GSB, czyli Główny Szlak Beskidzki
GSB, czyli Główny Szlak Beskidzki
Czy ktoś z nadal tu zaglądających miał kiedyś okazję przejść/przejechać całe GSB z Ustronia do Wołosatego lub odwrotnie? Na raz lub na 2 raty?
Znalazlem 2 archiwalne wątki na ten temat:
GSB Zimą:
http://tatry.inspiration.pl/viewtopic.php?t=4928
I drugi wątek:
http://tatry.inspiration.pl/viewtopic.php?t=6383
GSB Zimą:
http://tatry.inspiration.pl/viewtopic.php?t=4928
I drugi wątek:
http://tatry.inspiration.pl/viewtopic.php?t=6383
Myślałem o rowerowym przejechaniu GSB całkiem serio. Największy problem stanowią parki narodowe, które kosztem pozbycia się różnych endurowców i dałnhilowców (faktycznie stanowiących niebezpieczeństwo dla pieszych), wylały przy okazji jedno dziecko z kąpielą - czyli takich nic nikomu nie zawadzających na szlaku rowerowych turystów jak ja. 
Pewnym wyzwaniem byłoby też dla mnie kurczowe trzymanie się jednego szlaku. Beskidy przyzwyczaiły do zupełnie swobodnego poruszania się przed siebie (pieszy, rowerowy, narciarski, konny, bezdroża), co jest swego rodzaju odpoczynkiem od Tatr.
No ale jak GSB, to GSB trzeba by było się jednak przyssać do czerwonego.
W trakcie zimowych nudnych wieczorów obejrzałem w całości całkiem sympatyczną relację wideo z ubiegłorocznego, samotnego przejścia tego szlaku przez dziadbora:
część 1: https://www.youtube.com/watch?v=g-CwSSUqvkU
część 2: https://www.youtube.com/watch?v=cpM7UmWf8qs
Pewnym wyzwaniem byłoby też dla mnie kurczowe trzymanie się jednego szlaku. Beskidy przyzwyczaiły do zupełnie swobodnego poruszania się przed siebie (pieszy, rowerowy, narciarski, konny, bezdroża), co jest swego rodzaju odpoczynkiem od Tatr.
W trakcie zimowych nudnych wieczorów obejrzałem w całości całkiem sympatyczną relację wideo z ubiegłorocznego, samotnego przejścia tego szlaku przez dziadbora:
część 1: https://www.youtube.com/watch?v=g-CwSSUqvkU
część 2: https://www.youtube.com/watch?v=cpM7UmWf8qs
Obejrzałem pierwszą część tej relacji a przy okazji także szereg innych, krótszych filmików o GSB na YT. Teraz to zupełnie inne czasy niż np. 15 lat temu. W Internecie jest mnóstwo materiałów o szlaku - strony www, filmy, relacje itp. Praktycznie każdy idący GSB wspomina, że spotkał innych turystów pokonujących szlak w jedną lub drugą stronę.
Ponadto Compass wydał mini-przewodnik po GSB:
http://www.compass.krakow.pl/p/glowny-szlak-beskidzki
A PTTK ustanowił odznakę:
http://cotg.pttk.pl/index.php/odznaki/gsb
(niestety, tylko dla pieszych
)
Kiedyś to człowiek był zdany tylko na siebie.
Ponadto Compass wydał mini-przewodnik po GSB:
http://www.compass.krakow.pl/p/glowny-szlak-beskidzki
A PTTK ustanowił odznakę:
http://cotg.pttk.pl/index.php/odznaki/gsb
(niestety, tylko dla pieszych
Kiedyś to człowiek był zdany tylko na siebie.
W życiu bym na to nie wpadł, że ludzie stawiają sobie za cel przejście GSB, czy GSS - gdyby nie moje wałęsanie się rowerem wzdłuż tych tasiemcowych szlaków od paru lat. 
W życiu bym kiedyś nie pomyślał (będąc zaślepionym przez Tatry), że Beskidy mogą mieć tyle pięknych i widokowych miejsc, że jest tam tyle bacówek i schronisk, że można spotkać tylu świetnych ludzi.
Jednak piesze wyszukiwanie takich perełkowych miejsc wymaga dużo cierpliwości - tu nie ma tak jak w Tatrach, że wszystko jest podane na tacy. Stąd u mnie rower - można szybko przeskoczyć od polany do polany, od schroniska do bacówki, od miasteczka do wioski.
A rowerowe GSB cały czas mam w tyle głowy, chociaż w sumie można uznać, że prawie go zrobiłem.

W życiu bym kiedyś nie pomyślał (będąc zaślepionym przez Tatry), że Beskidy mogą mieć tyle pięknych i widokowych miejsc, że jest tam tyle bacówek i schronisk, że można spotkać tylu świetnych ludzi.
Jednak piesze wyszukiwanie takich perełkowych miejsc wymaga dużo cierpliwości - tu nie ma tak jak w Tatrach, że wszystko jest podane na tacy. Stąd u mnie rower - można szybko przeskoczyć od polany do polany, od schroniska do bacówki, od miasteczka do wioski.
A rowerowe GSB cały czas mam w tyle głowy, chociaż w sumie można uznać, że prawie go zrobiłem.
Jak przeczytałem początek pierwszego zdania, to pomyślałem "bo za mało chodziłeś po Beskidach"Mariusz pisze:W życiu bym na to nie wpadł, że ludzie stawiają sobie za cel przejście GSB, czy GSS - gdyby nie moje wałęsanie się rowerem wzdłuż tych tasiemcowych szlaków od paru lat.
W życiu bym kiedyś nie pomyślał (będąc zaślepionym przez Tatry), że Beskidy mogą mieć tyle pięknych i widokowych miejsc, że jest tam tyle bacówek i schronisk, że można spotkać tylu świetnych ludzi.
No tak, mapkę już wcześniej widziałemMariusz pisze: A rowerowe GSB cały czas mam w tyle głowy, chociaż w sumie można uznać, że prawie go zrobiłem.![]()
- Zakochani w Tatrach
-

