Odwroty
Spod Świnicy cofałem się 2 razy, udało się wejść dopiero za trzecim. Najpierw - kiedy byliśmy już na przełęczy - rozpoczęła się sroga ulewa. Siedzieliśmy w mini-kolebce przez 15 minut i postanowiliśmy zrobić wycof. W następnym roku miał miejsce kolejny "atak" - tym razem od strony Gąsienicowej. Tuż pod przełęczą ciężkie chmury, a powietrze wydaje się iskrzyć... Zwijamy się czym prędzej na dół w akompaniamencie coraz głośniejszych wyładowań...
Trzecie wejście w kolejnym roku - Świnica poddaje się, piękna pogoda, wręcz lampa.

P.S. W tym roku zrobiłem też "I-szy wycof krywański". Otóż wybieraliśmy się na Krywań, ale doszliśmy tylko z parkingu na stację kolejki w Smokovcu, gdzie nastąpił wycof do T. Łomnicy z powodu zbilżających się ciężkich chmur deszczowych.

Trzecie wejście w kolejnym roku - Świnica poddaje się, piękna pogoda, wręcz lampa.
P.S. W tym roku zrobiłem też "I-szy wycof krywański". Otóż wybieraliśmy się na Krywań, ale doszliśmy tylko z parkingu na stację kolejki w Smokovcu, gdzie nastąpił wycof do T. Łomnicy z powodu zbilżających się ciężkich chmur deszczowych.
Pamiętam wycof spod rysów we wrześniu 1988 roku. Ogólnie po paru deszczowych dniach zrobiła się ładna pogoda. Rysy mieliśmy w planach (ja już byłem wcześniej, ale dostosowałem się do grupy). Włazimy nad Czarny Staw i obowiązkowa rejestracja u WOP-isty - pamiętacie jeszcze jak się troszczono, żeby każdy bezpiecznie wrócił
? Rzut oka na północną Kazalnicy i pierwsza konsternacja - nikt się nie wspina! Ale dobra, szlak jest, śniegu nie ma - pędzimy w górę, tylko zimno troszkę... Mijamy Staw, pniemy się do góry, już jesteśmy powyżej Buli, czyli najgorsza część za nami. Dochodzimy do skały i... wszystko pokryte cienką warstwą lodu
Było parę osób i niektórzy chcieli iść dalej, ja powiedziałem, że jak chcą, to proszę bardzo, w razie czego odpowiednią wzmiankę o inteligencji zamieścimy w nekrologu... Rozsądek w końcu zwyciężył.
Wycofów spowodowanych pogodą była cała masa, burza, ulewne deszcze, gwałtowne wichury (raz pod Rakoniem pamiętam, że Mama trzymała nas z bratem pod ręce, bo się bała, że nas zwieje). Były też wycofy/zmiany tras spowodowane opóźnieniem, zmęczeniem itd. Nigdy nie traktowałem wycofu jako porażki.
pozdrawiam
Marcys
Wycofów spowodowanych pogodą była cała masa, burza, ulewne deszcze, gwałtowne wichury (raz pod Rakoniem pamiętam, że Mama trzymała nas z bratem pod ręce, bo się bała, że nas zwieje). Były też wycofy/zmiany tras spowodowane opóźnieniem, zmęczeniem itd. Nigdy nie traktowałem wycofu jako porażki.
pozdrawiam
Marcys
Luka, temat "Odwrotów" musiałeś chyba przeczytać w moich myślach...luka pisze:Jakie są drogi z których musieliście zawracać (pogoda, zmęczenie...)?
W pamięci utkwiły mi dwie takie sytuacje. Parę lat temu, w czerwcu, kiedy to na kilka minut przed szczytem zawróciliśmy z Wołowca – zaczęło niemiłosiernie wiać, temperatura spadła do kilku stopni, wiatr przygnał mgły. Pamiętam, jak krople deszczu leciały prawie poziomo uderzając w nasze twarze i jak ciężko było się nam utrzymać na nogach.
