Maj roku Pańskiego...nie pamiętam-chyba mój II wyjazd w Tatry-płaty śniegu na szlakach.Jestem z bratem.Podczas zejścia z Kasprowego-trapery-ból nóg,więc kolejnego dnia postanawiamy wybrać się do DOLINY Pięciu Stawów. Na kwaterce dochodzimy zgodnie do wniosku,że skoro to dolina(czyli coś jak Kościeliska,Chochołowska) to zakładamy adidaski
Górskie gafy :D
Górskie gafy :D
Zdarzyło się Wam coś "palnąć" w górach,zrobić coś głupiego-z czego jeszcze dziś się śmiejecie,co zostało Wam w pamięci jako opowieść dla wnuków? Ja mam coś takiego w swoim repertuarze,możecie się śmiać do woli 
Maj roku Pańskiego...nie pamiętam-chyba mój II wyjazd w Tatry-płaty śniegu na szlakach.Jestem z bratem.Podczas zejścia z Kasprowego-trapery-ból nóg,więc kolejnego dnia postanawiamy wybrać się do DOLINY Pięciu Stawów. Na kwaterce dochodzimy zgodnie do wniosku,że skoro to dolina(czyli coś jak Kościeliska,Chochołowska) to zakładamy adidaski
Ależ byliśmy zdziwieni ilością śniegu i wysokością
..no i w tych adidaskach(traperki na kwaterze
)z sercem na dłoni przechodzimy wąziutkim tunelikiem w śniegu obok Wielkiej Siklawy a później jeszcze poszliśmy przez Świstówkę do Moka.To co przeżyliśmy tamtego dnia,wspominamy z łzami w oczach do dziś.Były: śmiech,stres,ba-nawet kłótnie-ŻE MIAŁA BYĆ DOLINA!!!!
Może jak się to czyta,to nie wydaje się śmieszne...ale uwierzcie mi ....ja to ciągle widzę,jak by to było przed chwilą...a adidaski miałam takie śliczne...zielone 
Maj roku Pańskiego...nie pamiętam-chyba mój II wyjazd w Tatry-płaty śniegu na szlakach.Jestem z bratem.Podczas zejścia z Kasprowego-trapery-ból nóg,więc kolejnego dnia postanawiamy wybrać się do DOLINY Pięciu Stawów. Na kwaterce dochodzimy zgodnie do wniosku,że skoro to dolina(czyli coś jak Kościeliska,Chochołowska) to zakładamy adidaski
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
Ponieważ miałem tez trochę poobdzierane stopy pomyślałem, że na ostatnią wycieczkę założę adidasy. A to była Orla Perć
Na szczęście wybiłem to sobie z głowy i założyłem "normalne buty". I choć mnie obcierały cieszyłem się skacząc sobie po skałach na Orlej, że nie mam na nogach adidasów.
I jeszcze jedna rzecz. Też ostatnia wycieczka. Była ładna pogoda. Wydawało mi się, że mam kurtkę przeciw deszczową i powiedziałem sobie po co mi ta peleryna za 5 zł, jest ładna pogoda. Ale coś mnie jednak wcześniej tknęło, że pomyślałem o kupnie peleryny. Ostatecznie nie kupiłem. Pod Zawratem były takie chmury, że nie widać było zbyt wiele. Mi strzeliło coś w kolanie, że ból był dość przykry i na dodatek zaczęło kropić. Zrezygnowałem z Zawratu i zawróciłem. I na Przełęczy między Kopami dopadła mnie ulewa. Zakładam moją kurteczkę a tu d.pa. Przemaka. A tak lało, że szlakiem płyną strumień więc po chwili wszystko co miałem na sobie było mokre. Żałowałem 5 zł na pelerynę to za karę zmokłem cały. Ale mówię sobie mam w plecaku na zmianę suche spodnie od dresu i koszulkę. Otwieram plecak i co. Też wszystko mokre bo nie włożyłem rzeczy w worki foliowe.
Ta wycieczka sporo mnie wtedy nauczyła.