- Posty: 3234
- Rejestracja: pn 22 paź, 2007
- Lokalizacja: Zawiercie
Bardzo zagadkowo piszesz
.... rozgryzaliśmy z małżonkiem gdzie Ty byłeś. Mnie wyszło że na Kilimandżaro, ale on wyszukał Twoją relację z 2009 chyba roku z "Afryki dzikiej" i doszliśmy do wniosku że jednak na GSB .
Tak czy inaczej mam nadzieję że wrażeniami z wyprawy się podzielisz na Forum - ostatnio opuszczonym i pustym. Może ożyje.
Tak czy inaczej mam nadzieję że wrażeniami z wyprawy się podzielisz na Forum - ostatnio opuszczonym i pustym. Może ożyje.
Zakochani w Tatrach
- Zakochani w Tatrach
-

- Posty: 3234
- Rejestracja: pn 22 paź, 2007
- Lokalizacja: Zawiercie
A październik zapowiada się takMariusz pisze: Za to październik mój, już siedzę na walizkach.
https://www.accuweather.com/en/pl/szcza ... =10/1/2018
To miesiąc w którym zawsze wybieramy się na cudną pienińską jesień.
Pozostaje mi liczyć na to, że pogoda się jednak zmieni na lepsze, albo jechać w poniedziałek i wykorzystać choć te cztery dni pogody.
Zakochani w Tatrach
- Zakochani w Tatrach
-

- Posty: 3234
- Rejestracja: pn 22 paź, 2007
- Lokalizacja: Zawiercie
Tak, przeszedłem GSB
Z Ustronia do Wołosatego.
Zajęło mi to 17 dni czyli o 1 więcej niż planowałem.
Coś postaram się napisać. Tylko ze zdjęciami będzie problem, bo w ramach redukcji bagażu nie wziąłem mojego podstawowego aparatu. Miałem tylko taki kieszonkowy i widzę, że zdjęcia nim zrobione są raczej rozczarowujące
Mariusz, dostałeś SMS-a czy zmieniłeś numer?
Z Ustronia do Wołosatego.
Zajęło mi to 17 dni czyli o 1 więcej niż planowałem.
Coś postaram się napisać. Tylko ze zdjęciami będzie problem, bo w ramach redukcji bagażu nie wziąłem mojego podstawowego aparatu. Miałem tylko taki kieszonkowy i widzę, że zdjęcia nim zrobione są raczej rozczarowujące
Mariusz, dostałeś SMS-a czy zmieniłeś numer?
- Zakochani w Tatrach
-

