W dodatku na Wszystkich Świętych zapowiedzieli się goście – nie ma rady, trzeba poczekać do poniedziałku z nadzieją, że ta piękna pogoda utrzyma się jeszcze kilka dni.
Ku mojej wielkiej uciesze po listopadowych Świętach prognozy były w dalszym ciągu wspaniałe, więc na drugi dzień – w poniedziałek rano - z powrotem bety do samochodu, rowery na bagażnik i jazda w znanym i lubianym kierunku z głową pełną planów.
A rodzinka bliższa i dalsza nie mogła się nadziwić po co my w listopadzie wleczemy w góry rowery
Ja tam wiem po co
Tak się złożyło, że tym razem mieszkaliśmy w Szczawnicy – w pensjonacie “Pokusa” , który należy do naszej młodszej gaździnki z Zakopanego – Ewy.
Z tego tytułu gościliśmy tam na trochę innych warunkach
“Pokusa” mieści się w samym centrum obok kościoła, przy głównym deptaku prowadzącym na Plac Dietla . Byliśmy pod wrażeniem jej wnętrza i przemiłej obsługi. Obok – gdzie kiedyś był grill – Ewa urządziła śliczną klimatyczną kawiarenkę z pyszną kawą, ciastkami i deserami. Szczególnie uroczo wyglądała wieczorem, pięknie oświetlona .

W dzień przyjazdu krótka przejażdżka rowerowa, a w następnym wybraliśmy się na Turbacz.
Nie byliśmy tam już dawno i warto było przypomnieć sobie tą wycieczkę jesienią.
Planowaliśmy zacząć z Przełęczy Knurowskiej, ale tam dojechać busem to jakaś masakra. Po złych doświadczeniach sprzed kilku lat postanowiliśmy pojechać swoim autkiem. Z tego powodu trzeba było wracać tą samą drogą. Mnie to wcale nie przeszkadza, a małżonek tym razem dał się jakoś przekonać moimi argumentami.
Pogoda marzenie, gorąco jak latem, musiałam się rozebrać do koszulki bez rękawów.
Ostatnio gdy tu byliśmy nad górami stały chmury, niewiele można było zobaczyć - a teraz pokazały się panoramy ... Cymesik.


Idąc po pachnących i szeleszczących złotych dywanach – poczuliśmy się jak w bajkowym świecie.
Spod nóg - jak duszek górski - wyleciał nam cietrzew.


Pusto na szlaku, może trzy osoby spotkaliśmy pod górę , a wracając - jedną .
To jest cały urok i wielki plus listopadowych wypraw … jeśli pogoda dopisze, to są cudowne wprost.
Wszechobecna cisza, kolory gór i zapach jesiennego lasu …. tego nie przebije żadna inna pora roku.
Mimo że dni są teraz krótkie, to jednak wolę te wycieczki, niż letnie.
Powoli doszliśmy do miejsca, gdzie postawiono krzyż upamiętniający księdza Wątrobę, który dwa lata temu wracając z Turbacza w śnieżnej zawiei, zgubił się i zamarzł. Nie był nowicjuszem w górach , ale niestety przecenił swoje możliwości ...

Widok z Hali Długiej wbił mnie wprost w ławkę i długo, długo nie mogłam się stamtąd ruszyć.
Efektem tego był godzinny powrót przy czołówkach w czarnym jak smoła lesie.



Tu widać wieżę na Gorcu, na który też miałam chęć pójść.
Oświetlone promieniami zachodzącego słońca góry wyglądały zupełnie inaczej … uroczo wprost.


Martwiłam się tylko, żeby za widoku zejść na równiejszy szlak,mocno w dół prowadzącym żlebikiem, zasypanym grubo liśćmi, pod którymi kryły się niespodzianki w postaci mało widocznych ruchomych kamieni i korzeni.
Na szczęście się udało, mimo że trudno było przyspieszyć z takim widokiem na horyzoncie. Tatry w zachodzącym słońcu też wyglądały bajecznie.... no jak tu nie popatrzeć, choć mrok się zbliżał w szybkim tempie....
Wszystkie warstwy ubrania zostały wcześniej założone, czołówki przygotowane pod ręką – a raczej na ręce - żeby potem już nie tracić czasu na takie czynności.



