Dzień piąty – Wiola, Asia i Marzenka.
Godzina 5.00 pobudka. Czesiu zszedł na parter obudzić Jurka. Zrobiłam mężowi śniadanko. Dziewczyny jeszcze spały. Zgodnie z planami dnia poprzedniego, Andrzej i Ania dowieźli Kasię do nas z Zakopanego. Piotrek, Krzysiek i Tomek dojechali z Bukowiny. Spotkali się pod nasza kwaterą. Pomachałam im z okna.

Ruszyli na szlak. Tuż po 6 obudziłam dziewczyny i w trakcie śniadanka zastanawiamy się co robimy. Po chwili padło hasło: Wjazd na Kasprowy Wierch i marsz w kierunku Ciemniaka. Wyjazd o 7.14 i marsz z ronda w kierunku Kuźnic. Jakież było nasze rozczarowanie, gdy zobaczyłyśmy kolejkę do kolejki, długą aż do pierwszj lampy pod schodami. No cóż, poszłybyśmy na szczyt, ale Marzenka doznała lekkiej kontuzji ścięgna Achillesa, wchodząc dzień wcześniej na Wrota Chałubińskiego. Pozostało nam więc stanie w ogonku. W trakcie dwugodzinnego stania miałyśmy chwilę słabości. Myślałyśmy nawet o powrocie na kwaterę. Nad Zakopanem pojawiły się ciemne chmury. Pogoda wcale nas nie zachęcała do wędrówki. Tak rozmyślając i ględząc o tym i owym, zbliżałyśmy się do mety. Nie było już odwrotu. Skoro tyle stałyśmy, więc jedziemy. Jeśli na górze będzie kiepska pogoda to zejdziemy do Doliny Gąsienicowej. Jadąc w pełnym mleku na górę, znów zostałyśmy zaskoczone jakże inną pogodą na szczycie. Po stronie polskiej chmury, a po słowackiej piękne słoneczko, widoczność idealna.

Tak więc, jednogłośnie zdecydowałyśmy trzymać się planu pierwotnego. Ruszyłyśmy na Goryczkowe Czuby i dalej, aż na Kopę Kondracką, gdzie strasznie wiało. Marzenka przewinęła sobie w tym czasie banaż na nodze. Zrobiłyśmy kilka zdjęć, ale nie cyfrówką, tylko analogowym Kodakiem. Znów, wspólnie ustaliłyśmy, że idziemy dalej, na Małołączniaka. Też parę fotek i jeszcze dalej, na Krzesanicę. Dziewczyny zdziwione skąd tu tyle kopczyków (wcześniej tu nie były). Po małym posiłku, postanowiły, że też zostawią coś po sobie. Ułożyły następne dwa kopczyki. Z Krzesanicy nie było odwrotu. Asia z Marzenką znów zadecydowały: skoro już tu doszłyśmy, grzechem by było nie wejść na Ciemniaka.

Podczas schodzenia z Krzesanicy zauważyliśmy piątkę turystów, podchodzących od strony Słowacji, gdzie nie ma szlaku. Tak się złożyło, że nasze drogi się spotkały. Nawiązałyśmy z nimi rozmowę. Oni nie wiedzieli gdzie są. Spytali Asię o miejsce ich pobytu i jak dostać się na Giewont. Po udzieleniu informacji każdy poszedł w swoją stronę. Kiedy już stanęliśmy na tej nijakiej górze, zaczęłyśmy schodzić do Kir. Wreszcie przestało wiać.

Ze szczytu, przez Twardy Grzbiet , doszłyśmy do Chudej Przełęczy. Tu odpoczynek i telefon od Wujka Jurka

z informacją gdzie jesteśmy. Po kilkunastu minutach ruszyłyśmy dalej. Przez Upłaziański Wierszyk do wylotu Doliny Kościeliskiej. Stąd busem po Gubałówkę, gdyż Zakopane było całe zakorkowane. Zrobiłyśmy zakupy w Remie1000, by następnie udać się do apteki. Poprosiłyśmy o coś na bolące ścięgno Marzenki. Troszkę nas wystraszyła Pani w aptece gdy usłyszałyśmy: „jeżeli ta maść nie pomoże, należy udać się do chirurga”. Przez cały pobyt w Tatrach, Marzenka smarowała i bandażowała nogę, co poskutkowało. „Spacer” przez zatłoczone Krupówki, z których uciekłyśmy szybko skręcając tuż za kościołem, do al. 3-go Maja. Tam w bus i do „Cyrli”. Dlaczego górale nie mówią: Cyrhli, tylko Cyrli. Głodni są, czy co? Zjadają „h”. W pokoju czekała na nas kartka, a na niej: „jesteśmy w kotach”. Szybka toaleta i witamy się z naszymi znajomymi przy stolikach, w restauracji. Każdy zjadł to co mu najlepiej smakowało i po wspólnej fotce grupa z Krasnegostawu odjechała do siebie. Było nam bardzo miło. Oby jak najwięcej takich spotkań.

Koniec tego piania

. Do usłyszenia w następnym odcinku.
Wiola