- Posty: 3234
- Rejestracja: pn 22 paź, 2007
- Lokalizacja: Zawiercie
To na początek trochę kwestii "technicznych", potem będą wrażenia z trasy
Po pierwsze, wyszedłem z założenia, że potrzebuję noclegów w stosunkowo dobrych warunkach, aby móc się zregenerować po codziennym wysiłku i dobrze odpocząć przed kolejnym dniem. Czyli w schroniskach, prywatnych kwaterach, ew. pensjonatach - w każdym razie z łóżkiem i możliwością umycia się. No i tak planowałem kolejne etapy, żeby móc znaleźć taki nocleg (co nie jest dużym problemem, bo oferta noclegowa w polskich górach jest spora). Oczywiście, nie wszystko się w 100% udało - np. nie znalazłem noclegu po słowackiej stronie przeł. Glinne i musiałem zjechać do Korbielowa. Byłem też jednak przygotowany na gorsze warunki - miałem matę samopompującą, śpiwór i folię NRC i jakby co, to w jakiejś wiacie czy w szałasie dałbym radę przenocować. Ogólnie wyszło 8 noclegów w schroniskach, 5 w kwaterach/agroturystyce i 4 w pensjonatach/zajazdach. Tylko w jednym miejscu (schronisko na Połoninie Wetlińskiej) nie było prysznica
Wyjątkowo zważyłem mój plecak (nowo nabytą wagą). Maksymalna waga całości ekwipunku wynosiła ok. 11,5 kg (wraz z przytroczonymi kijkami trekkingowymi oraz jedzeniem i piciem na jeden dzień). Bez tego co w nawiasie powyżej wyszło 9,5 kg. Starałem się spakować oszczędnie i uważam, że mi się udało. Jedynym zbędnym ciężarem była ww. mata samopompująca, ale to była taka "opcja ratunkowa". Nie wziąłem natomiast np. mojego podstawowego aparatu fotograficznego ani żadnej książki.
Sposób żywienia wynikał z podstawowej zasady ograniczania wagi bagażu. Czyli starałem się nosić jak najmniej a jak najwięcej kupować na miejscu. Na ogół w miejscu noclegu dawało się kupić wieczorem obiad a rano śniadanie, po drodze zatrzymywałem się też w mijanych schroniskach czy miejscowościach żeby kupić jakieś ciastko albo zupę. W Beskidzie Niskim jest mało schronisk i tam trzeba było bardziej polegać na sklepach - przechodząc przez jakąś wieś kupowałem np. bułki, serki, jogurty i od razu pod sklepem je zjadałem. Kilka razy wychodziłem bez śniadania, bo np. zależało mi na wczesnym wyjściu o 7 rano a bufet/kuchnię uruchamiano o 8. Wtedy poprzedniego dnia kupowałem jakieś produkty i robiłem sobie proste śniadanie na pierwszym postoju, po jakiejś godzinie marszu.
I trochę statystyki
Kolejno: nr dnia, przebyta trasa, czas przejścia (mój a nie z mapy), liczba przebytych km, liczba pkt GOT (1 GOT = 1 km w poziomie lub 100 m podejścia); GOT zliczane z mapy, stąd wyszło więcej niż wg oficjalnej rozpiski PTTK
1. Ustroń - Stożek Mały 7:10 / 19,4 / 32,3
2. Stożek Mały - Węgierska Górka 9:10 / 33,2 / 45,5
3. Węgierska Górka - przełęcz Glinne 9:00 / 29,5 / 44,2
4. przełęcz Glinne - Markowe Szczawiny 6:50 / 20,9 / 34,4
5. Markowe Szczawiny - Hala Krupowa 7:30 / 16,6 / 27,3
6. Hala Krupowa - Maciejowa 10:50 / 36,8 / 47,6
7. Maciejowa - Studzionki 7:50 / 22,0 / 31,0
8. Studzionki - przełęcz Przysłop 9:50 / 26,5 / 37,9
9. przełęcz Przysłop - Hala Łabowska 10:40 / 33,9 / 52,3
10. Hala Łabowska - Ropki 11:10 / 38,6 / 51,7
11. Ropki - Bartne 9:30 / 28,1 / 39,7
12. Bartne - Chyrowa 10:00 / 33,1 / 45,7
13. Chyrowa - Rymanów-Zdrój 9:50 / 28,4 / 38,7
14. Rymanów-Zdrój - Komańcza-Letnisko 11:10 / 37,5 / 49,8
15. Komańcza-Letnisko - Cisna 10:00 / 31,4 / 44,4
16. Cisna - Połonina Wetlińska 10:10 / 31,4 / 48,6
17. Połonina Wetlińska - Wołosate 11:50 / 34,4 / 50,0
Po pierwsze, wyszedłem z założenia, że potrzebuję noclegów w stosunkowo dobrych warunkach, aby móc się zregenerować po codziennym wysiłku i dobrze odpocząć przed kolejnym dniem. Czyli w schroniskach, prywatnych kwaterach, ew. pensjonatach - w każdym razie z łóżkiem i możliwością umycia się. No i tak planowałem kolejne etapy, żeby móc znaleźć taki nocleg (co nie jest dużym problemem, bo oferta noclegowa w polskich górach jest spora). Oczywiście, nie wszystko się w 100% udało - np. nie znalazłem noclegu po słowackiej stronie przeł. Glinne i musiałem zjechać do Korbielowa. Byłem też jednak przygotowany na gorsze warunki - miałem matę samopompującą, śpiwór i folię NRC i jakby co, to w jakiejś wiacie czy w szałasie dałbym radę przenocować. Ogólnie wyszło 8 noclegów w schroniskach, 5 w kwaterach/agroturystyce i 4 w pensjonatach/zajazdach. Tylko w jednym miejscu (schronisko na Połoninie Wetlińskiej) nie było prysznica
Wyjątkowo zważyłem mój plecak (nowo nabytą wagą). Maksymalna waga całości ekwipunku wynosiła ok. 11,5 kg (wraz z przytroczonymi kijkami trekkingowymi oraz jedzeniem i piciem na jeden dzień). Bez tego co w nawiasie powyżej wyszło 9,5 kg. Starałem się spakować oszczędnie i uważam, że mi się udało. Jedynym zbędnym ciężarem była ww. mata samopompująca, ale to była taka "opcja ratunkowa". Nie wziąłem natomiast np. mojego podstawowego aparatu fotograficznego ani żadnej książki.
Sposób żywienia wynikał z podstawowej zasady ograniczania wagi bagażu. Czyli starałem się nosić jak najmniej a jak najwięcej kupować na miejscu. Na ogół w miejscu noclegu dawało się kupić wieczorem obiad a rano śniadanie, po drodze zatrzymywałem się też w mijanych schroniskach czy miejscowościach żeby kupić jakieś ciastko albo zupę. W Beskidzie Niskim jest mało schronisk i tam trzeba było bardziej polegać na sklepach - przechodząc przez jakąś wieś kupowałem np. bułki, serki, jogurty i od razu pod sklepem je zjadałem. Kilka razy wychodziłem bez śniadania, bo np. zależało mi na wczesnym wyjściu o 7 rano a bufet/kuchnię uruchamiano o 8. Wtedy poprzedniego dnia kupowałem jakieś produkty i robiłem sobie proste śniadanie na pierwszym postoju, po jakiejś godzinie marszu.
I trochę statystyki
Kolejno: nr dnia, przebyta trasa, czas przejścia (mój a nie z mapy), liczba przebytych km, liczba pkt GOT (1 GOT = 1 km w poziomie lub 100 m podejścia); GOT zliczane z mapy, stąd wyszło więcej niż wg oficjalnej rozpiski PTTK
1. Ustroń - Stożek Mały 7:10 / 19,4 / 32,3
2. Stożek Mały - Węgierska Górka 9:10 / 33,2 / 45,5
3. Węgierska Górka - przełęcz Glinne 9:00 / 29,5 / 44,2
4. przełęcz Glinne - Markowe Szczawiny 6:50 / 20,9 / 34,4
5. Markowe Szczawiny - Hala Krupowa 7:30 / 16,6 / 27,3
6. Hala Krupowa - Maciejowa 10:50 / 36,8 / 47,6
7. Maciejowa - Studzionki 7:50 / 22,0 / 31,0
8. Studzionki - przełęcz Przysłop 9:50 / 26,5 / 37,9
9. przełęcz Przysłop - Hala Łabowska 10:40 / 33,9 / 52,3
10. Hala Łabowska - Ropki 11:10 / 38,6 / 51,7
11. Ropki - Bartne 9:30 / 28,1 / 39,7
12. Bartne - Chyrowa 10:00 / 33,1 / 45,7
13. Chyrowa - Rymanów-Zdrój 9:50 / 28,4 / 38,7
14. Rymanów-Zdrój - Komańcza-Letnisko 11:10 / 37,5 / 49,8
15. Komańcza-Letnisko - Cisna 10:00 / 31,4 / 44,4
16. Cisna - Połonina Wetlińska 10:10 / 31,4 / 48,6
17. Połonina Wetlińska - Wołosate 11:50 / 34,4 / 50,0
Zapowiada się nieźle i czekam na ciąg dalszy.
P.S. Ja też dopiero co wróciłem z 10-dniowego (rowerowego) wędrowania po Beskidach, więc chętnie skonfrontuję twoje wrażenia ze swoimi. Filozofię miałem podobną - minimalizować bagaż, jedzenie raczej kupować na bieżąco, niż nosić ze sobą, a spanie pod dachem, tak aby się wyspać i zregenerować należycie.
Maty nie woziłem, bo na rowerze zawsze można odskoczyć gdzieś dalej, jak w pobliżu zaplanowanej trasy nie ma noclegu.
P.S.2 SMSa od ciebie nie dostałem, pewnie masz zły numer - podeślę ci nowy na PW.
P.S. Ja też dopiero co wróciłem z 10-dniowego (rowerowego) wędrowania po Beskidach, więc chętnie skonfrontuję twoje wrażenia ze swoimi. Filozofię miałem podobną - minimalizować bagaż, jedzenie raczej kupować na bieżąco, niż nosić ze sobą, a spanie pod dachem, tak aby się wyspać i zregenerować należycie.
P.S.2 SMSa od ciebie nie dostałem, pewnie masz zły numer - podeślę ci nowy na PW.
- Zakochani w Tatrach
-

