Jeśli ktoś lubi te rejony, zapraszam do pooglądania zdjęć i poczytania paru wspomnień. Na dole relacji są linki do pełnej galerii zdjęć oraz do map.
Poniedziałek. Początki bywają trudne.
Pierwsza próba wybrania się w Beskid Śląski miała miejsce 13 września. W zasadzie byłem spakowany i chciałem już jechać, nawet mimo marnych prognoz (bo kto mi obieca, że potem nie będzie jeszcze gorzej?).
Niestety w Bielsku odbywały się w tych dniach targi Energetab 2017 i okazało się, że targowicze pozajmowali szczelnie wszystkie miejsca noclegowe - od PTTK i PTSMu po wypasione hotele i pensjonaty. Pomimo kilkunastu telefonów nie znalazło się nic sensownego. A zatem - nie dość że trzynasty, to jeszcze brak miejsc i widoki na deszczową pogodę. Decyzja była więc oczywista - przekładam.
Potem na dwa tygodnie zepsuła się pogoda i kiedy zaczynałem pomału tracić synoptyczną wiarę, portale pogodowe nagle wystrzeliły wiadomością o rozbudowującym się wyżu nad Rosją, który na około tydzień nie będzie do nas wpuszczał tych wrednych, mokrych, atlantyckich niżów. To była niedziela, 24 września i już dzień później po pracy udałem się rowerem na dworzec Warszawa Wschodnia, by około 16-tej załadować się w pociąg do Bielska-Białej. Tym razem w mieście wolnych miejsc noclegowych nie brakowało - postanowiłem spędzić noc w bielskim PTSM-ie, a ponieważ nauczycielem nie jestem, to wcale mnie to tanio nie wyszło. Pani recepcjonistka poinformowała, że mam nie imprezować, nie pić, nie palić, ani nie opuszczać budynku po 22-giej, bo zamykają wrota na amen. Z ciekawostek dodam, że długo deliberowałem nad sposobem korzystania z sedesu i nawet poniższa instrukcja niewiele pomagała (najgorzej było z odnalezieniem przycisku z pkt 3.).
A tu uroczy budynek schroniska (zdjęcie z google street view):
Wtorek. Po Beskidzie Śląskim, czyli z Bielska do Ustronia.
Poranek w Bielsku jest jak zwykle rześki i pochmurny, ale nie pada. A ja lubię jak nie pada.
Na Przełęczy Salmopolskiej spożywam pierogi i z pewnym trudem (marne oznakowanie) kontynuuję wycieczkę żółtym szlakiem pieszym w kierunku Trzech Kopców. Pod szczytem mijam Telesforówkę, która jednak nie chce mnie przygarnąć, bo robi remont pod weekendowy przyjazd większej grupy. Może to i dobrze, bo ja nie lubię większych grup. Z Trzech Kopców kontynuuję jazdę niebieskim szlakiem na Przełęcz Beskidek i Równicę - popularny pagór widokowy nad Ustroniem. Jako, że pomału zmierzchało planowałem zanocować w równickim schronisku, jednakże po dotarciu na miejsce okazało się onooblężone przez rozdarte szkolne wycieczki. Niby wiedziałem, że w końcu sobie pojadą, ale… niesmak pozostał.
Środa. Wzdłuż granicy PL/CZ do Zwardonia.
Ustroń jest cały w białym mleku. Opuszczam schronienie około 8:00 i udaję się w kierunku Wielkiej Czantorii. Im bliżej szczytu, tym niżej zostają dolne warstwy chmur, tworząc efekty kołdry.
Na Czantorii znajduje się czeska wieża widokowa. Za wejście trzeba uiścić 6 zł. Wokół jakieś czeskie wyszynki, z których każdy krzyczy wielką czcionką, że nie wolno spożywać własnych posiłków.
Pod wieżą siedzi stado rozkrzyczanych czeskich emerytów, a zatem po zrobieniu kilku zdjęć ze szczytu zmywam się w dalszą drogę w kierunku schroniska pod Stożkiem Wielkim. Robi się coraz bardziej słonecznie i przyjemnie. Samo stożkowe schronisko pięknie położone, niewielkie i bardzo klimatyczne. Zakupuję piwko i delektuję się okolicą.
Ze Stożka przez Kiczory zjeżdżam do Istebnej. Trochę tam było rzeźby, bo postanowiłem pozjeżdżać skrótami. Po drodze spotykam sympatycznych ludzi, którzy robią mi zdjęcie. Popołudnie jest ciepłe i słoneczne, nic tylko się cieszyć i ładować akumulatory.
