Majowe Tatry-wspomnienia ...

Wspomnienia z pobytu w górach, relacje, plany wyjazdów.
ODPOWIEDZ
GROUPER

-#1
Posty: 6
Rejestracja: śr 01 cze, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: GROUPER »

Asik pisze:im d?uz?ys?le o ca?ym wydarzeniu,analizuje??acje?no tego nie robic) jestem bardziej przeraz?

Nie mniej przerazona jak w sytuacji znikniecia, ukochanego Fiolka Alpejskiego w 5-tce... ;)
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

GROUPER pisze:Nie mniej przerazona jak w sytuacji znikniecia, ukochanego Fiolka Alpejskiego w 5-tce...
:)) doooooooobre :)) Jak Ci się R. u nas podoba? :D
Widziałeś się już na naszej wspólnej fotce w albumie? 8)
GROUPER

-#1
Posty: 6
Rejestracja: śr 01 cze, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: GROUPER »

Iwona pisze:Widzia?es? sie? na naszej wsp?lnej fotce w albumie?

Jeszcze sie nie widzialem :) dopiero sie rozgladam... Rodzinnie tu tak jakos :) i z GORY dziekuje za mile przywitanie :D
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

GROUPER pisze:Rodzinnie tu tak jakos i z GORY dziekuje za mile przywitanie
tiaaa i jak to w rodzince bywa...raz pod wozem,raz na ;) ...a z jakiej Góry nas witasz? :P ...ja poproooszę zzzz Mnicha -bo to mój pupilek ;)...Asiula pewnie poprosi z Kościelca,tym bardziej,że wreszcie wdrapala się na niego i to podobno w Twoim towarzystwie :cwaniak:
GROUPER

-#1
Posty: 6
Rejestracja: śr 01 cze, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: GROUPER »

...Asiula pewnie poprosi z Kos´cielca,tym bardziej,z˙e wreszcie wdrapala sie˛ na niego i to podobno w Twoim towarzystwie

Czy ona sie wdrapala? Ona tam wbiegla... wprawiaja'c w oslupienie 3 siostry zakonne i pana w muszce :D
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

Asik pisze:wtedy "jadąc"w dół nie zdązyłam sie przestraszyc,przynajmniej tak mnie sie wydaje...
No cóż, to normalne i nie ma nic w tym dziwnego. Dwa wydarzenia z mojej osobistej praktyki. Nie, nie górskiej. W górach bywały, ale jakoś, jestem chyba szczęściarzem, nie tej rangi.
Pierwsze - głęboki socjalizm. Wracam z 14 - letnią córką z Rumunii, konkretnie z Mangalii, z plaży - cóż, nie samymi górami człowiek żyje i dzieci też mają swoje prawa, no i gusty :D. Fiat 125 - piekielna to była maszyna, rdzewiała w oczach ale silnik przez poprzedniego właściciela, raidowca-amatora, podrasowany i miał... niezłe osiągi. Droga z Tarnopola do Lwowa, coś jakby bliźniacza do Kraków-Przemyśl - góreczka, dołek, góreczka, dołek... Monika spała na tylnym siedzeniu a obok mnie siedział Janusz, student IV roku, poznany w Mangalii. Jechałem ostro bo byliśmy pod czasem, na granicy rumuńsko-ruskiej były małe kontrowersje między mną a celnikami rumuńskimi odnośnie ilości paliwa w zbiorniku. To było moje niedopatrzenie bo w tych latach to się do Sojuza wjeżdżało na resztkach paliwa bo w Sojuzie kosztowało chyba taniej niż woda. Janusz miał jakieś byznesy do zrobienia w Lwowie a godzina zamknięcia sklepów zbliżała się w niepokojącym tempie. Jechałem tedy szybko i tak też było gdy wjechaniu na szczyt górki zobaczyłem o niewiele metrów całe drogowe ustrojstwo - wywrotka - rozściełacz - walec drogowy, ten ostatni tuż przede mną. Bagatela - wrocławska Fadroma - 16 ton wagi. Chyba przeleciało mi przez myśl, że zginę "branżową śmiercią" (pracowałem w drogach) a potem błyskawiczne rzucenie okiem na lewy pas czy przypadkiem ktoś tam nie jedzie. Pusty, skręt kierownicy, przeleciałem o centymetry chyba od walca, wyrzuciło mnie na przeciwległe, całe szczęście, że szerokie i dość twarde pobocze, trochę na nim porzucało to w lewo to w prawo i... z powrotem na prawy pas i dalej. Po przejechaniu chyba jednego kilometra a może dwóch zdałem sobie sprawę, że otarliśmy się o śmierć, że te sk...ny ruski robili roboty bez żadnego oznakowania i... że mam prawo być zdenerwowany i niech teraz Janusz poprowadzi a ja odpocznę i odreaguję. Zjechałem na pobocze, wyhamowałem i poprosiłem - Janusz, poprowadź, jestem chyba zdenerwowany. Wysiadłem a ten się śmieje do rozpuku i mówi - a jednak zmiękłeś, a już myślałem - ale twardziel, przed chwilą o mało nie pojechaliśmy do Bozi, potem mało nie wpadliśmy do rowu a on leci dalej 150 km/godz. A teraz wykręć koszulkę. :D Rzeczywiście, z bawełnianej koszulki poleciała dobra szklanka potu. Gdy przyjechaliśmy do Lwowa, to okazało się, że muszę jeszcze zmienić portki. Tylko nie myślcie coś nie takiego - one też były przepocone!!! :D:D:D A Monika, córka, przespała wszystko, obudziła się dopiero we Lwowie.