- Posty: 3234
- Rejestracja: pn 22 paź, 2007
- Lokalizacja: Zawiercie
(miały być wrażenia z trasy a wyszła standardowa relacja)
Dzień 1: Ustroń – Stożek Mały
Dotarcie do Ustronia nie było proste (dwa razy autobus i raz pociąg, przesiadki w Łodzi i Katowicach), ale przyjeżdżam ok. 8 rano, czyli o idealnej porze, aby rozpocząć wędrówkę (podczas gdy o 18 poprzedniego dnia byłem jeszcze w pracy). Chwilę spędzam przy kropce wskazującej na początek / koniec Głównego Szlaku Beskidzkiego i nie marnując czasu ruszam w drogę. Niedaleko ostatnich zabudowań spotykam 2 gości, którzy wyglądają jakby też zaczynali wędrówkę GSB. Później tego dnia mijaliśmy się jeszcze kilka razy i moje podejrzenia się potwierdziły, tyle że Hubert i Krzysiek pierwszego dnia pokonali znacznie dłuższy dystans, więc w kolejnych dniach nie mieliśmy już okazji się spotkać. Pogoda piękna, podejście na Równicę udaje się szybko pokonać, plecak nie ciąży, jest dobrze. Na górze odpoczynek, herbata i ciasto w schronisku zwanym gościńcem (choć nie takim gościnnym, bo gospodyni jest obrażona na PTTK, które nie chce z nią przedłużyć umowy). Potem zejście do Ustronia-Polany i z powrotem w górę, na Czantorię (995 m npm), pięknym, długim i stromym jak na Beskidy podejściem (Mariusz, rower wysiada). Na szczycie zaglądam na czeską wieżę widokową a później wędruję wzdłuż polsko-czeskiej granicy. Jeszcze jeden postój w schronisku na Soszowie Wielkim i pół godziny po 3 docieram do gospodarstwa agroturystycznego położonego na Stożku Małym. Jest strasznie wcześnie, można by iść dalej, więc się zastanawiam czy tu rzeczywiście zostać, ale w końcu stwierdzam, że pierwsze dni miały być lekkie no a poza tym będę mógł odespać poprzednią noc. Tak więc zostaję, licząc również na obfitą obiadokolację oraz śniadanie następnego dnia (nie zawiodłem się).

W Ustroniu przy początkowej kropce nie ma żadnej informacji, że oto zaczyna się Główny Szlak Beskidzki

Na Czantorii, początek stoku narciarskiego, w tle Równica
Dzień 2: Stożek Mały – Węgierska Górka
Od rana jest pochmurno i mglisto, ale przecież nie przyjechałem tu na podziwianie widoków. Na początek mijam schronisko na Stożku Wielkim, o godz. 9 wciąż pogrążone we śnie – widać wieczorna impreza przeciągnęła się do późna. Nie żałuję zatem, że nie zdecydowałem się na nocleg tutaj. Pierwszy postój robię na przełęczy Kubalonka – w karczmie zamawiam szarlotkę po czym dostaję… całkiem spory deser – szarlotkę na ciepło z lodami, owocami i różnymi dodatkami. To się nazywa turystyka kwalifikowana! W momencie gdy zbieram się do dalszej drogi zaczyna siąpić deszcz. Mimo to na szlaku prowadzącym w kierunku Baraniej Góry jest sporo ludzi – jest sobota, turystów w Wiśle i okolicach zapewne niemało i widać, że nie chcą marnować dnia. Deszcz ustaje po jakiejś godzinie czy półtorej ale chmury cały czas wiszą nad górami. Na Baraniej Górze (1220 m npm) widoków brak. Mimo że później chwilami się rozpogadza, staram się raczej żwawo schodzić do Węgierskiej Górki, gdyż trzeba tam będzie znaleźć jakiś nocleg. Na szczęście nie okazuje się to trudne – może pensjonat nie oferuje jakichś luksusów ale mi to nie przeszkadza. Najważniejsze, że swobodnie można zrobić pranie (od tej pory rytuał ten będzie się powtarzał mniej więcej co drugi dzień).

