Górskie gafy :D
Witam w dawno nie odwiedzanych "gafach". Widzę, że mało kto lubi przyznawać się do swoich idiotyzmów, a skoro ja już z Wami jestem, to i mnie wypada podzielić gafą po części dokonaną z premedytacją.
Rzecz się działa w sierpniu 2003, oczywiście w Tatrach Słowackich. Wstaliśmy bardzo rano, tak aby załapać się na pierwszą elektriczkę. Kobietki dały nam wolne. Kierunek - Czerwona Ławeczka (na niej poraz pierwszy). Na Hrebienoku przywitało nas super słoneczko. Skierowaliśmy się do Zbójnickiej. Z powodu małego szumu w głowie (syndrom dnia poprzedniego) nie zauważyłem, że już jest coś nie tak. Traska nas zachwycała a mojej F 801 nawet nie chowałem do plecaka i płakałem, że mam obiektyw o ogniskowej zaledwie 35-105.
Pierwszy popas, tj. szluga, banan i parę łyków wody, miał miejsce w Zbójnickiej. Tam górołazy dopiero wstawali. Ok. 20 min. postoju i w drogę. Na mniej więcej 60 minut do Czerwonej zaczęła się psuć pogoda. Ale co tam, my mamy odpuścić?
Na drodze 30 metrów od nas napotkaliśmy kozicę. Oczywiście seria zdjęć, ale z powodu zbyt małej ilości światła "zabrakło mi przesłony". Nieważne, kozica na jednym zdjęciu wyszła. I stało się, na naszych oczach ukazały się pierwsze łańcuchy. Nagle coś mnie tchnęło. Czerwona jest... jednokierunkowa!!! Cóż, szkoda się wracać.
Gdy znaleźliśmy się na przełęczy, "Młody" (najmłodszy z "ekipy" poraz pierwszy w górach) widząc tą wspaniałą ścianę na chwilę stracił wzrok, złapały go zawroty głowy, poczym stwierdził, że wraca. Zostaliśmy we dwóch. Napotkane młode Słowaczki poinfomowały nas, że "popełniamy przestępstwo". Szlak jednokierunkowy i wiele miejsc, gdzie się nie da minąć. Całe szczęście to byli jedyni ludzie napotkani na Czerwonej. Poinformowali nas, że na 40 min. za nimi nie było żywej duszy. Ja i kumpel stwierdziliśmy: idziemy! A co tam. Tych co tam nie byli i nie czytali mapy, informuję, że szlak nie jest przystosowany do schodzenia. Gdzieniegdzie trzeba było celować nogą w wypust w skale. Nagle na łańcuchach dorwało nas gradobicie. Strach, obity Nikon, pokrwawione nogi, i pełna dupa szczęścia. To wszystko co utkwiło mi w pamięci na łańcuchach. Ale to nie był koniec. Terychowej nie było oczywiście widać, gdy udało się zejść z łańcuchów. Stanęliśmy, i zdziwienie: nie ma, k-a, szlaku!!! Ale w dół trzeba zejść. pierwszy tym razem poszedł kumpel, ja tuż zanim. Deszcz siąpił okrutnie. Gdy stawialiśmy kroki to razem z nimi osuwały się dziesiątki kamieni. Z racji tego, że niejeden trafił kumpla zaczekałem parę minut aby się oddalił. I w ten sposób zgubiliśmy się. Jego Bergson ze swym kolorem idealnie zgrał się z tłem górskich głazów.
Wydzierając się do siebie nawzajem próbowałem go zlokalizować. Wtedy wyciągnął coś kolorowego i zauważyłem go pod jakimś głazem. Dołączyłem. Siedzieliśmy pod głązem ze 20 min. aż wreszcie przestał napierniczać przynajmniej grad.
I tak dotaliśmy do Terychowej. Tam wyzymaliśmy się ze 2 godziny aż przestało padać
. Ruszyliśmy spowrotem. Szlak od Terychowej zrobił ogromne wrażenie. Wywaliłem na niego cały negatyw. Gdy dotarliśmy szczęśliwie do Hrebienoka poraz enty odbyło się wyzymanie skarpetek (wtedy jeszcze nie wiedziałem co to są i że w ogóle są - stuptuty). Godzinę później byliśmy w Starym Smokowcu.
P.S. Następnym razem staraliśmy się planować ściechę na trzeźwo, i też nie zawsze się to udawało. Nie bierzcie z nas przykładu. Pozdrawiam.
