Beskid Śląski, Żywiecki, Sądecki i Gorce

Wspomnienia z pobytu w górach, relacje, plany wyjazdów.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Mariusz

-#8
Posty: 5763
Rejestracja: pn 15 wrz, 2003
Lokalizacja: Marki

Beskid Śląski, Żywiecki, Sądecki i Gorce

Post autor: Mariusz »

Korzystając z okienka pogodowego pod koniec września 2017, wybrałem się na siedmiodniową wycieczkę z Bielska-Białej do Piwnicznej. Trasa wiodła Beskidem Śląskim i Żywieckim, potem przez Gorce i Beskid Sądecki. Oczywiście na rowerze, bo jakżeby inaczej. :)
Jeśli ktoś lubi te rejony, zapraszam do pooglądania zdjęć i poczytania paru wspomnień. Na dole relacji są linki do pełnej galerii zdjęć oraz do map.


Poniedziałek. Początki bywają trudne.

Pierwsza próba wybrania się w Beskid Śląski miała miejsce 13 września. W zasadzie byłem spakowany i chciałem już jechać, nawet mimo marnych prognoz (bo kto mi obieca, że potem nie będzie jeszcze gorzej?).

Obrazek

Niestety w Bielsku odbywały się w tych dniach targi Energetab 2017 i okazało się, że targowicze pozajmowali szczelnie wszystkie miejsca noclegowe - od PTTK i PTSMu po wypasione hotele i pensjonaty. Pomimo kilkunastu telefonów nie znalazło się nic sensownego. A zatem - nie dość że trzynasty, to jeszcze brak miejsc i widoki na deszczową pogodę. Decyzja była więc oczywista - przekładam.

Potem na dwa tygodnie zepsuła się pogoda i kiedy zaczynałem pomału tracić synoptyczną wiarę, portale pogodowe nagle wystrzeliły wiadomością o rozbudowującym się wyżu nad Rosją, który na około tydzień nie będzie do nas wpuszczał tych wrednych, mokrych, atlantyckich niżów. To była niedziela, 24 września i już dzień później po pracy udałem się rowerem na dworzec Warszawa Wschodnia, by około 16-tej załadować się w pociąg do Bielska-Białej. Tym razem w mieście wolnych miejsc noclegowych nie brakowało - postanowiłem spędzić noc w bielskim PTSM-ie, a ponieważ nauczycielem nie jestem, to wcale mnie to tanio nie wyszło. Pani recepcjonistka poinformowała, że mam nie imprezować, nie pić, nie palić, ani nie opuszczać budynku po 22-giej, bo zamykają wrota na amen. Z ciekawostek dodam, że długo deliberowałem nad sposobem korzystania z sedesu i nawet poniższa instrukcja niewiele pomagała (najgorzej było z odnalezieniem przycisku z pkt 3.). :)

Obrazek

A tu uroczy budynek schroniska (zdjęcie z google street view):
Obrazek
;)


Wtorek. Po Beskidzie Śląskim, czyli z Bielska do Ustronia.

Poranek w Bielsku jest jak zwykle rześki i pochmurny, ale nie pada. A ja lubię jak nie pada. :) Zbieram się leniwie ze schroniska, kupuję kawkę w Żabce i spożywam ją na ławce przy potoku Biała. Następnie przyodziewam czapkę i rękawiczki (przy potoku jest wręcz mroźno) i przemieszczam się bielskimi DDR-ami na południe do Wilkowic, a następnie do Bystrej. Z Bystrej zaczyna się już podjazd na Klimczok. Góry nieco zamglone, ale bliższe plany są całkiem dobrze widoczne. Jest na co popatrzeć ze szczytu. Następnie jadę sobie tzw. Beskidem Węgierskim m.in. przez prawietysięcznik Kotarz aż do przełęczy Salmopolskiej. Ze smutkiem konstatuję, że większość działających latem przy szlaku barów z życiodajnym napojem barwy bursztynowej jest pozamykana. Początkowo daję się jeszcze nabierać na takie obrazki jak ten poniżej, ale potem już wiem, że jak nie wtargasz czegoś ze sobą na plecach, to pod koniec września będzie o to w Beskidzie Śląskim trudno.

Obrazek

Na Przełęczy Salmopolskiej spożywam pierogi i z pewnym trudem (marne oznakowanie) kontynuuję wycieczkę żółtym szlakiem pieszym w kierunku Trzech Kopców. Pod szczytem mijam Telesforówkę, która jednak nie chce mnie przygarnąć, bo robi remont pod weekendowy przyjazd większej grupy. Może to i dobrze, bo ja nie lubię większych grup. Z Trzech Kopców kontynuuję jazdę niebieskim szlakiem na Przełęcz Beskidek i Równicę - popularny pagór widokowy nad Ustroniem. Jako, że pomału zmierzchało planowałem zanocować w równickim schronisku, jednakże po dotarciu na miejsce okazało się onooblężone przez rozdarte szkolne wycieczki. Niby wiedziałem, że w końcu sobie pojadą, ale… niesmak pozostał. ;) Ubieram wszystko co mam i zjeżdżam serpentynami z prędkością 50 km/h do Ustronia poszukać tam jakiegoś dachu...


