Tak jak w tej starej , mądrej piosence lato zleciało nie wiadomo kiedy. Jak to bywa w takich sytuacjach -
z jednej strony żal opuszczać poczciwe, dopieszczone przez nas gąskowe gospodarstwo, a z drugiej serce wyrywa się do miejsca, które zajmuje w nim najwięcej życiodajnej przestrzeni.
Jeszcze tylko nerwowy przegląd portali pogodowych...
Nerwowy, bo tam nic dobrego...deszcze, burze, buro i ponuro.... na każdym co innego i co chwila zmiana jak w kalejdoskopie.
Wreszcie coś bardziej optymistycznego się pokazało - choć nie do końca, ale ileż można czekać.
Staruszek Puntuś zapakowany, ustalone terminy wizyt lekarskich poprzesuwane - jedziemy.
Co tam jedziemy....fruniemy, płyniemy, lecimy jak na skrzydłach...przynajmniej tak mi się wydawało po trzech miesiącach nieobecności w Tatrach.
Z trudem znalazł się pokoik w naszej chałupie napakowanej z czubem, ale po dwóch dniach zwolnił się duży i wygodny, do którego nasza kochana Pani Zosia kazała nam się przenieść .
Zgodnie z planem rzuciliśmy bagaże do pokoju, plecaki na swoje miejsce i poszliśmy przywitać się z Tatrami do Gąsienicowej.
Radości z oglądanych widoków nie popsuły mi nawet tabuny ludzi ciągnące ze wszystkich stron do tej pięknej Hali - jedna pielgrzymka od Jaworzynki, druga jeszcze większa od Skupniów Upłazu. Masakra jakaś.
Jaworzynka jeszcze zielona, tu jesieni nie widać.
1.

2.

Nie miałam możliwości zobaczyć sierpniowej Gąsienicowej w kwitnącej wierzbówce - a to widok zacny ...
Teraz cała w "watkach" i pozostałych różowościach też wyglądała ślicznie.
3.

4.

5.

Kondycja po tym błogim lenistwie nadmorskim - bez rewelacji, ale zdecydowaliśmy jeszcze podejść na Kasprowy, a ponieważ szkoda nam było zbyt szybko znaleźć się na dole kolejką - zejść drugą stroną przez Myślenickie Turnie.
Po dwóch miesiącach nadmorskich lekkich spacerków, godzinie spania, trzech za kierownicą nie był to zbyt rozsądny pomysł. A przecież dwadzieścia lat już dawno za nami.
Zakwasy przypomniały nam boleśnie o swoim istnieniu, bo już całkiem o nich zapomnieliśmy.
6.

7.

8.

9.

10.

W kolejnym dniu - za karę zbyt ostrego startu - cztery i pół godziny w siarkowych wodach na basenach we Vrbowie.
Nie taka zła ta kara, ale wolałabym iść w góry, które na pociechę zasnuły się po południu ciemnymi chmurzyskami.
W następnym - trochę chmur, trochę słońca, trochę wiatru...
Zakwasy dalej protestowały, ale ustaliłam konsensus - niezbyt daleko, niezbyt wysoko .. na Halę Stoły.
Czytałam w internecie, że na ten sezon szlak już będzie otwarty i - o święta naiwności - uwierzyłam w to.
Oczywiście był nadal zamknięty, a w Kościeliskiej tłumy
Powolutku przyroda zaczyna się zbierać po tym nieszczęsnym grudniowym halnym.
11.

Popętaliśmy się trochę po bocznych szlakach, gdzie na szczęście było trochę luzu.
12.

13.

14.

15.

Gdybym wiedziała że Stoły zamknięte, z pewnością tam bym się nie wybrała – ale wszystko jest po coś.
W drodze powrotnej, kolejne forumowe spotkanie
16.

No i rozhulał się halny... w nocy wiało jak sto diabłów, aż chałupa trzeszczała. Zrzuciło cztery ciężkie skrzynki z kwiatkami z balkoniku na piętrze i wszystkie z tarasu przy mojej ulubionej dwójeczce na parterze. Urwało dwie potężne gałęzie z drzewa przy bramie, z czego jedną przerzuciło na drugą stronę ulicy pod ogrodzenie stojącego tam zabudowania.
Co za żywioł ....
W tej sytuacji - blisko i nisko.
Poszliśmy tylko na Kondratową.
Na Kasprowy i Giewont też kilku śmiałków się wybrało. Kolejka nie chodziła.
17.

W drodze powrotnej droga była zatarasowana dwoma sporymi drzewami.
Dobrze, że nie spadły na jakiegoś przechodzącego turystę, których na szlaku nie brakowało....
18.

Przez to zmierzłe wietrzysko myślałam, że kolejny ładny dzień pójdzie na straty.
A tu około dziewiątej rano niespodzianka... w momencie ucichło wszystko, drzewa przestały wykonywać swoje szalone wygibasy. No super, tylko na jak długo ? ...
Po pół godzinie zdecydowaliśmy się gdzieś ruszyć. Na grań nie miałam odwagi bo tchórzliwa jestem, więc pojechaliśmy na tą nieszczęsną Palenicę, zapchaną w 99 procentach. Jeszcze kilka minut i można się było pożegnać z postojem w tym "cudownym" miejscu.
Kolejka po bilety wstępu mało ustępowała tej na Kasprowy, ale dość szybko trzy kasy obsługują i po kilku minutach dostąpiliśmy szczęścia wędrówki w pielgrzymce do tatrzańskiej Mekki.
Może choć w Pięciu Stawach będzie trochę luźniej ? ... tam nie tak hop siup jak do Morskiego Oka ....
Było - ale i tak dużo osób wpadło na ten pomysł. Po drodze jednak grupy się porozciągały i było całkiem dobrze.
A Piątka jak zwykle piękna, lekko jesienna z jarzębinami.
19.