Od miejsca, gdzie stoi wspomniany krzyż droga już lekko w dół , wygodna i bez problemów, mimo że jeszcze spory kawałek – przeszło godzinę - trzeba było iść do autka czekającego na Przełęczy.
Piękna wycieczka, ale długa i wróciliśmy dość późno, więc w kolejnym dniu coś lżejszego na rowerach.
Tokarnia … podejście trzecie .
Poprzednim razem nie wyszło i tym też niewiele brakowało żeby nic z tego nie było.
Muszę przyznać, że zjazd z Przełęczy zawsze przyprawia mnie o lekki stres. Mocno tam w dół, kręto i niezbyt szeroko.
Rano – wyszykowani – mieliśmy już wychodzić z pokoju, ale ponieważ miałam w nocy sen z gatunku “brzydkich” kazałam małżonkowi sprawdzić hamulce w moim rowerze.
Sprawdził i przyszedł z miną niewyraźną - tylni był niesprawny... No ładnie … o jednym hamulcu - w dodatku przednim - to można stamtąd dojechać co najwyżej na Tamten Świat . Ponieważ tam się nikomu za bardzo nie śpieszy wycieczkę trzeba było skreślić z planów . Przynajmniej na dzień dzisiejszy. Naprawa za długo potrwa, zresztą nie ma w co ręce wsadzić - no i dzień na straty. Humor mi się popsuł okropnie.
Mąż poszedł wypytać miejscowych o jakiś sklep z częściami rowerowymi i miła dziewczyna z obsługi doradziła mu, żeby zapytał w wypożyczalni rowerów pod Palenicą czy ich serwisant nie naprawi mi tego hamulca.
Jaka była nasza radość, gdy okazało się, że naprawi . W dodatku jedna pani miejscowa, która też była po pomoc przed nami , przepuściła nas i po 20 minutach miałam rower sprawny i sprawdzony - za jedyne 20 zł.
Zrobiło się trochę późno, ale żal nam było stracić taki piękny dzień i zdecydowaliśmy ruszyć … najwyżej końcówka powrotu będzie po ciemku.
Trudno – jakoś dojedziemy...szkoda pogody . Pojechaliśmy od strony Leśnicy.
Wycieczka cudna widokowo, choć trzeba się trochę namęczyć, bo szosa cały czas pod górę.











Na Przełęczy wytargaliśmy jeszcze rowery na górkę, z której była panorama 360 stopni i tam urządziliśmy sobie dość długi odpoczynek w warunkach komfortowych. Cichutko, piękne widoki, ciepło i pusto.... czego chcieć więcej do szczęścia ? .
Mój Anioł Stróż Górski znów spisał się na medal tym sennym ostrzeżeniem. Dzięki Aniołku



Za każdym razem kiedy zjeżdżam z Tokarni do Lipnika przeważnie mam tylko jedną myśl – co by trzeba było zrobić, gdyby mi hamulce wysiadły …
Tym razem owa myśl już mnie tak bardzo nie prześladowała i jechałam sobie dość spokojnie po fachowym przeglądzie roweru.
Na zdjęciu widać ślady na szosie jak ktoś nie wyrobił zakrętu i przysadził w słupki

Przy tej tablicy zawsze oddycham głęboko i z ulgą

Dalsza jazda, to już sama przyjemność... cały czas fajnie z góry - przez klimatyczne miasteczko , a potem obok Haligowskich Skał aż do Czerwonego Klasztoru.
Pięknie tam , więc trochę bałamuciliśmy przy zdjęciach.


Powrót cudownie kolorową Drogą Pienińską , co na rowerach zawsze sprawia mi wielką przyjemność.
Choćby tylko po to, żeby się tą drogą przejechać – warto je brać ze sobą.


Dobrze nawet, że zdecydowałam się zrobić tą wycieczkę z tej strony... co by nie powiedzieć jest krótsza czasowo - bo w dół szybciej - i tym samym dużo łatwiejsza
Tak jak sobie obliczyłam , ściemniło się gdy jechaliśmy bulwarem nad Grajcarkiem - ale to już prawie w domu.
W następnym dniu zaplanowałam nową trasę , gdzie jeszcze nie byliśmy – na Koziarza. Postawiono tam jedną z wież widokowych i czytałam w internecie, że to bardzo ładna wycieczka.
Podjechaliśmy swoim autem do Tylmanowej żeby rozeznać sytuację, bo niezbyt było nam wiadomo, jak się do niej zabrać.
Po przejechaniu wąziutkiej kładki na drugą stronę Dunajca i kilku takich samych uliczek, postawiliśmy samochód na końcu jednej z nich i zapytali młodego człowieka czy dobrze się kierujemy. Odpowiedział że dobrze i z pewnością nie pobłądzimy, bo do samej wieży prowadzi “walcowana droga”
Faktycznie – takie aleje spacerowe są chyba do każdej z tych wież.
Początkowo mocno do góry, potem też kilka podobnych odcinków, ale dobrze się idzie taką “walcowaną”
Po ich pokonaniu wychodzi się na przepiękne polany z niesamowitymi widokami.
Szkoda tylko że powietrze nie było zbyt przejrzyste i dalsze plany przysłaniała mgiełka, pod którą również ledwo majaczyły Tatry.
Nic to, przyjdziemy tu na pewno w przyszłym roku ..... mam nadzieję
Następnym razem – na dłuższym dniu – można będzie dojechać busem i wrócić szlakiem przez Dzwonkówkę do Szczawnicy. Bez pośpiechu, bo tego nie lubię.






