Zbiórka na Dworcu Zachodnim w Warszawie późnym wieczorem. Tuż po 23:00 wsiadamy do autobusu marki Jelcz w 3-osobowym składzie: Paweł, Jacek i ja. Autobus taki sobie, obsługiwany przez PKS Ciechanów. Siedzenia z bardzo krótkimi odstępami, moje kolana muszą w zasadzie wbijać się w fotel sąsiada. Autobus bardzo zatłoczony – komplet osób, a do tego kilkoro z nich podróżuje w pozycji stojącej. Każdy z nas próbuje zasnąć – nie wiem, jak inni, ale mi to się nawet udawało pomiędzy poszczególnymi przystankami... Mijamy Grójec, Skarżysko, Kielce, Kraków... Upływa godzina za godziną... Kierowca krąży po ciemnych zakamarkach tych miast, odwiedzając puste dworce... Gdzieś tam w połowie trasy autobus ma półgodzinną przerwę – można rozprostować kości. Nadchodzi wreszcie godzina 7:00 rano i dojeżdżamy do Zakopanego...
Sobota, 10 września 2005.
Wysiadamy z autobusu. Od Nowego Targu kropi deszcz... Z rozczarowaniem stwierdzamy, że bar Fis otwierają dopiero o 8:00 rano. Trudno – nie będzie fasolki... Po przygotowaniu plecaków i zabezpieczeniu ich pokrowcami instalujemy się w busie do Kuźnic. Tam każdy nabywa po bochenku chleba i po butli wody mineralnej. Deszcz w zasadzie przestaje padać i nieco się przejaśnia. Budka TPN – jednodniowy bilet. Wchodzimy w las i wspinamy się ścieżką na Boczań, by dotrzeć Upłazem do Przełęczy między Kopami. Ludzi wędruje dosyć dużo – zaczął się weekend, a od tygodnia – co rzadkie –w Tatrach trwa słoneczna pogoda. Na przełęczy siedzi już sobie spory tłumek. A tuż za nią ukazuje się to co zwykle – wysokogórskie widoki na zachmurzoną Halę Gąsienicową.
Schodzimy ścieżką do Murowańca i posilamy się co nieco w schroniskowej jadalni. Następnie zgodnie z wcześniejszymi planami człapiemy z plecakami w stronę Zawratu.
Po drodze mijamy blok skalny upamiętniający śmierć Karłowicza oraz Czarny Staw Gąsienicowy.
Idzie się całkiem przyjemnie, tylko pod samą przełęczą ciężar na plecach trochę przeszkadza w balansowaniu na łańcuchach...
Na Zawracie również sporo ludzi, za to bardzo ładne widoki. Staczamy się stamtąd w Dolinę Pięciu Stawów, gdzie planujemy nocleg. Po drodze jakże przyjemne moczenie strudzonych i rozgrzanych stóp w paraliżująco zimnej wodzie.
Niestety w schronisku nie otrzymujemy wolnych miejsc, a spory tłumek wewnątrz zapowiada ciasną podłogę – lub kto wie, może nawet ganek? Przemarsz z Kuźnic dał nam się już we znaki – ja zwłaszcza odczuwam znaczny jak na dzisiejsze czasy ciężar śpiwora w plecaku. Myślimy przy piwku co dalej. Piątka robi na nas najwyraźniej złe wrażenie, gdyż postanawiamy zejść doliną Roztoki do kolejnego schroniska, położonego u jej wylotu w Dolinę Białej Wody. Omijamy łukiem Siklawę i zagłębiamy się pośród jarzębiny i kosówki w coraz bardziej kolorowy las...
Coraz większe zmęczenie... Na szlaku łapiemy zasięg i dzwonimy do schroniska w Roztoce – nie przyjmą nas nawet na podłogę, nie wspominając o łóżkach – nie ma miejsc... Resztką sił staczamy się asfaltem do Palenicy, gdzie łapiemy busa na Krupówki. Stłoczeni w busie jak sardynki, podskakujemy na wybojach drogi im. Balzera. Tuż przed osiągnięciem górnych Krupówek zaczyna się intensywna ulewa – 15 minutowy marsz po zakopiańskim deptaku, połączony z wizytą w paru sklepach wystarcza, aby dokładnie przemoknąć. Rozwieszamy ciuchy w upolowanym wreszcie pokoju w Domu Turysty. Kolacja, prysznice, piwko i spać... Mięśnie nóg pulsują z wysiłku... Przeszliśmy Kuźnice – Murowaniec – Zawrat – Piątka – Roztoka – Palenica w pełnym rynsztunku.
Niedziela, 11 września 2005.
