Krótko przed południem zabierają mnie ze skraju Łodzi.

Krzyś prowadzi...

Pogoda niby coś tam... obiecuje, ale to łża suka.

Już zakwaterowani pod kazimierska farą idziemy na spacer.

Można pozwolić robić fotki, ale trzeba zawsze kontrolować, jak się na nich... wyszło.

U..."Fryzjera". A któż by się po długiej podróży nie uśmiechał do kelnerki...?

Ów "Fryzjer" kreował się na niewątpliwie... starozakonnego.
Paschalna miała przepisowe 72 volty, ale gęsi pipek okazał się zdecydowanie przereklamowany. Intrygująco się nazywał, ale smakował... tak sobie.

Na rynku już cień, ale wyższe części miasta jeszcze w ciepłych, słonecznych światłach.

Kazimierskie gonty...

Na zewnętrznych skrajach obydwu kamienic tablice o tej samej treści.

Która jest Mikołaja, a która Krzysztofa? Przecież to... widać...!


Górę Krzyżową obejrzeliśmy... tylko z dołu. Porządny zoom... to je ono!

Za ciepło to nam tam nie było, ale na kwaterze był bardzo sprawny kominek i on nas dogrzał... może nawet aż za bardzo.
30 kwietnia - niedziela
W drodze do Kozłówki uzgadniamy następny wspólny wyjazd, tym razem krótki: Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Padło na 14-go maja.

Brama, ale pod światło...

Z drugiej strony dobrze widać detale...

Taki dziedziniec dawał gospodarzom sporo: zanim goście podjechali pod sam pałac, można było służbie wydać stosowne polecenia.
Budynek pierwszy od lewej to kordegarda, czyli dawne koszary prywatnej straży pałacowej. Dziś siedziba państwowej administracji całego obiektu i prywatne apartamenty ostatnich spadkobierców rodu Zamoyskich.

Fronton pałacu, po lewej pałacowa kaplica wielkości sporego kościółka.

Drzewo genealogiczne Zamoyskich... spora roślinka!

Ta klatka schodowa robi wrażenie! Jest wielka, a ścian praktycznie nie widać.


Wszystko tu jest bardzo okazałe, ale te lampy między oknami...

...powalają!

Biurko ordynata kozłowieckiego z mnóstwem skrytek.

Jego sypialnia...

Wszystko tu oszałamia mnogością, wręcz kompletnością wyposażenia.

Sypialnia księżnej pani...

Widok z okna na park dworski.

Ogromny salon, ale i tu ścian spoza obrazów nie widać.

No i te kozłowieckie piece!

To już bodaj trzeci z tutejszych fortepianów...

A do tego jeszcze obrazy odbijające się w mnóstwie luster...

Łazienek ponoć w pałacu było sześć... aż.

Pałac był zamieszkały aż do końca II wojny światowej, więc pozostały tu także gramofony!

Rzecz znamienna: męskie sypialnie miały łóżka wąskie, pojedyncze, za to damskie... daj Boże zdrowie!

Jedna z kilku klatek schodowych dla służby. Ta by dzisiaj uchodziła za okazałą...

Ten pałac nie miał kuchni, więc potrawy pochodziły z pobliskiej oficyny, ale gdzieś je trzeba było przygotować do podania na stół, magazynować zastawy, sztućce, obrusy... W pałacach takie pomieszczenia nazywano kredensem.


Skromnie zastawiono, tylko na cztery osoby...

Nie ma to jak porządna szafa gdańska!

Aż dziw, że nie usłyszeliśmy: Podano do stołu!

Fiu, fiu...!

Biblioteka...

Stół do caramboli...

W całym pałacu wszystkie intarsjowane parkiety są w całości z drewna dębowego i mają identyczny wzór.

Gotowalnia myśliwska - dziś broń musi być w zamkniętych szafach.

Trofea myśliwskie - sporo egzotycznych!

Utensylia myśliwskie: prochownice, ładownice, kordelasy, rogi sygnałowe, pejcze...
Są także pistolety pojedynkowe... chyba jednak tu nie pasujące.

Kaplica pałacowa.

Przy pałacowej kaplicy pokój prymasa Wyszyńskiego, który w czasie wojny spędził w Kozłówce ponad rok.

Widok na pałac od strony parku.

Balustrada tarasu bocznego.

Na tle jednej z oficyn. W oknach parteru portrety znamienitszych gości - między innymi prezydenta Mościckiego. Po przeciwnej stronie dziedzińca druga taka, a w wykuszach okien jej parteru między innymi portret prymasa Wyszyńskiego.

Skusił nas tu znajomy krzyk...

...pawia. Naśladując jego głos próbowaliśmy skłonić go do rozłożenia ogona, ale chyba poznał się na marnej mistyfikacji i... ni hu, hu...

Przypałacowe muzeum... socrealizmu. Pasuje ty dokładnie tak samo jak nam... on cały.

Magnolie nawet tak słabo rozwinięte, są zwyczajnie... ładne.
W drodze powrotnej wpadamy na chwilę do Lublina, bo potrzebny jest mało powszechny jeszcze typ ładowarki. No to każemy nawigacji wyszukać jakąś galerię i wybieramy najbliższą: Lublin Plaza. Trafiamy bezbłędnie!
Kolejny etap to Park Zdrojowy w Nałęczowie, bo już od wielu lat chciałem zobaczyć tamtejsze, słynne... kaczki! Dobrze, że tuż przed tym wyjazdem zaktualizowałem mapy w nawigacji

Całe stadko prowadzi wyraźnie i nawet dość znajomo... nadęta.

Nawet nosi się tak z... pańsaka

Ten drugi w każdym pochodzie zwykle nie jest do końca pewny, czy warto aż tak się... puszyć?

