przepiękne góry... niesamowici ludzie... Dolomity 2005

Wspomnienia z pobytu w górach, relacje, plany wyjazdów.
outsider

-#2
Posty: 61
Rejestracja: śr 08 cze, 2005
Lokalizacja: Opole...
Kontakt:

przepiękne góry... niesamowici ludzie... Dolomity 2005

Post autor: outsider »

jednym słowem wyjazd życia... trudno mi będzie wyrazić słowami wszystko to co przeżyłem i zobaczyłem w tych niezwykłych górach... specyficzny charakter gór, via ferraty, wspinaczkowy charakter zdobywania szczytów... wspinaczka połączona z chodzeniem po górach... czego można chcieć więcej... myślę, że tylko przyjaciół z którymi można to wszystko przeżyć... ja miałem to szczęście...

nie wiem jak przekazać Wam relację z tej wyprawy... myślę, że najlepiej będzie jak połączę własne wrażenia i przeżycia z opisem i informacjami technicznymi tras, które udało nam się przejść... ocenę pozostawiam Wam...

moja przygoda Dolomitów zaczyna się już 11 sierpnia wieczorem w kinie na premierze filmu "Skazany na bluesa" w towarzystwie niezwykłej osoby... osoby dzięki której moje życie nabrało nowego znaczenia i charakteru... sam film też niezwykły... zmienił we mnie spojrzenie na osobę Ryśka, jego życie i sposób patrzenia na świat... zawsze uważałem go za człowieka niezwykłego... po filmie stał mi się jeszcze bardziej bliski... film godny polecenia... niezwykły początek niezwykłej wyprawy... potem samotna droga do Rybnika, a przepraszam do Boguszowic... zbiórka była zaplanowana u Gosi... gdy zajechałem na miejsce, Zygi z Darkiem już pakowali wszystko co trzeba było zabrać do samochodu, a wierzcie mi, że jak na 4-osobową wyprawę, to mieliśmy tego jakby jechało co najmniej 6 osób... gdy wyciągnąłem swoje rzeczy i Zygi zobaczył ile jeszcze musi zabrać... widziałem w jego oczach dezorientację i coś w rodzaju - "co on tam qrwa wsadził do tych plecaków"... ale udało nam się zapakować i wszystko się zmieściło... ale tylko dzięki temu, że mieliśmy jeszcze bagażnik na dachu... inaczej byśmy się chyba nie zabrali z tym wszystkim... aha... zapomniałbym... dużo kontrowersji wzbudził miód który zabrałem ze sobą... niestety był to miód kupiony w Zakopanem i jako, że miał być ładnie zapakowany, no to był... w słoiczku, ale takim super ciężkim i z grubego szkła, z wieczkiem na zasadzie zacisku... długo się Zygi zastanawiał, czy go zabrać... wcale mu się nie dziwie bo słoik ważył więcej niż sam miód, ale... smakował cudowanie z herbatką, po długich spacerach...
jako, że już było po 24, czas było iść spać, bo rano spotkanie w Żorach z drugą ekipą... cała wyprawa składała się z dwóch grup (2 samochodów)... naszego, czyli Gosia, Zygi, Darek i ja oraz drugiego autka, czyli Iwony, Doriana i Adama... na dobry sen wypiliśmy jeszcze po lampce winka z toastem za Dolomity...

12.08.2005

rano po 9.00 byliśmy już w Zorach... pożegnaliśmy się z pieskiem Gosi... a na imię ma Apsik... świetny piesek o ciekawym imieniu... tam zatankowaliśmy autko, zrobiliśmy ostatnie zakupy i powoli czas było się zbierać... spotkanie na stacji benzynowej... gdy przyjechała druga ekipa, okazało się, że wcale nie mieliśmy tak dużo rzeczy jak nam się wydawało na początku... :)
w kierunku Cieszyna, a potem Słoweni w Alpy Julijskie wyjechaliśmy o 10.00... Do schroniska 'Aliażew Dom' (1015m) dojechaliśmy około 23:30... w czasie tej drogi, przejeżdżaliśmy najdłuższym tunelem jakim do tej pory jechałem, a mianowicie tunelem 'Karawanken Tunel' (przejście graniczne Austria-Słowenia), który miał 8km długości... w schronisku, mimo późnej pory, otrzymaliśmy nocleg w jednym z domków... klimat typowo schroniskowy...
jutro wychodzimy na 'Triglav' (2864m)... prawdopodobnie dojdziemy tylko do schroniska 'Triglavski Dom' (2515m), a na sam 'Triglav' wejdziemy dopiero w niedziele...


