
Nie wiem od czego zacząć...ale właściwie nihil novi sub sole - byłam w górach.
Po dwóch latach borykania się z różnymi kontuzjami wreszcie dorwałam się do ferrat i różnych takich.

Na rozgrzewką Torre di Toblin, naprzeciw Tre Cime.

Mam niekłamaną frajdę, znowu móc panować nad własnym ciałem.


Na szczycie rządzę się jak szara gęś i wypinam dumnie pierś.

"Bazę" zakładamy w Cortinie na kempingu Dolomiti. Kiedyś bywałyśmy na Olimpii ale ja jakoś nigdy tego miejsca nie lubiłam. Ciemno i mokro. Na Dolomiti o wiele przestrzenniej, widoki na Tofany i Sorapis, nawet Antelao jest widoczny.
Nie do pogardzenia są również zawsze puste i czyste łazienki z gorącą wodą no i najważniejsze - cały rząd pralek. Nie trzeba nawet żetonów. A więc żegnajcie przepierki w rękach. No cóż, w pewnym wieku ma się potrzebę komfortu. Jedynym mankamentem jest brak restauracji w pobliżu, mam mianowicie słabość do włoskiej kuchni.
Ponieważ Cortinę lubię oglądać tylko z góry to na kolacje jeździmy czasami do San Vito.

Oczywiście to nie wszystko ale mam problem ze stroną na którą ładuję fotki. Jak tylko ją otworzę to parą minut później znika obraz i komputer się sam wyłącza po czym sam włącza. Nie mam zdrowia. Jak wróci mój mąż z wakacji to mi zapłaci za ImageShake i dokończę relację.
Na razie pozdrawiam
uszba
































