Drugie wydarzenie:
Pociąg z Krakowa do Wrocławia, godzina przed pólnocą. Okolice Jęzora (te kopalnie piasku przed Mysłowicami) Śpię sobie trochę na ławce, gdy nagle brzdęk, trzask, gasną światła, gdzieś lecę w dół. Ocknąłem się na... suficie wagonu, przygniata mnie kanapa, ktoś obok jęczy. Odwaliłem kanapę z sąsiada, znalazłem buty, założyłem, poszukałem kurtkę. Potem razem z sąsiadem wybiliśmy tą kanapą okno (korytarz był sprasowany), opuściliśmy ją (kanapę) tyłem z tego okna i po takich drewnianych wzmocnieniach zeszliśmy jak po drabince. Teraz szybko na bok (w pamięci miałem głośna katastrofę jak na wykolejony pociąg wjechał drugi i dopiero narobił kirpiszu) no i sięgam prawą ręką do kieszeni po papierosy aby odreagować zdarzenie. No i dopiero wtedy poczułem piekielny ból i zauważyłem że mam dłoń we krwi - prawie otwarte złamanie jednej kości przedramienia. Nic nie czułem! Po prostu szok! A potem był rok gipsu, trzy operacje i ... do dziś nie w pełni sprawne cztery palce prawej ręki. No i żegnaj moja dość kiepska zresztą wspinaczko! Trudno, nie można się wspinać z taką łapą!

Wcale się więc nie dziwię, że refleksja dopadła Asię dopiero później, jak już jest po wszystkim. I może to jest jakieś takie "optymistyczne". Może Ci wszyscy co odpadli od ściany z skutkiem ostatecznym też nie zdawali sobie sprawy z tego, że za sekundę lub dwie roztrzaskają się na piargach. Asiu, miałaś fenomenalne szczęście! Ci z Szpiglasowej wyżyli, z Tobą mogło być inaczej. No i wielkie, naprawdę wielkie gratulację, że to tak szczerze opisałaś, bez żadnych upiększeń a niejeden (pewnie jednak raczej tylko "niejeden" a nie "niejedna" by to pominął milczeniem albo zupełnie inaczej ubrał w słowa - dziewczyny są stanowczo mniej zakłamane, niż my, panowie wszelkiego stworzenia, często zresztą dość żałośni panowie). Asik, powinnaś... nie, nic więcej nie powiem, Asik wie to dostatecznie dobrze. :):):)
tomek.l

