Kryzys na szlaku

Także o noclegach, mapach, pogodzie, literaturze...
Awatar użytkownika
Mariusz

-#8
Posty: 5763
Rejestracja: pn 15 wrz, 2003
Lokalizacja: Marki

Kryzys na szlaku

Post autor: Mariusz »

Wiosna już prawie się kończy, a na forum brak nowych tematów...
Do roboty ludzie! :D


Przypomniało mi się ostatnio, że kilkakrotnie doświadczyłem "kryzysu" na szlaku. Po prostu czasem przychodzi taki moment, kiedy myślisz sobie "o nie, niech to ch... weźmie i szlag trafi, dalej nie idę"... Miałem takie akcje kilka razy w trakcie swojej tatrzańskiej aktywności. Kończyły się z reguły pokonaniem własnej słabości i doczłapaniem się gdzieś tam resztką sił.
Kryzysom sprzyja wędrowanie w potwornym upale albo wchodzenie na drugi lub trzeci szczyt tego samego dnia (np. na Kościelec i wracamy, potem na Granaty i wracamy, może jeszcze na Zawrat i wracamy?).
Zanik kondycji przychodzi też czasem po forsowym wysiłu już pierwszego dnia pobytu w górach - na drugi dzień nogi są jak z waty...
:)

Być może wam się to wcale nie zdarza. Jeśli jednak zdarza, to co wtedy robicie? Albo jak się przekonujecie żeby iść dalej?
jerry

nieaktywny
Posty: 644
Rejestracja: ndz 08 lut, 2004
Lokalizacja: Kargowa

Post autor: jerry »

Takiego centralnego kryzysu jeszcze nie przezywalem, ale moze jeszcze wswzystko przede mna. Ale za to nie raz i nie dwa mialem sytuacje ze juz nie daje rady isc, ale mysle: 'tylko do nastepnego skretu na szlaku ... i potem tylko do nastepnego bo to kawaleczek ... a tam kawalek po prostym ... wiec odpoczne idac po prostym .... a dalej w gore ale zaraz znowu jakis zakret ... a dalej kawaleczek (jakies 10-15 metrow) w dol ... to jeszcze kawaleczek .....

nie wiem ile tak mozna, ale juz nie majac sil, kolejne 15-20 minut mozna isc tylko od kamienia do kamienia - sila woli chyba tylko

PS
a co do braku temetow, to tez zastanawialismy sie z Kaska, ze cos ostatnio niewiele sie dzieje, ale zakladam ze wszyscy szukaja terminow w kalendarzu na wypad w Tatry i stad to sie bierze ::):)

pozdrawiam
Jurek

-#5
Posty: 662
Rejestracja: czw 09 paź, 2003
Lokalizacja: Piotrków Trybunalski

Post autor: Jurek »

powiem szczerze że ucieszyłem się z liczby zarejestrowanych użytkowników :) ale teraz widać że trzeba zachęcić ich w jakiś sposób do aktywności na forum. Napewno mają dużo tematów w zanadrzu więc CZEKAAAAMYYYY na Was!!! :)
Kryzys na szlaku dopadł mnie kiedyś jak szedłem Orlą Percią ponieważ zabrakło mi wody do picia. Z pozoru błacha sprawa ale jak nagle brak napoju i sucho w gardle to człowiek zaczyna słabnąć :) Głupio było poprosić kogoś o łyk wody i tak szedłem w dół aż dolazłem do Czarnego Stawu Gąsienicowego i rzuciłem się do picia z tego stawu, no i też do buteleczki nalałem drogocennego płynu. Byłem uratowany.... :)
pozdrawiam
Jurek
MiG

-#7
Posty: 3126
Rejestracja: śr 03 mar, 2004
Lokalizacja: Wawa

Post autor: MiG »

"Centralnego" kryzysu także nie miałem :) . Kilka razy za to konieczne były dodatkowe postoje z powodu lekkiego niedotlenienia organizmu. Było to spowodowane połączeniem dwóch czynników: długości trasy i tempa marszu. Recepta: położyć się na kilka-kilkanaście minut, uspokoić oddech itp. Dobrze jest także skonsumować trochę kalorii (np. 1/3 tabliczki czekolady :) ) i napić się czegoś.