I jeszcze jedna rzecz. Też ostatnia wycieczka. Była ładna pogoda. Wydawało mi się, że mam kurtkę przeciw deszczową i powiedziałem sobie po co mi ta peleryna za 5 zł, jest ładna pogoda. Ale coś mnie jednak wcześniej tknęło, że pomyślałem o kupnie peleryny. Ostatecznie nie kupiłem. Pod Zawratem były takie chmury, że nie widać było zbyt wiele. Mi strzeliło coś w kolanie, że ból był dość przykry i na dodatek zaczęło kropić. Zrezygnowałem z Zawratu i zawróciłem. I na Przełęczy między Kopami dopadła mnie ulewa. Zakładam moją kurteczkę a tu d.pa. Przemaka. A tak lało, że szlakiem płyną strumień więc po chwili wszystko co miałem na sobie było mokre. Żałowałem 5 zł na pelerynę to za karę zmokłem cały. Ale mówię sobie mam w plecaku na zmianę suche spodnie od dresu i koszulkę. Otwieram plecak i co. Też wszystko mokre bo nie włożyłem rzeczy w worki foliowe.
Ta wycieczka sporo mnie wtedy nauczyła.
Wzięło mnie dziś na wspomnienia(czyżby to faktycznie Noc Kupały
)więc dodam jeszcze,że na słowo "świstówka" od razu patrzymy na siebie z bratem znacząco
Tam to mój brat próbował pobiec
(w tych adidaskach po śniegu oczywiście) na ratunek pannie,która świetnie się bawiąc ślizgiem po śniegu...robi salto w powietrzu i ląduje w kosodrzewinie...w niedwuznacznei pozycji
...a mój brat oczywiście przemielił nogami w śniegu i zaliczył glebę
.....za chwilkę dostajemy OPR od przewodnika górskiego,dlaczego nie pilnujemy naszych dzieci
...hehehe-to był dzień,mówię Wam 
Nie w Tatrach ,ale w Pieninach ,pierwszy mój dorosły wypad w góry - idziemy z żoną ,chodzą dwaj przystojni panowie ,żona podchodzi pierwsza ,panowie się kłaniają ,dalej schodzi tym razem jeden młodzieniec ,słyszę głośne "dzień dobry" i bierze mnie furia ,usiłuję sobie przypomnieć ,kiedy moją połowicę zostawiłem samą ,że zdążyła załapać tyle znajomości. Przejaśniło mi się w głowie dopiero po kilku następnych powitaniach.
Zdarzyło się w Beskidzie Niskim.
Postanowiliśmy wybrać się z miejscowości Bodaki do wioski obok Wapenne na basen. Zapowiadała sie fajna wycieczka, godzinke w jednę, godzinke na basenie i godzinka na powrót. Żeby tam dojść trzeba było przejść przełączą z jednej doliny w drugą. Najszybsza droga wiodła przez nieznakowaną ścieżke używaną przy wyrębie lasu. Tu uwaga - Beskid Niski jest na tyle niski że nawet będąc na "szczycie" cały czas jest się w lesie. Utrudnia to nieco orientację.
No i wybraliśmy sie, była niedziela ok 12 więc planowaliśmy powrót z zapasem na 16.
No i idzeimy idziemy ścieżka rozwidla się co jakieś 200m, w końcu sie kończy. Zeszliśmy na przełaj w stronę domów które wydawały się być zabudowaniami Wapiennego. Nic z tego - okazało się że zeszliśmy z drugiej strony góry.
Miescowy wytłumaczył nam drogę jak dojść w 30 min do Wapiennego. Tłumacząc drogę kazał skręcić w prawo przy krzaku "czegośtam". Przytakneliśmy zgodnie. Po 20 minutach pada pytanie:
- gdzie mielismy skręcić?
- przy krzaku "czegośtam"?
- ale jak to wygląda?
- nie mam pojęcia.
Więc idzemy dalej na czuja.
Idziemy idziemy (półtorej godziny) i wychodzimy w miejscu z którego zaczeliśmy wycieczke!
