Długo zastanawiałam się nad opisaniem naszego kolejnego dnia w Taterkach,ale może chociaż kilka słów:
Sobota 28.05.05
Tej nocy spałam "jak zabita",to chyba przez te skoki wysokości :Szpiglas,Wrota,Świstówka

Rano obudziłam się wypoczęta,wyspana i ...godzinę-dwie za wcześnie. Cichutki szelest pakującuch się co chwila ludzi,wychodzących na szlak skoro świt sprawił,że postanowiłam wstać i porobić kilka porannych fotek. Wychodząć,rzuciłam okiem na resztę ekipy smacznie śpięcej w korytarzyku (Adaś i Gosia przy beczkach po piwie,a Dori i Asia koło "baru"-hmmm,ciekawe czy to zwykły przypadek...czy już nałóg

)Na dworze przyjemny chłodek,bezchmurne niebo i gdzieś przedzierające się słoneczko. Ludzie śpiący na dworze pochowani w śpiworach w całości- trochę "dziwny" widok. Spacer w bosych stopach nad zamarznięty staw, rzut oka na wczorajszy szlak,odwrót i rejestrowanie dzisiejszych "planów".Zimno...brrrrrr więc wracam z zamiarem zwijania mojego wygodnego łóżeczka,a tu niespodzianka-zerkam powtórnie na zegarek,bo coś dziwnie dużo ludzi jeszcze śpi i.....no tak,zamiast spodziwenej 7-6 rano

Tiaaaa,cóż począć kładę się jeszcze porozmyślać.
Wreszcie zaczyna się ruch,brzęczą kubeczki stawiane przy kuchennym oknie-oj marzy nam się cieplutka herbatka i kawka....no i żeby nie było zbyt pięknie....Asia stwierdza brak swego kubka,postawionego z innymi na okienku (żebyście widzieli ten wzrok,jakim obdarowywała każdego potencjalnego podejrzanego-zwłaszcza jednego pana w żółtej bluzie ) Reszta pysznego śniadanka obraca się wokół jednego tematu-wiadomo jakiego. Aaaa, jeszcze przed zaginięciem kubka,szukamy naszego Zygmunta,który tak się gdzieś sprytnie zakopał,że Adam w całym schronie poszukać go nie mógł-czyżby jakiś prywatny apartament

Po śniadanku ewakuacja na dwór. Nie ruszamy na szlak,bo ma do nas dobić nowa koleżanka poznana w Moku. Leżymy więc cierpliwie na karimatach,robimy fotki grupowe i portreciki...czas leci....a my ciągle leżymy...W końcu postanowilismy wyruszyć,dalsze czekanie było bez sensu. Słoneczko przypiekało nimiłosiernie,na nic się zdawała próba ochrony skóry kremami. Niektórzy postanowili zabezpieczyć swe biedne głowy ręcznikami-dobry patent.
Na Krzyżne od strony Piatki szłam pierwszy raz...jakoś wcześniej nogi mnie nosiły po innych rejonach.Co chwila przechodziliśmy po kolejnym płacie śniegu,mijaliśmy sączącą się ze skał wodę(okazja do zmoczenia chustki na głowę) Cudne widoki cieszyły oczy.Szum Siklawy przyciągał wzrok w jej stronę. Ludziki jak mróweczki dzielnie wspinały się do celu-postoju?-swego marszu.Zawirowała myśl-gdyby ktoś pojechał po śniegu właśnie tam...chyba nie miałby szans. Wróciły wspomnienia sprzed lat,kiedy przemierzałam ten szlak z bratem pewnego majowego dnia-też po śniegu. Oczy same skierowały się na lewo,by jeszcze raz zreknąć na zimową trasę,którą pokonywaliśmy w lutym.
Piękne są te rejony Krzyżnego od strony Piątki. Wreszcie mogłam je zobaczyć z trasy,bo ilekroć szłam do Pięciu Stawów to zastanawiałam się,co jest tam wyżej.Po pokonaniu kolejnych zakrętów i zakosów stanęliśmy przed jęzorem śniegu,prowadzącym na przełęcz.Założyliśmy raki i zaczęliśmy sie piąć w górę. Zyfri,odstawił nas sporo,za nim Dorian,Adam i na końcu my-dziewczyny. Po śniegowych "stopniach" idzie się o wiele wygodniej niż po dużych kamorach. Słońce już tak grzało,że każdemu marzyło się już zrzucenie plecaków na trawce i słodki odpoczynek. Po wejściu na przełęcz miałam dziką ochotę wyrazić tradycyjny zachwyt po polsku