Schronisko na Stożku Wielkim w porannej mgle i chmurach

Klęska ekologiczna na Baraniej Górze (ten widok przywodzi mi na myśl filmowe wyobrażenia frontu zachodniego z I wojny św.)
Dzień 3: Węgierska Górka – przełęcz Glinne
Gdy wyruszam w trasę Węgierska Górka sprawia wrażenie sennej i pustej, choć wcale nie jest bardzo wcześnie. Wędrując przez Abrahamów spotykam głównie miejscowych grzybiarzy. W okolicach Hali Rysianka widać jednak coraz więcej turystów - w końcu mamy słoneczną wrześniową niedzielę. Przy samym schronisku ludzi jest już bardzo dużo i panuje całkiem spory gwar. Zatrzymuję się na pomidorową, chwilę spędzam na podziwianiu widoków (jednak!) i ruszam w kierunku Hali Miziowej. Tu podobna sytuacja. Żałuję, że nie mam czasu wejść na Pilsko (1557 m npm), na którym byłem wcześniej 3 razy i zawsze z zerową widzialnością a tym razem widoki byłyby na pewno pierwszorzędne. Zamiast tego schodzę na przełęcz Glinne gdzie zamierzałem przenocować (po słowackiej stronie). Niestety, pani w sklepie, w domu gdzie na piętrze mają pokoje, informuje, że wszystko zajęte a pobliskie ranczo „nie funguje”. Przez chwilę zastanawiam się czy nie zabiwakować na przełęczy lub nawet spróbować dostać się do opuszczonych i zamkniętych budynków pozostałych po funkcjonującym tu przejściu granicznym. Ostatecznie jednak proszę o podwiezienie mnie na dół do Korbielowa grupę turystów, którzy pakują się do samochodów pozostawionych tu na parkingu. Wieczorem, gdy zastanawiam się nad trasą na następny dzień, stwierdzam, że moje kolana w nieprzyjemny sposób przypominają o swoim istnieniu (przy czym pierwsze sygnały dawały już poprzedniego dnia). Smaruję je solidną porcją Voltarenu ale jednocześnie decyduję się nieco zmodyfikować plan i zrobić sobie dwa lżejsze dni. Plusem tego rozwiązania będą przyjemne dwa noclegi w schroniskach zamiast kolejnego kombinowania co ze sobą zrobić na przełęczy Krowiarki.

Babia Góra widziana z Hali Miziowej

Spojrzenie na Slovensko, w centrum uwagi Mala Fatra
Dzień 4: przełęcz Glinne – Markowe Szczawiny
Rano nie udaje się niestety złapać „stopa”, więc drogę z Korbielowa na przeł. Glinne pokonuję piechotą. Potem wędruję wzdłuż granicy ze Słowacją, mijając m.in. ciekawą bazę Jaworzyna. Niby jest już „zwinięta”, nie ma namiotów, ale pozostały prycze a bazowa chatka nie jest zamknięta na klucz. W środku dostęp do wody, piec kuchenny, skarbonka i kartka z prośbą o pozostawienie wszystkiego w należytym porządku. Dłuższą chwilę spędzam na polanie na szczycie Mędralowej, mam wrażenie, że wędruję już dobry tydzień a to przecież dopiero początek mojego urlopu. Po południu docieram na Markowe Szczawiny. Po przebudowie główna sala schroniska może nie jest zbyt przytulna i nie ma tego klimatu co wcześniej ale ogólnie schronisko jest OK. No i można płacić kartą.
Dzień 5: Markowe Szczawiny – Hala Krupowa
Pogoda jest wyraźnie złośliwa. Widoki z Babiej Góry (1725 m npm) byłyby oczywiście przepiękne a tu nadciągnęły jakieś chmury i wszystkie bardziej odległe pasma górskie (w tym Tatry) pozostają mocno zamglone. Do tego, po wyjściu z lasu na otwarty teren okazuje się, że wieje przenikliwy zimy wiatr. Na szczęście na szczycie zbudowana jest osłona z kamieni, dzięki czemu można tam chwilę spokojnie odpocząć. Na lepszą pogodę na pewno liczyła też wycieczka ze słowackiego gimnazjum, którą spotykam na szczycie. Jestem tu już ósmy raz, co oznacza że w moim „rankingu” Babia goni Starorobociański Wierch (9 wejść). W czasie drogi w dół zaczyna siąpić deszczyk, który towarzyszy mi aż do przeł. Krowiarki. Żeby go przeczekać, spędzam tam dłuższą chwilę w szałasie, naprzeciwko którego wznosi się budowlana samowola byłego dyrektora Babiogórskiego Parku Narodowego, który chciał tu postawić prywatne schronisko. Pogoda rzeczywiście wkrótce się poprawia, ruszam więc w kierunku Policy. Po drodze pojawiają się ostrzeżenia o ścince drzew i faktycznie niedługo później spotykam drwali a ciężki pojazd do zwózki drewna tarasuje całą ścieżkę. Kolega Konrad, z którym mijałem się na szlaku przez ostatnie 2 dni, mówił potem wieczorem, że przy nim jedno z drzew poleciało na szlak, więc należy uważać. Nocujemy w schronisku na Hali Krupowej – bardzo miłym, niezbyt dużym, właśnie takim, jakie górskie schronisko powinno być. Tej nocy jest nas tu tylko 4 samotnych wędrowców. Pod wieczór dociera jeszcze dwójka turystów, ale zatrzymują się tylko na krótki posiłek. Zastanawiam się czy też idą GSB (możliwe) i gdzie zamierzają nocować (obstawiam kaplicę na pobliskiej Okrąglicy).