Było ok 16-17. Postanowiliśmy spróbować jeszcze raz bo okazało się że pomylilśmy drogi na samym początku przy wyjściu z Bodaków. Szło nas trzech - jeden uczestnik wycieczki zwątpił jednak w nasze umiejentności orientacji stwierdziwszy że z nas dupy
- zasugerował kupienie kompasu i wrócił do chaty gdzie mieszkaliśmy.
Tak więc idzemy we dwóch nową ścieżką. Po godzince jesteśmy na odkrytym basenie wśród górek Beskidu - relax, piwko, sielanka.
Wracamy.
Nasza droga powrotna zaczynała się podejściem ale zauważyliśmy równoległą dróżką obok bardziej płaską - pewnie się złączą pomysleliśmy i idzemy beztrosko dołem.
Idziemy, idziemy, idziemy. Myśle sobie zaraz zobaczymy naszą dolinkę, Bodaki i Bartne. I widzimy piękną dolinkę w promieniach zachodzącego słońca.... tylko niestety to znowu dolinka z Wapiennem. Zrobiliśmy kółko.
Lekko poddenerwowani myślimy o powrocie szosą nokoło tych cholernych gór. Po krótkiej analizie sytuacji stwierdzamy że zajełoby to z 3 godziny wiec decydujemy się sprubować jeszcze raz. Miejscowy wsakazł drogę i ruszamy.
Słońce zachodzi. robi się ciemno, wchodzimy do lasu.
Idziemy idziemy idziemy. Ścieżka wydawała się być prosta jak autostrada. Po półtorej godzinie znajdujeny po raz drugi tą samą porzuconą przez kogoś kurtkę na gałęzi. W tym momencie uwieżcie - przeszły mi ciarki po plecach!
Jest już dobrze ciemno, księzyc na szczęście trochę oświecał drogę.
Szwędaliśmy się tak jakieś następne dwie godziny. Nastroje lekko siadały myśimy już o spaniu w lesie. W pewnym momencie dochodzimy jakby do pionowej sciany. Co to do cholery. Podchodzimy bliżej bliżej (ciemno jak w d...) metr przed przeszkodą okazuje się że to drzewo które spadło na drogę. Było tak gęste i wielkie że przchechodziliśmy przez nie z 5 minut po gałęziach ponad setkami świetlików. Doszliśmy do wniosku że to Góra Mordoru nie chce nas wypuścić i wykorzystuje wszystkie możliwe środki.
Dotarliśmy do jakiejś polanki, zjedliśmy ostatniego snickersa. Postanawiamy nie włóczyć się wiecej tylko poczekać do rana.
Odeszłem na chwilkę na bok w krzaczki... patrze, słucham. Słyszę potok i widze mostek przez który przechodziliśmy wychodząc z Bodaków. Jesteśmy jakieś 500 m od chaty....
Do bazy dotarliśmy ok 23 -24. Długa to była wycieczka. Następnego dnia dowiedzieliśmy się że nie byliśmy pierwszymi którzy szli na basen w Wapiennym z przygodami.
Postanowiliśmy wybrać się z miejscowości Bodaki do wioski obok Wapenne na basen. Zapowiadała sie fajna wycieczka, godzinke w jednę, godzinke na basenie i godzinka na powrót. Żeby tam dojść trzeba było przejść przełączą z jednej doliny w drugą. Najszybsza droga wiodła przez nieznakowaną ścieżke używaną przy wyrębie lasu. Tu uwaga - Beskid Niski jest na tyle niski że nawet będąc na "szczycie" cały czas jest się w lesie. Utrudnia to nieco orientację.
No i wybraliśmy sie, była niedziela ok 12 więc planowaliśmy powrót z zapasem na 16.
No i idzeimy idziemy ścieżka rozwidla się co jakieś 200m, w końcu sie kończy. Zeszliśmy na przełaj w stronę domów które wydawały się być zabudowaniami Wapiennego. Nic z tego - okazało się że zeszliśmy z drugiej strony góry.
Miescowy wytłumaczył nam drogę jak dojść w 30 min do Wapiennego. Tłumacząc drogę kazał skręcić w prawo przy krzaku "czegośtam". Przytakneliśmy zgodnie. Po 20 minutach pada pytanie:
- gdzie mielismy skręcić?