-#6
Posty: 2968
Rejestracja: pt 14 sty, 2005
Lokalizacja: Poznań
Kontakt:

Post autor: tomek.l »

Tak sobie czytam i trochę wam zazdroszczę tego wyjazdu. Chętnie bym z wami pojechał. Ale niestety brak sprzętu. Ale nie jest tak źle. W ostatniej chwili się jednak zdecydowałem i pojechałem do Zakopca. Wtedy gdy wy wchodziliście na Świnicę ja właśnie przebijałem się przez "blokady" ;) tzn. chciałem powiedzieć przez procesje na drodze z Poznania do Zakopanego. Zaliczyłem nawet jedną na Zakopiance.
..Obrazek

26 maja
Trasa z Poznania do Zakopanego. Nie chce mi się już jeździć po nocach więc wyruszam o 5.00. Po drodze trochę radarów i procesji ale w końcu docieram do Zakopianki. W Poroninie odbijam w lewo na Bukowinę. Na Głodówce chwila postoju. Widok niezły ale niestety Tatry trochę zamglone. Potem już tylko szybko na kwaterę, buty na nogi i ruszam w stronę Gąsienicowej. Na Boczaniu przez moją nie uwagę gubię czapkę. Ale orientuje się dopiero na Upłazie i już nie chce mi się cofać. Myślę sobie. Zrobię mały test. Sprawdzę czy jak będę wracać to czapeczka będzie jeszcze leżała. Znam miejsce gdzie ją zgubiłem, bo tylko raz zdejmowałem plecak a czapka była zaczepiona przy pasku biodrowym. Wydawało mi się, że nikt jej nie powinien wziąć. Była już stara i zniszczona. Używałem ją w górach, na rowerze i w czasie biegania więc była już mocno odbarwiona przez pot. Tak więc nie przejmując się zbyt mocno zgubą ruszam dalej przez przełęcz do Doliny Gąsienicowej. Widok ze ścieżki prowadzącej na Halę Gąsienicową zawsze robił na mnie duże wrażenie. Chwila i jestem przy Murowańcu. Teraz wiadomo co. Tak jak każdy szanujący się turysta lub stonka, jak kto woli trzeba się przejść nad Czarny Staw. Podejście pod sam staw już w warunkach zimowych. Ale śniegu tylko kilkadziesiąt metrów więc z małymi poślizgami, ale daje radę. Ze stawu widoki już na prawdę zimowe. Ale patrzę na Kościelec. Na podejściu zero śniegu. Myślę sobie „może by tak wejść na Kościelec”. Ponieważ nie posiadam sprzętu zimowego biorę pod uwagę tylko nie ośnieżone szlaki. Jedyny problem to podejście na Karb. Na szlaku są spore łaty śniegu. Ale rozmawiałem trochę z ludźmi wracającymi z Kościelca i dowiedziałem się, że od strony Zielonego jest trochę śniegu ale bez sprzętu można też łatwo wejść. Decyzja zapada. Jutro albo po jutrze wchodzę na Kościelec. Gdy ostatni raz tam byłem szczyt był w chmurach i nie wiele z niego widziałem. Ponieważ robi się już szaro trzeba wracać do Zakopanego. Na Boczaniu rozczarowanie. Jednak ktoś połakomił się na tą starą czapeczkę bo w miejscu gdzie zdejmowałem plecak już jej nie znalazłem. Cóż chyba coś się jednak w górach zmienia. Niestety na gorsze.