13.08.2005

dzień zaczął się od pobudki zgotowanej nam przez obsługę schroniska... przyszła pani i swoim łamanym angielskim poprosiła nas o wyjście z pokoju do godziny 9:00... każdy jej wysłuchał z nadzieją, że pewnie jest około 7:00... duże było nasze zdziwienie gdy się okazało, że już 8:30... no cóż... trzeba było szybko się zbierać... szybki prysznic w lodowatej wodzie, albo i nie... i śniadanko... pierwsza próba naszych nowych palników... usiedliśmy sobie wygodnie przy schronisku, gotując wodę na herbatkę i kawkę, robiąc przy okazji kanapeczki... i to był koniec naszego spokojnego śniadanka... wszystko przez starszą panią po 50-tce... podeszła do mnie i próbowała mi coś powiedzieć po Słoweńsku... tzn nie powiedzieć, bo ona ciągle krzyczała i gadała jak nakręcona... próbowałem zrozumieć co ona do mnie mówi... z jej gestykulacji wywnioskowałem, że nie wolno trzymać palników na stole... no to mówię sobie ok... postawię je na ziemi... co mi za różnica... ale ona kurna dalej na mnie krzyczy... no to słucham jej dalej z uwagą... teraz już nie pokazywała na ziemie i na palnik, ale na odległy od schroniska plac... kolejna próba dogadania się z niemiła Słowenką po 50-tce... wziąłem pana palnikowskiego i garnek i poszedłem na ławeczkę nieopodal schroniska, ale już nie w jego bezpośrednim kontakcie, z nadzieją, że pani się wreszcie odczepi... no i stało się... zaznałem długo oczekiwanego spokoju... nie na długo niestety... jakież było moje zdziwienie, gdy na horyzoncie zobaczyłem resztę moich przyjaciół z kanapkami... okazało się, że pani i do nich miała zastrzeżenia... a mianowicie kazała nam się wszystkim zbierać stamtąd bo stoliki przy których siedzieliśmy były przeznaczone tylko dla osób które kupowały w schronisku... a my że mieliśmy swoje jedzenie byliśmy intruzami... wszystko byłoby ok, gdyby nie to że wszystkie inne stoliki były wolne i to czy my zajęliśmy jeden czy nie, nie miało żadnego znaczenia... no ale cóż... trzeba wybaczyć pani... może to nie był jej najlepszy dzień... obróciliśmy to jednak w wielki żart... żartowaliśmy sobie, że zaraz pani znowu przyjdzie i nas i stąd wygoni... :)... zjedliśmy jednak spokojnie już resztę śniadania i poszliśmy zapłacić za nocleg... tym razem była to młoda kobieta... ta była dla nas bardzo miła... zeszliśmy do samochodów żeby się spakować... na nocleg wzięliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy... szliśmy na dwa dni więc trzeba było zabrać duże plecaki i więcej rzeczy, no i jedzenie... hasłem dnia był tekst Zygmunta... chwilę przed wyjściem na szlak, Zygmunt szukający swoich butów - "chyba mam buty... ja pierdole..." strach trwał jednak tylko przez chwilę... buty się znalazły... ale przyznam się, że ubawił mnie Zygmunt, gdy zestresowany szukał swoich butków... wybacz Zygmusiu (:p), ale to naprawdę było śmieszne...
i tak wyruszyliśmy w kierunku Triglava... początek ciężki... do tego ciążył nam jeszcze plecak... ciężkie, strome podejście od pierwszych metrów... w połowie drogi, dla naszego bezpieczeństwa, zaczęły się pojawiać się liny... no więc my, mądre głowy, wyciągnęliśmy z plecaków uprzęże, lonże i resztę szpeju i wyruszyliśmy w dalszą drogę... teraz z perspektywy czasu, myślę, że wyglądaliśmy komicznie i pewnie nie jeden z mijających nas górołazów, miał niezły ubaw z nas... po Dolomitach i via ferratach, sam bym się uśmiechnął na widok takich profesjonalnie ubranych ludków, idących na Triglav... ale wtedy... przynajmniej poćwiczyliśmy sobie wpinanie i wypinanie automatów z liny... kilka fotek też się udało pstryknąć... chociaż mam uśmiech na twarzy, patrząc na nas tak ubranych... :)...
w trakcie drogi stwierdziliśmy że nie będziemy nocować w 'Triglavski Dom' (2515m) ale w 'Domu Valentina Stanića' (2332m)... załamała się pogoda... mgła się coraz bardziej wzmagała i zaczynało powoli padać... do 'Valentina Stanića' było bliżej... ale gdy przyszliśmy okazało się, że nie ma już miejsca w schronisku... jednak jakimś cudem Zygi poszedł i załatwił nam miejsca... co prawda na strychu na materacach, ale dla nas to nie problem, a nawet lepiej... dla mnie ma to swój urok... ciekaw tylko jestem jak on to zrobił... ale to już jego słodka tajemnica... :) wyciągnęliśmy palniki i zaczęliśmy gotować... a mieliśmy puszki z fasolą na kolację... oj to się będzie działo... kolacyjka była super... smakowała jak nigdy, po całym dniu wędrówki... potem zanieśliśmy plecaki do góry, a w zasadzie trzeba było je tam wciągnąć po drabinie... miejsce super... nic więcej do szczęścia nie było nam potrzebne... no chyba tylko jakiegoś winka...ale i ono się znalazło... czekało na nas na dole, w stołówce... trzeba było co prawda zapłacić za nie, ale smakowało cudnie... czas upłynął na wspólnych planach i wspomnieniach z poprzednich wyjazdów, no i na poznaniu się...
znów miałem szczęście i w stołówce obsługiwała mnie starsza Słowenka... no i powiem szczerze, że historia się powtórzyła... zanim dostałem upragnione wino, mimo, że stało obok mnie i byłem pierwszy w kolejce, dostałem je po uprzednim obsłużeniu kilku innych osób... ach te starsze panie... dobrze, że te młodsze były bardziej rozmowne i uprzejme...
noc była długa, mimo, że się wcześnie położyliśmy... ja osobiście nie mogłem zasnąć... może to przez tą wysokość... a nocowaliśmy przecież wysoko... czyżby choroba wysokogórska... oby nie...

14.08.2005

pobudka o 7:00... o 8:00 byliśmy już w drodze do 'Triglavskiego Domu'... pogoda całkiem się zrypała... mgła totalna, widoczność zerowa, od czasu do czasu pada... no ale cóż... trza iść... o 9:00 byliśmy już w schronisku... czas na śniadanie... brakowało go trochę w tej pierwszej godzinie... rozpaliliśmy palniki... herbatka, kawka... miło czas płynął i jakoś nikomu się nie chciało wyruszać dalej... zastanawialiśmy się również czy iść na szczyt, bo i tak nic nie widać, czy może zrezygnować i zejść wcześniej do 'Aljażev Dom' i jechać w Dolomity... w końcu jednak skoro byliśmy 1h od szczytu to czemu nie... zostawiliśmy plecaki pod ławkami w schronisku i bez żadnego obciążenia poszliśmy na 'Triglav'... droga nie była łatwa i trochę monotonna... może dlatego m.in. że totalna mgła nie pozwoliła nam na podziwianie jakichkolwiek widoczków... mimo złej pogody mijaliśmy wielu ludziów... czasami podobnie jak my ubrani w cały 'szpej' a czasami bez jakichkolwiek dodatków... dojście na szczyt nie było jakoś wielce męczące... mimo krótkiej aklimatyzacji... trudno mi coś powiedzieć o wrażeniach z samego szczytu, bo za dużo widać nie było... mgła, mgła, mgła... ale szczyt został zdobyty (2864m)...
zejście z powrotem do schroniska, zabranie plecaków i czas w drogę... zejście do 'Aljażev Dom' bardzo ciekawe... mgła trochę się rozstąpiła i można było coś zobaczyć... szliśmy po gładkich równinach, wyglądało to trochę jak spacer po księżycu... myślę, że ciekawe musi być tutaj wejście zimą, lodowcem... dużo szczelin i zapadlisk... może kiedyś się wybierzemy... dalsze zejście strome... droga do parkingu strasznie nam się dłużyło... już z daleka widać było schronisko, a my mimo, że ciągle schodziliśmy w dół, wcale się nie przybliżaliśmy do niego... dotarliśmy jednak na miejsce...
niestety zaczynają mnie obcierać buty... coś z nimi nie tak... miałem nadzieje, że je rozchodziłem już... niestety musze zacząć bandażować stopy, bo inaczej sobie nie pochodzę za dużo... mam tylko nadzieję, że to coś pomoże...
wrzuciliśmy wszystko jak było do samochodu i udaliśmy się w Dolomity... było już późno, więc jechaliśmy dokąd nam się chciało... zatrzymaliśmy się na Camie Torneari przy Cella już we Włoszech... od jutra już spacerujemy po Dolomitach... może uda nam się jeszcze jutro zaliczyć jakąś prostą ferratkę... czas pokaże... pierwsza nasza noc w namiocie... musimy się zmieścić do 3-osobowego namiotu w 4 osoby... i jakoś nie mamy z tym problemu... mieścimy się idealnie... "nie przyjechaliśmy tutaj przecież dla przyjemności" :)... szczerze powiedziawszy to namiot przetestowaliśmy już wcześniej w Kobylanach... i to z plecakami...


