Nie moje klimaty.
Na początku stycznia zapowiadało się kilka dni trochę lepszej pogody, “moja” chałupa pusta, a gaździna uradowana perspektywą wieczornych posiadów czekała na mnie cała zadowolona.
Ponieważ małżonek dopiero co wrócił z turnusu rehabilitacyjnego z Ustronia i nie miał zacięcia do kolejnego wyjazdu z domu, więc pojechaliśmy tylko oboje – ja z Auriskiem

Taki widok zawsze podnosi mi poziom endorfin na maksa. Jestem bardzo mocno przywiązana do tego miejsca , nie wyobrażam sobie innej dzielnicy do kwaterowania .
Chałupy zresztą też.
Najważniejsze założenia tego wyjazdu to
1. zobaczyć lodową kaplicę i inne rzeźby na Hrebienioku
2. zobaczyć świątecznie oświetlone Zakopane, które też darzę wielkim sentymentem,
3. no i wiadomo - połazić gdzieś po dolinkach, bo o tej porze roku – w dodatku sama - nic wyżej nie zdziałam. Według komunikatów TOPR w górach szlaki zalodzone i niebezpiecznie.
Żeby nie stracić dnia przyjazdowego , zaczęłam od wieczornego Zakopanego, .
Krupówki których nie lubię – wieczorem przystrojone pięknie oświetloną choinką i świątecznymi ozdobami – robią wrażenie całkiem innego miejsca . Bardzo rzadko mam okazję być tam o tej porze dnia , więc w tej odsłonie są dla mnie trochę egzotyczne


Zaglądnęłam na Plac Niepodległości ….
Tu dostałam lekkiego szoku na widok jakiegoś gościa biegnącego koło Owczarni w stronę Krupówek ze sporą siekierą w dłoni.
W dzisiejszych czasach taki obrazek może przyprawić o palpitacje serca

Potem jeszcze pod skocznię , gdzie śnieżny zamek i labirynt ponoć największy na świecie …
Wstęp oczywiście płatny...a na Hrebienioku takie cudeńka za darmo. Słowak potrafi .

Przez Rondo Kuźnickie zamknęłam kółko tej wieczornej , miastowej włóczęgi .


Najładniejsze dni miały przypaść od soboty do wtorku. Piątek jeszcze taki sobie - no to mały spacer na Kalatówki, a potem na Kondratową.
Mały – ale jak zawsze piękny , bajkowo ośnieżonym lasem, bez tłoku na szlaku.




Słońce dzielnie walczyło z chmurami, ale niestety przegrało.

Za to widowisko na Hali Kondratowej było wspaniałe. W pewnym momencie promienie słoneczne wymieszane z szarością chmury spowodowały , iż całe zbocze zrobiło się fioletowe , co w połączeniu z bielą niższych partii i dziwnego tęczowo kremowego koloru nieba dało niesamowity efekt . Wszyscy przystawali i robili fotki – ja też, ale niestety nie oddały one wiernie rzeczywistości .
Może aparatem z odpowiednimi filtrami …..
Mnie smartfonem fiolet wyszedł na niebiesko , a kremowe niebo na nijako

Niedziela – zwłaszcza słoneczna ,to dla Słowaków tradycyjny dzień rodzinnych spacerów .
Na Hrebieniok oczywiście.
Tym bardziej że tam takie atrakcje ….
Wiem jak to wygląda, więc chytrze odłożyłam wycieczkę na poniedziałek . Niedzielę poświęciłam Dolinie Chochołowskiej . Dość dawno tam nie byłam , a w zimowej szacie również wygląda cudnie .
Tu też nie pusto, ale bez tłumów. Spokojnie - mimo pięknego weekendu .





W poniedziałek rano autko w śniegu i lodzie, ale mój Aurisek dość sprawnie i szybko sobie z tym poradził. Martwiło mnie tylko jak będzie wyglądała droga po górskich serpentynach – zwłaszcza po naszej stronie, bo Słowacy sypią żwirkiem .
I tu też miła niespodzianka – nie było źle.
W Żdziarach przywitało mnie piękne “Halo”

i wyłaniające się z chmur – niczym nimfy z morskiej fali - Hawrań i Płaczliwa Skała .

Na Hrebieniok i z powrotem oszczędnie i zdrowo – czyli z bucika
Sceneria jak z zimowej bajki.







Lodowa Kaplica w tym roku zupełnie inna, rzeźby również.



Dodatkowo wystawa ciekawych , szklanych obrazów.


Kolejne rzeźby pod drugą chłodzoną kopułą .
Niesamowity koliber pijący nektar z kwiatowego kielicha .

Na poniższym widać cały kunszt tego dzieła. Z tyłu pszczoła na plastrze miodu


Tu ogromne rekiny, niedźwiedzica z małym, z lewej miś w triumfalnym geście ze złowioną rybą
Z prawej strony widoczna część ogromnej lodowej kuli ziemskiej, w której wycięte były wszystkie kontynenty .
Super.
A nad Hrebieniokiem znów słoneczne, przepiękne “Halo” z podwójnym tęczowym kręgiem . Takiego jeszcze nie widziałam.
Aura mnie trochę rozpieściła tym razem

Tu widoczne oba kręgi i łuk około zenitalny.
Niestety halo było duże i w żaden sposób nie chciało mi się zmieścić w całości w obiektywie.

No i lodowe rzeźby na dworze w całkiem dobrym stanie .


Nieprawdopodobnie odwzorowana mucha.

I bardzo ciekawie ujęte dłonie .

A nad górami walka chmur z błękitem . Cudnie....

Czułam że to musi być piękna wycieczka – i była .
Jedynie nie sprawdził się mój chytry plan poniedziałkowy , bo ludzi było dość dużo , ale bez tłoku.
Lanovka pracowicie zwoziła w tą i z powrotem wycieczki emerytów . Były też ze dwie wycieczki szkolne.
Wszyscy pewnie myśleli że w poniedziałek będzie pusto
We wtorek Strążyska, bo z rana pochmurnie i nie wiadomo co dalej, a tam w taki dzień potrafi też być bajecznie.
Zanim doszłam Drogą pod Reglami ładnie się wypogodziło



Tu rzeźbiła Matka Natura …. też ładnie


Posiedziałam dość długo na ławce, a ponieważ było uroczo i nie chciało mi się jeszcze wracać, poszłam nad Siklawicę. Ten odcinek zimową porą zawsze jest śliski i na widok tego co wyprawiali tam turyści którzy nie mieli odpowiedniego obuwia, ani nawet kijków można się było nieźle ubawić
Nie rozbawił – a wręcz przeraził mnie tylko jakiś niezbyt mądry tatuś w marnych butkach, niosący malutkie dziecko na rękach
Byłam już niedaleko wylotu na Polanę i nie wiem jak on tam wyszedł , a zwłaszcza jak stamtąd wrócił …. mam nadzieję że mu rozsądek zapukał do głowy i dał sobie spokój.
Wracałam w środę rano - z żalem i bólem jak zwykle , tym bardziej że zamiast brzydkiej pogody jaką na ten dzień zapowiadano było bezchmurnie i pięknie.
Mało brakowało żebym z powrotem wypakowała manatki.
“Na szczęście”
W kolejnym dniu były fatalne .... mój Anioł Stróż Górski czuwał
Ala