Środa. Wzdłuż granicy PL/CZ do Zwardonia.

Ustroń jest cały w białym mleku. Opuszczam schronienie około 8:00 i udaję się w kierunku Wielkiej Czantorii. Im bliżej szczytu, tym niżej zostają dolne warstwy chmur, tworząc efekty kołdry.
Obrazek

Na Czantorii znajduje się czeska wieża widokowa. Za wejście trzeba uiścić 6 zł. Wokół jakieś czeskie wyszynki, z których każdy krzyczy wielką czcionką, że nie wolno spożywać własnych posiłków.

Obrazek

Pod wieżą siedzi stado rozkrzyczanych czeskich emerytów, a zatem po zrobieniu kilku zdjęć ze szczytu zmywam się w dalszą drogę w kierunku schroniska pod Stożkiem Wielkim. Robi się coraz bardziej słonecznie i przyjemnie. Samo stożkowe schronisko pięknie położone, niewielkie i bardzo klimatyczne. Zakupuję piwko i delektuję się okolicą.

Obrazek


Ze Stożka przez Kiczory zjeżdżam do Istebnej. Trochę tam było rzeźby, bo postanowiłem pozjeżdżać skrótami. Po drodze spotykam sympatycznych ludzi, którzy robią mi zdjęcie. Popołudnie jest ciepłe i słoneczne, nic tylko się cieszyć i ładować akumulatory. :)

Obrazek

Z Istebnej bez większych historii przedostaję się przez Koniaków do Zwardonia, gdzie mocno już wyczerpany zasiadam w restauracji Gościniec Halka. Spożywam tam przepyszny placek ziemniaczany z gulaszem plus piwko. Zapada decyzja o pozostaniu tutaj. Zrzucam toboły i jako że jest jeszcze trochę czasu, wyjeżdżam na zachód słońca na pobliski Rachowiec (954 m). Tam ucinam sobie pogawędkę z miejscowym spacerowiczem, a następnie wracam do Zwardonia. Między gościńcem, a dworcem znajduje się turystyczny placyk z ławkami. Ponieważ wieczór jest przyjemny, siedzę jeszcze długi czas po zmroku po czym udaję się do dzisiejszego schronienia, by pooglądać Lige Majstrov, gdzie gra Bayern Mnichov (tak, to ten z Lewandowskim). :)

Obrazek


Czwartek. Czas na Wielką Raczę, czyli Beskid Żywiecki.

Poranek jest bardzo pogodny. Na dzień dobry mijam nieco smutny i opuszczony Dworzec Beskidzki (dawne schronisko)...
Obrazek

...by po niedługim czasie wyłonić się na bardzo widokowym odcinku granicy w okolicach Skalanki i Beskidu Granicznego. Tam jest po prostu sielanka. Miejsce niby niepozorne, ale często z takich punktów widać o wiele piękniej, niż ze znanych, ale zalesionych beskidzkich szczytów. Długo tam zabawiam, jadąc sobie to po polskiej, to po czeskiej stronie. Taki slalom między słupkami.