- przy krzaku "czegośtam"?
- ale jak to wygląda?
- nie mam pojęcia.
Więc idzemy dalej na czuja.
Idziemy idziemy (półtorej godziny) i wychodzimy w miejscu z którego zaczeliśmy wycieczke!
Było ok 16-17. Postanowiliśmy spróbować jeszcze raz bo okazało się że pomylilśmy drogi na samym początku przy wyjściu z Bodaków. Szło nas trzech - jeden uczestnik wycieczki zwątpił jednak w nasze umiejentności orientacji stwierdziwszy że z nas dupy
Tak więc idzemy we dwóch nową ścieżką. Po godzince jesteśmy na odkrytym basenie wśród górek Beskidu - relax, piwko, sielanka.
Wracamy.
Nasza droga powrotna zaczynała się podejściem ale zauważyliśmy równoległą dróżką obok bardziej płaską - pewnie się złączą pomysleliśmy i idzemy beztrosko dołem.
Idziemy, idziemy, idziemy. Myśle sobie zaraz zobaczymy naszą dolinkę, Bodaki i Bartne. I widzimy piękną dolinkę w promieniach zachodzącego słońca.... tylko niestety to znowu dolinka z Wapiennem. Zrobiliśmy kółko.
Lekko poddenerwowani myślimy o powrocie szosą nokoło tych cholernych gór. Po krótkiej analizie sytuacji stwierdzamy że zajełoby to z 3 godziny wiec decydujemy się sprubować jeszcze raz. Miejscowy wsakazł drogę i ruszamy.
Słońce zachodzi. robi się ciemno, wchodzimy do lasu.
Idziemy idziemy idziemy. Ścieżka wydawała się być prosta jak autostrada. Po półtorej godzinie znajdujeny po raz drugi tą samą porzuconą przez kogoś kurtkę na gałęzi. W tym momencie uwieżcie - przeszły mi ciarki po plecach!
Jest już dobrze ciemno, księzyc na szczęście trochę oświecał drogę.
Szwędaliśmy się tak jakieś następne dwie godziny. Nastroje lekko siadały myśimy już o spaniu w lesie. W pewnym momencie dochodzimy jakby do pionowej sciany. Co to do cholery. Podchodzimy bliżej bliżej (ciemno jak w d...) metr przed przeszkodą okazuje się że to drzewo które spadło na drogę. Było tak gęste i wielkie że przchechodziliśmy przez nie z 5 minut po gałęziach ponad setkami świetlików. Doszliśmy do wniosku że to Góra Mordoru nie chce nas wypuścić i wykorzystuje wszystkie możliwe środki.
Dotarliśmy do jakiejś polanki, zjedliśmy ostatniego snickersa. Postanawiamy nie włóczyć się wiecej tylko poczekać do rana.
Odeszłem na chwilkę na bok w krzaczki... patrze, słucham. Słyszę potok i widze mostek przez który przechodziliśmy wychodząc z Bodaków. Jesteśmy jakieś 500 m od chaty....
Do bazy dotarliśmy ok 23 -24. Długa to była wycieczka. Następnego dnia dowiedzieliśmy się że nie byliśmy pierwszymi którzy szli na basen w Wapiennym z przygodami.
Mam nadzieję, że nie uznacie mnie za akwizytora... 
www.turystyka-gorska.pl//forum//phpBB2/ ... c&start=45
www.turystyka-gorska.pl//forum//phpBB2/ ... c&start=45
No faktycznie DraQs to było wielce ryzykowne z Waszej strony 
...a "akwizycja forumowa" to dla mnie działanie typu: "nie powiem ci tego tu,bo to za niskie progi dla mnie,przyjdz do naszej "elitarnej" grupy,a pogadamy na poziomie"-czyli innymi słowy-zadzieranie nochala,segregacja i wywyższanie się ....więc marny z Ciebie akwizytor kolego DraQs

Szanujmy się nawzajem i wszystko będzie OK,wszak Tatry i zamiłowanie go gór wszelakich łączy a nie dzieli nas wszystkich-ludzi z różnych for dyskusyjnych.