Siklawa w niczym nie przypominała tej wiosennej, huczącej, z tęczową bryzą aż na szlak. Jakieś dwa cienkie siki smętnie ciurkały po głazach. Susza w Tatrach też dała się we znaki.
20.

21.

Powyżej stawów jeszcze trochę wiało, a od strony Słowackiej próbowały się wpakować resztki chmur halnego - na szczęście nieskutecznie.
22.

23.

Nad Świstówką akcja TOPR, w której można było podziwiać kunszt pilota, który potrafił utrzymać - szarpany we wszystkie strony przez wiatr śmigłowiec.
24.

No i chyba trzeba było na piechotkę ....
25.

Na piątek planowaliśmy Siwy Wierch, bo miało być ładnie - a tu prognozy z burzami po południu. No co za pech ... przecież nie lubię takich prognoz na dalekie wycieczki
Żal mi było jednak stracić kolejną szansę. Wstałam o czwartej rano, pogrzebałam w internetowych portalach pogodowych na Liptowski Mikulasz i tam w prognozie godzinowej wyczytałam, że burze będą dopiero o 19, a cały dzień pogodny i spokojny.
W tej sytuacji - "pobudka wstać, koniom wody dać", pakowanie plecaków i przed szóstą wyjazd do Zuberca i na Huty.
Kilka minut po siódmej zaczęliśmy mozolną wspinaczkę do góry - na krechę.
26.

Początkowo sądziłam, że tylko początek taki fajny, a tu niespodzianka ... końca krechy nie widać...
Szlak raczej mało uczęszczany, bo ścieżka wąska w niektórych miejscach niezbyt komfortowa - stroma i śliska.
Może dziesięć osób razem z nami wybrało się na tą wycieczkę. Większość Polaków , która pozdrawiała nas słowami “dobry den” biorąc nas za Słowaków. Potem lecieli po polsku
Może choć od Białej Skały będzie lepiej ? .... łudziłam się beznadziejnie ..
27.

Nic z tego.
W związku z tym po wyjściu ponad las na punkt widokowy, postanowiłam się okropnie obrazić - sama nie wiem na kogo i na co … na wszystko …. a najbardziej chyba na ten szlak .
Usiadłam i stwierdziłam, że mam to w d... i dalej nie idę.
28.

Jeszcze dobrze nie zdążyliśmy odpocząć po wczorajszej wyprawie na Pięć Stawów, a tu taki hardcor od wczesnego rana na bolących nogach
Tu są widoki, posiedzę sobie w spokoju – koniec, kropka
29.

30.

31.

Małżonka oczywiście skręciło w trąbkę, bo on jak się wybierze - to choćby na czterech.... więc powiedziałam żeby sobie dalej poszedł .
Zostałam sama.
Cisza, spokój, wyciągnęłam piwko jeszcze zimniutkie, zjadłam sałatkę, poprawiłam słodkim winogronem rodzynkowym, na deser podelektowałam się widokami ….. i przeszły mi nerwy oraz obraza.
Szkoda mi się zrobiło dotychczasowej męki podchodzenia ...
Pozbierałam się, i ze szczęśliwie wróconą ochotą polazłam dalej sama ....jeszcze około godziny trochę lepszego podejścia i znalazłam się ...... w Podlesicach
na Górze Zborów na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej
32.

33.

33.

34.

35.

36.

37.

Jezusiczku ...... to co mam dwadzieścia minut jazdy samochodem od domu i piętnaście podejścia do góry - tu kosztowało mnie godzinę dojazdu, prawie trzy godziny na krechę do góry, hektolitry potu, obrazę majestatu i diabli wiedzą co jeszcze
38.

39.

40.

A tak serio, to piękna wycieczka i ciekawy - zupełnie inny tatrzański szczyt... choćby dlatego wart aby go zobaczyć - zwłaszcza dla tych, co nie znają Jury z jej wapiennymi skałkami
41.

Ponieważ samochód został na przełęczy, wracaliśmy tą stromizną z powrotem i nawet dobrze nam poszło , choć nie obyło się bez zaliczenia gleby przeze mnie....
Ale nic to ... mam na czym miękko lądować
Ktoś kiedyś napisał czarnym mazakiem na tablicy szlakowskazu na Trzydniowiański Wierch przez Kulawiec : „co za ch... ten szlak wymyślił” ….
Miałam ochotę napisać tutaj to samo tylko jeszcze z dodatkiem słowa „złamany „ ...... ale nie zabrałam mazaka
Sobota i niedziela zapowiadały się nieciekawie ...deszczowo i ponuro.
Wypoczęliśmy solidnie.
Dla nas najlepsza pogoda byłaby taka - dzień słoneczko, dzień deszcz.
Przez kilka dni słoneczka pod rząd poniewieramy swoje coraz starsze kości okrutnie i bez litości, za co potem odpłacają nam złośliwie bólami wszelakimi
W poniedziałek i wtorek znów dostały za swoje - a w środę my za swoje - czyli remis
Ale wycieczki były cuuudne - zwłaszcza w kolorowe Tatry Zachodnie.
O tym napiszę później..
Ala