Obrazek

Dalsza część dnia to całkiem przyjemny podjazd przez Kikułę na Wielką Raczę (1236 m). Szlak jest przeważnie zalesiony, ale zdarzały się malownicze polanki i widoki. Na Raczy jest przepięknie, dominują kolory miedziane i żółte - jesień pełną gębą. Przyświeca słońce i widać sporo gór, choć głównie te bliższe plany. Pod samym schroniskiem szlak przekształca się w wąską, wilgotną, zarośniętą i korzeniastą perć trawersującą dosyć strome zbocze. Słysząc już ludzi pod schroniskiem i witając się z gąską obniżam koncentrację. Przednie koło uślizguje się na korzeniu, tracę równowagę i przewracam się w bok, niestety w kierunku stromo opadającego zbocza. Lot jest więc dosyć długi, na szczęście wpadam w gęste mchy i paprocie, nie uderzając się o żaden głaz czy drzewo zaś rower oczywiście spada na mnie. Leżę tak sobie trochę i myślę - zdradliwe te góry, trzeba uważać. Po doprowadzeniu się z grubsza do ładu, wchodzę na teren przed schroniskiem i na samą Raczę, a potem rozmawiam z fajnymi Czeszkami, bo - nie wiedzieć czemu - pytają mnie o drogę na szczyt Kykula. Może to te paprocie wystające z wielu miejsc roweru powodują złudzenie, że oto napotkało się człowieka wychowanego w okolicznych lasach. :)
Z Raczy prowadzi doskonały zjazd na Halę Mała Racza i na Przełęcz pod Orłem.Kontynuuję jazdę granicą przez Jaworzynę na przełęcz Przegibek. Jest tam schronisko, jednak do niego nie zaglądam. Z Przegibka na Halę Rycerzową wiodą 2 szlaki - niebieski i czerwony. Idą równolegle do siebie i nie bardzo wiem, który wybrać. Napotkane turystki, który przyszły z Rycerzowej odradzają pchać się z roweremna czerwony. No to wbijam na niebieski… To był jeden z koszmarniejszych odcinków, przez które dane mi było przepychać rower. Zarośnięta, wąska ścieżynka po mocno pochylonym zboczu, pełna wysokich korzeni i gdzieniegdzie powalonych drzew. A wiadomo jak się taką ścieżynką pcha objuczony rower... Wystarczy powiedzieć, że kiedy wreszcie wydostałem się na Halę Rycerzową, łydki i kostki miałem solidnie poobijane i pokaleczone. Następnym razem pójdę czerwonym, bo gorzej jak na niebieskim, to już chyba się nie da…
Obrazek


Docieram wreszcie do bacówki na Rycerzowej i znowu wita mnie schronisko z bardzo miłym, kameralnym klimatem. Spożywam tam dobry żurek. Chętnie bym tu zanocował, ale jeszcze trochę dnia zostało, dlatego zjeżdżam niespiesznie czarnym, bardzo widokowym szlakiem do Soblówki i dalej na Ujsoły. Wokół roztacza swe uroki przepiękna, kolorowa jesień…
Obrazek


Piątek. Z przygodami w okolice Babiej Góry.

Wygląda na to, że warto było poczekać na pogodę. Wstał kolejny, słoneczny poranek - zresztą cały weekend właśnie taki się zapowiadał. Spożywam standardowe i mało energetyczne śniadanie (bułka, mielonka i pomidor) i wyruszam w kierunku Złatnej, skąd podjeżdżam nie bez wysiłku do Zapolanki. Miejsce to widokowe - do tego stopnia, że pod granicą lasu robię sobie mały popasik. Jest cudownie.
Obrazek

Następnie przez Redykalny i Boraczy Wierch docieram do miłego schroniska PTTK na Hali Lipowskiej, gdzie wybłaguję jajecznicę (menu śniadaniowe tylko do 11:00 "...no ale dobrze wyjątkowo panu usmażę"). :) Potem jeszcze przycupuję na pół godzinki na Hali Miziowej pod Pilskiem, bo tu właśnie byłem również w czasie ubiegłorocznej wyprawy. Miło odwiedzić znane miejsce. :) Z Miziowej jest długi i stromy zjazd po kamienistych zboczach wzdłuż wyciągu do Korbielowa. O wiele przyjemniej i bezpieczniej się go pokonywało na 29-calowych kołach i przy wykorzystaniu hamulców tarczowych, które grzały się do przysłowiowej czerwoności. A przy okazji (o czym dowiedziałem się później) w trybie ekspresowym schodziły okładziny cierne na klockach. Jednak fun był niesamowity! :) Podobnie jak niesamowita była ilość błota, jaką pokryłem się cały wraz z rowerem pędząc w dół błotnistymi drogami.

W Korbielowie szybkie zakupy w spożywczaku i znowu wspinam się na graniczny szlak czerwony. Robi się nieco ponurawo, bo niebo zaciągnęło się chmurami. Docieram do szczytu Jaworzyna (1046 m) i w trakcie zjazdu z niego w kierunku przełęczy Głuchaczki z roweru zaczynają wydobywać się zgrzytające, metaliczne dźwięki. Już wiem co to oznacza: zdarte do zera okładziny hamulcowe w tylnym kole.Od razu też sobie uświadamiam, że nie będę tego w stanie naprawić na poczekaniu, bo - z przyczyn na które pragnę w tym momencie opuścić zasłonę milczenia - nie zabrałem ze sobą zapasowych klocków. ;)
Jestem na wysokości około 1000 metrów, szybko zbliża się wieczór, a ja miałem w planach jeszcze Mędralową. Jednak z samym przednim hamulcem z niej nie zjadę… W ogóle do Zawoi będzie chyba trzeba sprowadzać, ewent. zamienić przód z tyłem.

