Na początku były Dolomity.
Monte Antelao

Zdjęcie zrobione po burzy z okolicy schroniska Dibona. Burze i błotne lawiny towarzyszyły nam dzielnie prawie do końca pobytu a więc do momentu, kiedy wyjechaliśmy do Szwajcarii.
Niemniej udało nam się parę ferrat przejść. Między innymi ferratę Lipella na Tofanę di Rozes,
(widoczna z tyłu)

Zdjęcie zrobione z drogi na Tofanę di Mezzo.
Podczas kilku godzin przerwy od deszczu i burzy przeszliśmy ferratę Col de Bois w pobliżu Passo Falzarego.


Bazę mieliśmy na kempingu w Misurinie do której mam wyraźny sentyment. W tym roku dostawiono tam nawet kontener z prysznicami dla pań a więc właściwie niesamowity luksus.

W tej okolicy weszliśmy na Torre di Toblino, Monte Paterno i w Cadini przeszliśmy odrestaurowaną ferratą Merlone.
Nie będę was zanudzać fotkami z Dolomitów bo jakie one są, każdy wie.
Po kilku dniach pojechaliśmy do Innsbrucka odebrać moją kumpelę Basią z dworca. Basia niestety nie miała wcześniej urlopu więc Dolomity przeszły jej koło nosa. No...ale ona i tak już wszędzie tam była więc nie płakała z tego powodu.
Ja też już wszędzie tam byłam
A więc po odebraniu Basi z Innsbrucka jedziemy przez Furkę do Saas Fee.

To ta dziura w dole zdjęcia.
Upodobali ją sobie ortodoksyjni Zydzi z Izraela i dzielnie zasuwają po górach .

Jest tam w okolicy kilka łatwych czterotysięczników na które postanawiamy się w trójkę wybrać.
Na aklimatytzację najlepszy jest Allalin i jak widać na fotce jest to nie tylko nasza opinia

Fotka na szczycie ...

...z którego widać Rimpfischhorn i Strahlhorn, który zdobędziemy za kilka dni.

Nasz następny cel to Weissmies. Instalujemy się nad takim fajnym stawkiem, znad którego widać Alphubel i Dom po przeciwnej stronie doliny Saas.


Wejście od strony Hochsaas jest bardzo atrakcyjne bo prowadzi przez szalony lodowcowy krajobraz.






Tu grań wprowadzająca na Weissmies od drugiej strony, ponieważ jest fotogeniczna to Baśka z Robertem przeszli się po niej

Jeszcze jakiś widoczek z drogi.


Byliśmy również świadkami akcji ratunkowej.

Następnie ze schroniska Britannia ruszamy o świcie na Strahlhorn.Bardzo długa droga przez dobrze zamaskowane szczeliny.

Jak na złość już na samym początku mamy trudności ze znalezieniem właściwej drogi w związku z czym mamy opóźnienie. Niemniej decydujemy się iść na szczyt. drogę powrotną utrudnia miękki śnieg i niestabilne mosty. Co chwila wpadamy w jakieś pomniejsze szczelinki. Górę jednak zdobyliśmy i szczęśliwie wrócili do schroniska.


Zdjęcie na szczycie, jak widać...nic nie widać.

Po zakończeniu wycieczek wysokogórskich przenosimy się o wiele kilometrów na wschód, do Doliny Wielickiej ale o tym ...za chwilę.