27 maj
Plan na dzisiaj: Dolina Chochołowska i w zależności od warunków może Grześ czy Wołowiec.
Krótki spacer i jestem przy busach. Od kierowcy dowiaduje się, że w sezonie jeżdżą od 6.00 do 20.00 a z Palenicy to nawet do 22.00. Jak jest naprawdę, trzeba będzie pewnie zweryfikować. Chwila jazdy i jestem na Siwej Polanie. Rezygnuje z ciuchci i rowerów i ruszam w górę doliny po asfalcie. Muszę przyznać, że Dolina Chochołowska naprawdę mi się podoba. Droga nie jest najgorsza, ale jest jeden minus. Co chwilę wymijają mnie samochody. No tak.. Witów. Ruch większy niż na drodze do Morskiego Oka. W drodze powrotnej dochodzą jeszcze rowery i naprawdę trzeba uważać aby nie zginąć pod kołami. W końcu dochodzę do Polany Chochołowskiej. Widok bardo ładny. Zwłaszcza podoba mi się kolorystyczne połączenie zieleni traw z błękitem nieba. Z polany widać, że w górze nie ma już zbyt wiele śniegu więc decyduje się wejść na Grzesia, a może też na Rakoń i Wołowiec. Na polanie zobaczyłem jeszcze jedną ciekawą rzecz. Stoją tam zabytkowe szałasy z tabliczkami „obiekt prawnie chroniony”. Ale w jednym szałasie a w zasadzie pod wiatą stoi sobie w cieniu zaparkowane Punto. Widocznie Górale budując te szopy i szałasy musieli przewidzieć, że w przyszłości powstanie coś takiego jak Fiat Punto, bo wiata pasowała idealnie pod to auto. Cóż. Pewnie znowu Witów. Po minięciu szałasów jem śniadanko pod schroniskiem i ruszam w stronę Grzesia. Na szlaku już praktycznie lato nie licząc paru łat śnieżnych. Ja jestem też w stroju letnim. Krótkie spodenki, koszulka (termoaktywna – już nigdy więcej bawełnianych koszulek). Podejście mnie trochę męczy. Jeden dzień na aklimatyzację to dla mnie za mało. Ale w końcu jest.. Grześ. Widok ciekawy. Zwłaszcza na stronę słowacką. Wygląda to zupełnie jak Tatry Wysokie. Z Grzesia wygląda, że szlak na Rakoń i Wołowiec jest raczej bez śniegu więc ruszam dalej. Pod Rakoń podchodzę już w towarzystwie trzech zakonnic. Dwie starsze, jedna młodsza. Ta młodsza próbuje namówić siostry jeszcze na Wołowiec, ale widać, że one raczej nie maja ochoty. Faktycznie zostaną na Rakoniu a młodsza zakonnica wejdzie jeszcze na Wołowiec. Jestem na Rakoniu. Widok jeszcze lepszy niż z Grzesia. W dole Tatliakova Hata a w górze widok na Rohacze i Stawy Rohackie. Z Rakonia już nie daleko na Wołowiec. Półgodzinne podejście i jestem. I znowu widok z Wołowca jest jeszcze ciekawszy niż z Rakonia. Zwłaszcza na Rohacze i w stronę wschodnią z oddalonymi Tatrami Wysokimi. Po chwili spędzonej na szczycie czas na powrót. Chciałem zejść do Doliny Wyżniej Chochołowskiej, ale jest sporo śniegu a w górnej części dosyć stromo więc decyduje się na powrót tą samą drogą przez Grzesia. W drodze powrotnej przez Dolinę Chochołowską nie decyduje się ani na ciuchcię ani na rower i to był mój błąd. Buty mam nowe ale już rozchodzone na nizinach. Okazuje się, że to nie to samo co rozchodzenie butów w górach i pięty mam już nieźle zdarte i spuchnięte. W końcu docieram do Siwej Polany. Ale te ostatnie kilometry to była droga przez mękę. I wygląda na to, że następnego dnia nigdzie już nie pójdę. Ale wycieczka ciekawa. Zwłaszcza widokowo.