Kiedy tak deliberuję, z lasu wyłania się gość na fullu Meridy, podjeżdża i pyta co zacz. Okazuje się, że to Andrzej, mieszkaniec pobliskich Watówek. Nie wzbudzam jego szacunku brakiem zapasowych klocków. ;) Jednak po chwili wahania decyduje się odsprzedać mi swoje (wozi zapas w plecaku). Niestety okazuje się, że nie pasują bo są od wyższej grupy…

Obrazek


W Zawoi nie ma sklepu rowerowego, ale po chwili dłubania w internecie udaje mi się namierzyć chłopaka, który tam mieszka i handluje częściami rowerowymi na Allegro. Szybki telefon i… “tak, oczywiście, podjedź, zmienimy klocki”. Ufff… Andrzej podpowiada mi, aby jechać do Zawoi przez Słowację, drogą nieco okrężną, ale głównie asfaltową lub co najmniej utwardzoną. Zjeżdżamy z Głuchaczek na szagę do słowackiego asfaltu i docieramy pod Jałowiecką Przełęcz. Tam się żegnamy, a ja sprowadzam kawałek rower z przełęczy na polską stronę, po czym rozpoczynam zjazd szutrami i asfaltami do Zawoi. Zjazd jest długi, ale nie aż tak stromy, dlatego jeden hamulec powinien wystarczyć. Niestety po chwili okazuje się, że i przedni hamulec zaczyta hałaśliwie trzeć o tarczę - tam również skończyły się okładziny. No pięknie…

Docieram do Zawoi tuż przed zmrokiem, myję rower w Dejakowym Potoku i odwiedzam Wojtka ze SpiderBike. Wojtek gratisowo zmienia mi oba komplety klocków (tzn. za klocki oczywiście płacę), regulując przy okazji hamulce i poziom płynu. Już po zmroku docieram umordowany, ale zadowolony pod jakiś dach, który udało mi się w międzyczasie znaleźć.

Obrazek

Sobota. Przez pasmo Policy do Rabki.

Od rana, pełen optymizmu ruszam na szlak. Niestety jest od razu pionowo do góry. Żółty szlak na Mosorny Groń na krótkim odcinku musi wyprowadzić prawie 500 metrów w górę. Tego poranka jest dość zimno (6*C), ale ze mnie wylewają się siódme i ósme poty. Na Mosornym działa wyciąg (weekend), ale na szczycie nie ma żywej duszy prócz gościa z obsługi. Krzesełka smętnie snują się pod górę zupełnie puste... Ruszam dalej na Kiczorkę, która ma blisko 1300 m. I od razu dostaję w przysłowiowy pysk takimi korzeniami na pionowym podejściu, jakich chyba jeszcze nie widziałem…

Obrazek

Oj umordowała mnie ta ścianka. To nawet nie był wypych, ale system “2 kroki pod górę, wciągnięcie roweru, 2 kroki w górę, wciągnięcie roweru, itd”. Do tego wokół ponura zamglona aura i ledwie 7 stopni ciepła. Melduję się jednak w końcu na Policy i razem ze mną melduje się tam wreszcie słońce. Dalej, choć nadal jest korzeniaście, to już w miarę płasko i daje się jechać. W kolorowych barwach jesieni docieram do sympatycznego schroniska na Hali Krupowej, skąd po ugaszeniu pragnienia udaję się na Judaszkę i Drobny Wierch. Tuż za Okrąglicą (1239 m) otwierają się przepiękne widoki na Podhale. Dalej w dół w kierunku Bystrej Podhalańskiej prowadzi doskonały, acz miejscami techniczny i kamienisty zjazd. Ech, gdyby nie te bagaże, to by się śmignęło szybciej… :)

Obrazek

Z Bystrej jakimiś wertepami (trzymając się czerwonego szlaku) przejeżdżam przez Jordanów do Naprawy, gdzie stwierdzam, że nie chce mi się jeszcze dziś wjeżdżać i wypychać na Luboń, zwłaszcza że zaszedłbym tam już po zmroku. Zmieniam plany i udaję się przez pagórki ze Skawy do Rabki. Znam je z ubiegłego roku, co jednak nie oszczędza mi wpakowania się w te same pokrzywisko co poprzednio. Okazuje się też, że na zjeździe do Rabki wykopali w międzyczasie (tj. od ub. roku) “wielki dół” pod ekspresówkę dokładnie w miejscu gdzie dawniej przebiegał czerwony szlak. Oj nakombinowałem się tam, żeby przedostać się na drugą stronę inwestycji i ponownie odnaleźć czerwony szlak…

Obrazek

W międzyczasie zadzwoniłem do Rabki i zarezerwowałem tam sobie “jakieś spanie” za 40 zł. Po przybyciu na miejsce okazało się, że trafił mi się cały dwupiętrowy apartament, a właściwie cały domek na wyłączność. A do tego takie bajery, jak masaż wodny i przygrywające radio wbudowane w kabinę prysznicową oraz piękne widoki z balkonu. Ja tam luksusów nie szukam, ale jak dają, to trzeba brać.;)

Obrazek
Obrazek
Obrazek


Niedziela. Komu w drogę, temu Gorc.