15.08.2005

no i zaczęło się... około południa dojeżdżamy do długo upragnionej Cortiny... zazdroszczę trochę Włochom, iż budząc się rano mogą podziwiać piękno otaczających ich gór... przepięknie usytuowane miasteczka u podnóża gór... brak słów...
dojeżdżamy do Cortiny... jest już po 12... szybko podejmujemy decyzję, że czas najwyższy na naszą pierwszą ferratkę... zdecydowanie wybieramy 'Via Ferarate Michielli Strobel'... jest ona w bezpośrednim kontakcie z Cortiną, a po za tym jest krótka i niezbyt trudna... traktujemy dzisiejszy dzień jako rozgrzewkę przed następnymi dniami i sprawdzeniem co to w ogóle są te ferraty... dzień treningowy...
zatrzymujemy się przy restauracji 'Fiames' (1293m)... krótka przerwa na małe conieco... tylko w naszym przypadku, i tak już było do końca i przy każdym posiłku, ta krótka przerwa trwała zawsze znacznie dłużej niż byśmy tego chcieli... dlaczego??... tego nikt nie wie... :)... tak więc zjedliśmy mały posiłek, spakowaliśmy lonże i małe jedzonko z kawką do plecaków i w drogę...
co mnie zaskoczyło na samym początku drogi to strome podejście, aby w ogóle dotrzeć do tej ferraty... niestety coś za coś... szkoda, że ferraty nie zaczynają się tak jak ściany wspinaczkowe w Kobylanach... niestety, tutaj trzeba było podchodzić stromymi piargami, aż pod samą ścianę, gdzie tablica oznajmiła nam początek ferraty... co utkwiło mi też w pamięci, to fakt, że przyzwyczajony do bardzo dobrego oznakowania szlaków w naszych kochanych Taterkach, tutaj oznakowanie jest praktycznie znikome... jeśli już jest to zawsze są to biało-czerwone malowidła na skałach... na szczęście drogi były wydeptane i mniej więcej wiedzieliśmy jak iść...
doszliśmy w końcu do początku naszej ferratki... tutaj przerwa, na założenie uprzęży, lonży i kasku... pamiętam, że z dużym zaciekawieniem i zniecierpliwieniem stałem pod ferratką, ubierając się i czekając kiedy w końcu będę mógł posmakować tej mojej pierwszej w życiu ferratki... (nie będę się tutaj skupiać na tym czy była półka skalna, czy jej nie było, oraz jak wyglądała cała droga i jej fragmenty... zaciekawionych odsyłam do przewodnika po Dolomitach...)... gdy zaczęliśmy się wspinać, pierwsza wpinka, pierwsze próby przepięcia... czułem podniecenie i niezłą błogość, że znów mogę przebywać na ścianie i to w tak pięknych górach... wpinasz się lonżą do stalowej liny i mając świadomość ciągłej asekuracji wspinasz się po skale... wspinaczka połączona z chodzeniem po górach... o tym zawsze marzyłem... teraz przez kilkanaście kolejnych dni będę miał ku temu okazję...
pokonując kolejne fragmenty ferratki doszliśmy do szczytu 'Punta Fiamemes' (2240m)... co mogę powiedzieć o samej ferratce... przyjemna droga... może dzięki małemu, bo małemu doświadczeniu wspinaczkowemu, nie sprawiła mi większych trudności... przyjemna wspinaczka na sam szczyt... półki, szczeliny, trawersy... po dotarciu na szczyt, pamiętam, że mimo ładnej pogody na dole, tutaj na szczycie wiało niesamowicie... spędziliśmy na szczycie chwilkę rozkoszując się otaczającymi nas górami i przepięknymi widoczkami, które na długo pozostaną w mojej pamięci... wpisaliśmy się również w "księgę odwiedzin" i udaliśmy się w kierunku przełęczy 'Forcella Pomagagnon' (2178m)... trochę szkoda, że to już koniec via ferratki na dzień dzisiejszy, ale z drugiej strony... przecież to dopiero pierwszy dzień... jeszcze tyle przed nami... zeszliśmy do przełęczy i stromymi piargami zaczęliśmy schodzić w dół z powrotem do Fiammes... nie pamiętam już jak do tego doszło... w czasie schodzenia zatrzymaliśmy się i Darek zdjął plecak... zapomniał jednak, że do jednego z pasków miał przymocowany aparat fotograficzny... aparat upadł na ziemie... na szczęście był w futerale... ale to nie pomogło, bo po stromym zboczu, aparat, mimo akcji ratunkowej Darka, zaczął szybkim krokiem staczać się w dół, bez żadnej nadziei, że się gdzieś po drodze zatrzyma... oddalał się od nas z dużą prędkością... i kurde nie chciał się drań zatrzymać... w końcu zniknął nam z oczu wpadając w jakąś szczelinę... no i zamarliśmy wszyscy na chwilę nie wiedząc co powiedzieć i jak głęboko mógł aparat spaść w dół... zeszliśmy szybko w kierunku miejsca gdzie aparat zniknął nam z oczu, ale po nim ani śladu... po długich poszukiwaniach w końcu ukazał nam się czarny futerał... pytanie, które każdy sobie zadał, to ile zostało z aparatu... podszedłem do czarnego pudełka i zajrzałem do środka... Darek stał trochę wyżej, nie potrafię opisać tego co widziałem w jego oczach, kiedy stał tam tak i czekał na wiadomość ode mnie co z aparatem... otworzyłem futerał, wyciągnąłem aparat i uśmiechnąłem się... na twarzy Darka widać było uśmiech z nutką ulgi...
zeszliśmy niżej... usiedliśmy i wyciągnęliśmy z plecaków ciasto, które Daro przywiózł i kawkę... chwila odpoczynku... wciąż nie mogłem uwierzyć, że siedzę tutaj i mogę to wszystko podziwiać i oglądać...
zeszliśmy do Fiammes, wrzuciliśmy rzeczy do samochodu, który grzecznie na nas czekał i pojechaliśmy do pobliskiego campinu Olimpia... kolejna noc w namiocie...

'cdn'
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

No i proszę jaki piękny temat i początek... z niecierpliwością czekam Tomku na cd :D
outsider

-#2
Posty: 61
Rejestracja: śr 08 cze, 2005
Lokalizacja: Opole...
Kontakt:

Post autor: outsider »

Iwona pisze:z niecierpliwością czekam Tomku na cd
dla Ciebie i innych... cd...