28 maja
Byłem przekonany, że dzisiaj nie będę mógł chodzić. Ale idę do sklepu i okazuje się, że nie jest tak źle. Co prawda każdy krok to ból ale chodzić mogę. Więc powrót to starych planów. Dzisiaj Kościelec. Znowu podejście przez Boczań i Upłaz. Nie idzie mi to już tak łatwo jak dwa dni temu. Przy Murowańcu okazuje się, że dwie czekolady które miałem wziąć ze sobą zostały w pokoju. Trzeba będzie kupić w schronisku. Bez czekolady chyba nie dam rady. ;) Cena dwa razy wyższa, ale mam. Więc ruszam w stronę Zielonego Stawu. Na początku jeszcze szlak letni, ale później już coraz więcej śniegu. Dobrze, że mam wysokie, zaimpregnowane buty bo strumienie mają wysoki stan więc muszę wchodzić do wody. Po przejściu przez kilka płatów śniegu bez większych problemów docieram na Karb. Teraz tylko jakieś 40 min i będę na szczycie. Droga nie jest specjalnie trudna. Śniegu nie ma. Do przejścia mała rynienka i pod szczytem trochę trudniejszy fragment. Jestem na szczycie. Na szczęście jest ładna pogoda i wszystko widać. Prawie równocześnie ze mną weszło na Zadni Kościelec dwóch taterników. Wrażenie robi na mnie zwłaszcza widok Grani Świnicy. W oddali Rysy i Wysoka. Za chwilę wchodzi na szczyt jakiś turysta. Patrzę na jego nogi. A on ma na stopach sandały. No cóż. Można i tak. ;) Trochę zdjęć i schodzę, bo nadciąga jakaś podejrzana chmura. Zejście nie stwarza większych problemów więc po nie długim czasie jestem znowu na Karbie. Teraz decyzja. Albo powrót przez Zielony albo zejście do Czarnego Stawu. Słyszę od kogoś, że jest trochę śniegu ale szlak nie jest taki zły. Wybieram więc zejście do Czarnego. Na początku krótki płat śniegu. Trochę ślisko ale przechodzę bez problemów. Następny fragment ośnieżonego szlaku jest już dłuższy i bardziej stromy ale podpierając się trochę rękoma udaje mi się zejść bez większych strat.. Przed Czarnym Stawem wchodzę na jakiś głaz i chwilę patrzę sobie na góry. Trzeba się pożegnać z Tatrami, w końcu jutro powrót. Przy zejściu z Czarnego Stawu mijam paru ślizgających się w śniegu turystów. Kilku oczywiście w sandałach. ;) Są trochę zdziwieni, że tu jest śnieg. Powrót do Zakopanego znów przez Boczań. Gdy na kwaterze zdejmuje buty, widok moich pięt mnie trochę przerażą.

29 maja
Mam do pokonania 500 km, czyli ok. 9 godz. jazdy w upale. W końcu doceniam klimatyzację w moim samochodzie.

Trochę zdjęć:
http://www.tatry.turystyka-gorska.pl/galeria6.htm
http://www.tatry.turystyka-gorska.pl/galeria7.htm
Ostatnio zmieniony czw 02 cze, 2005 przez tomek.l, łącznie zmieniany 2 razy.
dr kidler

-#4
Posty: 359
Rejestracja: sob 26 lut, 2005
Lokalizacja: Rybnik

Post autor: dr kidler »

Asik pisze:wszystko zostało uwiecznione przez naszgo głownego(własciwie jedynego ) filmowca-dr K.
Zostało, zostało.

Tylko zjazdu nie ma, sama akcja ratownicza.
dr kidler

-#4
Posty: 359
Rejestracja: sob 26 lut, 2005
Lokalizacja: Rybnik

Post autor: dr kidler »

Więc tak:

Podczas zejścia ze Świnicy, na płacie śniegu na którym Asia będzie miała sławny dupozjazd, ja jako jedyny z ekipy zszedłem bez raków i czekana (tylko z kijkami).