Wczoraj opuściłem Beskid Żywiecki, a dziś pora udać się w Gorce. Niedziela jest od rana bardzo pogodna, więc z pewnością nie będę w górach sam. ;) Za cel dnia wybrałem sobie Gorc z jego wieżą widokową, jako że jeszcze tam nie byłem. Z Rabki podjeżdżam podobnie jak ostatnio na Maciejową - tyle, że tym razem skąpany w promieniach słońca. Jakże inaczej może wyglądać ten sam szlak…

09.2016
Obrazek

09.2017
Obrazek

Na Maciejowej gaszę pragnienie, zastanawiając się, czemu tu jest tak miło, cicho i pusto. Odpowiedź przychodzi kiedy dojeżdżam do schroniska PTTK Stare Wierchy, a potem do tego pod Turbaczem. W obu przypadkach pod schronami kłębią się tłumy wędrowców, a pod Turbaczem w bonusie ze 20 rowerzystów na pięknych, błyszczących fullach. ;)

Wypijam złociste, schłodzone i jadę sobie dalej, na Polanę Jaworzynę Kamienicką, skąd odchodzi zielony szlak na Gorc. Szlak - jak całe zresztą Gorce - jest świetny na rower, miejscami można się rozpędzić, miejscami techniczny, ale w pełni przejezdny i dający dużo radości. Na Gorcu oczywiście ludzi nie brakuje, a po kilku minutach przyjeżdża kilkunastu motocyklistów na krossach. Z wieży bardzo ładnie widać Tatry.

Posiliwszy się zjeżdżam z Gorca leśnymi drogami na Młynne i do Ochotnicy, robiąc sobie po drodze jeden popasik w zupełnie pustym i ładnym miejscu. Jakże tu inaczej w porównaniu do zatłoczonych szczytów. Leżę sobie tam długo i ucinam pogawędkę z przechadzającym się po łąkach bacą.

Obrazek

Na koniec dnia robię dłuuuugi “zjazd transferowy” z Ochotnicy przez Tylmanową i Krościenko do Szczawnicy, starając się tam gdzie to możliwe unikać jazdy drogą 969 (na której zresztą zaczęły się już tworzyć niezłe korki powrotne w przeciwnym kierunku). Spory kawałek da się jechać prawym brzegiem Popradu, gdzie wiodą spokojne uliczki. Trzeba jednak uważać, aby nie zabrnąć w ślepą uliczkę pod Przełom Tylmanowski i zmienić brzeg Popradu bodaj w Brzegach.

Z Krościenka do Szczawnicy znaną ścieżką rowerową docieram już w szarówce. Cała miejscowość stoi w smętnym korku, albowiem Kraków i okolice chcą się wydostać do domu. Ludzie z samochodów pytają mnie, czy wiem co się stało, ale nie mam pojęcia - wypadku żadnego nie widziałem. Są jednak plusy tej sytuacji - większość pokoi została zwolniona. Tymczasem wcale nie bez trudu udaje mi się znaleźć coś do spania, ale to dlatego, że chciałem koniecznie mieć max 50-100 metrów do jedynego czynnego sklepu. :) Stanąłem więc przy sklepie i zacząłem wydzwaniać pod szyldy, który widziałem przy drodze. W końcu coś tam znalazłem. Po wczorajszych luksusach potrzebowałem chwili, aby się przyzwyczaić do boazeryjnego klimatu lokalu. ;) Wpadam jeszcze na ruskie do restauracji obok. Oczekując na posiłek zerkam na rozkład pociągów i ze zdumieniem odkrywam, że widoczny jeszcze dwa tygodnie temu w rozkładzie pociąg TLK z Krynicy teraz już nie jeździ. Słabo, ale trudno. W sumie nie ma tego złego. Postanawiam odpuścić zalesiony Beskid Sądecki i dotrzeć jutro przez Małe Pieniny do Piwnicznej, stamtąd zaś w kolejny, deszczowy już dzień wrócić do domu systemem multiprzesiadkowym. Tymczasem przede mną najpiękniejszy pogodowo i widokowo, a zarazem ostatni dzień wycieczki, więc nie ma co zaprzątać sobie głowy powrotem…


Poniedziałek. Wspaniała widoczność z Małych Pienin.

