Takiego mejla wysmażyłem do starego znajomego w połowie lutego. Po uzgodnieniu terminu pasującego nam obu na przedswiąteczny weekend oraz Beskidu Wysokiego jako celu na jakiś czas zapomnieliśmy o temacie.
Ale w końcu, w czwartek 17 marca 2016 roku spotkaliśmy się na dworcu.
Po kilku przesiadkach w piątek rano wylądowaliśmy w Korbielowie. Z kilku szlaków idących w górę wybraliśmy zielony, jak sie okaząło - idący wzdłuż topniejącej nartostrady. Już po chwili otworzył sie piękny widok na Babią Górę a po kilku kolejnych resztki sztucznego śniegu ustpaiły miejsca ciągłej pokrywie naturalnego. Niedawne opady i mroźna pogoda sprawiły, że drzewa były całe białe pokryte zlodzonym śniegiem co nadawało im bajkowego wyglądu.




Po 2 godzinach marszu dotarliśmy w koncu na Halę Miziową, gdzie garstka narciarzy cieszyła się słońcem i doskonałym śniegiem. Wypilismy herbatkę z termosu i poszliśmy dalej. Wybraliśmy żółty szlak na Pilsko, bo wydawał się mało stromy a jednoczesnie nie pokrywał sie z nartostradami. Cóż, to był błąd. Szlak wytrasowano sporym zakosem i jego początkowa część prowadziła wąską ścieżką w poprzek stromego zbocza. Tyle, że to teoria - w praktyce ścieżkę wyznaczał ślad jakiegoś naszego poprzednika a pod śniegiem czaiły się pulapki w postaci gałęzi i kosówki powodując co chwilę zapadanie się nogi po kolano lub obsuwania na zewnętrzną stronę zbocza. Na szczęscie po kilkunastu minutach mordęgi szlak skręcił i wyszedł z lasu. Stąd już prawie na wprost weszliśmy na poslki a potem główny - słowacki wierzchołek Pilska jedynie co kilkanascie kroków wpadając w dziury jakie pod śniegiem tworzyły niewidoczne krzewy kosodrzewiny. Na szczcyie była też inna pogoda. O ile do Hali Mizowej można było iść nawet bez kurtki tak na szczycie wymagany był juz pełen rynsztunek. Grupka narciarzy bawiła się znanymi raczej z Zatoki Puckiej latawcami robiąc z silnego wiatru pożytek.


Zejście zaplanowaliśmy na strone słowacką. Zielonym szlakiem a potem niebieskim w stronę mniej więcej Orawskiej Półgóry. Tyle teorii. Tyczki wyznaczjace szlak gdzieś zniknęły więc trzymaliśmy się śladu narciarzy i skutera, który mniej wiecej się z nim pokrywał. Okazało się jednak, że za Chiny nie możemy odnaleźć odbitki slzaku niebieskiego. Zaś schodzenie zielonym (który co jakiś czas się odnajdywał) oznacza kilka kilometrów więcej na dole. Ale co zrobić? Idziemy. W koncu z leśnej ściezki zeszlismy na jakąś drogę, potem kolejną a ż w koncu zeszliśmy do drogi prowadzącej z Orawskiego Wesela w stronę przełęczy Glinne. 5 kiloemtrów nudną szutrówką, bez widoków zajęło nam godzinę, liczylismy, że na głównej drodze złapiemy autobus który podwiezie nas w stronę schroniska Slana Voda gdzie od przystanku byłoby jeszcze 2km odległosci i 150metrów deniwelacji spaceru. W najgorszym razie, gdyby autobus nie jechał - 10km spaceru asfaltem.
Szczęsliwie - udało nam się złapać stopa - sympatyczny kierowca busika podrzucił nas po samo schronisko gdzie dostaliśmy pokój z łazienką (!) i ciepły obiad.
I piwo.

c.d.n.