16.08.2005

pobudka miała być o 6:00... no i była... ale z namiotu wygrzebaliśmy się to było już po 7:00... szybkie śniadanko, prysznic i w drogę... w drodze niestety opatrunek moich stópek, które niestety wciąż torturowane przez butki, zaczynają być w nie najlepszej formie... w tym miejscu chciałbym podziękować Gosi, naszej pielęgniarce, która na prawdę troskliwie i z sercem się mną opiekowała... Gosiu - dużo buziaków... dzięki wielkie...
dojeżdżamy do kolejki w 'Capanna Rio Gere', gdzie możemy wyruszyć kolejką do 'Son Forca' a potem do 'Rif.Guido Loreni'... rezygnujemy jednak z tego luksusu i stwierdzamy, że kolejką wjedziemy dopiero z 'Son Forca'... jedziemy dalej do 'Tre Croci' (1809m)... droga w zasadzie bez jakiś szczególnych zachwytów... po prostu zwykłą ubitą drogą, po której od czasu śmigały samochody z czerwonymi klockami hamulcowymi (to w dół), lub z rykiem silnika, który dyszał równie jak my (to w górę)... lepiej może trzeba było skorzystać z kolejki... żadna to przyjemność wchodzić tą drogą... tym bardziej, że z przymusu, szedłem w klapkach... około godziny marszu pod górę... o tyle dobrze, że to nie piarg... po dojściu do 'Son Forca' (2215m) nikt już nie chciał wybrać opcji "idziemy dalej pieszo"... wcale się nie dziwię... ostre podejście w górę i to w dodatku piargiem... nie nie... my wolimy kolejkę... 25min w górę kolejką, która przypominała... hmmm... sam nie wiem co... sami zobaczcie... była w każdym razie 2-osobowa... jakoś wcisnęliśmy się z Gosią do środka i jazda w górę... powolna jazda... patrząc w dół przepiękna panorama... patrząc w górę... hmmm... z dołu wyglądało to na niezłą zimę... szczyt cały biały, a wiaterek też sobie pozwalał na wiele... puste wagoniki powyżej bujały się razem z nim... a wierzcie mi, widząc to nie było mi do śmiechu... miałem nadzieję, że nasz nie podda się tak łatwo... jakoś kurcze nie lubię kolejek... nie mam zaufania do tego rodzaju sprzętu... ale cóż... mus to mus... patrząc na wagonik powyżej, w którym jechał Zyfri z Darkiem, miałem uśmiech na twarzy... szczególnie dlatego, że Zygi nie marnując czasu na głupoty, postanowił się już ubrać w uprząż, lonżę i cały pozostały szpej... wyglądało to zabawnie... żartowaliśmy sobie z Gosią, że na szczycie wyskoczy z kolejki i prosto z marszu wyruszy na via ferraty, pozostawiając nas z tyłu... na szczęście poczekał na nas... dojechaliśmy w końcu na szczyt... wyjście z kolejki nie było wcale takie łatwe... szczególnie że... przygotowaliśmy się do niego już wcześniej, ale jakoś Gosia polubiła tą dziuple i nie chciała jej opuszczać... może nie tyle Gosia co jej plecak... przy wychodzeniu zahaczył się łobuz o jedną z desek... szybka interwencja Gosi i plecak musiał ustąpić...
na górze zimno, strasznie zimno... wszystko było oblodzone a z poręczy zwisały sobie niczemu nie winne i beztroskie sopelki... weszliśmy do schroniska... ja oczywiście pierwsze co, to rozejrzałem się za piecząteczką, aby utrwalić swój pobyt... zajęliśmy miejsca przy stole... zamówiliśmy herbatkę i zaczęliśmy się zastanawiać co dalej... mieliśmy do wyboru dwie ferratki... na prawo 'via ferrata Maria Bianchi', na lewo 'via ferrata Ivano Dibona'... początkowy plan był taki, że najpierw wchodzimy na 'Bianchi', a potem wracamy do samochodu ferrata 'Dibona'... ale w tych warunkach raczej nie było mowy o 'Bianchi'... wiało tak strasznie i było tak zimno, że w końcu zrezygnowaliśmy z 'Bianchi' i od razu poszliśmy na 'Dibona'... początek ostro pod górę po drabinie i przejście przez grotę... dalej niestety nie wiem co było... zaczęło się wypogadzać... Zyfri dostrzegł, że na 'Bianchi' wchodzi dwójka ludziów... jego decyzja była spontaniczna... zaproponował, aby jednak spróbować tam wejść... poszliśmy tam tylko we dwójkę... reszta grupy wybrała 'Dibona'... sama ferrata jest dużo bardziej urozmaicona, poprowadzona naturalnymi półkami, oraz wzdłuż dawnej ścieżki włoskich Alpini (żołnierzy górskich)... jest to ferratka, którą na pewno w przyszłości chciałbym przejść...
tak więc wróciliśmy się do 'Lorenzi' i stamtąd na 'Bianchi'... ferratka ciekawa technicznie... kilka ciekawych miejsc, w których przydały się umiejętności wspinaczkowe, ale myślę że i bez nich można było spokojnie dać sobie radę... w pamięci utkwiły mi oblodzone, zimne drabinki, oraz ostre podejścia w górę... czułem płynącą we mnie adrenalinkę, przy podchodzeniu po nich... gdzieniegdzie ślisko i śnieg... ale raki, które mocno nam zalecano w schronie nie były potrzebne i spokojnie można było się bez nich obejść... końcówka drogi, spokojnie granią... można już było się wogóle nie przypinać do lin... ferratka zakończona szczytem 'Monte Cristallo Mezzo' (3-tysięcznik)... na górze przepiękna panorama Dolomitów... chmury zupełnie się rozeszły dzięki czemu było co podziwiać... siedzieliśmy z Zygmuntem długą chwilę na szczycie, patrząc na otaczające nas piękno... przyznam się, że w pewnym momencie odpłynąłem w świat marzeń przyglądając się temu pięknu... na prawdę życie i jego sens nabiera nowego znaczenia... nowych kolorów... nabiera nowego sensu... w pewnym sensie znów pokochałem to życie, tylko inaczej na nie teraz patrzę... żal było odchodzić... miałem ochotę siedzieć tam cały dzień, wpatrując się w szczyty i dolinki... ale niestety... jeszcze tylko wpis do "księgi pamiątkowej" i powrót tą samą drogą do schroniska 'Lorenzi'... droga niby ta sama, ale jednak wejście a zejście ferratką to spora różnica... najtrudniej było na gładkich oblodzonych pionach... wejść było łatwo w porównaniu z zejściem... ale to już tak jest w tym życiu... wejść zawsze się da... a zejść to już zależy... :)...
dotarliśmy do 'Lorenzi'... gdy schodziłem z grani czułem na sobie spojrzenia ludzi stojących na tarasie schroniska... patrzyli na nas z podziwem... czułem się jakbym wracał z niewiadomo jakiej ekspedycji... fajne to uczucie... czuć że robisz coś co nie każdy w życiu może robić, zdobywasz szczyty (czy via ferraty :) ) i jest ktoś kto to podziwia i docenia...
czas na zasłużony posiłek... po rozdzieleniu pozostały nam (całkiem przypadkiem) kawa, kabanosy, chleb i ogórki... zawsze dzieliliśmy jedzenie i każdy brał coś... tym razem mieliśmy szczęście że mieliśmy wszystko co było nam potrzebne... niestety Gosia z Darkiem nie mieli chyba chlebka, ale mieliśmy nadzieję, że Iwona, Dorian i Adam podzielą się z nimi swoim... mieli za to herbatkę i konserwy... chociaż Gosia pewnie tęskniła za kawką...
zjedliśmy co było, Zyfri pogadał sobie jeszcze z Włochami po włosku i czas było zbierać się na dół... odpuściliśmy sobie już ferratę 'Dibona'... nie było na to czasu... piargiem w dół... z kolejki też nie korzystaliśmy... ostro w dół po kamieniach wydeptanym szlakiem w kształcie zygzaka... z podziwem patrzyłem na ludzi, którzy wchodzili tym piargiem do góry, do schroniska 'Lorenzi'... do 'Son Forca' doszliśmy, a w zasadzie dobiegliśmy w mgnieniu oka... iść się nie dało :)... potem znów tą żmudną drogą do 'Tre Croci'...
siedząc na dole i czekając na resztę grupy, ze smutkiem patrzyłem na swoje stopy... bandaże elastyczne, gazy i maść w jakimś stopniu zapobiegały dalszym otarciom... ale stopy i tak bolały... zastanawiam się ile jeszcze zdołam przejść... szkoda by było zostać na biwaku i patrzeć jak grupa odjeżdża ku nowym przygodom...
nocleg znów na Campie Olimpia... co będziemy robić jutro jeszcze nie wiadomo... mam nadzieję, że będzie jak najwięcej ferrat, a jak najmniej podchodzenia... ze względu na moje nóżki...
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

