A wszystko przez to że czytam Panoramę, takie czasopismo DAV, na kiblu. A tam na pierszej stronie : seven summit w Alpach Stubai. Myślę sobie że to niedaleko, jakieś 360 km, to można na weekend skoczyć i zobaczyć jak te summity wyglądają. Wybrałam sobie najpierw Habicht, jakieś 3277m a ponieważ nie lubię sypiać w schroniskach to obliczyłam że musiałabym 2000 m w górę i w dół. Wprawdzie trenowałam ale moja górka za domem to może jakie 50 m ma jak nie mniej...No dobra, to Rinnenspitze. Równe 3000 m, niektóre źródła podają 3003, to taka wysokość jak w sam raz dla mnie.
A więc ładuję się do mojego nowego Kangura...

...i jadę do Stubai Tal. jak zwykle, wyszukuję kemping w internecie, i następnego dnia jadę wraz z moim towarzyszem do Oberbergtal. To bardzo długa dolina, ze 6 kilosów i aż do końca można dojechać samochodem ale ja zatrzymuję sie trzy km przed parkingiem, jestem hojna, w końcu trenowałam a nie mam nic innego do roboty jak przebierać nogami. dziarsko zasuwam w obranym kierunku, czyli na Rinnenspitze...

Idziemy , idziemy, dolina długa jak.... nie powiem co, minąliśmy już wszystkie zabudowania...

minęliśmy schronisko...

wznosimy się i wznosimy a góry jak nie ma tak nie ma...

Mijamy jakieś bajora i tu nachodzą mnie pierwsze wątpliwości. Jestem zmęczona, jesteśmy już ze cztery godziny w drodze, na mapie wygląda jakby to miało być tuż, tuż. Wydaje mi się że już musimy być wysoko bo idziemy już tak długo tylko pod górę ale która to może być z tych nas otaczających? żadna z nich mi nie pasuję bo....są jeszcze tak daleko i tak wysoko..... Spotykamy jakichś ludzi i pytamy , gdzie ta Rinnespitze. Kobitka pokazuje mi jakiegoś potwora na horyzoncie, oddalonego o lata świetlne ode mnie i to ma być ta góra???
Nie mam nawet zdjęcia z tego miejsca bo już tak miałam dość. Mój towarzysz wyciąga jakiś batonik i nieśmiało zachęca mnie...doda ci sił.
Mielę to świństwo w wysuszonej wysiłkiem jamie ustnej i nadrabiam miną - nie poddam się będę walczyć, jak już tu wylazłam to przecież się nie wrócę...itp. podobne okrzyki bojowe.
Zarzucam plecak i ruszam dalej....

...już po pierwszych krokach znowu czują tę obezwładniającą słabość w udach, wysuszone usta, żal do całego świata i do tego jeszcze mdli mnie po batoniku.

Spotykamy jedynych ludzi, którzy zmierzają w kierunku potwora. Trzech chłopców i dziewczyna. Uzbrojeni po zęby, uprzęże, lonże, cuda niewidy. A my? Ja mam jeszcze jednego batonika. Mijamy ich. Czuję się jeszcze gorzej, bo oni na pewno szybko pójdą i zaraz nas dogonią. Budzi się we mnie jakaś chęć żeby im pokazać...o , a guzik, nie bądziecie pierwsi na szczycie. Ale ta słabość w udach i mdłości...

Nie wiem jak to się stało ale nagle stanęłam na grani. zerkam za młodymi ale oni jeszcze nisko i wcale mnie nie wyprzedzili. Czuję jak mi się pierś sama wypina...

Na dodatek znikają chmury i pojawia się błękitne niebo...można mieć tyle szczęścia?

Ledwie wyłażę na grań i dostaję okropnego skurczu mięśni uda. Pierwszy raz w życiu. Czasami za dziecka miewałam skurcze łydki ale uda??? Znajduję się na eksponowanej grani i masują sobie nogę...niech to szlag trafi. Już widać szczyt, jakieś 10 minut jeszcze.
Obiecuję sobie i siłom niebieskim że jak tylko wrócę do auta to łykam podwójną dawkę magnezu, bylem tylko wylazła na tę górę. Po kilku minutach skurcze popuściły i zasuwam dalej.
W końcu mam ten mój trzytysięcznik.


Kiedy zaczynamy schodzić, na szczyt docierają młodzi ale bez dziewczyny. Okazało się że się boi a oni też się boją więc nie mogli jej pomóc. Została na przełęczy pod granią. Hmmm...Zamieniamy kilka słów i schodzimy dalej. w połowie grani spotykamy dziewczynę, która próbuje sama wejść na szczyt. Mój towarzysz zawraca się i idzie z nią jeszcze raz na szczyt. Szkoda nam było dziewczyny, taka mordęga i zostać po szczytem? A ci młodzieńcy?...
Ech, nie ma dziś już prawdziwych facetów, no i za kogo moja córka ma wyjść za mąż?
Slońce stoi już nisko kiedy zaczynamy schodzić. Nie spieszymy się, jest pięknie i daleko od "normalnego" świata.






Dobranoc, moje najmilsze

Następnego ranka a było to w niedzielę, realizuję że zdobyłam jeden z seven summit w Stubai. wprawdzie wszystko mnie boli i niesmak batonika wciąż jeszcze mnie prześladuje, postanawiam wejść na następny. Tym razem niziutki 2505 ale jako rekompensatę przechodzę całą jego kilometrową grań . Prowadzi przez nią ładna i nie całkiem łatwa ferrata. trochę trzeba się pogimnastykować.
O 17.00 zakończyliśmy nasz weekend przejściem grani Elferkofel w Alpach Stubai.
Oto kilka fotek.











Postanowiłam w tym roku zrobić wszystkie seven summit, dwa już mam...może ktoś z was mi potowarzyszy?
Pozdrawiam
uszba




