Rzecz się działa w sierpniu 2003, oczywiście w Tatrach Słowackich. Wstaliśmy bardzo rano, tak aby załapać się na pierwszą elektriczkę. Kobietki dały nam wolne. Kierunek - Czerwona Ławeczka (na niej poraz pierwszy). Na Hrebienoku przywitało nas super słoneczko. Skierowaliśmy się do Zbójnickiej. Z powodu małego szumu w głowie (syndrom dnia poprzedniego) nie zauważyłem, że już jest coś nie tak. Traska nas zachwycała a mojej F 801 nawet nie chowałem do plecaka i płakałem, że mam obiektyw o ogniskowej zaledwie 35-105.
Pierwszy popas, tj. szluga, banan i parę łyków wody, miał miejsce w Zbójnickiej. Tam górołazy dopiero wstawali. Ok. 20 min. postoju i w drogę. Na mniej więcej 60 minut do Czerwonej zaczęła się psuć pogoda. Ale co tam, my mamy odpuścić?
Gdy znaleźliśmy się na przełęczy, "Młody" (najmłodszy z "ekipy" poraz pierwszy w górach) widząc tą wspaniałą ścianę na chwilę stracił wzrok, złapały go zawroty głowy, poczym stwierdził, że wraca. Zostaliśmy we dwóch. Napotkane młode Słowaczki poinfomowały nas, że "popełniamy przestępstwo". Szlak jednokierunkowy i wiele miejsc, gdzie się nie da minąć. Całe szczęście to byli jedyni ludzie napotkani na Czerwonej. Poinformowali nas, że na 40 min. za nimi nie było żywej duszy. Ja i kumpel stwierdziliśmy: idziemy! A co tam. Tych co tam nie byli i nie czytali mapy, informuję, że szlak nie jest przystosowany do schodzenia. Gdzieniegdzie trzeba było celować nogą w wypust w skale. Nagle na łańcuchach dorwało nas gradobicie. Strach, obity Nikon, pokrwawione nogi, i pełna dupa szczęścia. To wszystko co utkwiło mi w pamięci na łańcuchach. Ale to nie był koniec. Terychowej nie było oczywiście widać, gdy udało się zejść z łańcuchów. Stanęliśmy, i zdziwienie: nie ma, k-a, szlaku!!! Ale w dół trzeba zejść. pierwszy tym razem poszedł kumpel, ja tuż zanim. Deszcz siąpił okrutnie. Gdy stawialiśmy kroki to razem z nimi osuwały się dziesiątki kamieni. Z racji tego, że niejeden trafił kumpla zaczekałem parę minut aby się oddalił. I w ten sposób zgubiliśmy się. Jego Bergson ze swym kolorem idealnie zgrał się z tłem górskich głazów.
Wydzierając się do siebie nawzajem próbowałem go zlokalizować. Wtedy wyciągnął coś kolorowego i zauważyłem go pod jakimś głazem. Dołączyłem. Siedzieliśmy pod głązem ze 20 min. aż wreszcie przestał napierniczać przynajmniej grad.
I tak dotaliśmy do Terychowej. Tam wyzymaliśmy się ze 2 godziny aż przestało padać
P.S. Następnym razem staraliśmy się planować ściechę na trzeźwo, i też nie zawsze się to udawało. Nie bierzcie z nas przykładu. Pozdrawiam.
Kiedyś chodząc po górach miałem dośc dokładnie zaplanowane trasy i czasy przejsć do pewnego momentu kiedy to wybrałem się z moją "przyszłą" na wycieczkę od Smokowca do Łysej przez Rohatkę.
Była piekna tatrzańska jesień...i to chyba wszystko wyjaśnia. Te kolory mnie osłabiły. Robiłem zdjęcie za zdjęciem. Mogę nawet powiedzieć, że ładniejszych nie udało mi się do tej pory zrobić. I tak nam zeszło, że pod Młynarzem złapała nas noc. Moja żonka widziała białe konie ze zmęczenia a słowacka służba graniczna zamiast nas zabrać ze sobą autkiem do Łysej poinformowała, że grasują niedźwiedzie
. Od tamtej pory przestałem dokładnie planować.