Tomek,dziękuję Ci za Bianchi...za możliwość "przejścia" nią 31.09. o godz.23.15 :)
outsider pisze:w pewnym momencie odpłynąłem w świat marzeń przyglądając się temu pięknu... na prawdę życie i jego sens nabiera nowego znaczenia... nowych kolorów... nabiera nowego sensu...
:) :) :)
outsider pisze:ale mieliśmy nadzieję, że Iwona, Dorian i Adam podzielą się z nimi swoim...
była wspólna uczta Tomku i nawet o 2 Euro nikt nie wspominał ;) :D

Powiem szczerze,że te Twoje otare nogi całe 2 tyg "chodziły mi po głowie",bo znam ten ból i doskonale wiem,co musiałeś czuć. Szczerze Cię podziwiam,nie wiem,czy ja dałabym radę....
Awatar użytkownika
Czesiek

-#6
Posty: 2015
Rejestracja: sob 20 wrz, 2003
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Czesiek »

outsider pisze:... otworzyłem futerał, wyciągnąłem aparat i uśmiechnąłem się... na twarzy Darka widać było uśmiech z nutką ulgi...
Znam to uczucie - choć w troszkę w innej wrsji. :)
outsider pisze:wiało tak strasznie i było tak zimno
Jejku - a tak było mi ciepło... :( :x
outsider pisze:odpłynąłem w świat marzeń przyglądając się temu pięknu
Jak większość z nas :think:
outsider pisze:czułem się jakbym wracał z niewiadomo jakiej ekspedycji
Miałeś do tego prawo. :)
Dzięki za opis - czekam na c.d.

Ps. Szef się pojawił, ale pozwolił mi w spokoju dokończyć czytanie Twojej relacji - Outsider. :) :D
Awatar użytkownika
Wrc

-#2
Posty: 53
Rejestracja: pn 13 cze, 2005
Lokalizacja: Rybnik
Kontakt:

Post autor: Wrc »

Witam :)

Podziwiam was, czytając tą relacje zazdroszcze wam :) i mam nadzieje że to nie ostatni wasz wspólny wyjazd w Dolomity
potem samotna droga do Rybnika, a przepraszam do Boguszowic
Widzę że mieliście zbiórke w mojej wsi :) a dokładnie w Boguszowicach Starych czy Osiedlu :? :) Nie spodziewałęm się spotkać kogoś na forum z mojej wsi :D

Pozdrawiam ;)
outsider

-#2
Posty: 61
Rejestracja: śr 08 cze, 2005
Lokalizacja: Opole...
Kontakt:

Post autor: outsider »

Wrc pisze: dokładnie w Boguszowicach Starych czy Osiedlu

szczerze mówiąc to nie wiem... może Gosia Ci kiedyś odpowie... wiem tylko że mieszka blisko kościoła... :)... ale to pewnie nie za duzo wyjaśnia... :P


------------------------------------------------------------------------------------

cd....