Z samego rana dołącza do nas kolejny górołaz – Jarek. Dzwonimy do Roztoki – są wolne łóżka! Paweł rezerwuje 4-osobowy i - jak się potem okazuje – bardzo przytulny pokoik. Przerzucamy się ponownie na Palenicę i stamtąd wędrujemy do Roztoki, gdzie zostawiamy plecaki. Kropi deszcz... W dodatku jest dosyć późno, dlatego rezygnujemy z wcześniejszych planów pójscia na Rysy i wybieramy się na Szpiglasową Przełęcz. Po drodze do Morskiego Oka dzwoni Iwona i ucinamy sobie pogawędkę. Mijają mnie konie obciążone leniwym społeczeństwem („matronami” – takie sobie ukuliśmy powiedzonko). W drodze na Szpiglasową robię parę fotek:
Do przełęczy docieramy w coraz większej mgle. Pogoda ogólnie mizerna. Jest zimno. W dodatku robi się późno i szaro. Spożywamy w chmurach zapasy czekolady - czy kto tam co miał – i czym prędzej kierujemy się w Dolinę Pięciu Stawów. Jeszcze przed odejściem oddaję resztkę posiadanych zapasów wody starszemu Panu, który najwyraźniej nie zmierzył swych sił na zamiary. Poszedł na Wrota, a potem na Szpiglasową – co stanowiło zbyt wiele, jak na jego możliwości. Odradzam mu zejście do Piątki, wyjaśniając, że oznacza to dla niego schodzenie Roztoką po zmroku. Przyznaje mi rację i zawraca do Morskiego Oka. My nadal mamy szansę dotrzeć do schroniska w Roztoce tuż przed zmrokiem. Niestety – jak się zaraz okaże – udaje się to tylko jednemu z nas. Powód pierwszy: kozica. Wypatruję ją we mgle pośród piargów opadających ze Szpiglasowego Wierchu. Zaczynam wędrówkę poza szlakiem, po obślizgłych i mokrych kamorach, tak aby fotka miała sens. Zajmuje mi to sporo czasu, ale jestem zdeterminowany. Ostatni raz miałem okazję zrobić zdjęcie kozicy wiele, wiele lat temu – niestety nie wyszło. Podchodzę coraz bliżej – kozicy jakoś specjalnie to nie niepokoi. Wreszcie są fotki – które pomimo dużego zoomu wychodzą w miarę ostro.
Po sesji udajemy się w dalszą drogę.
Im bliżej dna doliny Pięciu Stawów, tym bardziej grupa się rozciąga. Jacek i ja idziemy bardzo szybko, Jarek z Pawłem nieco z tyłu. Paweł cierpi już niestety od nierozchodzonych butów – ma poranioną stopę na wysokości ścięgna i pięty. Tymczasem schodzimy z Jackiem koło Siklawy prawie do połączenia z czarnym szlakiem od schroniska. Nadal mamy szansę zdążyć tuż przed zmrokiem. Czekamy na resztę grupy. Po kilku minutach pojawia się Paweł, niestety ciagle nie widać Jarka. Paweł po dołączeniu do nas stwierdza, że Jarek szedł przed nim w znacznej odległości, a on sam zamykał grupę. Niestety okazuje się, że Jarek – dopiero drugi raz w Tatrach – pomylił szlaki i skręcił do schroniska w Piątce, zamiast iść Roztoką na dół. Znajdował się zbyt daleko od Pawła, by ten zdążył go „skorygować”. Po krótkiej naradzie i kontakcie telefonicznym z Jarkiem postanawiamy czekać na "zgubę" przy rozstaju szlaków. Paweł decyduje się na samotne zejście do schroniska w Roztoce. Upływają minuty i robi się coraz ciemniej. Staje się coraz bardziej jasne, że czeka nas marsz ostoją niedźwiedzi w ciemnościach. Jarek pojawia się po ok. pół godziny i od razu udajemy się we trzech w dalszy marsz na dół Doliną Roztoki. Po wejściu do lasu jest już bardzo ciemno, a po kolejnych 30 minutach, kompletnie nic nie widać. Nie widać, gdzie stawiasz nogę, nie widać, gdzie idzie szlak. Ciągle ktoś się potyka. Niestety – trzeba przyznać – nie posiadamy latarki. Staramy się głośno rozmawiać (np. o współczesnych kanibalach - Jarek dzięki za gustowny temat, podnoszący na duchu :] ) – coby dać szansę niedźwiedziowi na odpowiednio wczesne zejscie nam z drogi... Płyną długie minuty, daje znać o sobie zmęczenie. Stopy spadają krzywo na kamienie i nadwyrężają ściegna. Kilka razy lądujemy na ziemi. Robi się coraz gorzej, bo im bliżej Wodogrzmotów, tym bardziej stroma i nieregularna jest ścieżka. Wystają korzenie i wielkie kamienie. Jest totalnie ciemno. Na szczęście co jakiś czas udaje mi się znaleść za pomocą komórki szlak na drzewie – co podnosi na duchu chłopaków: nadal jesteśmy na właściwej ścieżce. Jednocześnie po przebiegu szlaku rozpoznaję, że do asfaltu pozostało już tylko ok. 15 minut...