...a "akwizycja forumowa" to dla mnie działanie typu: "nie powiem ci tego tu,bo to za niskie progi dla mnie,przyjdz do naszej "elitarnej" grupy,a pogadamy na poziomie"-czyli innymi słowy-zadzieranie nochala,segregacja i wywyższanie się ....więc marny z Ciebie akwizytor kolego DraQs
Szanujmy się nawzajem i wszystko będzie OK,wszak Tatry i zamiłowanie go gór wszelakich łączy a nie dzieli nas wszystkich-ludzi z różnych for dyskusyjnych.
Jedną z informacji, którą należy bezwzględnie znać na górskim szlaku, jest godzina zachodu słońca.
Beskid Śląski, koniec sierpnia, kilka ładnych lat temu. Postanowiliśmy z moją przyszłą żoną poświęcić jeden górski dzień na wylegiwanie się na słoneczku
i na zbieranie jagód, których tego roku był niesamowity urodzaj.
Uzbrojeni w kubki, bez zbędnego jak na taką wycieczkę bagażu w postaci kurtek przeciwdeszczowych i latarek, wybraliśmy się więc z Brennej na przełaj w okolice czerwono znakowanego szlaku graniowego biegnącego z Przełęczy Salmopolskiej na Klimczok. Dotarliśmy w okolice Kotarza i zbierając jagódki chcieliśmy dojść do Karkoszczonki i zejść z powrotem do Brennej. Pogoda dopisywała, jagódki się do nas „uśmiechały” więc wszystko było OK
. Po kilku godzinach, które szybko minęły, zaczęło się ściemniać. Będąc święcie przekonany, że do zachodu słońca pozostała jeszcze godzina, nie zwracałem na to większej uwagi – w lesie przecież zawsze jest ciemniej.
Ciemności zapadały coraz szybciej, na szarzejącym niebie zaczął pojawiać się ogromny księżyc w pełni. Ogarnęła nas lekka euforia, ale pięknie, ale czy aby nie za ciemno??? Jeszcze raz zerknąłem na zegarek i... nagle jak grom z jasnego nieba naszło oświecenie
! Kopnąłem się o całą godzinę z zachodem słońca!!! Nie mamy latarek, ale jeszcze nie jest tak źle, przyspieszymy kroku, księżyc mocno świeci, na przełęczy powinniśmy być za jakieś 45 minut! (muszę dopisać, że wcześniej jeszcze nie szliśmy tym szlakiem).
Czas mijał nieubłaganie, ludzi zero a przełęczy „ani widu ani słychu”, w końcu szlak (który wg mapy miał biec granią) przewinął się na północną stronę grani zostawiając księżyc za górą a nas pogrążając w egipskich ciemnościach! Nie chcę tu opisywać całej drogi, którą wtedy przeszliśmy, powiem tylko, że najedliśmy się strachu. Na przełęcz dotarliśmy po najdłuższej w życiu 1,5-godzinie. Zejście do Brennej nie stanowiło już takiego problemu. Nazbierane przez nas jagody stały w kuchni 2 dni, nie mieliśmy ochoty ich ruszać.
P.S. Od tej pory, nawet na kilkugodzinny „spacer górski” nie ruszam się bez latarki. 