Poniedziałkowy poranek. Góry opustoszały, a od wtorku zapowiadane są długotrwałe deszcze. Już wiem, że nie bardzo chce mi się moknąć przez kolejne dni dlatego postanawiam wracać. Jednak przede mną jeszcze cały poniedziałek, który okazał się być najpiękniejszym pogodowo dniem całego wyjazdu.

Wspinam się ze Szczawnicy na Przełęcz Klimontowską. Wyłaniam się z mgieł na oświetlone porannym słońcem łąki…
Obrazek
Obrazek

Rozpoczyna się festiwal widoków. Małe Pieniny zostały mocno dotknięte gospodarką pasterską, dzięki czemu z rozległych hal widać wiele pasm - Pieniny Wysokie, Tatry, Beskid Sądecki… Zatrzymuję się na Wysokim Wierchu i leżę tam z godzinę. Nie muszę się dziś zbytnio spieszyć, bo do Piwnicznej nie jest aż tak znowu daleko.

Obrazek


Z Wysokiego Wierchu podjeżdżam pod Wysoką, porzucam rower w krzakach i wychodzę na szczyt, by napawać się królewskimi widokami.

Obrazek

Z Wysokiej do Smerekowej korzenie, ale potem już zjeżdżam wygodnie na przełęcz Rozdziela - kolejne kapitalne miejsce. Taka jazda to sama radość. Po raz bodaj już trzeci utwierdzam się w przekonaniu, że tu jest po prostu przepięknie!

Obrazek

Z przełęczy jadę wygodnymi ścieżkami i drogami granicznymi na Obidzę, a tam znów punkt widokowy na Tatry. Jako, że zgłodniałem trochę, urządzam sobie obiad. Aby odpocząć od mielonki - tym razem pasztet. :)

Obrazek

Z Obidzy wpycham rower pod Wielki Rogacz (~1162 m), bo wjechać tam raczej nie jestem w stanie. Za to z Rogacza przez Trześniowy Groń i dalej żółtym pieszym do Piwnicznej prowadzi doskonały, widokowy i szybki zjazd. Zjeżdżam niespiesznie, napawając się ostatnimi tego roku widokami. Przed zameldowaniem się pod dachem dokonuję jeszcze w miarę dokładnego umycia roweru, butów i bagażu w Popradzie - tuż obok dworca, aby jutro w tych 5 kolejnych pociągach nie pobrudzić współpasendżerów. Pokoik, który udało mi się namierzyć na tę noc jest położony wysoko, przy żółtym szlaku z Piwnicznej na Bucznik, a z jego balkonu roztacza się bodaj najpiękniejszy “kwaterowy” widoczek tego wyjazdu na całą Piwniczną i wschodnie zbocza pasma Radziejowej. A nad ranem, kiedy już nastąpiła radykalna zmiana pogody i siąpi deszcz, podziwiam z balkonu pożegnalną tęczę… :)

Obrazek
Obrazek




Parę liczb.

7 dni ładnej, bezdeszczowej pogody (26.09 - 3.10). Przejechane lub przepchane 350 km, w tym prawie 12.000 metrów pod górkę. Powrót trwał cały wtorek i potrzebne było aż 5 pociągów! :) Ale było warto.

Obrazek



Galeria zdjęć:
https://photos.app.goo.gl/2YjysMR3j6sapC933

Mapa wycieczki:
http://rower.bozym.com/Beskidy2017.html

Mapa wszystkich beskidzkich przejazdów:
http://rower.bozym.com/zbiorcza4.html
Awatar użytkownika
Zakochani w Tatrach

-#7
Posty: 3234
Rejestracja: pn 22 paź, 2007
Lokalizacja: Zawiercie

Post autor: Zakochani w Tatrach »

Super wycieczka. Można Ci tylko pozazdrościć sił na takie wypady.
Wycieczki rowerowe to coś co bardzo lubię . Z roweru zupełnie inaczej świat wygląda niż z samochodu, niestety my już tyle pary w nogach nie mamy.
Jeździmy jeszcze trochę, ale to są jednodniowe wypady , no i niezbyt forsowne pod górę.
Najlepiej nam się jeździ po nadmorskich szlakach rowerowych, bo równo jak po stole i prosto jak kij od szczotki :)) . Tam samochód stoi nieużywany, wszystko załatwiamy na rowerach :)) . Widoki też niczego sobie .... ale nie to co w górach.
Nie wyobrażam sobie wprost wyjazdu nad morze bez rowerów .
Tak samo w Pieniny - choć tam już trochę trudniej , ale łatwiejsze trasy też są.
Ostatnio zmieniony sob 20 sty, 2018 przez Zakochani w Tatrach, łącznie zmieniany 1 raz.
Zakochani w Tatrach
Awatar użytkownika
Mariusz

-#8
Posty: 5763
Rejestracja: pn 15 wrz, 2003
Lokalizacja: Marki

Post autor: Mariusz »

