Dzień dziesiąty – 19.08.05 – piątek
Standardowo niemalże o 5:00 pobudka. 5:58 – wchodzę na „swój” szlak. 7:39 jestem w Murowańcu. Postanowiłem sobie, że na tym odcinku trasy nie będę się „wspomagał”.

Zero postojów. W schronisku zaserwowałem sobie rosół pikantny i o 8:10 zacząłem samotną (dosłownie) wędrówkę. Co za dzień, pogoda idealna a na szlaku pusto. Godzina też przecież nie „świt-owa”. O 9:05 byłem – kolejny już raz – nad Zmarzłym Stawem. Dopiero tu ujrzałem gościa w moim wieku, wędrującego tak jak ja – samotnie. Nie wiem jak długo tu był, ale ja ruszyłem wcześniej. Będąc już na żółtym, tuż przed ostatecznym podejściem do Koziej Przełęczy, zrobiłem sobie przerwę – siadając na szlaku.

Teraz on wyprzedził mnie. Jednak nie na długo. Spotkany zrobił sobie popas, a ja… doszedłem dwóch chłopaków (10:00) mających jakieś problemy z łańcuchami. Minąłem ich na samej przełęczy. Wreszcie nastąpił moment, na który czekałem od... 4 dni. Jest „moja” drabinka.

Obiecałem ją sobie. Ech… czułem się jak… śledzik4 na rowerku.

Zadowolony jak nie wiem kto „pobiegłem” obok Zamarłej Turni w kierunku Małego Koziego Wierchu. Będąc na nim (10:35) zauważyłem ludzi na Kościelcu. Nie będąc pewnym czy jestem tu gdzie myślę wyjąłem mapę „Orla Perć” i już wiedziałem na 100%.

Tak blisko do Zawratu? Ano blisko, jak się po chwili okazało. Na przełęczy sporo ludzi (10:55). Kilka razy (wszystkim) mówię „cześć”. Sam zjadam „Grześka”, popijam i dalej na szlak. Po kilku minutach marszu, znów, wprawnym okiem, zauważyłem stado kozic. Jednak są zbyt daleko, aby je dobrze „ustrzelić”. Mijam się z panią oraz towarzyszącą jej młodą damą (12 lat?) i postanawiam zrobić frajdę owej damie. Informuje je, że jak przejdą jeszcze około 100 metrów, niech się obrócą i popatrzą we wskazane przeze mnie miejsce, a zobaczą... .

Zadowolone podziękowały i poszły dalej. Po chwili to ja się odwróciłem i zobaczyłem jakie są radosne z widoku kozic. Pomachaliśmy jeszcze sobie i ruszyłem dalej. Po chwili znów zostałem zmuszony do liderowania, ponieważ "czwórka ze sternikiem" - powiązana linami - stwierdziła, że będą mnie hamować. Tak też się stało. Jednak to, co nastąpiło po chwili zszokowało mnie – jak mówi Adaś Małysz – dokładnie. Młoda dziewczyna idąc naprzeciwko mnie, pyta: „Czy jeszcze daleko do Świnicy?”. Odpowiedziałem krótko: „Właśnie z niej schodzisz”… i "mapki w łapki"

Znaki wyraźnie wskazują wejście i zejście – szlak czerwony – żaden inny kolor. Brak orientacji, rozpędzenie, zamyślenie tej dziewczyny? Nie wiem. Spoglądałem jeszcze wstecz, ale nie zauważyłem, żeby zawróciła. Wszedłem na słynną Świnicę (11:40) i byłem zauroczony widokami z niej. Czułem się jak Maciek Sieczka w 1867 roku.

Strzeliłem sobie i nie tylko fotkę a następnie schodząc szukałem spokojnego miejsca na popas (12:05). Znalazłem. Od Doliny Gąsienicowej zimny wiatr nadciągnął chmurę. Szybciutko - jako zmarzluch – założyłem skarpety, buty i ruszyłem w kierunku czarnego szlaku z Przełęczy Świnickiej do Gąsienicowej. Będąc już na dole, za Zielonym Stawem, usłyszałem „sokoła”. Coś się działo na Świnicy. Stanąłem poniżej Długiego Stawu i spędziłem tam około pół godziny, obserwując akcję ratowniczą, „trzaskając” fotki do wypełnienia karty. W końcu – znudzony akcją – ruszyłem na dno Gąsienicowej. Przysiadłem się do starszego małżeństwa Słowaków (13:40) i po odpoczynku, zmianie obuwia, poszedłem (14:10) do… Kuźnic (15:00), tym razem przez ulubioną Jaworzynkę. Mijałem wszystkich i szybciutko doszedłem do busa. Stąd na Krupówki, zrzut fotek i do domu. Znów byłem sam. Dziewczyny gdzieś się „szwędały”. "Flaki z kota", dom, porządki w pokoju, aż końcu doczekałem się reszty domowniczek, które były...
Fotki będą - jak "się zrobią"