17.08.2005

wstaliśmy rano... spontanicznie podjęta decyzja, że jedziemy w Tofany... Iwona wraz ze swoją grupa postanowili jechać w ... (niestety nie pamiętam dokładnie nazwy... w najbliższym czasie to uzupełnię)... nasze autko pojechało w Tofany... dojechaliśmy samochodzikiem aż do schroniska ' Rifugio Dibona' (2037m)... schronisko malowniczo usytuowane w dolince... przepiękny widok na Tofany... dziś wycieczka jednodniowa... nie ma się co przemęczać... przecież jesteśmy na wakacjach... :)...
wyruszamy z małym bagażem na plecach do schroniska 'Pomedes' (2303m)... ścieżka ostro w górę i jak to bywa zawsze w pierwszej godzinie marszu, zadyszka... schronisko 'Pomedes' jest naszym punktem wyjścia i powrotu zresztą też, na szczyt 'Punta Anna'... przepiękny widok na 'Marmoladę'... szczyty pokryte śniegiem... pięknie uformowany lodowiec, po którym niedługo pewnie będziemy wchodzisz na jej szczyt... dziś jednak co innego w planach... wyruszamy z 'Pomedes'... jak to już w Dolomitach często bywa początek drogi ostro pod górę piargiem, aby dojść pod wschodnią ścianę do via ferraty 'Giuseppe Olivieri'... nie wiem jak to jest, ale z każdym dniem coraz bardziej jestem zachwycony ferratkami i za każdym razem stwierdzam, że ferratki są coraz piękniejsze... z dzisiejszą jest tak samo... ferratka przepiękna, momentami trudniejsza, kilka ciekawych przewieszek, pionowych skał, kilka momentów siłowych, kilka trawersów biegnących bezpośrednio nad przepaściami... cudowne uczucie stać nad przepaścią i spojrzeć w dół, a pod tobą w zasadzie nic przez kolejnych 100-200 metrów... nie ma strachu... jest podniecenie... super... (oby tylko moi rodzice tego nie czytali :) )... nasze rączki i nóżki mocno przytwierdzone do skały pokonywały kolejne przeszkody i niedogodności, by odpoczywać na półeczkach i trawersowych przejściach... powoli dochodzimy do szczytu... mijamy kolejne grupy ferraciarzy... jeden Włoch, skarży się na ból w barku... puszcza nas pierwszych... Zygmunt proponuje mu "zabijacz bólu"... ale ten najwyraźniej nie zrozumiał dokładnie po angielsku o co chodzi Zyfriemu, od razu odmówił nie czekając na kolejne tłumaczenie... no cóż... zabijać można wiele rzeczy :)...
dochodzimy do szczytu 'Pta Anna' (ok. 2700m)... panoramka jeszcze piękniejsza niż na dole... chciałoby się posiedzieć chwilkę i podumać, ale czas nagli... idziemy dalej w kierunku 'Tofany di Mezzo', aby za niedługi czas odbić w prawo na 'Sent G.Olivieri'... jeszcze wcześniej odbija w lewo droga do schroniska 'Rif Giussani'... nawiasem mówiąc nasze jutrzejsze lokum na noc... docieramy do rozłamu szlaków i przez chwile trawersem a potem znów piargiem w dół do schroniska 'Pomedes'... i chociaż schronisko było w zasięgu oczu, droga poprowadzona troszkę na około strasznie wydłużyła moment dotarcia do niego... kilka momentów ubezpieczonych... ostrych zejść i byliśmy w schronie... po drodze oczywiście nie mogło się obyć bez zasłużonego posiłku... na piargach smakuje wszystko naj...
w schronie chłopaki kupili sobie po piwku, a my z Gosią jedno na pół... smakowało cudnie po tym dniu wędrówki... spodobały mi się też leżaki, które zapraszały do siebie swoją wygodą i beztroską... oczywiście nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie zrobili sobie krótkiej przerwy... ułożeni wygodnie podziwialiśmy i podziwialiśmy... i moglibyśmy tak pewnie jeszcze długo, gdyby nie fakt, że nie mamy gdzie spać i trzeba znaleźć nocleg... dzisiaj na dziko, gdzieś w tych okolicach, bo jutro powrót w Tofany...
szybkie zejście do 'Dibona' tą samą drogą co w rano w górę i do samochodu... noclegu nie trzeba było długo szukać... niedaleko schroniska, totalnie w lesie, na małej polance... zasługa Gosi i Zyfriego... widać, że miejsce to było już wcześniej oblegane przez innych... nie byliśmy pierwsi... nie rozbijając namiotu, z obawy przed strażą leśną zaczęliśmy gotować kolacyjkę... Darek gotuje dzisiaj Rizotto... ryż z warzywami... Gosia pstryka zdjęcia... oj kochana, pięknie wyszło Ci to zdjęcie z zachodem słońca... mistrzostwo świata... zaczęło się ściemniać więc ja wziąłem się za rozbijanie naszego domku...
kolacyjka smakowała, trzeba by powiedzieć - zajebiście... inaczej się tego nie da określić... siedzimy przy winku i kolacji... wspominając co już tu przeżyliśmy, wpatrując się w przepiękny zachód słońca i szczyty gór, planujemy co jutro... a wiecie co... to był chyba najpiękniejszy wieczór jaki spędziłem w Dolomitach... pewnie dlatego, że bezpośrednio w górach, no i na dziko... jest co wspominać...
stracha nam narobili Czesi... gdy siedzieliśmy sobie na polance, planując co jutro, usłyszeliśmy głosy... wszystkie czołówki zamilkły... siedzieliśmy chwilę w ciszy myśląc, że to straż leśna... po chwili się okazało kto narobił tyle zamieszania...
czas spać... jutrzejszy dzień już zaplanowany... a co to będzie... hmmm... to już jutro...
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

outsider pisze:Iwona wraz ze swoją grupa postanowili jechać w ... (niestety nie pamiętam dokładnie nazwy... w najbliższym czasie to uzupełnię)...
hehe-po noclegu "na dziko" w fajnym miejscu ...i zabawnie ustawionym namiocie (o tym potem :P ) wybraliśmy się z chłopakami zgodnie z wcześniejszymi planami na podbój Obejścia Sorapis.W planach była ferratka Vandelli 4/6 i nasz pierwszy nocleg we włoskim bivacco. Polecam-to wygodniejsze i cieplejsze jak namiot :D
outsider pisze:dojechaliśmy samochodzikiem aż do schroniska ' Rifugio Dibona' (2037m)...
no własnie,więc jednak moja książeczka nie kłamała,to tylko te mapy Tobacco są jakieś ciut dziwne...
A'propos map,to pomimo faktu,że te Tobacco są chyba najlepsze to pozostawiają sporo do życzenia....ale o tym szerzej też w innym temacie.

Wg.moich planów też mieliśmy spedzić 2-3 dni w Tofanach,z noclegiem na dziko ale...czasu zabrakło :(

Ferratka G.Olivieri 5/6 -faktycznie ciekawa,chyba najfajniejsza z tych,jakimi szłam do tej pory :think:
outsider pisze:"zabijacz bólu"...
-co to jest? Znowu jakiś "zwariowany" pomysł or...mistrza? :D
outsider pisze:... siedzieliśmy chwilę w ciszy myśląc, że to straż leśna... po chwili się okazało kto narobił tyle zamieszania...
a nas podczas jednej nocy kołysały do snu miarowe dzwięki dzwonków Milek pasących się po drugiej stronie drogi :D
outsider

-#2
Posty: 61
Rejestracja: śr 08 cze, 2005
Lokalizacja: Opole...
Kontakt:

Post autor: outsider »

Iwona pisze:
outsider pisze:Iwona wraz ze swoją grupa postanowili jechać w ... (niestety nie pamiętam dokładnie nazwy... w najbliższym czasie to uzupełnię)...
z wcześniejszymi planami na podbój Obejścia Sorapis.


o dziekuje bardzo... co dwie głowy to nie jedna :)...
Iwona pisze:
outsider pisze:"zabijacz bólu"...
co to jest? Znowu jakiś "zwariowany" pomysł or...mistrza? :D
mój angieski niestety kiepski, ale zrozumiałem, że środek przeciwbólowy to co z 'kill' po angielsku... mam nadzieje ze nie palnąłem głupotki... musze Zyfriego zapytac... :)... oj bedzie wstyd... :O
outsider

-#2
Posty: 61
Rejestracja: śr 08 cze, 2005
Lokalizacja: Opole...
Kontakt:

Post autor: outsider »

juz mam... :)

Zyfri spytał:

do you have any painkillers?

a co ten Włoch zrozumiał.. to już nie wiadomo... ale kill na pewno bo przestał go bark boleć i szybko uciekał od nas...:)
Ostatnio zmieniony czw 01 wrz, 2005 przez outsider, łącznie zmieniany 1 raz.
Awatar użytkownika
Czesiek

-#6
Posty: 2015
Rejestracja: sob 20 wrz, 2003
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Czesiek »

Może usłyszał: I'm The Killer - i zwiał. :))
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

