Głęboko wierzymy w serwisy pogodowe. To nie Jarosław Kret ze swoją pogodą tylko rzetelna sprawdzająca się pogoda. W piątek ma padać wysoko w górach śnieg. I to nie jakiś tam drobny opad ale w sumie ma być grubo ponad 30 cm. Zamiast Finsteraarhorn będzie Nadelhorn. Szczyt dla mnie o tyle ważny gdyż będzie to mój rekord wysokości. Udajemy się do miejscowości Sasfe. Już w tamtym roku byłem blisko tej miejscowości wchodzą na Weismis. Tym razem tworzymy zespół trójkowy czyli idzie Majer, Andrzej i moja skromna osoba. Podejście pod schronisko to tylko 1500 m w pionie. Słońce grzeje niemiłosiernie ale nie jest jakoś strasznie gorąco. To ma być uciążliwe podejście tak jest napisane w przewodniku. Mi natomiast takie zakosy z lewej na prawą i z prawej na lewo bardzo odpowiadają. Co sto metrów biorę dwa trzy łyki wody z bukłaka. Po ostatnich dolegliwościach nie ma śladu. Czas podejścia do schroniska w przewodniku to 4-5 godzin. Mi się udaje pokonać ten dystans w 3 godziny i 15 minut. Forma jest choć z jej przygotowaniem różnie bywało. No bo gdzież to zaliczyć do tego spacerowanie nad Dunajcem albo nordikowanie. Meldujemy się pod schroniskiem Mischabelhütten. Ceny w tym schronisku to jakiś śmieszny żart. Dlatego mając swoje domki nie płacimy za nic a jeszcze coś tam korzystamy z gościnności szwajcarów. Sam szczyt nie należy do bardzo trudnych. Ma on mniejsze trudności techniczne w stosunku do wcześniej zdobytego oraz samo podejście też jest mniejsze. Jedyna trudność to wyższa wysokość. Dodatkowym ułatwieniem jest to, że szczyt ten jest bardzo popularny i lezą tam różnego pokroju sieroty co odczujemy przy wchodzeniu. Wstajemy jeszcze nocą tak aby jak najszybciej wejść i zejść przed nadchodzącym załamaniem pogody. Nie ma strachu, gdyż ma przyjść dopiero nocą ale czasami z tym różnie bywa. Z tego co się orientuję z pod schroniska wychodzimy jako ostatni zespół. Ale co chwile mijamy alpinistów z różnych krajów. Końcówka podejścia jest lekko skalna ale bez większych trudności. Natomiast sam szczyt to typowy ostry pik z dziecięcych rysunków. Aby na nim swobodnie stanąć trzeba trzymać się zamocowanego tam krzyża. Ruch jak w ulu jedni schodzą inni się pchają aby wejść. Taki ruch że… zapominam na szczycie zrobić zdjęcia aeropresowi oraz nie zrobiłem żadnego ze szczytu. Trochę się z tego powodu wkurzyłem mało że wkurzyłem siarczyście zakląłem kurka jego mać… Dwadzieścia metrów pod szczytem wyciągam aero i dopiero wtedy robię zdjęcie. Widziałem drogę śnieżną na Dom 4 545 m npm który to kusi mnie niemiłosiernie. I to właśnie pozostanie w mojej pamięci. Gdy my schodzimy ze szczytu inne zespoły wchodzą lub schodzą za naszymi plecami. Samo schodzenie bardzo przyjemne śnieg nie lepi się do raków. Dochodzimy do schroniska pakujemy się i pozostaje tylko półtorej kilometra w dół. Choć schodzimy każdy z osobna to spotykamy się na parkingu gdzie czekamy na przyjazd Bartka. I to już koniec przygody z Alpami. Dwa wejścia zaliczone na plus czy dużo czy mało chyba to pierwsze. Piękna droga na Aletschhorn mój rekord wysokości na Nadelhorn czyni ten wyjazd owocnym. Są plany na wyjazd za rok mam nadzieje, że się spełnią i że będę w nich uczestniczył ale to cały długo rok w którym może się wiele wydarzyć. Chciałbym tu na wzór gali telewizyjnych i dupereli Oskarowych jakichkolwiek podziękować: rodzinie za wspieranie, fizjoterapeutą za skuteczne wybieranie kasy z mojego portfela, internetowi za to że zawsze znalazłem definicję tego co mnie boli, Majerowi za perfekcyjnie przygotowany wyjazd, Majerowi za to że obalilimy piwo, Majerowi za to, że zmienił jakiś tam szczyt na Nadelhorn, Andrzejowi za to nie chrapał w namiocie, Andrzejowi za to że się na mnie nie obrażał i ani razu nie usłyszałem od niego spieprzaj dziadu, Andrzejowi za to, że prowadził drogę na Aletchhorn i za to że się zgubił w Wiedniu he he he żartuje, Andrzejowi za to że jest profesjonalistą w tym co robi, Andrzejowi za to że choć sam był głodny chciał mi oddać chałwę, Bartkowi, że użyczył mi miejsca w swoim aucie, Bartkowi za to że jak spał w aucie to ja byłem jak Houdini, Bartkowi za perfekcyjną znajomość języka, Bartkowi za towarzystwo kawowe, babie z cempingu za to, że mnie zjebała że nie zasunąłem krzesła kolegi, sklepom COOP za chleb w cenie 16 zł, babie która podsłuchiwała jak opowiadałem kawał oraz wszystkim tym łajzom które mnie nie lubią "tesz". I tak kończy się opowieść o alpejskich poczynaniach. Nie proście mnie i tak za rok opiszę mój wyjazd.
PS Już tak na koniec przepraszam jeśli o kimś nie wspomniałem albo poprzestawiałem fakty w moim wieku już wolno.