Diablak, Babia Góra – najwyższy punkt na Głównym Szlaku Beskidzkim

Pomnik na Policy upamiętniający katastrofę lotniczą samolotu LOT z 1969 r.

Schronisko na Hali Krupowej
Dzień 1: Ustroń – Stożek Mały
Dotarcie do Ustronia nie było proste (dwa razy autobus i raz pociąg, przesiadki w Łodzi i Katowicach), ale przyjeżdżam ok. 8 rano, czyli o idealnej porze, aby rozpocząć wędrówkę (podczas gdy o 18 poprzedniego dnia byłem jeszcze w pracy). Chwilę spędzam przy kropce wskazującej na początek / koniec Głównego Szlaku Beskidzkiego i nie marnując czasu ruszam w drogę. Niedaleko ostatnich zabudowań spotykam 2 gości, którzy wyglądają jakby też zaczynali wędrówkę GSB. Później tego dnia mijaliśmy się jeszcze kilka razy i moje podejrzenia się potwierdziły, tyle że Hubert i Krzysiek pierwszego dnia pokonali znacznie dłuższy dystans, więc w kolejnych dniach nie mieliśmy już okazji się spotkać. Pogoda piękna, podejście na Równicę udaje się szybko pokonać, plecak nie ciąży, jest dobrze. Na górze odpoczynek, herbata i ciasto w schronisku zwanym gościńcem (choć nie takim gościnnym, bo gospodyni jest obrażona na PTTK, które nie chce z nią przedłużyć umowy). Potem zejście do Ustronia-Polany i z powrotem w górę, na Czantorię (995 m npm), pięknym, długim i stromym jak na Beskidy podejściem (Mariusz, rower wysiada). Na szczycie zaglądam na czeską wieżę widokową a później wędruję wzdłuż polsko-czeskiej granicy. Jeszcze jeden postój w schronisku na Soszowie Wielkim i pół godziny po 3 docieram do gospodarstwa agroturystycznego położonego na Stożku Małym. Jest strasznie wcześnie, można by iść dalej, więc się zastanawiam czy tu rzeczywiście zostać, ale w końcu stwierdzam, że pierwsze dni miały być lekkie no a poza tym będę mógł odespać poprzednią noc. Tak więc zostaję, licząc również na obfitą obiadokolację oraz śniadanie następnego dnia (nie zawiodłem się).

W Ustroniu przy początkowej kropce nie ma żadnej informacji, że oto zaczyna się Główny Szlak Beskidzki

Na Czantorii, początek stoku narciarskiego, w tle Równica
Dzień 2: Stożek Mały – Węgierska Górka
Od rana jest pochmurno i mglisto, ale przecież nie przyjechałem tu na podziwianie widoków. Na początek mijam schronisko na Stożku Wielkim, o godz. 9 wciąż pogrążone we śnie – widać wieczorna impreza przeciągnęła się do późna. Nie żałuję zatem, że nie zdecydowałem się na nocleg tutaj. Pierwszy postój robię na przełęczy Kubalonka – w karczmie zamawiam szarlotkę po czym dostaję… całkiem spory deser – szarlotkę na ciepło z lodami, owocami i różnymi dodatkami. To się nazywa turystyka kwalifikowana! W momencie gdy zbieram się do dalszej drogi zaczyna siąpić deszcz. Mimo to na szlaku prowadzącym w kierunku Baraniej Góry jest sporo ludzi – jest sobota, turystów w Wiśle i okolicach zapewne niemało i widać, że nie chcą marnować dnia. Deszcz ustaje po jakiejś godzinie czy półtorej ale chmury cały czas wiszą nad górami. Na Baraniej Górze (1220 m npm) widoków brak. Mimo że później chwilami się rozpogadza, staram się raczej żwawo schodzić do Węgierskiej Górki, gdyż trzeba tam będzie znaleźć jakiś nocleg. Na szczęście nie okazuje się to trudne – może pensjonat nie oferuje jakichś luksusów ale mi to nie przeszkadza. Najważniejsze, że swobodnie można zrobić pranie (od tej pory rytuał ten będzie się powtarzał mniej więcej co drugi dzień).