Z Istebnej bez większych historii przedostaję się przez Koniaków do Zwardonia, gdzie mocno już wyczerpany zasiadam w restauracji Gościniec Halka. Spożywam tam przepyszny placek ziemniaczany z gulaszem plus piwko. Zapada decyzja o pozostaniu tutaj. Zrzucam toboły i jako że jest jeszcze trochę czasu, wyjeżdżam na zachód słońca na pobliski Rachowiec (954 m). Tam ucinam sobie pogawędkę z miejscowym spacerowiczem, a następnie wracam do Zwardonia. Między gościńcem, a dworcem znajduje się turystyczny placyk z ławkami. Ponieważ wieczór jest przyjemny, siedzę jeszcze długi czas po zmroku po czym udaję się do dzisiejszego schronienia, by pooglądać Lige Majstrov, gdzie gra Bayern Mnichov (tak, to ten z Lewandowskim).
Czwartek. Czas na Wielką Raczę, czyli Beskid Żywiecki.
Poranek jest bardzo pogodny. Na dzień dobry mijam nieco smutny i opuszczony Dworzec Beskidzki (dawne schronisko)...
...by po niedługim czasie wyłonić się na bardzo widokowym odcinku granicy w okolicach Skalanki i Beskidu Granicznego. Tam jest po prostu sielanka. Miejsce niby niepozorne, ale często z takich punktów widać o wiele piękniej, niż ze znanych, ale zalesionych beskidzkich szczytów. Długo tam zabawiam, jadąc sobie to po polskiej, to po czeskiej stronie. Taki slalom między słupkami.
Dalsza część dnia to całkiem przyjemny podjazd przez Kikułę na Wielką Raczę (1236 m). Szlak jest przeważnie zalesiony, ale zdarzały się malownicze polanki i widoki. Na Raczy jest przepięknie, dominują kolory miedziane i żółte - jesień pełną gębą. Przyświeca słońce i widać sporo gór, choć głównie te bliższe plany. Pod samym schroniskiem szlak przekształca się w wąską, wilgotną, zarośniętą i korzeniastą perć trawersującą dosyć strome zbocze. Słysząc już ludzi pod schroniskiem i witając się z gąską obniżam koncentrację. Przednie koło uślizguje się na korzeniu, tracę równowagę i przewracam się w bok, niestety w kierunku stromo opadającego zbocza. Lot jest więc dosyć długi, na szczęście wpadam w gęste mchy i paprocie, nie uderzając się o żaden głaz czy drzewo zaś rower oczywiście spada na mnie. Leżę tak sobie trochę i myślę - zdradliwe te góry, trzeba uważać. Po doprowadzeniu się z grubsza do ładu, wchodzę na teren przed schroniskiem i na samą Raczę, a potem rozmawiam z fajnymi Czeszkami, bo - nie wiedzieć czemu - pytają mnie o drogę na szczyt Kykula. Może to te paprocie wystające z wielu miejsc roweru powodują złudzenie, że oto napotkało się człowieka wychowanego w okolicznych lasach.
Z Raczy prowadzi doskonały zjazd na Halę Mała Racza i na Przełęcz pod Orłem.Kontynuuję jazdę granicą przez Jaworzynę na przełęcz Przegibek. Jest tam schronisko, jednak do niego nie zaglądam. Z Przegibka na Halę Rycerzową wiodą 2 szlaki - niebieski i czerwony. Idą równolegle do siebie i nie bardzo wiem, który wybrać. Napotkane turystki, który przyszły z Rycerzowej odradzają pchać się z roweremna czerwony. No to wbijam na niebieski… To był jeden z koszmarniejszych odcinków, przez które dane mi było przepychać rower. Zarośnięta, wąska ścieżynka po mocno pochylonym zboczu, pełna wysokich korzeni i gdzieniegdzie powalonych drzew. A wiadomo jak się taką ścieżynką pcha objuczony rower... Wystarczy powiedzieć, że kiedy wreszcie wydostałem się na Halę Rycerzową, łydki i kostki miałem solidnie poobijane i pokaleczone. Następnym razem pójdę czerwonym, bo gorzej jak na niebieskim, to już chyba się nie da…
Docieram wreszcie do bacówki na Rycerzowej i znowu wita mnie schronisko z bardzo miłym, kameralnym klimatem. Spożywam tam dobry żurek. Chętnie bym tu zanocował, ale jeszcze trochę dnia zostało, dlatego zjeżdżam niespiesznie czarnym, bardzo widokowym szlakiem do Soblówki i dalej na Ujsoły. Wokół roztacza swe uroki przepiękna, kolorowa jesień…
Piątek. Z przygodami w okolice Babiej Góry.
