... jutro wyjazd do 'Selli'... na campie spotykamy Polaków... jeden z nich, starszy pan, super człowiek, opowiada nam o Selli i o trasach, na które się wybieramy... nic wcześniej nie wspominałem, ale spotykaliśmy na swojej drodze, w ciągu tych wszystkich dni, wielu Polaków... niby daleko od domu, a jednak nie tylko my spacerujemy po tych górach... super...
przyznam się, że mimo, że nie było to trudne wejście, to jednak wróciłem na camp totalnie zmęczony... marzyłem o gorącym prysznicu i ciepłym łóżeczku... tzn. śpiworku, namiocie i karimacie :)...
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

25.08.2005

w końcówce naszego pobytu, znów sprzyja nam pogoda... dziś więc wybieramy się do 'Selli', jednego z najpiękniejszych pasm Dolomitów... dziś wybraliśmy się na 'Via Ferratę delle Mesules'... dojeżdżamy do przełęczy 'Passo Sella' (2244m)... początek drogi nieźle oznakowany... potem dużo gorzej... piękne pasmo dla wspinaczy... przepiękne drogi... nie jestem wstanie do końca powiedzieć czy obite, ale wydaje mi się że nie... wiele osób, które spotykamy wraca z pełnymi plecakami szpeju, widać niezliczone ilości kości i ekspresów... marzy mi się kiedyś, aby powrócić w znajome już rejony 'Selli' ze sprzętem wspinaczkowym i ... oj piękne będą to chwilę w moim życiu... kolejne marzenie do zapisania... :)... tym razem muszę jednak obejść się smakiem i iść dalej...
docieramy po małych problemach pod naszą ferratkę... spotykamy dwóch Niemców... siedzą sobie pod ferratką i coś zajadają... chwila rozmowy... ubieramy co się da i trzeba i w drogę... już na pierwszych metrach stwierdziłem, że jeśli poziom trudności i piękno tej ferratki (mam tu na myśli oczywiście techniczne piękno) się utrzyma, to będzie to równie piękna ferratka jak moja miłość - 'Lipella'... ostro pionowo w górę... chyba jestem już zmęczony tymi dwoma tygodniami wędrówek, bo rączki już nie te... momentami niestety musiałem skorzystać z pomocy liny... podciąganie na rękach, momenty siłowe... dochodzimy do przepięknego komina... wąski, ciasny i... brak asekuracji... długo stałem pod nim, myśląc jak wdrapać się do góry... do góry już drabinka... ale jak do niej dotrzeć... no cóż... spróbujmy starego numeru... zaparłem się nogami z jednej i drugiej strony... oj trzeba się było nagimnastykować, aby dosięgnąć małego, metalowego uchwytu... w końcu się udało... teraz podciągnięcie się do góry... no i tak... kurcze... trzeba schudnąć, bo przecież plecak jeszcze ze mną podróżuje... w końcu się udało... wszedłem na górę i... nie wierzę własnym oczom... mały trawersik, a potem pionowa skała w górę... jakieś 6 metrów... i żeby było śmieszniej brak stalowej liny... tylko powbijane w ścianę metalowe uchwyty... kurcze... ale pięknie tutaj... oj jak ja się cieszyłem, że szedłem dzisiaj pierwszy... cudowne uczucie widzieć wszystko pierwszym... no to co... grupa pokonała już wcześniejszą przeszkodę, więc czas się zmierzyć z tymi stopniami, własnymi lękami i ekspozycją... oj trzeba było uważać, by gdzieś się nie poślizgnąć i nie spaść... po kilku metrach zaczyna się lina... tylko gdzie ja wcisnąłem te karabinki od lonży... o są... wpięte obok Dina do plecaka... (Dino to mój mały smoczek, który ze mną podróżował po Dolomitach...)... szybka wpinka w linę... no... teraz można już spadać... dalsza wspinaczka po stopniach... dochodzę do momentu, kiedy to trzeba się obrócić, bo stopnie mam teraz na plecach :)... tzn. na ścianie za mną... znów wąski komin... obrót przez plecy... przepięcie karabinków i dalej w górę, ciasnym kominem... a co tam w dole słychać... oj pięknie wyglądają Ci moi przyjaciele... szkoda, że aparat w plecaku... zrobiłbym foto... ale ja się tam dostać... no cóż... trzeba zapamiętać ten widok... idziemy dalej... pokonanie ciasnego komina... znów zmiana kierunku i po małym trawersie po skale wychodzę na skalną półkę... i co... o kur... ależ tu pięknie... stoisz na półeczce kilkaset metrów na ziemią, wolny jak ptak... jak ja mam Wam to kochani opisać...
robi się tłoczno, więc ja zmykam dalej... chwilę drabiną w górę, a potem już cały czas wspinaczka... duże stopnie i chwyty zapewniają komfort... a trochę tej wspinaczki jeszcze było... dochodzimy do końca... teraz ścieżką w kierunku płaskowyżu... nie wiem czy już pytałem (najwyżej drugi raz zapytam), jak to jest, że przez ostatnie dwie godziny wspinałem się po skale i nie czując zmęczenia mógłbym iść tak jeszcze przez kolejne dwie, a tu wychodzę na szlak, prostą drogą, lekko pod górę i kurna zadyszka momentalnie... rozumie to ktoś... bo żadne z nas nie rozumiało...
następnie chwilę płaskowyżem... niestety mgła... pogoda zaczyna się psuć... przedobrzyliśmy trochę i na chwilę gubimy drogę... wracamy jednak do punktu wyjścia i już spokojnie szlakiem idziemy dalej... czas na małe conieco... doganiają nas znajomi już Niemcy... chwilę później my ich mijamy... dochodzimy na szczyt 'Piz Selva' (2941m)... teraz długa droga płaskowyżem... ciekawe te Dolomity... na wysokości (2900m) nagle płaskowyż na kilka kilometrów... na pewno piękny i piękne by były widoki gdyby nie mgła... niestety... dochodzimy do rozwidlenia dróg i udajemy się w kierunku doliny 'Val Lasties', by zejść w pobliżu przełęczy 'Passo Sella'... po drodze spotykamy stadko kóz... wśród nich młode... wyglądały przepięknie... uciekają przed nami... a powiem, że te kozice to urodzeni wspinacze... bez problemu pokonują skalne półki... skaczą sobie po nich z taką łatwością...
długa droga w dół, a ostatni odcinek ostro pod górę... dochodzimy do drogi asfaltowej... teraz jeszcze jakieś 4, 5 km drogą do Selli... po niedługim czasie udaje nam się złapać stopa... miła Włoszka zatrzymuje mi się i podwozi mnie i Zyfriego do Selli po samochód... Darek z Gosią czekają na dole... po chwili już wszyscy wracamy na camp... tak nam się spodobała "La Pagoda', że jakoś nie chcieliśmy przenosić campingu, gdzieś bliżej Selli...
jutro należałoby już wracać do domu, aby zdążyć do soboty wieczora być w domu... my jednak mamy jeszcze jedno wyzwanie... nasza szósteczka... 'Via Ferrata Piazzetta'... i potem dopiero można będzie jechać do domu...
Zablokowany