Miarowy dźwięk kropli deszczu poplątanego z gradem,wesoły trzask polan w piecyku i delikatna muzyczka płynąca z radia,nakłoniły mnie do zabrania pachnącej kawki i przeniesienia się przed kompa w celu napisania kolejnej części majowych wspomnień
Ponieważ w czwartek na wpół senni ustaliliśmy trasę piątkowej wycieczki,zerwaliśmy się następnego dnia z karimat i zjadłszy smaczne śniadanko(wtedy nasz Asik miała jeszcze swój ukochany kubeczek,nazwany później szarotką alpejską),udaliśmy się w zaplanowanym kierunku.Ponieważ jednak poprzedniego dnia wypatrzyłam ścieżkę wiodącą na Szpiglasową zboczami Miedzianego,rzuciłam propozycję,aby dla odmiany tym sposobem wejść na przełęcz.Na szczęście grupa luzaków zgrała się przez ten krótki czas znakomicie,więc sprzeciwów nie było i zaraz za Pośrednim Stawem skręciliśmy w lewo i zaczęliśmy się piąć w górę,by po ościągnięciu względnej wysokości,trawersować zbocze.Tym sposobem mogliśmy niejako przez cały czas mieć jak na dłoni całą Dol.Pięciu Stawów i zobaczyć ją z innej perspektywy(nie danej odmianie Górołaza Letniego

).Przyznaję...wyrwałam znacznie do przodu przed grupę ale to tylko dlatego,że uwielbiam "prowadzić" a także dlatego,że wtedy najlepiej mi się łączy z górami.Ten magiczny,błogi nastrój ciszy,wielkości,piękna przyrody można odczuć głównie w samotności.Trasa nie była specjalnie trudna,więc maszerowaliśmy bez raków.Założyliśmy je dopiero przy samej końcówce trasy i w sumie dobrze,bo ostatnie metry przebiegały już po lodzie. Najmniej komfortowe uczucie jest wtedy,gdy idąc w rakach przechodzi się przez pas gołych kamorów.Raków ściagać się nie chce,a chodzenie w nich po głazach powoduje zgrzyty pod nogami i w mózgu.Duch gór wystawił mnie niejako na próbę,kiedy to podczas wdrapywania się w mało stabilnym śnieżno-kamienistym miejscu.....wysmyknęła mi się butelka z soczkiem(prawie pusta) i spadła dokładnie "pięterko" niżej,pięterko,które z takim mozołem i adrenalinką udało mi się pokonać

No nie powiem...szatanisko kusiło mnie,żeby pójść dalej ale na szczęście miłość do nieskalanych gór wzięła górę i po delikatnym zdjęciu plecaka,wróciłam po złośliwą butelkę. Po wdrapaniu się na przełecz(po drodze fotki cudnych fioletowych kwiatków w skale),pozdejmowałam raki,plecak i błogo rozłożyłam się na kamorku,czekając na resztę ludzików.Nadchodzili stopniowo i rzucali ciężki sprzęt na gromadę -całkiem ciekawa fotka później z tego wyszła.Tym to sposobem nastał pora drugiego śniadania.W tej materii niezastąpiony jest na Zygmuś-700km od morza,a on rybki wcina

Po jedzonku nikomu się nawet nie chciało specjalnie do fotek pozować, ale powyciągaliśmy w końcu te nasze sprzęty i złapaliśmy biednego delikwenta,który w zamian za focenie dostał adres forum

. Na luzaka już,tzn.bez plecaków,wbiegliśmy na Szpiglasa-żeby tradycji stało się zadość.Rozważaliśmy możliwość przejścia przez Liptowskie Mury do Gładkiej i zejście na Słowację ale,że nie byliśmy pewni warunków i możliwości,oraz nie uśmiechała nam się kolejna zmiana planów,więc grzecznie wróciliśmy na przełecz i zaczęłiśmy schodzić w stronę Moka.Po drodze zapadła decyzja,że idziemy na łaciate do schronu i potem się byczymy do wieczora gdzieś zdala od sopockiego mola. Początek zejścia wymagał skupienia i dobrego,stabilnego stawiania nóg(raki + czekan naszymi przyjaciółmi).Ależ pięknie wyglądała Dolina za Mnichiem cała w śniegu.Ileż tam było możliwości pochodzenia.Widziałam ludzi kierujących się na przełecz obok Zadniego Mnicha,widziałam ślady stóp w kierunku Żlebu Pod Mnichem,no i oczywiście trasę na Wrota Chałubińskiego.Tak mnie jakoś zachęciły te widoczki,że postanowiłam odłaczyć się o reszty i wejść na Wrota(latem nigdy tam nie byłam). Miałam w planach zostawić plecak pod żlebem i wejść na lekko ale para,z którą szłam weszła mi niejako na ambicję,tłumacząć swe wejście w pełnym rynsztunku,treningiem przed Dolomitami,więc i ja łyknąwszy nieco wody pomaszerowałam z mozołem,krok za kroczkiem w górę.Warto było! Widok boski,satysfakcja i ciekawa rozmowa z nowymi ludźmi.Jakież było jednak moje zdziwienie,gdy chcąc już się zbierać na dół,usłyszałam znajome głosy.Okazało się,że to Gosia,Zygmunt i Dorian zapragnęli także zasmakować widoczków z Wrót,żeby było ciekawiej-pokonali trasę w rekorowym tempie-17min