Drugim razem (czerwiec ubiegłego roku) idąc na Zadni Granat, zawróciliśmy z Koziej Dolinki. Warunki atmosferyczne w przeciągu godziny diametralnie się zmieniły, znów porywisty wiatr, ulewny deszcz, gwałtowny spadek temperatury i gęsta mgła, która zaczęła się przelewać przez grań. Kilkanaście minut zastanowienia i decyzja... odwrót. Wieczorem, gdy się rozpogodziło, obserwowaliśmy z Zakopanego Granaty, Kozi Wierch i Świnicę w świeżutkim bieluśkim śniegu!
Dokładnie przez taką sytuację "pległam" w 99 zdaje sięmarcys pisze:Mijamy Staw, pniemy się do góry, już jesteśmy powyżej Buli, czyli najgorsza część za nami. Dochodzimy do skały i... wszystko pokryte cienką warstwą lodu
Śnieżno-ślizgawkowe warunki wygnały mnie też spod Kościelca...
Napiszę coś więcej o swoich dwóch powrotach ze Starobociańskiego. Kończyłem wtedy chyba 1 klasę liceum. Razem z rodzicami wędrowałem na Przełęcz Iwanicką i po usilnych namowach moja kochana Mamusia zgodziła się abym się odłączył i poszedł na Starobociański, pogoda była świetna, a ja dziarsko maszerowałem doliną. Na Siwej Przełęczy radykalnie się pogoda zmieniła, zaczęło wiać i się zachmurzyło, a ja że byłem jeszcze młodym człowiekiem z nizin który kontakt z górami ma tylko ferie i wakacje od szkoły- zawróciłem. Dodam że po powrocie do doliny znowu się rozjaśniło
. A drugi raz szedłem na Starobociański z kolegą z Iwanickiej przez Ornak na wyżej wymieniony szczyt i znowu pogoda
. Na Ornaku tak wiało że musieliśmy się chować w kosodrzewiny. No i znowu zejście do Doliny.
No ale co nas nie zabije ….
pozdrawiam
No ale co nas nie zabije ….
pozdrawiam
-
Kazimierz Jan Zboczek VII
-

- Posty: 34
- Rejestracja: śr 13 kwie, 2005
Ho-ho
Nie raz i nie dwa wracałem nie doszedłszy do celu
...ale to chyba nic szczególnego, to normalne
...wszak im wiecej się chodzi, tym więcej może być niespodzianek
...a wracałem z róznych przyczyn:
bo nie dałem rady - na Trzynastu Progach (można? pewnie, że można)
dla towarzystwa - ze Smutnych Turniczek (można? nawet przystoi towarzyskiemu człowiekowi, gdy partner wysiada)
ze strachu - z grani Zadniego Gerlacha (mażna? he, jak nogi drżą, to nie ma co analizować czy to strach, czy chłód, czy zmęczenie, i pytać, czy można...)
(to nie cała lista tylko przykłady)
...i wrócę jeszcze nie raz, jeśli okoliczności będą tego wymagać
lepiej "na tarczy" niż na toboganie
Nie raz i nie dwa wracałem nie doszedłszy do celu
...ale to chyba nic szczególnego, to normalne
...wszak im wiecej się chodzi, tym więcej może być niespodzianek
...a wracałem z róznych przyczyn:
bo nie dałem rady - na Trzynastu Progach (można? pewnie, że można)
dla towarzystwa - ze Smutnych Turniczek (można? nawet przystoi towarzyskiemu człowiekowi, gdy partner wysiada)
ze strachu - z grani Zadniego Gerlacha (mażna? he, jak nogi drżą, to nie ma co analizować czy to strach, czy chłód, czy zmęczenie, i pytać, czy można...)