Jeszcze takie cudeńka można wypatrzeć na poboczach .

Podeszliśmy też szlakiem krótkim, ale ostrym na Błyszcz, gdzie stoi kapliczka i pomnik poświęcony Papieżowi Janowi Pawłowi II ufundowany przez mieszkańców Tylmanowej.


Ze szczytu Błyszcza pięknie widać wieżę i okolicę ...



Z wieży też widoki wspaniałe - choć dziś niezbyt wyraźne .
Ponieważ byliśmy sami – zrobiliśmy sobie odpoczynek na platformie widokowej. Teraz było ciepło, bo na wieży w Lubaniu solidnie zmarzliśmy... ale za to widoczność była super.
Coś za coś.....jednak wolałabym popatrzeć i zmarznąć.... tym bardziej, że tylko na wieży było zimno. Na dole już miłe ciepełko.


Wracaliśmy na skróty jakąś drogą miejscową przez przepiękne brzozowe polanki . Bajka.


Na tej wycieczce nie spotkaliśmy nikogo. W obie strony szliśmy sami.
Wspaniała wyprawa – koniecznie do powtórzenia
W kolejnym dniu miałam chęć zobaczyć okolicę z następnej wieży – na Gorcu. Widoczność jednak była taka sama jak tu i postanowiliśmy odłożyć ją na “zaś” , a teraz przespacerować się takim kółkiem : z parkingu przed Areną Jaworki w Jaworkach do Białej Wody, następnie przez Rozdziele, Wierchliczkę , Rówienki i Bukowinkę - z powrotem na parking, gdzie zostawiliśmy Puntusia.


Tu też kolorowo, pięknie i pusto.







Popołudniowe mgiełki zaczęły swój taniec nad okolicą.


W cieniu - zimowy ogród , który zachwycał śniegowymi kwiatami, lodowymi ozdobami i malunkami na szkle …
No.... trochę się zapędziłam …. na kałużach







A tam, gdzie słońca nie brakowało, resztki Babiego Lata czarowały swoimi kwiatami i ciepłymi kolorami ... jakże innymi od tamtych zimowych.


Posiedzieliśmy dość chwilę na punkcie widokowym Bukowinki – choć już powoli robiło się późno i zimno, a wyciąg nie chodził w tym dniu. Trzeba było zejść na piechotkę, ale poszło nam to sprawnie i niespodziewanie szybko.

I znów prawie po ciemku wróciliśmy do urokliwej Pokusy.
Wieczory już mocno chłodne i nawet nie chciało nam się ruszać z cieplutkiego pokoju aby iść na spacer po Szczawnicy, która oświetlona prezentuje się wyjątkowo ładnie.
Jutro koniec słonecznej pogody i postanowiliśmy wracać do domu. Jak zwykle było mi szkoda, bo do południa miało być jeszcze ładnie – więc wymyśliłam żeby wstąpić “po drodze”
Ze Szczawnicy jedzie się tam godzinę przez Spisz i Przełęcz Spiską przecudną okolicą, skąd wspaniale widać Tatry.
Kilka razy zatrzymywałam autko żeby zrobić fotki i popatrzeć ….










Tym razem tylko trzy godziny przyjemności wodnych bo miałam nadzieję zajechać do domu za widoku.
Niestety po południu pogoda się popsuła i od razu na zakopiance cztery wypadki , a przy każdym wiadomo – korek. Musiałam wytrzeszczać oczy od Olkusza, a przez jurajskie lasy od Klucz dodatkowo we mgle.
Takiej jazdy nie lubię, ale mimo wszystko - warto było
Nawet nie przypuszczałam w najśmielszych snach, że w tej - momentami okropnie brzydkiej jesieni uda mi się zrobić takie cudne wycieczki.
Ja jednak nawet w najgorsze prognozy żyję nadzieją że nadejdą kiedyś piękne dni ….
I nadeszły
Ala
Panoramki