Nagle z głębi lasu docierają do nas – początkowo ciche – potem coraz głośniejsze wołania „Ratunkuuuu....!!”, „Halooooo...!!” Najpierw uznajemy to za oznakę zbliżającej się drogi na Moko, jednak im bliżej, tym głośniejsze i bardziej rozpaczliwe staje się nawoływanie. Nasze zmęczenie sięga zenitu, ale zaczynamy odkrzykiwać w kierunku otaczającej nas czerni. Po chwili dostrzegamy światełko kilkaset metrów od szlaku. Porozumiewamy się z osobami nawołującymi pomocy – okazuje się, że siedzą w środku lasu od dłużego czasu, bo się zgubili. Para – chłopak i dziewczyna. Ta ostatnia chyba w adidasach. Widać, ze zaskoczyła ich noc... cóż, podobnie jak nas. Nie mają numeru do TOPRu. Pod 997 ciągle słyszą „Proszę czekać, proszę czekać”... Jednak wpadli w panikę i pomylili ścieżki – oddalili się w stronę Wyżniego Wodospadu drogą dla traktora, który wywozi prowiant w głąb doliny Roztoki. Za pomocą światła komórki sprowadzamy ich na właściwy szlak, a następnie sprowadzamy do asfaltu na Moko. Dziewczyna ma nadciągnięte ścięgno. U wylotu szlaku stoją ludzie z czołówkami – czekają na syna, który również się zgubił. Są lekko zrozpaczeni. Jeszcze inni czekają na dwóch dziadków – widzieliśmy ich na szlaku, ale szli strasznie wolno. Polecamy im telefon do TOPRu i upewniamy się, czy ktoś z nich ma wbity numer 601 100 300. Ogólnie poprawiają się nam nastroje. Mimo skrajnego wyczerpania, udało się pomóc bliźnim, przetrwać Roztokę w ciemnościach i dotrzeć do asfaltu. Heroes! Pozostało 15 minut do schroniska. Mijamy śmierdzące kibelki i oświetlając sobie kamienie komórką schodzimy na dół. Zaliczamy mocną wywrotkę, w miejscu gdzie szlak się zawęża na moment. W oddali widać światełko schroniska. Otwieramy drzwi i wtaczamy się do jadalni niczym zombie powstałe z głębin tatrzańskiego stawu... Po takiej przygodzie piwo smakuje cudownie... Nawet kolejka do prysznica, czynnego od 19:00 – do wyczerpania zapasu ciepłej wody – zbytnio nie irytuje. Przed snem wypijam pół butelki Powerade, co było jednym z głupszych pomysłów tego wyjazdu. W związku z tym do 3:00 rano nie mogę zasnąć...
Poniedziałek, 12 września 2005.
Poranek zastaje nas jak zwykle w dobrych humorach. Na zewnątrz słoneczko i w połowie błękitne niebo. Śniadanie. Przedłużamy nocleg i wychodzimy w kierunku Morskiego Oka. Asfalt całkowicie opustoszały – jedyne co nas mija, to dwóch fiakrów z „matronami”. Większość weekendowców już opuściła Tatry. Dosyć szybko docieramy do Moka.
Przegrupowanie nad jeziorem i wędrujemy dalej do Czarnego Stawu.
Dzięki kijkom utrzymuję wysokie i regularne tempo, przez co konsekwentnie oddalam się od grupy. Kije sprawują się świetnie i pozwalają naprawdę na wiele więcej – zwłaszcza, gdy ma się już w nogach sporo kilometrów i przewyższeń z poprzednich dni. Szlak zaczyna podnosić się znad Czarnego Stawu ukazująć śniegową kolebę, która tworzy się tu co roku (kiedyś kogoś przywalił tam i zabił śnieg).
Pnę się wyżej i wyżej...
...osiągając kocioł pod Rysami:
... i same Rysy.