Chyba jednak lepiej by ten pomnik pasował na innej ulicy i w zupełnie innym mieście.

foto - Krzyś
Tańczący z... kaczkami.

Jedną nawet dostałem w prezencie... sarkastycznym.

Wracamy do Kazimierza, a tam... pa-ra-so-lo-wa-to!
1-szy maja - poniedziałek
Ostatni spacer po Kazimierzu...

Zdjęcie przy studni, bo... wypada, a nie pamiętamy, czy już takie robiliśmy.

Zapytałem jakoś mało handlarsko wyglądającą straganiarkę o synagogę. Oczywiście wyjaśniła, jak tam w dwie minuty dojść, ale okazała się poetką i dostałem od reszty towarzystwa kolejny prezent - tomik poezji i to z dedykacją autorki.

Tuż przy synagodze na Małym Rynku zobaczyliśmy takie cudo: domy z kamienia budowało się tam od zawsze i buduje nadal. Dobrze, że nie wszystkie się tynkuje...

Okazało się, że tuż przy tej synagodze przechodziliśmy już kilka razy..
Długa, bo aż sprzed Kazimierza Wielkiego, bogata i zawiła jest historia Żydów kazimierskich, a jej zakończenie wręcz przeraża, więc nie wyjąłem wewnątrz aparatu, ale...

...piołunóweczkę sprzedają tam... wyśmienitą!
Dostałem ją w prezencie imieninowym, więc zanim zrobiłem tę fotkę, została napoczęta... nieco.
Dość wąskimi i dziurawymi drogami pogranicza lubelsko-świętokrzyskiego docieramy do Sandomierza. Kwatery jeszcze nie są przygotowane, więc idziemy połazić...

...wiadomo, na rynek. Potem ulica i brama Opatowska (straszny tłum!) i zaraz za nią trafiamy na jakąś imprezę... ni to harcerską, ni to rekonstrukcyjną, a może nawet WOT-ywną, bo z plastikowymi giwerami, ale za to sprzedają tam najprawdziwszą i nawet bardzo smaczną, rozgrzewającą grochówką.
Zasłyszane w czasie spaceru między sandomierskimi straganami z pamiątkami...
Matka rozmawia z synkiem groźnie dzierżącym badziewiacki łuk... na szczęście bez strzał:
- Podoba ci się ten łuk ojca Mateusza?
- No!
- A co byś jeszcze chciał?
- Miecz i hełm ojca Mateusza!
- To ci kupię...
Nie tylko ten epizod wskazuje, że obecnie w Sandomierzu wszystko jest... ojca Mateusza. W kościołach woleliśmy tego nie sprawdzać...

Jak się już zakwaterowaliśmy, to tuż obok natrafiamy na Ucho Igielne...

Po jego przejściu... czasem jest fajnie, a czasem mina... rzednie.

Nasza kwatera to ta blado seledynowa.

Portal dominikańskiego kościoła pw. św. Jakuba

Jego chór...

Wąwóz Królowej Jadwigi...

foto - Krzyś
A tak to sekundę później sfotografował Krzyś.



Logowana pokrywa studzienki ulicznej.

Tablica w murze domu i pracowni twórcy biżuterii z krzemieni pasiastych, Cezarego Łutowicza

W zapowiadających wieczorne atrakcje promieniach zachodzącego słońca wszystko jest ładniejsze!
Po prawej z piękną latarnią narożnik podcieni domu Ossolińskich (dziś Poczta Polska), a na nim drogowskaz do sandomierskich podziemi... i tym razem nas nie zachęcił.

I takie nawet bardziej... odlotowe.

Dom Jana Długosza, dziś muzeum diecezjalne, ale o tej porze już zamknięte - katedra zresztą także!

Bardzo ruchliwy i ładny ptaszek, ale... co on za jeden?
Od czego jest wszystkowiedzący... ujek? To kos!

Za to na Małym Rynku u straganiarzy da się jeszcze kupić całkiem ładne krzemienie pasiaste - dziesiątki razy tańsze niż te w galeriach!

Późnym wieczorem ulica Opatowska wreszcie pustoszeje i można zrobić jakąś fotkę z sensem.
Po Kazimierzu Dolnym też wieczorami przewalał się głównie... wiatr.
Tak jest zawsze tam, gdzie największa część turystów to... jednodniowi.

Cały dzień coś tam co jakiś czas przegryzaliśmy, ale wreszcie po zmierzchu wybieramy się na gorącą kolację.

Skończyło się na bardzo dobrych pierogach, co widać po opróżnionych talerzach i na... wazoniku!
2-gi maja - wtorek

Rano idziemy jeszcze na spacer i tuż pod Urzędem Miasta znajdujemy pomnik-pierścień z krzemienia pasiastego.

Trochę się jeszcze posnuliśmy po budzącym się do życia Sandomierzu - po lewej dawna kordegarda.

Zdajemy klucze od kwater i jedziemy do Jaskini Raj.

Ledwośmy zdążyli odebrać zamówione i opłacone już bilety.

To zdjęcie wziąłem z internetu, bo w jaskini Raj fotografowanie jest całkowicie zabronione.
Przed Łodzią zjedliśmy jeszcze wspólnie obiad, potem mnie wysadzili tuż pod domem i... tak się skończyła nasza czterodniowa eskapada.

foto - Krzyś
Corpus delicti... jak by się ktoś pytał.
Za dwa tygodnie pojedziemy razem do Gdańska!
Bo... tak lubimy!
I... tyle!
Powstał też znacznie poważniejszy pomysł wyjazdowy: tydzień w Jerozolimie! Tak mniej więcej we wrześniu 2018... Oczywiście ten termin to tak bardzo wstępnie.