Zresztą w trakcie dużego wysiłku pić trzeba niezależnie od warunków zewnętrznych (pogodowych). Organizm potrzebuje uzupełniania płynów, bo inaczej "wyciąga" je z mięśni, powodując pogorszenie ich pracy i w konsekwencji utratę sił.

MiG
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

Hej Wszystkim :)

Hmmm...kryzysu z prawdziwego zdarzenia to też jeszcze nie miałam,ale ponieważ mam problemy z apetytem rano w górach,wszyscy szamali śniadanko na postoju a ja jakoś nie mogłam nic tknąć i najzwyczajniej w świecie tuż pod Czerwonymi Wierchami zabrakło mi sił na dalszą wędrówkę.Chcąc nie chcąc musiałam usiąść i na siłę coś zjeść.Pomogło i za chwilę mogłam już dalej wędrować.Poza tym mam zawsze w plecaku gorzką czekoladę i banany.Podobno to też pomaga. :D

Kiedyś w maju doświadczyłam też porażenia słonecznego.Nawet nie wiem jak do tego doszło,fakt jest taki,że słoneczko skutecznie zabierało mi siły na trasie, a w domku :aciu: :dreszcze,gorączka i ból głowy.Nikomu nie życzę.

Iwona
Awatar użytkownika
Mariusz

-#8
Posty: 5763
Rejestracja: pn 15 wrz, 2003
Lokalizacja: Marki

Post autor: Mariusz »

No proszę, okazuje się że mamy tu na grupie samych herosów. :]
Kryzys "centralny" (fajne określenie) to i mi się nie zdarzył, tzn. TOPR nigdy mnie nie zwoził helikopterem nieprzytomnego z wyczerpania.
Jak dla mnie, najlepszym sposobem na osiągnięcie celu przy dużym wyczerpaniu jest metoda "chociaż do tamtego kamienia" lub "chociaż do tamtego zakrętu"... :]
Metoda małych kroczków sprawdza się zresztą generalnie w życiu...
Kaśka

-#3
Posty: 105
Rejestracja: pt 26 mar, 2004

Post autor: Kaśka »

Niestety nawet metoda malych kroczkow niewiele pomaga, gdy padna kolanka - jak moje w majowy weekend. Coz - trzeba bylo zrezygnowac z wyjscia na Wolowiec. Zdarza sie...
Teraz - co by nie bylo wiecej tak przykrych przypadkow - zaznajomilam sie ze schodami na 3 pietro (wyzej juz tylko dach) - sasiedzi dziwnie sie patrza czasem gdy ktorys raz z kolei je pokonuje, ale co mi tam - kolanka trzeba cwiczyc :cegla:
Awatar użytkownika
Mariusz

-#8
Posty: 5763
Rejestracja: pn 15 wrz, 2003
Lokalizacja: Marki

Post autor: Mariusz »

Ja mam taki zaprzyjaźniony mrówkowiec na Mokotowie, chyba ze 14 pięter to ma, ale na samą myśl o trenowaniu tam kolan przechodzą mnie ciarki. Wolę już schody na świeżym powietrzu, a takie można znaleźć gdzieniegdzie w Warszawie.
:]
Kaśka

-#3
Posty: 105
Rejestracja: pt 26 mar, 2004

Post autor: Kaśka »

A i owszem,ale tu nie chodzi o mrowkowce, tylko o systematyke. Mam po prostu slabe sciegienka i wszystko co tylko mozna ponaciagalam przy ostatniej okazji. Rowerkowanie nie cwiczy tego co potrzeba, wiec sie wspomagam - oczywiscie jak tylko jest mozliwosc to na wolnym powietrzu cwiczonka,ale nie zawsze sie da...
anmenka

-#2
Posty: 70
Rejestracja: sob 10 sty, 2004
Lokalizacja: Warszawa
Kontakt:

Post autor: anmenka »