Kiedyś te siły się skończą, ale póki co trzeba korzystać i łapać każdą chwilę. A jak już nie będę mógł podjechać pod beskidzkie schroniska, czy bieszczadzkie połoniny, to wrócę do wędrowania po Tatrach. :)

W rowerze fenomenalne jest to, że można z dnia na dzień przerzucać się w kolejne pasma górskie. Rano jesteś w Gorcach, wieczorem w Sądeckim, a na drugi dzień w Pieninach. Można poczuć przestrzeń i wolność, a przynajmniej ja to tak odbieram.
uszba

-#6
Posty: 1612
Rejestracja: ndz 08 maja, 2005
Lokalizacja: Niemcy

Post autor: uszba »

Mariusz pisze:W rowerze fenomenalne jest to, że można z dnia na dzień przerzucać się w kolejne pasma górskie. Rano jesteś w Gorcach, wieczorem w Sądeckim, a na drugi dzień w Pieninach.
uwielbiam rower ale to mnie akurat nie rajcuje bo lubię zostawać w jednym miejscu dłużej.
Mariusz pisze: Można poczuć przestrzeń i wolność, a przynajmniej ja to tak odbieram.
Z tą wolnością się zgadzam , oczywiście do momentu dopóki nie nie stwierdzę dziury w dętce :D , przestrzeń ...ok, niech Ci będzie , choć widoku ze szczytu nie zastąpi.

no dobra, droczę sią trochę z Tobą bo Ci trochę zazdroszczę. Rower jest git!
Awatar użytkownika
Mariusz

-#8
Posty: 5763
Rejestracja: pn 15 wrz, 2003
Lokalizacja: Marki

Post autor: Mariusz »

uszba pisze:uwielbiam rower ale to mnie akurat nie rajcuje bo lubię zostawać w jednym miejscu dłużej.
Ostatnio eksperymentuję także z dłuższymi pobytami w jednym miejscu. Np. w Piwnicznej siedziałem 4 dni, jeżdżąc na lekko po obu pasmach Sądeckiego i w Małych Pieninach. Piwniczna do wspaniała baza wypadowa, a przy okazji cicha, spokojna miejscowość.
uszba pisze: przestrzeń ...ok, niech Ci będzie , choć widoku ze szczytu nie zastąpi.
W Beskidach to i tak ze szczytów niewiele widać. No chyba że się trafi na wieżę widokową, wtedy jest git :)
Awatar użytkownika
myszoz

-#5
Posty: 851
Rejestracja: ndz 11 sty, 2009
Lokalizacja: Pułtusk

Post autor: myszoz »

Mariusz pisze:Aby odpocząć od mielonki - tym razem pasztet
No i oczywiście kompot w puszce do obiadu.
Zastanawiam się, czy ta tkanina w kratę pod obiadem i kompotem to obrus zabrany specjalnie na tę okazję? ;-)
Awatar użytkownika
Mariusz

-#8
Posty: 5763
Rejestracja: pn 15 wrz, 2003
Lokalizacja: Marki

Post autor: Mariusz »

myszoz pisze:Zastanawiam się, czy ta tkanina w kratę pod obiadem i kompotem to obrus zabrany specjalnie na tę okazję?
Oczywiście! To był ostatni, uroczysty obiad na trasie - specjalnie na tę okazję wiozłem ze sobą elegancki obrusik. ;)
MiG

-#7
Posty: 3126
Rejestracja: śr 03 mar, 2004
Lokalizacja: Wawa

Post autor: MiG »

Mariusz, brawo za wytrwałość - w rowerowaniu po górach oraz w pisaniu wciągających relacji z tych eskapad! ;-)
Awatar użytkownika
Mariusz

-#8
Posty: 5763
Rejestracja: pn 15 wrz, 2003
Lokalizacja: Marki

Post autor: Mariusz »

To nie wytrwałość, to nałóg :) Wędrówka "przed siebie" przez wiele dni jest czymś niesamowitym, czymś co daje zupełnie nowe doznania względem np. wycieczek po górach ze stałą bazą. Dawniej tak wędrowałem po Tatrach od schroniska do schroniska, a teraz przerzuciłem się na rower i Beskidy. :)
Awatar użytkownika
myszoz

-#5
Posty: 851
Rejestracja: ndz 11 sty, 2009
Lokalizacja: Pułtusk

Post autor: myszoz »

Mariusz pisze:Wędrówka "przed siebie" przez wiele dni jest czymś niesamowitym
Mogę się tylko domyślać i zazdrościć.
Mam plan takiej kilkudniowej wycieczki jak przejdę na zasłużoną emeryturę :)) co nadejdzie prawdopodobnie za rok. :D.
Tylko nie wiem jak to będzie z chodzeniem samemu. Wcześniej samotnie wybrałem się 2 razy na jednodniowe łatwe wycieczki po Beskidzie Małym i na Babią Górę i było dziwnie, czułem się trochę nieswojo.
Awatar użytkownika
Mariusz