Wygląda na to, że warto było poczekać na pogodę. Wstał kolejny, słoneczny poranek - zresztą cały weekend właśnie taki się zapowiadał. Spożywam standardowe i mało energetyczne śniadanie (bułka, mielonka i pomidor) i wyruszam w kierunku Złatnej, skąd podjeżdżam nie bez wysiłku do Zapolanki. Miejsce to widokowe - do tego stopnia, że pod granicą lasu robię sobie mały popasik. Jest cudownie.
Następnie przez Redykalny i Boraczy Wierch docieram do miłego schroniska PTTK na Hali Lipowskiej, gdzie wybłaguję jajecznicę (menu śniadaniowe tylko do 11:00 "...no ale dobrze wyjątkowo panu usmażę").
W Korbielowie szybkie zakupy w spożywczaku i znowu wspinam się na graniczny szlak czerwony. Robi się nieco ponurawo, bo niebo zaciągnęło się chmurami. Docieram do szczytu Jaworzyna (1046 m) i w trakcie zjazdu z niego w kierunku przełęczy Głuchaczki z roweru zaczynają wydobywać się zgrzytające, metaliczne dźwięki. Już wiem co to oznacza: zdarte do zera okładziny hamulcowe w tylnym kole.Od razu też sobie uświadamiam, że nie będę tego w stanie naprawić na poczekaniu, bo - z przyczyn na które pragnę w tym momencie opuścić zasłonę milczenia - nie zabrałem ze sobą zapasowych klocków.
Jestem na wysokości około 1000 metrów, szybko zbliża się wieczór, a ja miałem w planach jeszcze Mędralową. Jednak z samym przednim hamulcem z niej nie zjadę… W ogóle do Zawoi będzie chyba trzeba sprowadzać, ewent. zamienić przód z tyłem.
Kiedy tak deliberuję, z lasu wyłania się gość na fullu Meridy, podjeżdża i pyta co zacz. Okazuje się, że to Andrzej, mieszkaniec pobliskich Watówek. Nie wzbudzam jego szacunku brakiem zapasowych klocków.
W Zawoi nie ma sklepu rowerowego, ale po chwili dłubania w internecie udaje mi się namierzyć chłopaka, który tam mieszka i handluje częściami rowerowymi na Allegro. Szybki telefon i… “tak, oczywiście, podjedź, zmienimy klocki”. Ufff… Andrzej podpowiada mi, aby jechać do Zawoi przez Słowację, drogą nieco okrężną, ale głównie asfaltową lub co najmniej utwardzoną. Zjeżdżamy z Głuchaczek na szagę do słowackiego asfaltu i docieramy pod Jałowiecką Przełęcz. Tam się żegnamy, a ja sprowadzam kawałek rower z przełęczy na polską stronę, po czym rozpoczynam zjazd szutrami i asfaltami do Zawoi. Zjazd jest długi, ale nie aż tak stromy, dlatego jeden hamulec powinien wystarczyć. Niestety po chwili okazuje się, że i przedni hamulec zaczyta hałaśliwie trzeć o tarczę - tam również skończyły się okładziny. No pięknie…
Docieram do Zawoi tuż przed zmrokiem, myję rower w Dejakowym Potoku i odwiedzam Wojtka ze SpiderBike. Wojtek gratisowo zmienia mi oba komplety klocków (tzn. za klocki oczywiście płacę), regulując przy okazji hamulce i poziom płynu. Już po zmroku docieram umordowany, ale zadowolony pod jakiś dach, który udało mi się w międzyczasie znaleźć.
Sobota. Przez pasmo Policy do Rabki.