Jako amator, bo nigdy jeszcze nie chodziłem po takim śniegu w Tatrach, stwierdziłem że dam radę, no i dalem radę.
Strachu się trochę najadłem bo:
1. Było stromo i bardzo miękki śnieg,
2. Podczas schodzenia , a schodziłem przodem, jak byłem na wysokości
1/4 tego płatu usłyszałem jak ktoś wyżej poślizgnął się i jedzie na
dupie w dół. Niewiem jak to zrobiłem, ale szybko odwróciłem się i
spojrzałem w górę (okazało się że za mną szedł jakiś gość i właśnie
teraz jedzie na dupie dokładnie na mnie) zrobiłem kikla kroczków w
bok i gość przejechał obok mnie. :O Miał szczęście że wogóle się
zatrzymał, tylko kilka centymetrów dzieliło go od przepaści. Jak już
wstał to nawet na mnie nie popatrzył tylko zaraz uciekł (słowo
przepraszam było by chyba na miejscu). Gdyby mnie podciął to nie
było by to ciekawe.

No ale zszedłem no i zacząłem filmować akcję ratunkową prowadzoną przez ratownika Doriana, oczywiście zakończoną pełnym sukcesem.

Po tym zejściu poczułem się pewnie.

Dalsza droga była już łatwa,małe nachylenie - prawie prosto, no i sobie pomyślałem że jak jestem taki dobry 8) (i to był pierwszy błąd) to chyba wogóle nie wypróbuję jak się chodzi w rakach, no i dawaj - założyłem raki (to był drugi błąd), odczepiłem czekan od plecaka i w pełnym rysztunku ruszyłem przed siebie.

Po chyba dwóch minutach marszu (w moich nowych rakach szło się wspaniale) prawa noga zapadła mi się w śniegu na około 20cm a lewą nogą uderzyłem w prawą łydkę.

Minę miałem mniej-więcej taką:
Obrazek

Prawy kolec lewego raka przebił nowy stuptut, nowe spodnie i weszedł na głębokość około 1-1,5cm do mojej prawej łydki.

Krew, krew, dużo krwi. Już chciałem dzwonić po helikopter, ale Asia - nasza "siostra wielokrotnego przełożenia" bardzo profesjonalnie udzieliła mi pierwszej pomocy ;) .
Zacisnąłem zęby i jakoś dokuśtykałem do schroniska. Cały czas myśląc co będzie jutro (w końcu to pierwszy dzień i już taka rana), bałem się żeby to nie był koniec mojej wyprawy.

Ale w schronisku nasza niezastąpiona siostra Asia przeprowadziła skomplikowaną operację mojej łydki (nawet część operacji jest uwieczniona na filmie) i już następnego dnia nastąpiła poprawa.

I TU Z TEGO MIEJSCA CHCĘ ZŁOŻYĆ PODZIĘKOWANIA ASI, DZIĘKI KTÓREJ MOGŁEM KONTYNUOWAĆ TĄ WSPANIAŁĄ WYPRAWĘ.

DZIĘKI, DZIĘKI, WIELKIE DZIĘKI
Awatar użytkownika
Asik

-#6
Posty: 1714
Rejestracja: wt 07 wrz, 2004

Post autor: Asik »

Czy ona sie wdrapala? Ona tam wbiegla... wprawiaja'c w oslupienie 3 siostry zakonne i pana w muszce
o przepraszam bardzo tu widze wredne przekłamanie!!
powyższych osó w osłupienie ni mogłam wprawic iż gdyż:
siostry wprowadziła w oslupienie Twoja propozycja zrobienia im zdjecia :P
ale wydaje mi sie że liczyły że zaproponujesz im wspólne zdjecie...zrobiłoby w zakonie furore :D
one 3+tajemniczy chlopak bez koszulki :))
a pan w muszce...pamietasz co mi obiecałes? 8) :))
poza tym jak spotkalismy powyższe osoby to schodziliścmy wiec mogłam zadziwic ich tempem schodzenia :P

ehh mój fiołek alpejski..nadal opłakuje Obrazek
ale jakbym wiedziała kto to...to:
Obrazek i Obrazek hehehe Obrazek
Ostatnio zmieniony czw 02 cze, 2005 przez Asik, łącznie zmieniany 3 razy.
Awatar użytkownika
Kert