Gdy tak sobie wesoło rozmawialiśmy jedząc czekoladkę i wymieniając się ciekawostkami o fotografii z kolegami z Wrocławia,nagle od strony Moka nadleciał znajomy,czerwony helikopter.Tiaaaa,trudno w takiej chwili nie myśleć o najgorszym..gęsia skórka momentalnie pokryła całe moje ciało. Topr krążył i krążył,jak gdyby szukał miejsca wypadku,zawisł na moment nad dolną częścią trasy
ze Szpiglasa (później się okazało,że wisiał nad naszym śpiącym w najlepsze na karimacie Asiku

),później przemieścił się wyżej,znikł nam z oczu,by po chwili wrócić i osiąść niedaleko Mnicha.Różne snuliśmy w związku z tym domysły.Podczas,gdy my robiliśmy fotki,helikopter poderwał się,poleciał znowu w stronę Szpiglasa i później już odfrunął w kierunku Zakopanego.....by po chwili wrócić i powtórzyć cały manewr od początku.Zaniepokojeni tym,że Asia i Adam mogą się nieco denerwować o nasz los(w związku z lotami śmigła),zaczęliśmy schodzić.Jakież było nasze zdziwienie,gdy zastaliśmy naszą parkę leniuchującą na kamorkach.Od wracających z góry ludzi dowiedzieliśmy się,że to parka trzymająca się za ręce,podobno w nieodpowiednim obuwiu,poleciała w dół

Ruszyliśmy do Moka,bo czas już był najwyższy ku temu,o czym przypominały nam nasze żołądki. Po drodze kolejna niespodzianka,a raczej spełnienie moich marzeń-wypasiony świstak wygrzewający się na kamieniu kilka metrów od nas.Dobrze,że Gosia ma sokoli wzrok i go wypatrzyła

Dalsza część trasy to już skróty skrótów,zabawne kontrolowane zjazdy po śniegu i .....pobłądzenia na szlaku

W życiu bym nie pomyślała,że mogę się zgubić na trasie Moko-Szpiglasowy

.Rozbawieni,przeroszadowani docieramy z Asiulą jako ostatnie (wzięło nas na zwiarzenia i stąd to opóźnienie

) do schronu.Jedni rzucili się na łaciate,inni na żarełko a my z Asią...poszłyśmy myć głowy

bo po dotarciu do grupy,okazało się,że większość chce spać w Piątce a nie tu (cena! i inne względy).Tym to sposobem dwie panny z mokrymi głowami maszerowały później przez Świstówkę do celu zasłużonego odpoczynku,ale zanim do tego doszło...poznaliśmy w schronie miłą dziewczynę z bratem(chyba),która również wybiera się w Dolomity (być może nawet z nami).Trasa przez Świstówkę teoretycznie zamknięta,praktycznie licznie nawiadzana przez turystów różnego gatunku (cudnie półnagie Górołazki Letnie Wspaniałe w adidasach,z politowaniem patrzące na nasze wypchane plecaki,umęczone twarze,uwalane trapery i kije w dłoniach) Wieczór miał się już ju końcowi,gdy dotarliśmy na szczyt Świstówki,gdzie nasi panowie zaproponowali nam nocleg w ciekawym-nie powiem- miejscu w kosówce.Ponieważ jednak ciągle była szansa,że zdążymy do Piątki przed zamknięciem kuchni,ruszyliśmy dalej.Przyznam się kochani,że szłam już wtedy jak przysłowiowy koń wracający na ślepo do stajni.Było mi wszystko jedno,byle wreszcie złożyć gdzieś umęczone kości.Ludzi w schronie okazało się być więcej niż poprzedniego dnia,nasze super wygodne miejsce przy schodach zajęte,więc większość postanowiła spać w przedsionku,ja na stołówce(było mi już wszystko jedno gdzie

)a Zygmunt.....właśnie...tak na 100% to do dziś nie wiemy,gdzie noclegował kolega

Podobno na stołówce ktoś chrapał,podobno było duszno i gorąco....nie wiem,nie pytajcie mnie,bo zasnęłam zaraz po przyłożeniu głowy do "poduszki"
Pytania:
1.Czy ktoś z forumowiczów miał okazję przejść Liptowskie Mury np.latem?
2.Czy w helikopterze Topru jest tylko jedno miejsce dla poszkodowanego?