Od rana, pełen optymizmu ruszam na szlak. Niestety jest od razu pionowo do góry. Żółty szlak na Mosorny Groń na krótkim odcinku musi wyprowadzić prawie 500 metrów w górę. Tego poranka jest dość zimno (6*C), ale ze mnie wylewają się siódme i ósme poty. Na Mosornym działa wyciąg (weekend), ale na szczycie nie ma żywej duszy prócz gościa z obsługi. Krzesełka smętnie snują się pod górę zupełnie puste... Ruszam dalej na Kiczorkę, która ma blisko 1300 m. I od razu dostaję w przysłowiowy pysk takimi korzeniami na pionowym podejściu, jakich chyba jeszcze nie widziałem…
Oj umordowała mnie ta ścianka. To nawet nie był wypych, ale system “2 kroki pod górę, wciągnięcie roweru, 2 kroki w górę, wciągnięcie roweru, itd”. Do tego wokół ponura zamglona aura i ledwie 7 stopni ciepła. Melduję się jednak w końcu na Policy i razem ze mną melduje się tam wreszcie słońce. Dalej, choć nadal jest korzeniaście, to już w miarę płasko i daje się jechać. W kolorowych barwach jesieni docieram do sympatycznego schroniska na Hali Krupowej, skąd po ugaszeniu pragnienia udaję się na Judaszkę i Drobny Wierch. Tuż za Okrąglicą (1239 m) otwierają się przepiękne widoki na Podhale. Dalej w dół w kierunku Bystrej Podhalańskiej prowadzi doskonały, acz miejscami techniczny i kamienisty zjazd. Ech, gdyby nie te bagaże, to by się śmignęło szybciej…
Z Bystrej jakimiś wertepami (trzymając się czerwonego szlaku) przejeżdżam przez Jordanów do Naprawy, gdzie stwierdzam, że nie chce mi się jeszcze dziś wjeżdżać i wypychać na Luboń, zwłaszcza że zaszedłbym tam już po zmroku. Zmieniam plany i udaję się przez pagórki ze Skawy do Rabki. Znam je z ubiegłego roku, co jednak nie oszczędza mi wpakowania się w te same pokrzywisko co poprzednio. Okazuje się też, że na zjeździe do Rabki wykopali w międzyczasie (tj. od ub. roku) “wielki dół” pod ekspresówkę dokładnie w miejscu gdzie dawniej przebiegał czerwony szlak. Oj nakombinowałem się tam, żeby przedostać się na drugą stronę inwestycji i ponownie odnaleźć czerwony szlak…
W międzyczasie zadzwoniłem do Rabki i zarezerwowałem tam sobie “jakieś spanie” za 40 zł. Po przybyciu na miejsce okazało się, że trafił mi się cały dwupiętrowy apartament, a właściwie cały domek na wyłączność. A do tego takie bajery, jak masaż wodny i przygrywające radio wbudowane w kabinę prysznicową oraz piękne widoki z balkonu. Ja tam luksusów nie szukam, ale jak dają, to trzeba brać.
Niedziela. Komu w drogę, temu Gorc.
Wczoraj opuściłem Beskid Żywiecki, a dziś pora udać się w Gorce. Niedziela jest od rana bardzo pogodna, więc z pewnością nie będę w górach sam.
09.2016
09.2017
Na Maciejowej gaszę pragnienie, zastanawiając się, czemu tu jest tak miło, cicho i pusto. Odpowiedź przychodzi kiedy dojeżdżam do schroniska PTTK Stare Wierchy, a potem do tego pod Turbaczem. W obu przypadkach pod schronami kłębią się tłumy wędrowców, a pod Turbaczem w bonusie ze 20 rowerzystów na pięknych, błyszczących fullach.
Wypijam złociste, schłodzone i jadę sobie dalej, na Polanę Jaworzynę Kamienicką, skąd odchodzi zielony szlak na Gorc. Szlak - jak całe zresztą Gorce - jest świetny na rower, miejscami można się rozpędzić, miejscami techniczny, ale w pełni przejezdny i dający dużo radości. Na Gorcu oczywiście ludzi nie brakuje, a po kilku minutach przyjeżdża kilkunastu motocyklistów na krossach. Z wieży bardzo ładnie widać Tatry.
Posiliwszy się zjeżdżam z Gorca leśnymi drogami na Młynne i do Ochotnicy, robiąc sobie po drodze jeden popasik w zupełnie pustym i ładnym miejscu. Jakże tu inaczej w porównaniu do zatłoczonych szczytów. Leżę sobie tam długo i ucinam pogawędkę z przechadzającym się po łąkach bacą.