-#6
Posty: 1899
Rejestracja: ndz 24 paź, 2004
Lokalizacja: Łódź

Post autor: Kert »

Asik pisze:relacja Kerta jest nie w pełni prawdziwa :P wcale nie udało nam sie ominąć wszystkich łańcuchów
ejjj, nie pisałem , że omineliśmy wszystkie łańcuchy... a ten jeden dobrze pamietam :D:D
Schodzący ze Świnicy gość stał jak wryty z wzrokiem skierowanym nad moją głową ( dla jasności - pewnie w stronę Asika). Ponieważ tkwił w takim bezruchu , bez większego problemu wyminąłem go i stanąłem kilka metrów wyżej. Wtedy gościu ruszył na mijanie z Asikiem. Powiem krótko, było na tyle fajne, ze zaproponowałem swój powrót w dół, ale jakoś bez aplauzji Asi hahahahaaaaa.
Awatar użytkownika
Kert

-#6
Posty: 1899
Rejestracja: ndz 24 paź, 2004
Lokalizacja: Łódź

Post autor: Kert »

GROUPER pisze:dopiero sie rozgladam...
Witaj Grouper na forum. Wnioskuje, że widzieliśmy się nad Czarnym Gąsiennicowym, gdzie byłem sprawcą opóźnienia wejścia na Kościelec (ale gdyby nie to to może nie trafilibyście na zakonnice) - tym bardziej więc powitanie ciepłe :D:D
Awatar użytkownika
Czesiek

-#6
Posty: 2015
Rejestracja: sob 20 wrz, 2003
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Czesiek »

tomek.l pisze:Trzeba się pożegnać z Tatrami
:-( Całe szczęście, że nie na długo. :)
Dziękuję za relację... wszystkim :D
Awatar użytkownika
Asik

-#6
Posty: 1714
Rejestracja: wt 07 wrz, 2004

Post autor: Asik »

... do tego by się wspinać, nie potrzebna jest szalona odwaga, w zupełności wystarcza brak wyobraźni ...

a jak było w Twoim przypadku Janku??
szalona odwaga czy brak wyobraźni?
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

dr kidler pisze:I tak was kiedyś dopadnę - ja jestem cierpliwy i zawsze osiągam cel.
pilnuj Synek,pilnuj :D ;)
Asik pisze:one 3+tajemniczy chlopak bez koszulki
no co, niech kobitki mają coś z tego życia :P

Zygmunt a gdzie Twoja wersja zdarzeń? :?
Gosza może chociaż parę słówek,jak to Taterki były widziane w oczach szwarnej Ślązaczki? :)
Dorian....się przeprowadza,więc niejako jest usprawiedliwiony ;)
Adam dzięki Tobie nareszcie wiem, co się tam działo-kurcze takie akcje,a ja sobie w tym czasie z Piotrkiem o świastakach podczas sielskiego spacerku rozmawialiśmy...Jeśli chodzi o wredne raczyska,to witaj w klubie-też sobie pojechałam po łydce na dziewiczym marszu w lutym.Człowiek uczy się na błędach,nikt nie mówił,że w górach ma być przyjemnie :P
tomek.l pisze:29 maja
Mam do pokonania 500 km, czyli ok. 9 godz. jazdy w upale
wow,szkoda,że nie zmówiłeś się z Asikiem-moglibyście wracać razem :D
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