ale ugryzłam się w język

Och,jak błogo sobie leniuchowaliśmy,a jak jeszcze Asia wyciągneła kabanoski a Zyfri resztę smakołyków to....nagle zainteresowanie nami okolicznych ludzi wzrosło o 80%

Śmiechu było coniemiara,potem fotki i ...cieszenie oczu pysznymi widokami-a co,śniadanko dla duszy też musi być

Zejście bez specjalnych trudności,a wręcz przeciwnie-nauczyłam się jeździć na nartach-bez nart

Kolejna przerwa tej leniwej marszruty-nad strumykiem w okolicach Czerwonego Stawy (nad samym Stawem odpoczywali nasi nowi koledzy z Krzyżnego,więc nie chcieliśmy im już przeszkadzać,wystarczająco dużo znieśli z nami na przełęczy

) No i tu dopiero zaczęły się objawiać skutki przegrzania słonecznego(nie łaciatego-bo takowego nie targaliśmy w plecakach

) Jakieś tańce na bosaka po lodowatej wodzie,spacery po śniegu....Zyfri-brawo za odwagę,a Asia za pomysł

Ostatnie podejście i już pomykaliśmy grupkami do Murowańca-bardziej spragnieni na początku,ci mniej na ogonie. W schronie miłe zaskoczenie-MAMY ŁÓŻKA -faaaaaaajnie. Zrzucamy zatem nasze plecaki,bierzemy cieplutką kąpiel i atakujemy stołówkę,bo już nam w brzuchach gra. Tam znowu dosiadają się do nas koledzy z Krzyżnego-chyba nas jednak polubili

i zaczynamy ucztować w każdym tego słowa znaczeniu

Ucztowaniu końca nie było widać,więc przenosimy sie na dwór,razem z hałaśliwymi (jak się potem okazało-Czechami ,kurcze ci to głośno w karty grają

)
Po ułożeniu się do snu i zgaszeniu światła,piorunująca myśl-GDZIE SĄ MOJE KIJE ?

Sen-fruuuuuuu.....już normalnie wybierałam w myślach, jaki model sobie kupię-choć moje kochane Salewy tyle ze mną przeszły

No i co ja na forum powiem? Przecież Mod to by dopiero miał używanie

Pogodzona ze stratą kijów zasypiam...a rano

milusia niespodzianka-SĄ,cały czas stały obok mojego łóżeczka-ufffff. Cichutko budzę Asię,reszta słodko śpi i wychodzimy obie w ostatnią moją trasę na tym wyjeździe --->Murowaniec-Jaworzynka-Zakopnane. Żegnam się z Asią koło Betlejemki i już sama idę dalej.Uwielbiam takie poranne marsze,kiedy to ludzi brak i świat cały należy tylko do ciebie. Rozglądałam się za niedźwiedziem...nie powiem,szczególnie po tych opisach na forum,ale tatrzańskie misie chyba dostały cynk,że wcale mi się nie spieszy do spotkania z nimi

W pociągu wspominam minione dni, fajnie było....a teraz tak długo muszę czekać,żeby to powtórzyć.
Kolejny raz dziękuję wszystkim majowiczom,że sprawili iż tak cudnie czułam się na tym tatrzańskim zlocie forumowym