-#8
Posty: 5763
Rejestracja: pn 15 wrz, 2003
Lokalizacja: Marki

Post autor: Mariusz »

myszoz pisze:emeryturę co nadejdzie prawdopodobnie za rok
Czyli jakimś mundurowcem jesteś? ;)
myszoz pisze:czułem się trochę nieswojo
Nieswojo na jednodniowej wycieczce? Rozumiem, że w sensie braku towarzystwa do pogadania, a nie jakichś obaw?
Awatar użytkownika
myszoz

-#5
Posty: 851
Rejestracja: ndz 11 sty, 2009
Lokalizacja: Pułtusk

Post autor: myszoz »

Mariusz pisze:Czyli jakimś mundurowcem jesteś?
Tak mundurowym.
Mariusz pisze:w sensie braku towarzystwa do pogadania, a nie jakichś obaw?
Tak, dokładnie. Wcześniej nigdy po górach nie chodziłem sam. Ponadto brak bliskiej osoby, z którą chciałoby się podzielić wrażeniami z widoków powoduje, że czułem się jakoś winny. Ja tu chodzę po górach a bliscy 500 km. dalej przy prozaicznych czynnościach w domu czy w pracy.
Awatar użytkownika
Mariusz

-#8
Posty: 5763
Rejestracja: pn 15 wrz, 2003
Lokalizacja: Marki

Post autor: Mariusz »

myszoz pisze:
Mariusz pisze:Czyli jakimś mundurowcem jesteś?
Tak mundurowym.
Nie chciałem urazić. :)
myszoz pisze:Ponadto brak bliskiej osoby, z którą chciałoby się podzielić wrażeniami z widoków powoduje, że czułem się jakoś winny. Ja tu chodzę po górach a bliscy 500 km. dalej przy prozaicznych czynnościach w domu czy w pracy.
No tak, w tym kontekście może być trudno - ale może da jakoś radę :)
Awatar użytkownika
Zakochani w Tatrach

-#7
Posty: 3234
Rejestracja: pn 22 paź, 2007
Lokalizacja: Zawiercie

Post autor: Zakochani w Tatrach »

Jak wybieram się na szlak sama, to zawsze na taki który dobrze znam i wiem, że tam trochę ludzi napotkam, no i jest zasięg sieci telefonicznej. Oprócz tego zawsze mówię mojej gaździnie gdzie idę, o której powinnam wrócić i co ma zrobić jeśli nie wrócę o określonej porze i nie powiadomię jej telefonicznie o spóźnieniu.
A chodzenie samemu - jak wszystko zresztą - ma dwie strony medalu.
Jedna dobra - nikt człowieka nie popędza, można sobie leźć jak się lubi i to jest dobre na szlakach znanych. Na szlaki nowe raczej sama bym się nie wybierała, bo z moją orientacją w terenie z pewnością bym się zgubiła i trzeba by mnie było szukać przy pomocy TOPRu - a tego bym już naprawdę nie chciała :)) .

Mimo wszystko jednak we dwoje raźniej i przyjemniej ... co by nie powiedzieć ....
Zakochani w Tatrach
MiG

-#7
Posty: 3126
Rejestracja: śr 03 mar, 2004
Lokalizacja: Wawa

Re: Beskid Śląski, Żywiecki, Sądecki i Gorce

Post autor: MiG »

Mariusz pisze: ...by po niedługim czasie wyłonić się na bardzo widokowym odcinku granicy w okolicach Skalanki i Beskidu Granicznego. Tam jest po prostu sielanka. Miejsce niby niepozorne, ale często z takich punktów widać o wiele piękniej, niż ze znanych, ale zalesionych beskidzkich szczytów. Długo tam zabawiam, jadąc sobie to po polskiej, to po czeskiej stronie. Taki slalom między słupkami.
Tak gwoli ścisłości, za Istebną to już była granica polsko-słowacka (a na Raczy zapewne Słowaczki :-) ).
Mnie kiedyś na Krywaniu dwie Słowaczki zaskoczyły pytaniem jaki jest najwyższy szczyt Słowacji (chyba się o to spierały). Tzn. zaskoczyły tym, że pytają a nie w tym sensie, że nie wiedziałem :-)
Awatar użytkownika
Mariusz

-#8
Posty: 5763
Rejestracja: pn 15 wrz, 2003
Lokalizacja: Marki

Post autor: Mariusz »

Racja - już poprawione. :)
ODPOWIEDZ