Co by człowiek począł bez internetu …...
Ile rzeczy by mu umknęło bez świadomości – że będą...
Na przykład – piękna pogoda w Tatrach, oraz tamtejsze bajkowe krajobrazy pokazane w Tygodniku Podhalańskim . Ten widok i prognozy na kilka kolejnych dni spowodowały to, co zwykle w takich sytuacjach …. odwołałam umówione sprawy do załatwienia, rzuciłam wszystko, spakowałam manatki i pojechałam do Zakopanego sama.
Ponieważ do mojej gadździny i kilku zaprzyjaźnionych chałup przyjeżdża zawsze o tej porze 80 osobowa grupa młodych sportowców z Białegostoku , wylądowałam u mojej koleżanki Góralki Hanki
Hania przyjęła mnie nie jak turystę na kwaterze , tylko osobistego gościa z wszelkim tego stanu dobrodziejstwem - a na koniec usłyszałam mądrą maksymę : “Są w życiu rzeczy ważniejsze od pieniędzy” .
Są ….. na pewno - i bardzo się cieszę, że jedna z nich nam się przytrafiła.
No i fakt dla mnie najmilszy - miałam wspaniałe towarzystwo na spacery po tym bajecznym tatrzańskim świecie.
Wysoko nie chodziłyśmy, bo tam szlaki według komunikatu TOPR były oblodzone – ale przecież nie o to w tym wszystkim biega.
“Każdemu jego Everest” … nie ma co na siłę pchać się tam, gdzie jest niezbyt bezpiecznie. Nawet w dolnych partiach, raczki nie wszędzie można było założyć, bo śniegu mało, kamienie wystające i śliskie, lód cieniutki . Najlepiej sprawdzały się kijki i uwaga własna.
Szlaki oczywiście puste , a w dodatku jakie piękne ….



Cudownie ośnieżone drzewa zmieniły wygląd lasu i polany w baśniową krainę, niczym w filmach rysunkowych Disneya. Wydawało się że zaraz wyskoczą zza drzew dwa niesforne wiewióry i goniący za nimi biały miś .



Bardzo szybko wchodzi do dolinek cień, słońce idzie nisko za górami. Zdążyłyśmy jeszcze na ostatnie promienie, choć wcale nie było póżno.




Nawet “Chatka Puchatka” - jak zimą nazywam ten drewniany ośnieżony domek - też wyglądała inaczej niż zawsze. Dach w paski, nad oknem wzorek a na szybie malunek przedstawiający …. hm ... co tam sobie kto potrafi wyobrazić.

Na Przysłopie Miętusim więcej słońca, choć nad górami - w głębi - jakieś pozostałości chmur z poprzedniego brzydkiego tygodnia próbowały straszyć bardzo nielicznych turystów …. czyli mnie z Hanią
Nic z tego, jutro ma być bezchmurnie i tego się trzymamy bo zaplanowałam wycieczkę na Halę Stoły.





Stoły – podejście drugie. Pierwsze we wrześniu się nie udało, ponieważ szlak był jeszcze zamknięty.
Teraz dopiero zobaczyłam dlaczego tak długo to trwało zanim go otworzono.
Muszę przyznać, że byłam w niezłym szoku idąc przecinką w powalonych na wszystkie strony drzewach....



Ta masakra ciągnęła się aż do pierwszej polanki.
Dopiero powyżej tego miejsca tylko pojedyncze smreki leżały gdzieś z boku szlaku.


Dalej już po staremu - cudnie i bez takich przykrych widoków .
Na całej trasie wycieczki spotkaliśmy tylko dwie pary starszych ludzi, schodzących i zachwyconych tym co przed chwilą widzieli.
Mnie to nie dziwiło, bo znam te widoki o każdej porze roku, ale moja towarzyszka była tu dopiero pierwszy raz i ją też oszołomiła uroda tego miejsca.







Kiedyś obiecałam Hani, że zabiorę ją do mojej ulubionej Doliny Młynickiej.
Pomyślałam sobie … kiedy jak nie teraz ? …. tam dopiero będzie bajka...
Dość daleko trzeba dojechać do szlaku - z Zakopanego do Szyrbskiego Plesa jest około 73 km. Rano na serpentynach Drogi Baltzera i słowackich ślisko, więc nie ma mowy o jakimś pośpiechu. Droga zajęła nam trochę więcej czasu niż to było w planie.
Wyjazd wczesny bo dni coraz krótsze , a tam bałamucenie przy zdjęciach murowane i przewidywalne – to znaczy długie i bez opamiętania
Młynicka przywitała mnie jak zwykle – czyli błękitem błękitniejszym od błękitu …. że już o bieli świeżego śniegu i niesamowitych formach stworzonych przez niego na kosodrzewinie – a w lesie nawet na jagodzinach - nie wspomnę.
Tu - śniegowe bazie .


Zdjęcia zostawię bez komentarza, bo i tak nie oddają rzeczywistości a żeby ją z kolei opisać – brak mi słów po prostu.





Do tego wspaniała widoczność .




Wodospad Skok w ciekawej odsłonie. Część zamarznięta - wygląda jak polukrowane smakowicie wielkie ciacho. Część jeszcze w postaci wspaniałej firany wody wyrzucanej z górnego piętra tej cudownej doliny.


Obok wodospadu kozice zajadały swoje smakołyki - póki co - jeszcze nie wszystkie przysypane białym puchem.


Do wodospadu szłyśmy same, potem parę osób dotarło. Gdy wracałyśmy minęło nas kilku spacerowiczów – co jak na środek tygodnia i listopad trochę mnie zdziwiło.
Ale właściwie co się dziwić ….. w taką pogodę to idealne miejsce na przechadzkę ….
Przynajmniej miał nam kto pstryknąć wspólne fotki


Jezioro jeszcze nie zamarznięte.