Schronisko na Stożku Wielkim w porannej mgle i chmurach

Klęska ekologiczna na Baraniej Górze (ten widok przywodzi mi na myśl filmowe wyobrażenia frontu zachodniego z I wojny św.)
Dzień 3: Węgierska Górka – przełęcz Glinne
Gdy wyruszam w trasę Węgierska Górka sprawia wrażenie sennej i pustej, choć wcale nie jest bardzo wcześnie. Wędrując przez Abrahamów spotykam głównie miejscowych grzybiarzy. W okolicach Hali Rysianka widać jednak coraz więcej turystów - w końcu mamy słoneczną wrześniową niedzielę. Przy samym schronisku ludzi jest już bardzo dużo i panuje całkiem spory gwar. Zatrzymuję się na pomidorową, chwilę spędzam na podziwianiu widoków (jednak!) i ruszam w kierunku Hali Miziowej. Tu podobna sytuacja. Żałuję, że nie mam czasu wejść na Pilsko (1557 m npm), na którym byłem wcześniej 3 razy i zawsze z zerową widzialnością a tym razem widoki byłyby na pewno pierwszorzędne. Zamiast tego schodzę na przełęcz Glinne gdzie zamierzałem przenocować (po słowackiej stronie). Niestety, pani w sklepie, w domu gdzie na piętrze mają pokoje, informuje, że wszystko zajęte a pobliskie ranczo „nie funguje”. Przez chwilę zastanawiam się czy nie zabiwakować na przełęczy lub nawet spróbować dostać się do opuszczonych i zamkniętych budynków pozostałych po funkcjonującym tu przejściu granicznym. Ostatecznie jednak proszę o podwiezienie mnie na dół do Korbielowa grupę turystów, którzy pakują się do samochodów pozostawionych tu na parkingu. Wieczorem, gdy zastanawiam się nad trasą na następny dzień, stwierdzam, że moje kolana w nieprzyjemny sposób przypominają o swoim istnieniu (przy czym pierwsze sygnały dawały już poprzedniego dnia). Smaruję je solidną porcją Voltarenu ale jednocześnie decyduję się nieco zmodyfikować plan i zrobić sobie dwa lżejsze dni. Plusem tego rozwiązania będą przyjemne dwa noclegi w schroniskach zamiast kolejnego kombinowania co ze sobą zrobić na przełęczy Krowiarki.

Babia Góra widziana z Hali Miziowej

Spojrzenie na Slovensko, w centrum uwagi Mala Fatra
Dzień 4: przełęcz Glinne – Markowe Szczawiny
Rano nie udaje się niestety złapać „stopa”, więc drogę z Korbielowa na przeł. Glinne pokonuję piechotą. Potem wędruję wzdłuż granicy ze Słowacją, mijając m.in. ciekawą bazę Jaworzyna. Niby jest już „zwinięta”, nie ma namiotów, ale pozostały prycze a bazowa chatka nie jest zamknięta na klucz. W środku dostęp do wody, piec kuchenny, skarbonka i kartka z prośbą o pozostawienie wszystkiego w należytym porządku. Dłuższą chwilę spędzam na polanie na szczycie Mędralowej, mam wrażenie, że wędruję już dobry tydzień a to przecież dopiero początek mojego urlopu. Po południu docieram na Markowe Szczawiny. Po przebudowie główna sala schroniska może nie jest zbyt przytulna i nie ma tego klimatu co wcześniej ale ogólnie schronisko jest OK. No i można płacić kartą.
Dzień 5: Markowe Szczawiny – Hala Krupowa
Pogoda jest wyraźnie złośliwa. Widoki z Babiej Góry (1725 m npm) byłyby oczywiście przepiękne a tu nadciągnęły jakieś chmury i wszystkie bardziej odległe pasma górskie (w tym Tatry) pozostają mocno zamglone. Do tego, po wyjściu z lasu na otwarty teren okazuje się, że wieje przenikliwy zimy wiatr. Na szczęście na szczycie zbudowana jest osłona z kamieni, dzięki czemu można tam chwilę spokojnie odpocząć. Na lepszą pogodę na pewno liczyła też wycieczka ze słowackiego gimnazjum, którą spotykam na szczycie. Jestem tu już ósmy raz, co oznacza że w moim „rankingu” Babia goni Starorobociański Wierch (9 wejść). W czasie drogi w dół zaczyna siąpić deszczyk, który towarzyszy mi aż do przeł. Krowiarki. Żeby go przeczekać, spędzam tam dłuższą chwilę w szałasie, naprzeciwko którego wznosi się budowlana samowola byłego dyrektora Babiogórskiego Parku Narodowego, który chciał tu postawić prywatne schronisko. Pogoda rzeczywiście wkrótce się poprawia, ruszam więc w kierunku Policy. Po drodze pojawiają się ostrzeżenia o ścince drzew i faktycznie niedługo później spotykam drwali a ciężki pojazd do zwózki drewna tarasuje całą ścieżkę. Kolega Konrad, z którym mijałem się na szlaku przez ostatnie 2 dni, mówił potem wieczorem, że przy nim jedno z drzew poleciało na szlak, więc należy uważać. Nocujemy w schronisku na Hali Krupowej – bardzo miłym, niezbyt dużym, właśnie takim, jakie górskie schronisko powinno być. Tej nocy jest nas tu tylko 4 samotnych wędrowców. Pod wieczór dociera jeszcze dwójka turystów, ale zatrzymują się tylko na krótki posiłek. Zastanawiam się czy też idą GSB (możliwe) i gdzie zamierzają nocować (obstawiam kaplicę na pobliskiej Okrąglicy).

Diablak, Babia Góra – najwyższy punkt na Głównym Szlaku Beskidzkim

Pomnik na Policy upamiętniający katastrofę lotniczą samolotu LOT z 1969 r.

