Mystic Festival 2005
Dla mnie impreza zaczęła się zgrzytem - ludzie z obsługi odesłali nasz autokar gdzieś w las kasując jeszcze 40 zeta mimo, ze pod samym stadionem byly wolne miejsca. Jednak około 13 przeszedłem pomyślnie kontrolę i trafiem na płytę. Gorąco jak w piekle, ale w tunelu pod trybunami był i cień i przciąg. Około 14 zaczął grać DragonForce. Fajna, przyjemna kapelka - coś pomiędzy Helloween a Rhapsody. Po króteij przerwie zaczął Frontside - jeden z flagowych zespołów Mystic Production wpychany gdzie tylk się da nawetjak nie pasuje do reszty kapel - mimo zachęt wokalisty chorzów nie napierdalał w stopniu wystarczajaćym. Dla mnie właściwe uczestnictwo w imprezie zaczęło się od Primal Fear - żałuję, że nie poznałem tego zespołu wcześniej. Świetna muzyka i doskonały wokalista - chyba najlepszy na festiwalu (nie licząc pani z Nightwisha, bo to inna kategoria). Niestety grali krótko, gdyż w kolejce na scenę już czekał Behemoth - dyżurna gwiazda MP. Tutaj jednak nie wzbudziła aż takiego zainteresowania - cóż - kręgi słuchające Maidenó na słowa "jesteście pięścia wymierzoną w tron Boga" w wikększości uśmiechały się z politowaniem. Sam występ był oczywiście doskonały, choć makijaż muzyków srenio paował do pełnego słońca padającego na scenę. W prerwie między Behemothem a Kreatorem dostałem telefon od MiGa i w kilak minut znaleźliśmy się wśród wielotysięcznego tłumu. Kreator dał czadu - i to dosłownie występowi towarzyszyły kłęby kolorowego dymu. Legenda trashu postarała się mocno, czego nie można powiedzieć o ich akustyku, który zdaniem wielu ludzi schrzanił brzmienie. Po Kreatorze zaczęliśmyu się wszyscy przesuwać do przodu by mieć doskonały widok na Nightwisha. A było na co popatrzeć... Tarja Turunen (na boku śpiewaczka operowa o takim głosie, że nagłośnienie nie wyrabiało czasem jej skali) momentalnie porwała publikę, nawet tych, którzy na codzień za taką muzyką nie przepadają. Ukłonem dla nich było wplecenie w końcówkę Wishmastera riffu z maidenowskiego "Troopera". Basista zaś wyraził długą pochwałę polskiej wódki. Zespół zakończył przebojem "I wish I had an angel" wprowadzając tłum w stan bliski ektazy
Zgodnie z zapowiedziami zagrali tyklo utwory z pierwszych 4 płyt - przez niektórych zapomniane, ale pełne czadui młodzieńczego wigoru. Jak zwykle Bruce latałpo całej scenie. Publika zas niemiłosiernie się kotłowała - w połowie mojego ulbionego Troopera musiałem przesunąć się na tyły. MiG wytrzymał trochę dłużej, ale po kilkunastu minutach zobaczyłemgo obok siebie. Scenografia nie była tym razem tak imponująca jak 1,5 roku temu za to okraszona efektami pirotechnicznymi. Małym zgrzytem było niezapaleniesię jednej szóstki przy wstępie do The Number of The Beast. Nie zawiódł natomiast wielki diabeł z niebieskimi oczyma i kilka dziewczyn (wytypowanych wśród fanek członkiń polskeigo fanklubu),które przebrane za mniejsze diabełki podkłuwały widłami muzyków. Po około 80minutach zespoół zszedł ze sceny zmuszając tłum do skandowania na zmiane Maiden, Iron Maiden i "ku*wa mać - zespół grać". Kiedy gardła i ręce zaczęły nam wysiadać zespół wrócił. Nie posłuchał jednak vox populi wzywająegodo zagrania Fear of the Dark tylko zagrał Running Free i dwa inne stre utwory. Kiedy zespół ukłonił się, zszedł ze sceny i zapaliły ię światła stadionu jasnym sie staó, że to już oniec. Na pociesenie z głsników puszczono pioenkę Monty Pythonów "always look on the bright side of life"
Co mi się podobało: doskonały dobór kapel, brak poślizgów i darmowe toalety (ładne i czyste). Co mi sie nie podobał: zabieranie wody na bramce, by potem sprzedawać 1,5l cisowianki po 10 a nawet 15 złotych. Nie podobał mi się sektor dla wybranych, bo skoro zapłaciłem tyle samo co oni to chciałbym miec chociaż szansę podejcia bliżej.
Generalnie jednak bawiłem się doskonale i trzeci raz również na Iron Maiden pojadę.



