Parę słów.
7 września miałem wolne od oprowadzania rodziny i postanowiłem wyruszyć na Czerwone Wierchy.
O 8.00 byłem już na szlaku do Doliny Małej Łąki. Odbiłem na Przysłopie Miętusim na Małołączniak. Do łańcuchów w Kobylarzowym Żlebie nikogo nie spotkałem. Na łańcuchach wisiała czwórka. Grzecznie poczekałem aż przejdą i ruszyłem. Nie chce robić z siebie kaleki ale mam lekki niedowład prawej strony ciała i musiałem patentować wiszenie na łańcuchach. Skończyło się to dużym siniakiem na lewym ramieniu. W pewnym momencie zamiast łańcucha obłapiłem wierzchołek głazu, a ten począł się ruszać w moich ramionach. Zmieniłem pampersa i wyprzedziłem czwórkę. Szedłem spokojnie, swoim tempem a pomimo to byłem od nich szybszy.
Na Wierchach duło. Gnany silnym wiatrem nie zagrzałem długo miejsca na górze. Zacząłem schodzić do Doliny Kościeliskiej. Im niżej tym byłem słabszy. Strasznie się wlokłem w zejściu.
Schodziłem na lekko ugiętych nogach. Na końcu nie mogłem wyprostować drżących nóg. W końcu prawa noga (niedowład) nie wytrzymała. Lekkie zgięcie zamieniło się w pacnięcie na dupę. Tragifarsa. Widziałem drogę w Kościeliskiej, brakowało mi do niej jakieś 100 metrów a ja nie mogłem się ruszyć. Nie mogłem stanąć na prawej nodze. Po pewnym czasie udało mi się wstać i z modlitwą na ustach udało dokuśtykać do Kościeliskiej. Po płaskim już mogłem powłóczyć nogami.
Tak było na Czerwonych Wierchach.
Spadają deski
Ze smreków strzelistych
Robiąc bałwana
Z zielonego turysty
Ja też - i nie chodzi o to co zrobiłeś, tylko o to że fajnie piszesz .
Ja ostatnio też miałam podobną przygodę, bo polazłam w góry sama i w dodatku chora. Na widok pięknej pogody rozsądek uleciał w niebyt, ale mój Anioł Stróż Górski czuwał i jakoś dowlokłam się do łóżka .
A Kobylarzowy Żleb piękny - zwłaszcza jesienią. Może uda nam się wybrać jeszcze w tym roku.