Mi się to bardzo często zdarza. Najczęściej wtedy, kiedy jest gorąco, duszno, na szlaku w cholerę turystów w klapeczkach, dzieci biegające w tą i z powrotem itd... Wtedy można szału dostać. Jakoś wyjątkowo często taka sytuacja ma miejsce w Dolinie Pięciu Stawów :| A wydawałoby się, że to taki fajny szlak i w ogóle... Męczą mnie też żmudne i nudne podejścia. Szczególnie rejony Grzesia :sick: Tak samo nigdy nie zapomnę tego okropnego szlaku na Gęsią Szyję z Rusinowej :/ coś okropnego...
Za to kiedy się już wejdzie na to ciężkie miejsce to wtedy człowiek jest w wyższym stanie świadomości po prostu :D Nie ma nic lepszego, niż pokonanie własnej słabości.
marcys

-#4
Posty: 314
Rejestracja: wt 20 sty, 2004
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: marcys »

Kiedy chodziłem bardzo regularnie po Tatrach, to tego rodzaju problemów raczej nie miałem, tzn. czasem odczuwałem większe zmęczenie, wtedy krótki odpoczynek, porcja kalorii, jakieś picie i dalej w drogę. Pamiętam jednak jeden rok, kiedy były koszmarne wprost upały, a ja w lipcu zasuwałem po Zachodnich. To był jedyny rok, kiedy chodzenie sprawiało mi jakby nieco mniejszą przyjemność, piłem wtedy jakieś niesamowite ilości wody, ale nawet to nie pomagało. I nie mogło być mowy o braku aklimatyzacji! To był po prostu piekielny upał. Czegoś takiego nie spotkałem nigdy więcej.
I pamiętam jeszcze jak w 1987 roku, po zakończeniu podstawówki wybraliśmy się z kolegami na trzy tygodnie wędrowania ze Szczawnicy do Komańczy (taki był plan). Ja niestety musiałem po trzech dniach wrócić do domu. Zmogła mnie wtedy alergia, która w połączeniu z ciężkim (ponad 25 kg) plecakiem odebrała mi całkowicie chęć do marszu (to był początek lipca - czyli w górach okres jeszcze dość obfitego pylenia traw, a ja miałem wtedy silne uczulenie na to paskudztwo, co znacznie utrudniało oddychanie). Ale tego nie nazwałbym kryzysem, raczej przegrałem z chorobą
pozdrawiam
Marcys
ana

-#5
Posty: 865
Rejestracja: wt 16 wrz, 2003
Lokalizacja: Józefów

Post autor: ana »

Ja nie zapomnę wycieczki przez Ornak na Starorobociański sprzed kilku lat. To był trzeci dzień pobytu i trzeci dzień zmagania się z dolegliwościami żołądkowymi :sick: Pamiętam,że było duszno,gorąco.Byłam bardzo osłabiona,ponieważ jedynym, co tolerował mój organizm, była woda. Najbardziej zmęczyło mnie podejście z Iwaniackiej na Ornak. Co kilkanaście metrów musiałam siadać na kamieniach. Później było już łatwiej. Potem dłuższy odpoczynek na Siwej Przełęczy i pomaleńku na Starorobociański. W ciągu tych kilku dni straciłam niemal trzy kilogramy :ta:
Pozdrowienia dla Wszystkich :)
Awatar użytkownika
Czesiek

-#6
Posty: 2015
Rejestracja: sob 20 wrz, 2003
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Czesiek »

Kryzys miałem - jeśli mnie pamięć nie myli - tylko raz. Dwa... a może trzy lata temu. Podchodziliśmy z Wiolą na szczyt Jarząbczego Wierchu - z Wołowca. Jak wielu innym, zabrakło nam picia - chociaż nie do końca.
W plecaku około szklanka wody, w plastiku. Mieliśmy świadomość jaka droga jeszcze nas czeka i dosłownie moczyliśmy usta. Nie wiedzieliśmy, czy schodząc w kierunku Papieskiego Szlaku natrafimy na jakieś źródło (pierwszy raz tamtędy szliśmy). Słoneczko mimo, że było już po 16 - nieźle dawało się nam we znaki. Odwrotu nie było. Zrobiliśmy kilka zdjęć dwóm parom Słowaków - oni nam - coś tam zjedliśmy i szybciutko w dół.
Jakąż mieliśmy radość gdy usłyszeliśmy - gdzieś w kamieniach - szum wody. Tempo marszu "spadło" natychmiast. Po zaspokojeniu pragnienia ruszyliśmy dalej. Było już późno i zastanawialiśmy się nad ewentualnym noclegiem w Chochołowskiej. Jednak zdecydowaliśmy się na powrót do domu. W Bukowinie byliśmy w granicach 23.
Od tamtego czasu zawsze biorę dużo więcej napojów na szlak.
Awatar użytkownika
Andrzej Krystoszyk