Była piekna tatrzańska jesień...i to chyba wszystko wyjaśnia. Te kolory mnie osłabiły. Robiłem zdjęcie za zdjęciem. Mogę nawet powiedzieć, że ładniejszych nie udało mi się do tej pory zrobić. I tak nam zeszło, że pod Młynarzem złapała nas noc. Moja żonka widziała białe konie ze zmęczenia a słowacka służba graniczna zamiast nas zabrać ze sobą autkiem do Łysej poinformowała, że grasują niedźwiedzie
Wielokrotnie chodziłem do i ze Smokowca do Łysej ,do Jaworzyny we wszystkich możliwych wariantach łącznie z wariantem przez Czerwoną Ławkę i Rohatkę ,nigdy się nie spieszyliśmy ,zawsze rozsiadaliśmy się na obiad i nie zdarzyło nam się ukończyć trasy później ,niż do 17.30 . Przyznaj się ,ta zwłoka nie była z powodu zdjęć ,prawda? . Biała Woda bywa taka odludna.......,a jaki nastrój......Tomek K pisze:Kiedyś chodząc po górach miałem dośc dokładnie zaplanowane trasy i czasy przejsć do pewnego momentu kiedy to wybrałem się z moją "przyszłą" na wycieczkę od Smokowca do Łysej przez Rohatkę.
Była piekna tatrzańska jesień...i to chyba wszystko wyjaśnia. Te kolory mnie osłabiły. Robiłem zdjęcie za zdjęciem. Mogę nawet powiedzieć, że ładniejszych nie udało mi się do tej pory zrobić. I tak nam zeszło, że pod Młynarzem złapała nas noc. Moja żonka widziała białe konie ze zmęczenia a słowacka służba graniczna zamiast nas zabrać ze sobą autkiem do Łysej poinformowała, że grasują niedźwiedzie. Od tamtej pory przestałem dokładnie planować.
Podobnie śmieszną sytuację miał mój brat. Idąc samotnie po bezludnych Bieszczadach na szlaku spotkał łosia. Na szczęście zwierzątko postanowiło opuścić szlak. Zanim jeszcze zniknał charakterystyczny zapach brat usłyszał za sobą muuuuuuuuuAdiK pisze:alarm wibracyjny nowej komórki mojej żony, która spokojnie spoczywała sobie w górnej klapie plecaka!
Ostatnio zmieniony pt 16 wrz, 2005 przez Tomek K, łącznie zmieniany 1 raz.
hehe-dobreKeczup pisze:Następnym razem staraliśmy się planować ściechę na trzeźwo, i też nie zawsze się to udawało. Nie bierzcie z nas przykładu.
litościiiiiTomek K pisze:Dzwonek był ustawiony na "złe" dni. Gdy dni są "dobre" dzwonek od żony brzmi miaaaaaał
-
martuskas21
-

- Posty: 6
- Rejestracja: ndz 04 wrz, 2005
Wczesniej chciałam tutaj napisać o niedzwiedziu ale mi sie pomyliło,no ale trudno.Jeszcze jedna historia,ta sama koleżanka,która namiętnie we wszystkim co żyło i nie żyło wypatrywała niedzwiadki straszyła mnie Świstówką,a było to tak:ja od zawsze mam lęk przestrzeni i wysokości(nie dla mnie wjeżdżanie kolejką na Kasprowy) zaplanowałam wyjście na Świstówkę,ze względu na to,że rok wczesniej się nie złozył(kontuzja).Moja kumpela była rok wczesniej ,wiec pytam jak sie wchodzi,więc ona,zanim ruszylysmy opowiada,a ze dziewczyna ma zdolnosci nadinterpretacyjna,wiec opowiada:"sluchaj oooogromna przepasc,idziesz takim waziutkim szlakiem,patrzysz w dol a tam przepasc,ledwo mozna przejsc,na samym szczycie z jednej strony przepasc z drugiej przepasc, a schodzac do Morskiego lancuchy bo tak stromo"wiec z sercem na ramieniu idziemy,juz nie wiem czy mam plakac czy wracac serce mi na mysl o tych przepasciach wyskoczylo i gdzies poszło,wyobrazam sobie ten waziutki przesmyk a w dole wielka otchlan(krotko-wyobrazenia jak na jakims filmie)ale idziemy,idzziemy idziemy ,wygladam tych przepasci,jedyne co widze to po mojej lewej stronie opadajacy stok ,no ale nic strasznego,mysle ze gdzies dalej ujrze te czelusci,juz jestesmy prawie na szczycie pytam wiec gdzie ta przepasc,a ona mi mowi"popatrz w dol, co to nie jest przepasc?(kazdy chyba wie jak ta "ogromna i straszna "przepasc"pochlaniajaca ludzi wyglada
)"no nic,usmiechnelam sie tylko na chwile,bo przeciez jeszcze te lancuchy,schodzimy schdzimy,jakis lancuszek po drodze minelam,nawet go nie dotknelam,a ona do mnie:"widzisz??mowilam ci ze lancuchy sa!!!