Na koniec dnia robię dłuuuugi “zjazd transferowy” z Ochotnicy przez Tylmanową i Krościenko do Szczawnicy, starając się tam gdzie to możliwe unikać jazdy drogą 969 (na której zresztą zaczęły się już tworzyć niezłe korki powrotne w przeciwnym kierunku). Spory kawałek da się jechać prawym brzegiem Popradu, gdzie wiodą spokojne uliczki. Trzeba jednak uważać, aby nie zabrnąć w ślepą uliczkę pod Przełom Tylmanowski i zmienić brzeg Popradu bodaj w Brzegach.
Z Krościenka do Szczawnicy znaną ścieżką rowerową docieram już w szarówce. Cała miejscowość stoi w smętnym korku, albowiem Kraków i okolice chcą się wydostać do domu. Ludzie z samochodów pytają mnie, czy wiem co się stało, ale nie mam pojęcia - wypadku żadnego nie widziałem. Są jednak plusy tej sytuacji - większość pokoi została zwolniona. Tymczasem wcale nie bez trudu udaje mi się znaleźć coś do spania, ale to dlatego, że chciałem koniecznie mieć max 50-100 metrów do jedynego czynnego sklepu.
Poniedziałek. Wspaniała widoczność z Małych Pienin.
Poniedziałkowy poranek. Góry opustoszały, a od wtorku zapowiadane są długotrwałe deszcze. Już wiem, że nie bardzo chce mi się moknąć przez kolejne dni dlatego postanawiam wracać. Jednak przede mną jeszcze cały poniedziałek, który okazał się być najpiękniejszym pogodowo dniem całego wyjazdu.
Wspinam się ze Szczawnicy na Przełęcz Klimontowską. Wyłaniam się z mgieł na oświetlone porannym słońcem łąki…
Rozpoczyna się festiwal widoków. Małe Pieniny zostały mocno dotknięte gospodarką pasterską, dzięki czemu z rozległych hal widać wiele pasm - Pieniny Wysokie, Tatry, Beskid Sądecki… Zatrzymuję się na Wysokim Wierchu i leżę tam z godzinę. Nie muszę się dziś zbytnio spieszyć, bo do Piwnicznej nie jest aż tak znowu daleko.
Z Wysokiego Wierchu podjeżdżam pod Wysoką, porzucam rower w krzakach i wychodzę na szczyt, by napawać się królewskimi widokami.
Z Wysokiej do Smerekowej korzenie, ale potem już zjeżdżam wygodnie na przełęcz Rozdziela - kolejne kapitalne miejsce. Taka jazda to sama radość. Po raz bodaj już trzeci utwierdzam się w przekonaniu, że tu jest po prostu przepięknie!
Z przełęczy jadę wygodnymi ścieżkami i drogami granicznymi na Obidzę, a tam znów punkt widokowy na Tatry. Jako, że zgłodniałem trochę, urządzam sobie obiad. Aby odpocząć od mielonki - tym razem pasztet.
Z Obidzy wpycham rower pod Wielki Rogacz (~1162 m), bo wjechać tam raczej nie jestem w stanie. Za to z Rogacza przez Trześniowy Groń i dalej żółtym pieszym do Piwnicznej prowadzi doskonały, widokowy i szybki zjazd. Zjeżdżam niespiesznie, napawając się ostatnimi tego roku widokami. Przed zameldowaniem się pod dachem dokonuję jeszcze w miarę dokładnego umycia roweru, butów i bagażu w Popradzie - tuż obok dworca, aby jutro w tych 5 kolejnych pociągach nie pobrudzić współpasendżerów. Pokoik, który udało mi się namierzyć na tę noc jest położony wysoko, przy żółtym szlaku z Piwnicznej na Bucznik, a z jego balkonu roztacza się bodaj najpiękniejszy “kwaterowy” widoczek tego wyjazdu na całą Piwniczną i wschodnie zbocza pasma Radziejowej. A nad ranem, kiedy już nastąpiła radykalna zmiana pogody i siąpi deszcz, podziwiam z balkonu pożegnalną tęczę…
Parę liczb.
7 dni ładnej, bezdeszczowej pogody (26.09 - 3.10). Przejechane lub przepchane 350 km, w tym prawie 12.000 metrów pod górkę. Powrót trwał cały wtorek i potrzebne było aż 5 pociągów!

Galeria zdjęć:
https://photos.app.goo.gl/2YjysMR3j6sapC933
Mapa wycieczki:
http://rower.bozym.com/Beskidy2017.html
Mapa wszystkich beskidzkich przejazdów:
http://rower.bozym.com/zbiorcza4.html



