Przede wszystkim Tatry - nasze i u sąsiadów, jesienne Pieniny … przydałoby się zajrzeć też w Stołowe no i w Bieszczady w które jakoś nam nie wychodzi
A jeszcze mamy zaproszenie od sympatycznych Górali którzy gościli u nas w Gąskach do odwiedzenia Beskidów …
Nie wiem czy w dwa miesiące pięknej pogody bym się wyrobiła z tym wszystkim – a tu wrzesień nieciekawy a o październiku to szkoda nawet wspominać.
Jak już udało się wyśledzić kilka ładniejszych dni w Tatrach, to jakiś wściekły Halny się przyplątał i urwał z tej niewielkiej puli co nieco.
Po powrocie z wrześniowego wyjazdu za cztery dni znów pojawiło się okienko pogodowe. Jeszcze nie zdążyliśmy dobrze wyzdrowieć po sensacjach żołądkowo - przeziębieniowych , a tu trzeba od nowa pakować manatki, bo nie wiadomo kiedy się następna okazja nadarzy. Z prognoz długoterminowych wynikało że nie prędko – o ile w ogóle w tym paskudnym październiku .
A mnie się tak chciało w jesienne Zachodnie....
Toteż pierwszą wycieczkę zaplanowałam na Trzydniowiański.
Tatry Zachodnie okryte kolorowymi pledami jagodzin, wrzosów i kosodrzewiny - to taka oaza spokoju. Turystów niewielu, cisza i cudowne widoki.

1.

2.

Wrzosy jeszcze nie wszystkie zakwitły, spora część w “kuleczkach” co też ma swoisty urok.
3.

4.

5.

6.

7.
8.

9.

10.

11.

12.

Nie szliśmy dalej, bo ja w swojej zachłanności na góry znów zrobiłam coś wbrew rozsądkowi i nie chciałam przeginać bardziej ….
Zresztą tu było tak pięknie, że nie chciało nam się stąd ruszać.
Po długim odpoczynku rzut oka na zegarek zdopingował nas do schodzenia “super szlakiem” przez Kulawiec.
Na początek korzenie, a między nimi błotko .
Ślisko ostro i koślawo..
13.

14.

Dość sprawnie jednak sturlaliśmy się do Chochołowskiej z nadzieją na rowery. Było późno – dochodziła godzina 18.30 .
O dziwo jeszcze były, ale trafiła nam się bryczka w tej samej cenie, więc zajechaliśmy na Siwą Polanę do autka jak dwa paniska
15.

Parking rowerowy został przeniesiony przed leśniczówkę, ponieważ na poprzednim miejscu prowadzone są prace leśne i tam składowane jest drewno.
W ten sposób skrócono trasę o jakieś 500 metrów, ale za to podniesiono cenę do 10 zł. Ciuchcia też zdrożała do 5 zł.
Ech ….
Na drugi dzień poszliśmy nad Czarny Staw pod Rysami na taką spokojną wycieczkę. Dzień piękny, a tam już dawno nie byliśmy.
Wozy z konikami miały wzięcie …. w obie strony zresztą.
16.

Nad Morskim Okiem ludzi jak zwykle, ale dalej już tylko lepiej i jak zwykle cudnie.
17.

Wyskrobaliśmy się na próg - w górnej części ostrożnie, bo ostatni śnieg i nocne przymrozki zostawiły swój ślad w postaci zalodzonych kamieni na szlaku.
18.

19.

20.

21.

Nad Czarnym Stawem można zauważyć, ze tegoroczne upały roztopiły nawet wieczny śnieg u podstawy Buli.
Kiedyś tam zaglądaliśmy przez otwór w śniegu do takiej jakby pieczary śnieżnej ... teraz pieczara otwarta.
22.

23.

24.

O tej porze cień szybko zajmował oświetlone słońcem miejsca. Trzeba było posiedzieć w jego chłodzie. Było bezwietrznie i spokojnie - ponieważ poszliśmy trochę dalej od tradycyjnego miejsca posiadów ogółu turystów.
Nie ma dla mnie nic gorszego niż odpoczynek w górach przy jazgocie rozmów wzajemnych i telefonicznych - tam nie zatrzymuję się nawet na chwilę.
Wracaliśmy naokoło stawu z widokami wspaniałych odbić szczytów w lustrze wody.
25.

26.

27.

28.

Fajnie i lajtowo.
Dalszy ciąg pięknej pogody wykorzystaliśmy na wycieczkę nad Zielony Staw Gąsienicowy a potem na Przełęcz Karb.
W Kuźnicach kolejka do budki z biletami wstępu do TPN niewiele ustępowała swoją długością tej na Kasprowy i kończyła się gdzieś w okolicy restauracji.
Szok … jest dość późno a tu czas ucieka …. choć my i tak nie staliśmy aż tak daleko.
29.

Turystów bardzo dużo, ale wszystko prawie gnało do Murowańca.
My jak zwykle do “piwiarni” w nasze cichutkie kamulki, gdzie na schronisko i jego hałaśliwe tłumy patrzyliśmy sobie z góry.
Nad Zielonym było o wiele spokojniej choć też nie pusto.
W ciepłych promieniach słońca czas zleciał nie wiadomo kiedy i zrobiło się całkiem późno.
30.