"od tamtej pory,przyjmuję z umiarkowaniem to co mowi moja "taterniczka".Moze to nie bylo tak smieszne jak sie czyta,ale mnie po zejsciu bylo wesolo 
Moja największa górska gafa zdarzyła się kilka tygodni temu. 
Pewnego razu za siedmioma górami zapomniałem zabrać latarki na szlak, czego skutkiem były kłopoty z marszem przez las. Kolejnego dnia - nauczony doświadczeniem i bogatszy o życiową nauczkę... znowu nie zabrałem latarki na szlak, czego skutkiem były kolejne "atrakcje".

Pewnego razu za siedmioma górami zapomniałem zabrać latarki na szlak, czego skutkiem były kłopoty z marszem przez las. Kolejnego dnia - nauczony doświadczeniem i bogatszy o życiową nauczkę... znowu nie zabrałem latarki na szlak, czego skutkiem były kolejne "atrakcje".
Pewnego roku, gdy przyjechałem nad Morskie Oko /może poraz dwudziesty - kto by to zliczył/była straszna mgła. Była pora południowa,
więc w taką mgłę, gdzie widoczność była tylko na kilka metrów postanowiłem nie wychodzić w góry. Zdecydowałem obejść tylko
jezioro. Ruszyłem od zachodniej strony.
Szedłem tak i szedłem nie patrząc nawet na zegarek. spotkałem dwoje ludzi, którzy szli w tym samym kierunku. Po jakimś czasie, gdy spytali
jak długa może być jeszcze droga odrzekłem, że dochodzimy dopiero
do strumienia, który spływa ze stoków Miedzianego, a więc dopiero 1/3
drogi. Słyszałem juź szum wody. Gdy doszliśmy do strumienia, okazało
się. że stoją przy nim drewniane barierki. "Skąd one się tu wzieły?"- pomyślałem. Dopiero po kilku minutach zorientowałem się, że jesteśmy
przy strumieniu spadającego z Czarnego Stawu.
Ale mi się gl€pio zrobiło. Ja, który te tereny znam tak dobrze, straciłem orientację. W tym czasie najwyraźniej woda z Szerokiego Żlebu nie spływała.
Nauczyło mnie to, aby szczególnie w takich warunkach jak mgła, korzystać z zegarka /czyli informacji czasowych/ i to, że w czsie mgły wszystko może się pogmatwać i trzeba szczególnie uważać, nawet na łatwych ścieżkach.
Okazałem się kiepskim przewodnikiem nawet wokół Moka.
więc w taką mgłę, gdzie widoczność była tylko na kilka metrów postanowiłem nie wychodzić w góry. Zdecydowałem obejść tylko
jezioro. Ruszyłem od zachodniej strony.
Szedłem tak i szedłem nie patrząc nawet na zegarek. spotkałem dwoje ludzi, którzy szli w tym samym kierunku. Po jakimś czasie, gdy spytali
jak długa może być jeszcze droga odrzekłem, że dochodzimy dopiero
do strumienia, który spływa ze stoków Miedzianego, a więc dopiero 1/3
drogi. Słyszałem juź szum wody. Gdy doszliśmy do strumienia, okazało
się. że stoją przy nim drewniane barierki. "Skąd one się tu wzieły?"- pomyślałem. Dopiero po kilku minutach zorientowałem się, że jesteśmy
przy strumieniu spadającego z Czarnego Stawu.
Ale mi się gl€pio zrobiło. Ja, który te tereny znam tak dobrze, straciłem orientację. W tym czasie najwyraźniej woda z Szerokiego Żlebu nie spływała.
Nauczyło mnie to, aby szczególnie w takich warunkach jak mgła, korzystać z zegarka /czyli informacji czasowych/ i to, że w czsie mgły wszystko może się pogmatwać i trzeba szczególnie uważać, nawet na łatwych ścieżkach.
Okazałem się kiepskim przewodnikiem nawet wokół Moka.