-#6
Posty: 1165
Rejestracja: pn 17 maja, 2004
Lokalizacja: Pułtusk

Post autor: Andrzej Krystoszyk »

:placze: Hej!!! Czy ktoś tu jeszcze zagląda? Roztomili taterkowicze, którym dane już było własnymi stopami dotykać Tatr naszych itp... jak przygotowanie wpłynęło na pobyt. Czytam posty i poza tym, że doświadczam uczuć brzydkich i niegodnych (czyt. zazdrości) męczy mnie problem przygotowania kondycyjnego. Sam jestem lekko przerażony własnym organizmem: wypuściłem się wczoraj z córką na ponad 35 kilometrowy marsz i zwyczajnie zdechłem, a rz\aczej moje ścięgna. Dzieciątko natomiast zapragnęło dalszych spacerów. Tfu ..poczułem się cokolwiek zgredowato. POzdrawiam wszystkich, zwłaszcza tych, którzy są na forum. AKA
Wiola

-#2
Posty: 71
Rejestracja: pt 12 mar, 2004
Lokalizacja: Wrocław

Post autor: Wiola »

Witam
Jak już, w innym poście wspominałam, byłam dzisiaj z Asią i Czesiem na Ślęży :D . Był to mój pierwszy w tym roku wymarsz w góry!? :D :ta: . Wiem, wiem, powiecie, że Ślęża to nie góry. Dla mnie jednak są one równie piękne jak Tatry. Niższe? Owszem. Ale od takich zawsze zaczynam sezon truchtania po Tatrach. Jak dotąd jest to sprawdzony sposób zdobywania kondycji (oprócz rowerka) po całorocznym siedzeniu :( przy komputerze.
Do sierpnia (urlop w górach) zostało troszkę czasu, mam więc nadzieje na kilka jeszcze takich wypadów w nasze dolnośląskie pagórki, górki i góry. 8) Andrzej wspomina o swoich 35 kilometrach. Ja powiem szczerze, że nie wiem ile dzisiaj przeszłam. Po konsultacji z pozostałymi Ślężanami, ustaliliśmy, że przez cały dzień (wszystko co na nogach) przeszliśmy ok. 30 kilometrów. :D :D :D :D

Serdecznie pozdrawiam - zdobywająca kondycję Wiola :)
Piotr

-#4
Posty: 289
Rejestracja: ndz 29 lut, 2004
Lokalizacja: Krasnystaw

Post autor: Piotr »

Hejka!
Oj miałem kiedyś kryzys. Wymyśliliśmy z dwoma kolegami trasę Ustrzyki Górne - Zakopane. Zrobiliśmy to w 14 dni (w tym dwa dni odpoczynku). Akurat trafiliśmy na deszczowy lipiec. Zmoczyło nas dokładnie. Szczególnie utkwił mi w pamięci jeden taki obfity w opady dzień. Dochodziliśmy już gdzieś do Podhala, przemoknięci, wyczerpani wielogodzinnym marszem. Zawsze po takim wysiłku rzucam się na jedzenie, wtedy mieliśmy tylko siłę rozbić namiot i wejść do śpiwora. Nikt nawet nie zagotował wody na herbaę :kima: Z tego zimna i zmęczenia marzyłem tylko o śpiworze, o głodzie nawet zapomniałem, co w moim przypadku było niespotykane.
Normalnie mój organizm na głód reaguje nagłym odpływem energii. Większość kryzysów jakie mnie dopadały miały związek z głodem. Teraz już zawsze noszę ze sobą coś słodkiego co chociaż psychicznie mnie podbuduje.
Pozdrawiam /Piotr
sKoTi

-#5
Posty: 606
Rejestracja: pn 19 kwie, 2004
Lokalizacja: Zduńska Wola

Post autor: sKoTi »