(to nie cała lista tylko przykłady)
...i wrócę jeszcze nie raz, jeśli okoliczności będą tego wymagać
lepiej "na tarczy" niż na toboganie
Zastanawiam się nie skad zawracalem, bo przez te wszystkie lata troche się tego nazbierało ale jakie powody do tego doprowadziły
-wiatr zwiewał mi syna ze szlaku
-naderwałem ścięgno
-ktos z mojej ekipy osłabł w kopiastym śniegu
-załamała się pogoda
-oblodzenie szlaku /a nie zabrałem raków/
-brak dokumentów /cofneli mnie WOP-isci, potem sam służyłem w WOPie/
To chyba główne powody
-wiatr zwiewał mi syna ze szlaku
-naderwałem ścięgno
-ktos z mojej ekipy osłabł w kopiastym śniegu
-załamała się pogoda
-oblodzenie szlaku /a nie zabrałem raków/
-brak dokumentów /cofneli mnie WOP-isci, potem sam służyłem w WOPie/
To chyba główne powody
Hmm. Ja byłem na inicy 7 razy, a 2 razy nie doszedłem. Raz bylo tak zimno, że od dreszczy się zataczaliśmy (od tego czasu chodzimy z taką ilościa kurtek w plecaku, że jeszcze nie przemarzliśmy
), a drugim razem śnieg - już to opisywałem. Zawrócić też miło - bo w górach to nawet siedzieć na werandzie w Hali Kondratowej miło. 
kiedys bylo takie lato w Tatrach, ze lalo i grzmialo codziennie ok 13-14 godziny
to byl moj drugi wyjazd tego lata, pierwszy pod znakiem burz
ten drugi zapowiadal sie taki sam
mieszkalem wtedy w schronisku na Hali Kondratowej
wraz z poznanymi wspollokatorami z pokoju mielismy sie przejsc na Czerwone Wierchy przed spodziewana jak codzien burza
jakos niespecjalnie wczesnie wyszlismy, ale wszystko wydawalo sie ok
przeszlismy przez Kope Kondracka i podchodzilismy pod Malolaczniak
facet schodzacy powiedzial, ze wchodzimy w strefe burzy
nic jednak na to nie wskazywalo, bylo jasno
bylismy na szczycie i spogladalismy na zachod w kierunku Koscieliskiej - tam bylo rzeczywiscie granatowo
towarzysze siedzieli a ja sobie stalem wsparty o kijki
kilkanascie metrow nad moja glowa przewijala sie chmura - raczej jasna
w pewnym momencie zrobilo sie niesamowicie jasno, a moje wlosy... poczulem jak sie staja deba
mysle: juz dostalem, tylko jeszcze nie poczulem
i nagle straszny huk
a ja stoje i wszystko ok
jedna z towarzyszek: o ja pier... ale piorun... walnal w... Giewont...
ufff - zyje, mysle sobie
spojrzalem do gory - chmura byla na skraju szczytu Maloloczniaka i przeciagala sie miedzy nim a Giewontem...
potem to juz byl bieg, niebieskim byle nizej
to byl moj drugi wyjazd tego lata, pierwszy pod znakiem burz
ten drugi zapowiadal sie taki sam
mieszkalem wtedy w schronisku na Hali Kondratowej
wraz z poznanymi wspollokatorami z pokoju mielismy sie przejsc na Czerwone Wierchy przed spodziewana jak codzien burza
jakos niespecjalnie wczesnie wyszlismy, ale wszystko wydawalo sie ok
przeszlismy przez Kope Kondracka i podchodzilismy pod Malolaczniak
facet schodzacy powiedzial, ze wchodzimy w strefe burzy
nic jednak na to nie wskazywalo, bylo jasno
bylismy na szczycie i spogladalismy na zachod w kierunku Koscieliskiej - tam bylo rzeczywiscie granatowo
towarzysze siedzieli a ja sobie stalem wsparty o kijki
kilkanascie metrow nad moja glowa przewijala sie chmura - raczej jasna
w pewnym momencie zrobilo sie niesamowicie jasno, a moje wlosy... poczulem jak sie staja deba
mysle: juz dostalem, tylko jeszcze nie poczulem
i nagle straszny huk
a ja stoje i wszystko ok
jedna z towarzyszek: o ja pier... ale piorun... walnal w... Giewont...