Oooo,łobuziaki...tak straszyć biednego schorowanego Włocha :)) A'propos włoskiego rozumienia języków obcych ...miałbyś widzieć mnie w akcji kupowania lodów i piwa w pewnej przydrożnej knajpce w drodze powrotnej z Vandelli :)) Wyobraź sobie,że ja tłumaczyłam jednemu Włochowi po angielsku,on Włoszce po Włosku i tak oto dane mi było zjeść cytrynowe lody a Doriemu wypić napój bogów...ale jak już sobie Dorek zażyczył kupno mapy to....pokazałam palcem :))
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Wszędzie Was teraz pełno. Skaczę z tematu na temat, bo ciągle jestem
ciekaw Waszych relacji. Moja była bardzo płytka, ale przeżywałem to samo co Wy. Zejścia z Lorenzi gratuluję i współczuję :D ,ja szedłem
póżniej jeszcze całą Dibona. Pogodę jednak miałem chyba lepszą niż
Wy. Było suchutko i ciepło.
Czekam na cd.
outsider

-#2
Posty: 61
Rejestracja: śr 08 cze, 2005
Lokalizacja: Opole...
Kontakt:

Post autor: outsider »

18.08.2005

cd...

dziś kolejny dzień w Tofanach... wstaliśmy rano, aby jakiś pan strażnik nie zapukał nam do namiociku... szybko zwinęliśmy namiot i poszliśmy do samochodu... obok stał zaparkowany samochód Czechów... podjechaliśmy do schroniska 'Dibona'... całe 200m, ale co tam... wszyscy wsiedliśmy i czekaliśmy aż Zyfri nas tam zawiezie... wysiedliśmy i pierwsze co to wszyscy udali w wiadome miejsce... do tego jeszcze dla odważnych prysznic w lodowatej wodzie, albo kąpiel w umywalce dla mniej odpornych...
niedaleko schroniska, na wielkim kamieniu rozłożyliśmy palniki i śniadanko zaczęło się przygotowywać...
zaplanowaliśmy że wychodzimy na trzy dni... spakowaliśmy się więc odpowiednio i powolnym krokiem ruszyliśmy w kierunku przepięknej via ferraty 'Lipella', przy okazji mieszając się z grupką młodziaków którzy wybierali się do schroniska Giussani... szliśmy na początku razem... fajnie wyglądaliśmy z tymi wielkimi plecakami w śród tych małych szkrabów... po drodze chyba pomyliliśmy drogi... to oni powinni iść na ferraty, a my z tym pakunkiem najkrótszą drogą do schrona... ale co tam... ostre podejście pod górę (żadna nowość)... dużo czasu minęło, a zakrętów jeszcze więcej, zanim doszliśmy do wyznaczonego sobie celu... dotarliśmy do tunelu o dźwięcznej nazwie 'Galleria Castelletto'... tutaj krótka przerwa na założenie szpeju... krótka bo Zyfri poganiał jak mógł... czas uciekał, a my jeszcze nie doszliśmy do naszej ferratki... wejście do tunelu znajdowało się na pewnej wysokości... dotrzeć tam trzeba było po drabinach... patrząc na Gosię, która wchodziła tam tylko o jednej ręce, w drugiej trzymała niedojedzone jabłko, które od czasu do czasu znikało w jej ustach, można by rzec że wejście tam było banalne... problem był jednak z plecakami... były trochę za duże jak na wymogi jaskini... tzn. nie za duże tylko za wysokie... ogólnie było ok, ale czasami trzeba było się mocno natrudzić by przejść dalej... w tunelu total dark... przydały się w końcu czołówki, które do tej pory służyły nam głównie do rozbijania namiotu po ciemku i do... a nie powiem... tunel strasznie długi... cały czas pod górę po schodkach, ubezpieczony liną i strasznie zimno w nim było... przeszliśmy w końcu "mroczną jaskinię"... ukazała nam się, mimo małej mgły znów przepiękna panorama Dolomitów... kilka fotek na panoramkę i na sam tunel i dalej w drogę... do ferratki jeszcze kawałek... szliśmy trawersem... szybko dotarliśmy do miejsca, gdzie 'Lipella' miała swój początek... pamiętam, że podniosłem wysoko głowę i się uśmiechnąłem... tego mi trzeba było bo żmudnym i monotonnym podchodzeniu do 'Gallery'... pionowa ściana, zachęcająca do wspinaczki i podziwiania piękna, które wraz z wysokością rosło...
nie wiem jak opisać piękno tej ferratki... może nic nie będę pisać poza tym, że (teraz siedząc w domku już) mogę powiedzieć, że była to najpiękniejsza z ferratek, którymi szedłem... pod względem urozmaicenia i pod względem widokowym... równie bogata w różnorodność przeszkód była ferrata 'Meisules' (ale o tym później)... z wielką przyjemnością pokonywało się kolejne przeszkody i utrudnienia... szczególnie, że w wielu miejscach można było wykorzystać ruchy wspinaczkowe... jedna tylko przeszkoda stała na drodze do zupełnego szczęścia... ważyła za dużo, zbyt duże rozmiary i siedziała nam na plecach, nie chcąc za nic z nich zejść... marzę i w tym miejscu by przejść jeszcze raz tą kochaną 'Lippelę' (którą polecam wszystkim, którzy wybierają się w Dolomity), tym razem bez plecaków i całą drogę pokonać wspinając się... trzeba tylko wyruszyć wcześnie rano, by zdążyć powolnym, ale jakże przyjemnym krokiem wspiąć się na sam amfiteatr, a potem schodząc do schroniska 'Giussani' lub jak będzie jeszcze czas do 'Dibona'...
docieramy do rozgałęzienia tras... w lewo można zejść do punktu widokowego 'Tre Dita' a potem szybszą drogą do schroniska 'Giussani' a w prawo dalej ferratką dojść do amfiteatru... kilka metrów poniżej przyjemny posiłek po ponad 4 godzinach marszu i wspinaczki... co ciekawe... mieliśmy jedzenia na trzy dni, a zostało nam na jeden... i to nie cały... albo pomyliliśmy się przy liczeniu, albo... hmmm... niemożliwe... aż tak głodni nie byliśmy chyba... :)...
w każdym razie na rozdrożu, krótka narada co robimy dalej, bo już 15:00... szybka decyzja, że jednak idziemy dalej... najwyżej wejdziemy tylko na 'amfiteatr' a szczyt 'Tofana Di Rozes' (3225m) pozostanie tym razem nie zdobyty... i tutaj spotkała mnie miła niespodzianka... coś jakby po dobrym obiadku, przesmaczny deser... chwila trawersowania i doszliśmy znów do pionowej ściany... stałem przez chwilę wpatrując się w ścianę i na oddalonych ludziów, którzy już sporą część trasy mieli za sobą... przepiękny odcinek... pionowa ściana, wykształtowana jak starożytny amfiteatr... wchodząc na kolejne stopnie, dochodziło się na samą górę... ale pokonanie tych stopni z jednej strony było przyjemnością z drugiej zaś... wymagało sporej wytrzymałości i jeszcze siły w rękach, a za sobą mieliśmy już spory odcinek przebytej drogi... kolejne stopnie mijały... z każdą chwilą coraz piękniej... i co pamiętam również... to cudowne uczucie najpierw wchodzić w chmury, a potem znajdować się nad nimi... i jak tu nie być romantykiem... tam się nie da... doszedłem na szczyt 'amfiteatru' (3027m), usiadłem sobie na kamyku i rozmarzony wpatrywałem się unoszone przez wiaterek chmury, które otulając szczyty, wprowadzały niesamowity nastrój... zabawa światłem sprawiała, że widoczki godne pozazdroszczenia... mając chwilę czasu, mogłem w końcu sobie posiedzieć i delektować się tym niecodziennym widokiem...
po pewnym czasie dołączyła do mnie Gosia... siedzieliśmy i czekaliśmy na Darka, który szedł ostatni... poszedłem w kierunku ferraty, aby zobaczyć jak mu idzie wspinaczka, gdy nagle usłyszałem grzmot... stanąłem z wrażenia zamurowany... po chwili dopiero byłem w stanie się obrócić i spojrzeć na Gosie... jej mina chyba, niezbyt różniła się od mojej... nigdy w życiu nie przeżyłem w górach burzy, ale ten grzmot, na tej wysokości był niewiarygodnie doniosły i stanowczy... to co słyszymy na co dzień w naszych domach to moim zdaniem "szept"... nie wiem jak na innych, ale na mnie zrobiło to niewiarygodne wrażenie... i wiem, że nie chciałem tego słyszeć po raz drugi w tym miejscu... gdy tylko pojawił się Daro, wszyscy udaliśmy się do pobliskiego schroniska 'Giussani' (2600m)... schodząc mieliśmy po lewej stronie burzę i deszczyk, a z prawej świeciło słonko... ach te góry... piękne, ale kapryśne...
dotarliśmy do schrona, zdjęcie na pamiątkę... Daro opowiedział swoją historię znanego mi już grzmotu... on był trochę w gorszej sytuacji, bo był już prawie na szczycie, ale wciąż wspinał się trzymając liny... gdy usłyszał ten grzmot z wrażenia puścił linę nie bacząc na to co będzie dalej... na szczęście stał mocno na nogach i nie zaliczył lotu... mogłoby boleć... tak więc poza miłymi chwilami, były i chwile takie jak te... niby znowu nie takie niebezpieczne, ale na nas zrobiły wrażenie... szczególnie, że przebywając na szczycie, czuliśmy jak nasze włoski zaczynają się elektryzować... to już nie było przyjemne... chociaż Gosia znalazła chwilę relaksu, krzycząc z tyłu, że po naszej lewej stronie jest piękna tęcza... hmmm... no tak... piękna była...
siedząc w schronie śmialiśmy się z tego wszystkiego... teraz jest już bezpiecznie, chociaż co chwilę gasły światła, i przyjemnie... piwko na dobry początek... potem kolacyjka... kiełbaska z czymś co przypominało bigos i było naprawdę smaczne... dostaliśmy 8-mio osobowy pokój dla naszej czwórki... ciepła woda, więc trzeba się wykąpać... oczywiście w umywalce, za prysznic trzeba płacić ekstra... mieliśmy uwab z chłopakami w czasie tej "kąpieli"... ponieważ był to męski wieczorek, bo Gosia poszła się kąpać do swojej łazienki, to szczegóły zachowamy dla siebie... ale było wesoło...
zabawne było też to, że w zależności od tego kto nas obsługiwał używaliśmy innego języka... angielski oczywiście, o włoskim nawet nie wspominam, ale przydawał się i niemiecki... chociaż nie tylko tutaj w schronie, ale w zasadzie w całej Cortinie po niemiecku łatwiej było się dogadać niż po angielsku... ponoć to ich drugi język urzędowy... ponoć...
jutro ciąg dalszy podróży po Tofanach... ach ta 'Lipella'...