Nie wiem czy to jest oznaką postępującej starości …. a może faktem że prawie wszędzie już byłam i to nie raz - ale jakoś inaczej teraz podchodzę do wędrówek po górskich szlakach. Nie chce mi się robić niczego na siłę tylko dlatego że się wybrałam.
Wyznaczam sobie cel wycieczki ale z uwzględnieniem innych wersji - w zależności od tego co po drodze.
Jak się za długo pogapię, posiedzę i pobałamucę - co mi sprawia ogromną wprost przyjemność – to skracam wycieczkę i cała szczęśliwa wracam do chałupy.
Presję i ciśnienie że muszę i trzeba gnać – odrzucam w przedbiegach. Nie dziś – to innym razem. Tu wszędzie jest pięknie.
Tutaj też skalkulowałam czas i wyszło mi, że od Murowańca trzeba będzie wracać po ciemku. Nie bardzo mi to leżało w tym dniu, więc małżonek poszedł sam, bo wiadomo – on jak się wybierze to musi.
A ja sobie wracałam na luziku ... bez uwag co do mojego lezienia i gapienia
A było na co .
Na niebie cuda zmieniające się co chwila … aparat był w ruchu bez przerwy.
31.

32.

33.

34.

35.

36.

Niestety te cudowności zwiastowały halny i zmianę pogody , która się sprawdziła co do joty. Zaczęło wiać już w nocy z soboty na niedzielę – na szczęście krótko tym razem, bo tylko do niedzielnego wieczoru..
Mąż wrócił tak jak przewidziałam – po ćmoku, około godziny 21.
37.

38.

Ale na Karbie był
W niedzielę ze względu na halny tylko spacer po Zakopanem, a ja w miejsce które mnie dziwnie przyciąga - na Pęksowy Brzyzek.
Za wstęp i tam teraz trzeba zapłacić 2 zł, ale skoro to ma być na renowację tego jedynego w swoim rodzaju cmentarza – chętnie zapłaciłam. Zauważyłam jednak że turystów to zniechęciło. Przy tłumach na Krupówkach i okolicy - na Pęksowym pustki.
Przedtem i tam były tłumy.
Dla mnie dobrze, bo inaczej się odbiera atmosferę tego miejsca samotnie i w ciszy.
Pierwsze kroki jak zwykle do ratowników.
39.

Czytając napis na pomniku Bartka taka myśl ułożyła mi się w krótki wierszyk.
“Bądźcie Aniołami Ratowników” …
W mroku i śnieżnej zawiei
Poszliście nieść pomoc – tak trzeba.
Tam zgasła iskierka nadziei
A Wy trafiliście do nieba.
Często wysoko gdzieś w górach
Znów na ratunek ktoś czeka.
I trzeba wyruszyć w noc ciemną.
Czuwajcie nad nimi z daleka.
Czasami z niejednych oczu
Łza gorzka smutno popłynie.
Miejcie ich w swojej opiece.
Niech żaden z nich już nie zginie .
…..... i znowu się rozkleiłam jak zwykle
Ostatni dzień ładnej pogody przeznaczyliśmy na Dolinę Kondratową, gdzie jak się spodziewałam powinna już zawitać jesień. Rzeczywistość przerosła moje wyobrażenie – zbocza Giewontu były wprost wymalowane jesiennymi kolorami żółci, czerwieni, brązu, pomarańczy....
Takie obrazki na zakończenie pobytu w Tatrach to ja rozumiem
40.

41.

42.

43.

44.

45.

46.

47.

48.

Na Przełęczy Kondratowej ruch … jedni siedzą, inni odchodzą, kolejni dochodzą … Na Wyżniej też jakieś porządki – ogrodzenia z bali drewnianych na których można posiedzieć (chyba ? ) , zabezpieczenia wydeptanych miejsc siatkami ochronnymi.
Lekko po południu - zgodnie zresztą z prognozami - zaczęły nachodzić chmury typu łagodnego. Nie wiało pod nimi, nie padało, trochę przebijało się słońce.
Wracaliśmy przez Grzybowiec i tu wielka miła niespodzianka w postaci wspaniałego nowo ułożonego szlaku.
Ależ mnie ten szlak ucieszył …. ostatni raz jak tędy schodziłam, to nawet przez chwilę żałowałam że mnie tu podkusiło...
Był w stanie opłakanym, w dodatku upał i lazłam prosto pod zachodzące słońce, które mnie niemiłosiernie prażyło.
Teraz aż miło schodzić po równo ułożonych kamulcach …
Szlak przez Małą Łąkę również jest w remoncie – na razie zamknięty.
Też mu się już należało, choć był sporo lepszy od tego przez Grzybowiec.
49.

50.

51.

52.

53.

Małżonek oczywiście poleciał na Giewont, ale niewiele skorzystał, bo zaszły chmury i nic nie było widać oprócz krzyża.
54.

Żeby dobrze wykorzystać dzień wyjazdowy wracaliśmy do domu przez Vrbov . Nad górami chmurnie, a wymoczyć się w ciepłych siarkowych wodach miło. Opar siary wspaniale przeczyszcza drogi oddechowe. Lubię to.
Korzystając z okazji że mieliśmy przy sobie aparaty fotograficzne, których nigdy nie zabieramy na baseny, udało się zrobić trochę zdjęć , między innymi :
- pokaz mody połączony z prezentacją ubiorów kąpielowych
55.

- oraz pokaz oryginalnych fryzur basenowych
56.

Miałam nadzieję na jeszcze kilka dni babiego lata w Tatrach słowackich a tu przyszła zima
W tym roku Matka Natura bardzo poskąpiła miłośnikom gór ich najpiękniejszych jesiennych uroków ...wstrętna chytruska
Nam się jakoś udało polowanie na kilka pogodnych dni, trochę skorzystaliśmy - ale żal tych co pracują i nie mają takich możliwości .
Trzeba poczekać do przyszłego roku … oby był jesiennie lepszy.
Ala
panoramka