Schronisko na Hali Krupowej
Oj tam, oj tam. Wepchnęłoby się.MiG pisze:z powrotem w górę, na Czantorię (995 m npm), pięknym, długim i stromym jak na Beskidy podejściem (Mariusz, rower wysiada)
Czy to była niedziela rano, że schronisko imprezowało poprzedniej nocy? Ja bardzo lubię schronisko na Stożku, tzn. podoba mi się jego wygląd, widoki z ławek i klimat z wnętrza. Ale nie spałem tam jeszcze.MiG pisze:Na początek mijam schronisko na Stożku Wielkim, o godz. 9 wciąż pogrążone we śnie – widać wieczorna impreza przeciągnęła się do późna. Nie żałuję zatem, że nie zdecydowałem się na nocleg tutaj.
Ooo... to ciekawe. Co znaczy "można robić pranie"? Masz do dyspozycji co 2 dzień pralkę, czy możliwość wyprania w misce/umywalce? Też się nad tym zastanawiam, bo można wtedy odchudzić bagaż z części koszul/bielizny. Ale przeważnie przybywam na nocleg taki zrąbany, że nawet nie mam siły pomyśleć o czymś innym niż prysznic, piwo i spać.MiG pisze:Najważniejsze, że swobodnie można zrobić pranie (od tej pory rytuał ten będzie się powtarzał mniej więcej co drugi dzień).
Siedziałem na Baraniej w ub. tygodniu (przy znacznie lepszej widoczności niż w twoim wypadku) i zastanawiałem się co się stało tym lasom. Możesz napisać coś więcej?MiG pisze:Klęska ekologiczna na Baraniej Górze
W takich chwilach rower ma przewagę. 5 minut i jesteś pod dowolną agroturystyką w KorbielowieMiG pisze:Ostatecznie jednak proszę o podwiezienie mnie na dół do Korbielowa grupę turystów
Fajna ta baza, też się przyglądałem, ale nie wchodziłem do środka. To właśnie tam w ub. roku skończyły mi się klocki hamulcowe, więc dobrze zapamiętałem to miejsce.MiG pisze:Potem wędruję wzdłuż granicy ze Słowacją, mijając m.in. ciekawą bazę Jaworzyna. Niby jest już „zwinięta”, nie ma namiotów, ale pozostały prycze a bazowa chatka nie jest zamknięta na klucz.
Hmnnn... nigdy o tym nie myślałem w ten sposób, ale faktycznie GSB stanowi na tyle silny cel "sam w sobie", że widoki schodza na drugi plan. Dobrze jak są, ale nie muszą być. Dobrze myślę?MiG pisze:Od rana jest pochmurno i mglisto, ale przecież nie przyjechałem tu na podziwianie widoków
To zupełnie nowe podejście dla mnie - ja raczej szukam właśnie pogody, widoków itp.
Jakbyś kiedyś zamierzał wpychać od Ustronia-Polany to daj mi znać wcześniej. Przyjadę popatrzećMariusz pisze: Oj tam, oj tam. Wepchnęłoby się.Ja na Czantorię wjeżdżałem (a potem wpychałem) od centrum Ustronia przez Czantorię Małą - tam rowerem wygodniej.
To była sobota rano. Ale do schroniska wiedzie krótka i wygodna droga z dołu, więc na pewno już w piątek wieczorem się zapełnia.Mariusz pisze: Czy to była niedziela rano, że schronisko imprezowało poprzedniej nocy? Ja bardzo lubię schronisko na Stożku, tzn. podoba mi się jego wygląd, widoki z ławek i klimat z wnętrza. Ale nie spałem tam jeszcze.
Co do wyglądu, widoków i wnętrza to zgoda, ale opinie w Internecie ma słabe, głównie ze względu na obsługę i atmosferę. Też nie miałem okazji tam nocować, raz chciałem, w czasie ferii zimowych w 1994 r. ale nie było miejsc i wysłali nas na dół do Wisły. O „glebie” nawet nie chcieli słyszeć.
Tu miałem do dyspozycji bardzo przestronną łazienkę, z dużą umywalką i nikt mi się nie kręcił (łazienka niby wspólna, ale na moim piętrze nikt inny nie kwaterował).Mariusz pisze: Ooo... to ciekawe. Co znaczy "można robić pranie"? Masz do dyspozycji co 2 dzień pralkę, czy możliwość wyprania w misce/umywalce?
Standardowe połączenie sztucznego nasadzenia świerków, słabej odporności tych drzew, zanieczyszczeń, wiatrołomów i rozprzestrzeniania kornika. Dokładniej jest to opisane np. tutaj:Mariusz pisze: Siedziałem na Baraniej w ub. tygodniu (przy znacznie lepszej widoczności niż w twoim wypadku) i zastanawiałem się co się stało tym lasom. Możesz napisać coś więcej?
https://dziennikzachodni.pl/beskidy-ura ... /ar/617935
Nie, do samej bazy nie zajrzałem. Widziałem ją tylko na zdjęciach.Mariusz pisze: A do bazy na Głuchaczkach kawałek dalej zaglądałeś? W okolicy trzasnęli też nówki sztuki wiaty odpoczynkowe i jakieś szutrowe drogi rowerowe z dołu.
Co do wiat, to pojawiło się ich bardzo dużo i to w różnych pasmach (Bieszczady, Beskid Niski, Gorce itd.). Być może uznano, że lepiej zrobić takie miejsca odpoczynku dla turystów niż żeby każdy miał wybierać sobie inne miejsce (i w innym miejscu śmiecił, wydeptywał nowe ścieżki itp.).
Oczywiście, to było napisane z lekką przesadą, ale myślisz dobrze. Priorytetem było przejście całego szlaku, co wymagało szybkiego przemieszczania się a nie zatrzymywania co chwilę na zdjęcia, kontemplację krajobrazu itd. Co jednak nie znaczy, że nie robiłem sobie postojów w widokowo pięknych okolicachMariusz pisze: Hmnnn... nigdy o tym nie myślałem w ten sposób, ale faktycznie GSB stanowi na tyle silny cel "sam w sobie", że widoki schodza na drugi plan. Dobrze jak są, ale nie muszą być. Dobrze myślę?To zupełnie nowe podejście dla mnie - ja raczej szukam właśnie pogody, widoków itp.