cdn... :think:
MiG

-#7
Posty: 3126
Rejestracja: śr 03 mar, 2004
Lokalizacja: Wawa

Post autor: MiG »

outsider, świetna relacja!
Bardzo lubię taki styl pisania, takie krótkie, urywane zdania...
Awatar użytkownika
Czesiek

-#6
Posty: 2015
Rejestracja: sob 20 wrz, 2003
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Czesiek »

Języka ojczystego z innych ust niż swoje, pewnie nie słyszeliście. :think:
DraQs

-#3
Posty: 172
Rejestracja: śr 03 sie, 2005
Lokalizacja: z Kielec

Post autor: DraQs »

Jeśli mogę się doczepić... to trochę tu za dużo... wielokropków... ale oczywiście relacja... świetna. ;) :D
Awatar użytkownika
Salek

-#5
Posty: 896
Rejestracja: śr 20 lip, 2005
Lokalizacja: Górki

Post autor: Salek »

az sam siedzac przed komputerem widze sciany, tecze i slysze grzmoty. Swietna relacja. Az sie chce jechac w dolomity... :)
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

outsider pisze:(teraz siedząc w domku już) mogę powiedzieć, że była to najpiękniejsza z ferratek, którymi szedłem... pod względem urozmaicenia i pod względem widokowym...
kurcze,no i teraz już przepadłam....czułam,że fakt iż nie zdążyliśmy przejść Lipelli prędzej,czy później zaświdruje bólem w mojej główce :( ...no teraz to już MUSZĘ tam wrócić ;)
outsider pisze:co ciekawe... mieliśmy jedzenia na trzy dni, a zostało nam na jeden... i to nie cały... albo pomyliliśmy się przy liczeniu, albo... hmmm... niemożliwe... aż tak głodni nie byliśmy chyba... ...
:)) heheh doooobre ...już myślmy widzieli Wasze możliwości w szamaniu....o samych zasobach nie wspomnę :P
MiG pisze:Bardzo lubię taki styl pisania, takie krótkie, urywane zdania...
dokładnie! Taki styl pozostawia ogromne pole manewru dla wyobraźni i to jest cudowne :)
Już wiem na 100% Tomek,że Twoja relacja trafi do mojego "optymistycznego dzienniczka wspomnień na ciężkie czasy" ;)
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

Czesiek pisze:Języka ojczystego z innych ust niż swoje, pewnie nie słyszeliście.
:)) pudło Czesiu i to duuuże. Wyobraź sobie,że np dziewczyna,którą spotkaliśmy od razu na pierwszej ferratce,pod koniec owych cudnych 2 tyg wylądowała na naszym campie i nawet wracała z nami do Polski,po drodze pokazując nam miejsca biwakowania na dziko jej grupy....często pokrywające się z naszymi.Więc niejako mijaliśmy się cały czas. Polaków na ferratach i campingach było naprawdę sporo,aż sama się dziwiłam :think:
ODPOWIEDZ