Podstawowy powód dla, którego zdarza mi się kryzys... to halny. Ogłupia strasznie i powoduje, że nic się nie chce... ostatnio złapał mnie w maju na Ornaku... strasznie głupie uczucie... teraz już wiem dlaczego najwięcej samobójstw w Tatrach jest w czasie halnego... Pozdrawiam.
Awatar użytkownika
Andrzej Krystoszyk

-#6
Posty: 1165
Rejestracja: pn 17 maja, 2004
Lokalizacja: Pułtusk

Post autor: Andrzej Krystoszyk »

Pozdrowienia dla: WAC (Wioli, Asi i CZesia) Rany jak ja wam zazdroszczę, Tu na Mazowszu płasko jak na nieboszczyka tyłku znikąd solidniejszej góry. Podchodzenie pod nadrzeczną skarpę budzi u pokątnych obserwatorów mieszane uczucia. Jak facet włazi po raz dwudziestu w ciągu godziny po tych samych schodkach to widać nagrzeszył. W sumie jakoś doszedłem do siebie po ostatnich marszach, a dzieciątko się odgraż , że tym razem musi pęknąć czterdziestka. Brr. A tak a propos krtzysów kiedyś zdarzyło mi się utknąć pod Zawratem i koniec, ani kroku w górę. Nie mogłem się ruszyć Odeszło po pół godzinie. Na kryzysy najlepsza jest uczciwszy łakomstwo CZEKOLADA. AKA
Awatar użytkownika
mefistofeles

-#10
Posty: 17204
Rejestracja: pt 25 cze, 2004
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Post autor: mefistofeles »

poważnego kryzysu jakdotąd nie miałem, ale i gór zbyt poważnych nie było. Natomiast psychicznie miałem przejścia o dziwo w Pieninach (Małych). Byłem po całonocnej podróży, szliśmy ze Szczawnicy do Suchej Doliny za Obidzą - górą. Normalnie spacerek, ale wtedy byłemkompletnie nieprzygotowany kondycyjnie (pozimowe rozleniwienie,rowerniewyjęty z piwnicy etc...) a do tego spadł śnieg (początek kwietnia tego roku). Kto zna ten szlak ten wie, że przy ładnej pogodzie jest przecudownie piękny, ale przy śniegu i mgle mylny jak sto diabłów. Pamiętam, że było wtedy kilka momentów, kiedy tylko ogólny entuzjazm naszej grupki dawał mi siłę, by dalej iść, co chwilę szukać szlaku, brnąć w półmetrowym śniegu, znowu szukać pod sniegiem ścieżki etc... Ale tobyło coś cudownego. A widoki następnego dnia (między innymi na ośnieżone Tatry - coby nie być offtopic ;-) ) cały trud wynagrodziły.

Dziękuję za uwagę.
Katrinka

-#1
Posty: 18
Rejestracja: czw 02 wrz, 2004

Post autor: Katrinka »


Witam wszystkich na forum!

Jeśli chodzi o kryzys wspinaczkowy to mnie również nie ominął. W tym roku 1 raz byłam w Tatrach w celach czysto wspinaczkowych z mężem, który jest zapalonym amatorem wspinaczek po górach. Wchodziliśmy na Rysy od strony Słowacji i byliśmy w okolicach Żabiego Stawu, kiedy pojawił się 1 kryzys, a raczej strach, kiedy zobaczyłam, gdzie mam wejść. Spokój Damiana sprawił, że już za chwilę byłam gotowa do dalszej wspinaczki. Widok ze szczytu był bajeczny, do dziś mi towarzyszy, gdy tylko zamknę oczy. Zaczęliśmy schodzić stroną polską i po ok 100 m, kiedy spojrzałam w dół zaczęłam panikować. To był już poważniejszy kryzys. Utworzył się mały koreczek, a mój mąż się "ugotował" :P Teraz nas to śmiesz, bo dalsza droga odbyła się bez problemów, ale wtedy nie było nam wesoło. Teraz już wiem, że człowiek wiele potrafi :)
I wiem jak wygląda "ugotowany" mąż:P
Pozdrawiam i oby już bez kryzysów :)
ODPOWIEDZ