Beskid Śląski, koniec sierpnia, kilka ładnych lat temu. Postanowiliśmy z moją przyszłą żoną poświęcić jeden górski dzień na wylegiwanie się na słoneczku
Uzbrojeni w kubki, bez zbędnego jak na taką wycieczkę bagażu w postaci kurtek przeciwdeszczowych i latarek, wybraliśmy się więc z Brennej na przełaj w okolice czerwono znakowanego szlaku graniowego biegnącego z Przełęczy Salmopolskiej na Klimczok. Dotarliśmy w okolice Kotarza i zbierając jagódki chcieliśmy dojść do Karkoszczonki i zejść z powrotem do Brennej. Pogoda dopisywała, jagódki się do nas „uśmiechały” więc wszystko było OK
Ciemności zapadały coraz szybciej, na szarzejącym niebie zaczął pojawiać się ogromny księżyc w pełni. Ogarnęła nas lekka euforia, ale pięknie, ale czy aby nie za ciemno??? Jeszcze raz zerknąłem na zegarek i... nagle jak grom z jasnego nieba naszło oświecenie
Czas mijał nieubłaganie, ludzi zero a przełęczy „ani widu ani słychu”, w końcu szlak (który wg mapy miał biec granią) przewinął się na północną stronę grani zostawiając księżyc za górą a nas pogrążając w egipskich ciemnościach! Nie chcę tu opisywać całej drogi, którą wtedy przeszliśmy, powiem tylko, że najedliśmy się strachu. Na przełęcz dotarliśmy po najdłuższej w życiu 1,5-godzinie. Zejście do Brennej nie stanowiło już takiego problemu. Nazbierane przez nas jagody stały w kuchni 2 dni, nie mieliśmy ochoty ich ruszać.
AdiK,nawet mi o tym nie mówAdiK pisze:Jedną z informacji, którą należy bezwzględnie znać na górskim szlaku, jest godzina zachodu słońca.
Pamiętam jak kilka lat temu zeszłyśmy poźno do Kuźnic. Nie pamiętam która to była godzina, ale po busach już ani śladu. A my zmęczone po wejściu i zejściu z Granatów... Nie było innego wyjścia jak iść pieszo
. Po drodze spotkałyśmy zakonnice
Ciekawe skąd one się tam wzięły
Po przejściu "kawałka" drogi pojawił się bus
I reszty już pisać nie muszę 
A mi się teraz przypomniało jeszcze jak po zejściu z Rysów zaraz zrobiło się ciemno i musiałyśmy przejść jeszcze Doliną Rybiego Potoku...Jak sobie naopowiadałyśmy o tym, że o tej godzinie zaczynają wychodzić misie, to zrobiło się nerwowo. Za jakiś czas w oddali było słychać dźwięki wydawane jakby przez owe misie
Nie zapomnę jak prawie biegem dotarłyśmy do Busów 
Co do Miśków, to pamiętam pewne zdarzenie, jak to kiedyś wieczorkiem wracaliśmy z Hali Gąsienicowej do Zakopca. Rozmawialiśmy właśnie na temat miśków, które w tej okolicy mają ponoć swoją gawrę. W pewnej chwili za naszymi plecami rozległo się dziwne mruczenie
, popatrzeliśmy na siebie z lekkim strachem, wtem... kolejne „mruczenie”
... zdębieliśmy już na dobre. Okazało się, że takiego stracha napędził nam nie misiek a... alarm wibracyjny nowej komórki mojej żony, która spokojnie spoczywała sobie w górnej klapie plecaka! Przyszedł SMS, a my o mało co... oj, lepiej nie mówić! 
Wydawało mi się, że mnie w miarę doświadczonego górołaza, nic nie jest w Tatrach zaskoczyć. No bo to że się załamie pogoda, skręcę nogę albo z innego powodu będę musiał zmienić plany- to przewiduję, nie zaskoczyłoby mnie to. W ubiegłym roku wyszliśmy na szlak: Kasprowy-Świnica, Granaty.. Z Granatów mieliśmy zejść do Gąsienicowej, ale zrobiło tak tylko dwóch kompanów. Z trzecim poszedłem na Krzyżne i przez Dol. Pańszczyca doszliśmy ok. 19 do Murowańca. Wypiliśmy po piwku i ruszyliśmy do Kuźnic, bo zaczęło już się robić szaro. Dochodząc do Przeł. Między Kopami oświeciło nas, że nie mamy latarek. Latarki mieli w plecakach chłopaki, którzy zeszli wcześniej. Droga przez Boczań o ciemku bez latarek to horror.. Wniosek: Licz zawszę na SIEBIE.. To nic, że twój partner ma dwie latarki, ma dwa płaszcze przeciwdeszczowe. Ważne, co Ty masz w plecaku. To była gafa, która kosztowała mnie stłuczone kolano.