Asik pisze: jak było w Twoim przypadku Janku??
szalona odwaga czy brak wyobraźni
To skomplikowana sprawa. Odważny za bardzo to ja nigdy nie byłem! :D Przyznaję się, jak widzisz, bez bicia. Zatem szalony brak wyobraźni, który mijał nie tyle w miarę upływu lat co oglądania takich panów w czerwonych sweterkach (wówczas nie było polaru) niosących taki długi kij z grubego bambusa, służący do zawieszenia siatki z czymś długim zawiniętym w czarny worek. Były również, może to już czytałaś cztery pogrzeby (i ani jednego wesela). No i było takie wieczorne spotkanie w kilka osób z jednym bardzo ale to bardzo znanym alpinistą, który powiedział, że w miarę upływu lat i podnoszenia stopnia ich trudności BOI się coraz bardziej i tylko temu strachowi zawdzięcza to, że jeszcze żyje (żyje zresztą do dzisiaj i czasami pojawia się w Tatrach. Dodał jeszcze, że ci co się zupełnie nie bali to naogół już nie żyją. "Bo strach - Asiku - jest nieodłącznym towarzyszem każdego alpinisty". No i teraz mam kłopot bo nie pamiętam, kto jest autorem tego zdania. Może sobie przypomnę. W każdym razie napewno też wielkie nazwisko. A więc bój się Asiu a wtedy i będziesz żyć i zostaniesz wielką alpinistką. O ile oczywiście będziesz tego chciała. :):):)
tomek.l

-#6
Posty: 2968
Rejestracja: pt 14 sty, 2005
Lokalizacja: Poznań
Kontakt:

Post autor: tomek.l »

Iwona pisze:wow,szkoda,że nie zmówiłeś się z Asikiem-moglibyście wracać razem happy
Też o tym pomyślałem. Ale ja zdecydowałem się na wyjazd do Zakopanego w ostatniej chwili, dzień wcześniej, wieczorem i nie było już możliwości dogadania się. A po za GG namiarów żadnych niestety nie mam.
A wy kiedy byliście w Gąsienicowej? Może się nawet mineliśmy gdzieś na szlaku. Ja tam byłem w sobotę gdzieś między 12 a 18.
Awatar użytkownika
Czesiek

-#6
Posty: 2015
Rejestracja: sob 20 wrz, 2003
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Czesiek »

Janek pisze:... BOI się coraz bardziej i tylko temu strachowi zawdzięcza to, że jeszcze żyje...
Jest nas dwóch 8) 8)

Powiem dosadnie: tylko głupi się nie boi.
Awatar użytkownika
Tomek K

-#4
Posty: 379
Rejestracja: wt 08 mar, 2005
Lokalizacja: Rzeszów

Post autor: Tomek K »

Ja również przeżywam coś podobnego. Im więcej chodzę po górach tym większy czuje respekt. Może więcej mam do stracenia? Staram się nie dopuszczać do takich sytuacji żeby mnie ogarnął lęk lub strach ale jak sami wiecie nie zawsze się to uda. Jedno jest pewne, że na przewodnika bym się nie nadał bo wzięcie na siebie odpowiedzialności za kogoś w górach gzdzie wszystko może się zdarzyć jest zbyt dużm obciążeniem.
Podobne myśli nachodzą mnie ostatnio podczas jazdy samochodem gdy pakuję całą rodzinkę (czyli wszystko co mam najcenniejsze) do "metalowej skrzynki na kółkach" i mijam się z każdym potencjalnym "mordercą". Mam jednak nadzieję, że ta faza minie bo ogranicza moje wucieczkowe pomysły i cierpi na tym rodzina.
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

Janek pisze:"Bo strach - Asiku - jest nieodłącznym towarzyszem każdego alpinisty". No i teraz mam kłopot bo nie pamiętam, kto jest autorem tego zdania. Może sobie przypomnę. W każdym razie napewno też wielkie nazwisko
Chyba Andrzej Zawada. Może ktoś wie? :) Napewno do niego pasuje. Do Michała Jagiełły też by pasowało. Jakie to pouczające! I tekst i te nazwiska. Andrzej był człowiekiem niezwykle skromnym. Nikt, kto go nie znał by nie powiedział, że ten łagodnie uśmiechnięty facet siedzący w kącie werandy w Moku jest jednym z najwybitniejszych alpinistów świata. Żadnej pozy! Szkoda, mógł jeszcze żyć!
ODPOWIEDZ