Spędzam na szczycie równo 40 minut, czekając na resztę. Niestety pojawiły się problemy. Paweł ma coraz bardziej paskudną ranę na stopie i nie może się przemieszczać zbyt szybko. Jarek po spożyciu czekolady z 80% zawartością kakao zaczyna wymiotować. Wszystko to bardzo spowalnia ich wędrówkę, ale konsekwentnie prą do przodu. Ja tymczasem kończę podziwianie mizernych widoków z Rysów i zbieram się na dół. Wysyłam SMS do Iwony i ruszam. 10 minut poniżej szczytu spotykam Pawła, a kolejne 10 minut dalej pozostałych dwóch wędrowców z zatrutym Jarkiem (o tym, że się zatruł, dowiaduję się dopiero później – widać niczego nie pokazywał po sobie). Podziwiając widoczki docieram na Bulę pod Rysami. Tam chwila kontemplacji potęgi gór. Posiłkując się kijkami, schodzę wreszcie nad Czarny Staw i okrążam go od wschodu, by spocząć przy znanym większości czarnym krzyżu. Kolejna przerwa na kontemplację – pionowe ściany Kazalnicy, wpadające niemal prosto do stawu robią naprawdę wrażenie... Świeci późne, popołudniowe słoneczko... po stawie leniwie pływa parę kaczek... Choć Czarny Staw kojarzy mi się zazwyczaj ponuro, tym razem był ciepły, jesienny, przyjazny...
Schodzę do schroniska przy Morskim Oku. Tam pałaszuję kiełbaskę za 8,50 oraz popijam piwem za prawie drugie tyle. Ściemnia się. Zaczynam samotny, szybki marsz do Wodogrzmotów – na asfalcie ani żywej duszy. Robi się szarówka. Wokół słychać podejrzane ryczenie – kiedyś się tego wystraszyłem, lecz już wiem – rykowisko jeleni. Mijają mnie jedynie 2 wozy z „matronami” – dejavu? Do schroniska w Roztoce schodzę już na „końcówce widoczności”. Kiedy zamykam za sobą drzwi, zapada ciemność. Pół godziny później dociera Paweł. Kontaktuję się z pozostałymi chłopakami – proszą o wsparcie z latarką, bo nie dadzą rady zejść po kamieniach po raz kolejny w ciemności. Chatarka z recepcji potwierdza konieczność wyjścia im naprzeciw – przy Roztoce od zawsze kręcą się niedźwiedzie, a chodzenie po zmroku jest zakazane przez TPN. Biorę swoją latarkę i około 21:00 wychodzę ze schronu. Totalna ciemnica. Goście na ławce przed schroniskiem śmieją się: „Ooo... będzie polowanie na niedźwiedzie, co???” Ha. Ha. Bardzo śmieszne. Zabieram do kieszeni butelkę ledwie rozpoczętego piwa dla kurażu. Przyznam, że trochę mi nieswojo. Łyk piwa. Oświetlam latarką ścieżkę przed sobą i staram się nie myśleć o tym, co patrzy na mnie za moimi plecami. Łyk piwa. Przede mną światło tworzy grę cieni, które przypominają różne niepokojące rzeczy. Dwa łyki piwa. Droga dłuży się niemiłosiernie. Coś oczywiście puka i stuka poniżej szlaku, w kierunku potoku. Gul, gul... Latarka świeci raz jaśniej, raz ciemniej – cholera, przecież wsadziłem nowe baterie! Trzeba będzie jednak kupić czołówkę! Szlak idzie wyżej i wyżej, końca nie widać. Czemu tak się dłuży?!? Czasem mam ochotę wrócić. Po diabła ryzykuję? Łyk piwa. Docieram wreszcie do śmierdzących kibelków przy Wodogrzmotach. Stoi tam akurat ciężarówka wybierająca z nich nieczystości. Ulga. Łyk. Zagaduję z panem i oświetlam ginącą w ciemności drogę. Po 10 minutach słyszę znajome okrzyki, wywołujące moje imię. To Jarek z Jackiem nawiązują kontakt. Bezpiecznie schodzimy na dół w świetle latarki, która jakby na wieść o powrocie do schronu zaczęła świecić 2x mocniej... W schronisku – już niejako po znajomości – dostajemy wrzątek po zamknięciu kuchni. Tej nocy śpi się bardzo przyjemnie... I nawet kolejki do prysznica nie było...
Wtorek, 13 września 2005.
Choć rano świeci słońce, w ciągu dnia robi się pochmurno. Opuszczamy Roztokę i klapkujemy sobie do Palenicy.
Zabiera nas znajomy busiarz. 4 osoby w busie, co za wygoda. Zatrzymujemy się na Głodówce (dzięki uprzejmości busiarza) i wykupujemy dziadkowi 10 dużych oscypków wprawiając go w osłupienie. Ale podobno ma najlepsze na Podhalu. :] Wreszcie Zakopane. Szybki obiad, pożegnanie z Jarkiem i Jackiem. Odjeżdżamy PKSem do Krakowa. Zaczyna padać deszcz....
Kompletna galeria pod adresem:
http://stock.wne.uw.edu.pl/~mbozym/tatr ... 05/jesien/