Mostek elegancko wyremontowany już nie straszy swoim wyglądem.

Kiedyś - będąc tu sama - rozmawiałam ze słowackim małżeństwem zachwyconym taką właśnie pogodą . Powiedziałam im, że ile razy tu jestem tyle razy mam takie błękitne niebo.
Wtedy pan stwierdził : “Boh ma sem was rad” .
Po tym pobycie w Tatrach jestem gotowa w to uwierzyć .
Ogromną radość sprawiłam również mojej miłej koleżance - a takie rzeczy mnie cieszą najbardziej
W kolejnym dniu Hania miała babcine obowiązki, więc podarowałam sobie odrobinę luksusu i pojechałam do Vrbowa na baseny – na cztery i pól godziny za jedyne 7 euro.
Rano pogoda przyzwoita, można się było napatrzeć na Tatry z parkingu przy basenach.

W drodze powrotnej już bez słońca, ale na pomalowanym pochmurnym niebie też wyglądały pięknie....no bo jak inaczej mogły wyglądać Tatry ...

O zachodzie niebo się rozpogodziło i widoki gór na kolorowym, podświetlonym tle nie pozwoliły mi skupić uwagi na drodze. Zanim dojechałam w miejsce, gdzie mogłam się zatrzymać na fotki – niestety najpiękniejsza część tego bardzo dynamicznego widowiska przeminęła z wiatrem
Wielka szkoda – zwłaszcza w Ździarach - niesamowicie wyglądającego w poświacie zachodzącego słońca Hawrania i Płaczliwej, oraz oświetlonego na czerwono samego szczytu Lodowego z serpentyn przed Wierch Porońcem.
Tylko takie resztki udało mi się złapać....

Piątek jedna mgła, zero widoków - wysoko w górach też.
Taki dzień przydaje się do załatwiania spraw na mieście...bankomat, oscypki dla rodziny i jakieś drobne zakupy.
Przyniosłam to wszystko do domu i zajrzałam do internetu na kamerki …. a tam na Kasprowym …..
W te pędy na bus do Kuźnic i na kolejkę moją “ulubioną”.
Niestety nie sprzedawali już biletów powrotnych, można było tylko wjechać
Jezusiczku, przecież nie będę schodzić sama o tej porze, bo mi się w połowie drogi ściemni.
Z tragicznym żalem i bólem wracałam pieszo z Kuźnic.
Nauczka – na drugi raz w taką pogodę należy co godzinę zaglądać do internetu w smartfonie, choćby na środku ulicy w Zakopanem. Gdybym to zrobiła godzinę wcześniej nie ominęło by mnie widowisko z przelewającymi się z Doliny Cichej do Goryczkowej chmurami w promieniach zachodzącego słońca na kolorowym niebie
Następny dzień też pochmurny, ale dość ciepły, spokojny i z wysokimi chmurami nie zasłaniającymi widoków. Na popołudnie jednak prognozy przewidywały zamglenie i opady śniegu. Sprawdziły się co do joty.
W tej sytuacji bliski spacer – do Strążyskiej.
A tam spodziewanie piękna zima....bielusieńko, cudnie – mimo że bez słońca . Ja to nazywam prawdziwą zimą, taką jaką pamiętam z dzieciństwa.






Śnieg zaczął sypać gdy zbierałyśmy się do powrotu.
Zrobiło się klimatycznie... szłyśmy sobie powoli wspominając dawne a nawet bardzo dawne czasy, kiedy to w taką pogodę szło się całą rodziną do ciotki ( siostry Mamy) na wigilię.
Zawsze padał śnieg, Święta Bożego Narodzenia były białe i miały zupełnie inny urok, widziany zresztą oczami dziecka - a to całkiem inne spojrzenie.

No i niespodzianka . W Strążyskiej było tyle ludzi jak latem. Przy stołach ludno choć na stojąco - bo ławy przysypane, Herbaciarnia pełna, ze trzy wycieczki przed drzwiami …. szok.
Na poniedziałek prognozy zapowiadały koniec tej sielanki – miało lać i na dodatek ostro wiać w całym Kraju. Postanowiłam wracać w niedzielę - mimo niezłych przewidywań pogodowych.
Niedzielny poranek jak ze snu - słońce, bezchmurne niebo, lekki mróz i świeżo przysypana warstwa śniegu w nocy.... Bajka już za oknem a resztę można sobie wyobrazić.
Czasu mało, bo nie chciało mi się pętać po jurajskich lasach samej po ciemku. Na szczęście byłam spakowana, więc jeszcze podjechałam busem do Kuźnic , zajrzałam do Jaworzynki – jak zwykle cudnej i puściutkiej o tej porze...



Można się pośmiać z tego co teraz napiszę, ale w Kuźnicach było tak niesamowicie , że postanowiłam wrócić pieszo i czas powrotu był dwa razy dłuższy niż zwykle







Zbyt szybko minął jeden z piękniejszych tygodni spędzonych w tatrzańskiej, bajecznej, zimowej jesieni .
Nie pamiętam ostatnio takiej pogody, w dodatku utrzymującej się cały tydzień - i to nawet w mieście.
Moją radość zawsze dopełniają Dobrzy Ludzie, których mam ogromne szczęście spotykać na swoich życiowych drogach – górskich i nie tylko .
Dziękuję Haneczce za wspaniałą gościnę oraz świetne towarzystwo na wycieczkach.
Jak to ktoś kiedyś napisał : “I jak tu nie kochać Górali” ...
Ala

Panoramki