ufff - zyje, mysle sobie
spojrzalem do gory - chmura byla na skraju szczytu Maloloczniaka i przeciagala sie miedzy nim a Giewontem...
potem to juz byl bieg, niebieskim byle nizej
Chciałem pokazać w sierpniu zeszłego roku żonie odcinek Kozia Przełęcz-Zawrat (jedyne miejsce na OP, gdzie jeszcze nie była, a za to moje ulubione). Podchodząc tą męczącą percią na przełęcz od strony Zmarzlego Stawu widywaliśmy coraz częściej małe pólka śnieżno lodowe, ale nie robilo to na mnie wrażenia - tu muszę dodać, że jestem turystą skrajnie letnim, nie boję się ekspozycji, zmęczenia i trudności, do momentu pojawienia się oblodzenia i ośnieżenia - skała po deszczu nie napawa mnie lękiem, ale choć 5 % nachylenie ze śniegiem czy lodem, to dla mnie stres, o ile nie mam raków. Za to żona to narciarka, łyżwiarka i reaguje na te problemy ze spokojem. Dowcip polega na tym, że to ja miałem jej pomóc na drabinie na Koziej itp. Jednak sporo niżej, gdy zaczęły się miejsca nieco oblodzone na stromiźnie, to ja musiałem skapitulować. Gdy pomyślałem o ewentualnie oblodzonej Honoratce, miałem jasną wizję moich tam losów. Zawróciliśmy.
A drugi przypadek - nieco off topic - z tą samą kobietą, ale wówczas jeszcze nie żoną, byliśmy na niesamowitym romantycznym 11 dniowym wypadzie w Pirenejach (caly czas w górach, z namiotem). Jest tam taki szczyt Monte Perdido, spory masyw górujący nad słynnym kanionem Ordessy, dość jak na naszą skalę wysoki (ponad 3300 m). Mieliśmy się tam wybrać, ale noc poprzedzająca wyjście zafundowała nam 3 burze z gradobiciem, tak, że drżeliśmy o namiot, bliski uszkodzenia. Po tym wszystkim pogoda była cudowna ale... my wykończeni i poszliśmy nie na szczyt, ale na spacer do kanionu. Nastęnego dnia - mgła, chmury - poszliśmy i tak, ale szczytu nie osiągnęliśmy (w Pirenejach nie ma poza główną magistralą znakowanych szlaków!).
Odwroty to taki nie zawsze przykry, bo romantyczny, aspekt chodzenia po górach
A drugi przypadek - nieco off topic - z tą samą kobietą, ale wówczas jeszcze nie żoną, byliśmy na niesamowitym romantycznym 11 dniowym wypadzie w Pirenejach (caly czas w górach, z namiotem). Jest tam taki szczyt Monte Perdido, spory masyw górujący nad słynnym kanionem Ordessy, dość jak na naszą skalę wysoki (ponad 3300 m). Mieliśmy się tam wybrać, ale noc poprzedzająca wyjście zafundowała nam 3 burze z gradobiciem, tak, że drżeliśmy o namiot, bliski uszkodzenia. Po tym wszystkim pogoda była cudowna ale... my wykończeni i poszliśmy nie na szczyt, ale na spacer do kanionu. Nastęnego dnia - mgła, chmury - poszliśmy i tak, ale szczytu nie osiągnęliśmy (w Pirenejach nie ma poza główną magistralą znakowanych szlaków!).
Odwroty to taki nie zawsze przykry, bo romantyczny, aspekt chodzenia po górach
zrobily mi sie zakolaSylwester pisze:opadły, czy dalej stoją
zauwazylem - mimo, ze z wyksztalcenia jestem hydroklimatologiem, to zaczalem przesadnie szczegolowo analizowac kazde zachmurzenie w gorach i czesto bezpodstawnie interpretowac je jako niekorzystneluka pisze:a zauważyłeś po tym incydencie jakieś zmiany
ale po roku mi przeszlo






