sponsor pisze: Wojna w Syrii była do przewidzenia, a nawet jeśli nie to trwa już od 2011 roku.
Ja tym byłem w październiku 2009 roku,, Na granicy z Jordanią dwie godziny postoju, Syryjczycy sprawdzali paszporty. Czujność przede wszystkiim. Pić mi się chciało a nie miałem jeszcze ich waluty. Normalnie by się kupiło za euro lub za dolce ale tam sklepikarz bał się żołnierzy z służby granicznej. Wreszcie jedziemy, jakieś roboty drogowe. Co za dawno nie widziany widoczek, same ruskie samochody, KRAZ-y, MAZ-y, spychacz S-100 czyli tzw. "staliniec", prawdziwe muzeum. Jakieś miasteczko, na wjeździe pomnik - dwóch Asadów, ojciec i syn. Na wyjeżdzie też. W tym miasteczku była krzyżówka dróg, pewnie na tej drugiej też po dwa Asady. Rekord świata, 8 Asadów w jednej dziurze, tego nawet w Sojuzie nie było. Liczyłem te Asady po drodze do Damaszku ale pogubiłem się rachunku, za dużo ich było.
Za to w Damaszku prawie Europa, dwa najokazalsze budynki to biurowiec Sony i hotel Hilton. Dziwne materii pomieszanie. Obiadokolacja, nawet dobra, francuska kuchnia. Kelner coś szepcze, aha, ma prawdziwe piwo, nie bezalkoholowe, niemieckie. Czyli Allahowi świeczka i diabłu ogarek!
Ruszamy w miasto, sami, bez pilota, w kilka osób. O dziwo, nikt nas nie chce zabić a przecież jesteśmy "niewierni". Kurde mol, a straszono mnie, że jak Syryjczyk każdego dnia nie zadławi choć jednego giaura to jest chory.
Ruch samochodowy piekielny a skrzyżowań z światłami jak na lekarstwo. Przejście przez ulicę to potężna dawka adrenaliny. Jednak te "dzikusy" umieją jeździć i mają dobre hamulce. Kurde, a mowiono mi, że oni tam tylko na osłach lub wielbłądach.
Gdzie idzie w czasie wolnym "niewierny" z Europy w Damaszku? Oczzywiście na suk czyli bazar. To całe miasto w mieście, największy suk Bliskiego Wschodu. Coś popieprzyliśmy i weszliśmy w taką część bazaru gdzie handluje się materiałami budowlanymi - cegły,, cement, rynny, rury, kaloryfery. Jesteśmy rozpoznowalni i wiadomo, że nic nie kupimy a jednak zapraszają z uśmiechem. To cecha tego każdego arabskiego suku - uśmiech -- kupisz nie kupisz, uśmiech obowiązkowy. Pytają skąd jesteśmy - Polska - aa Wałęsa, papa Jean Paul i kilka nazwisk piłkarzy.
Jedna z naszych pań chce kupić skórzany pasek dla syna. No i zaczyna się... na ladzie pojawia się może z dwie setki rozmaitych, orgia szerokości, koloru, zapięć... Jest nas czwórka, skądś z pod ziemi pojawiają się cztery herbaty a zakup z 10 euro., potem schodzi na 8.
Na koniec jeszcze wizyta w lodziarni na suku. Żadna tam budka, prawdziwa fabryka lodów, setki miejsc przy stolikach, chyba z 20-u sprzedających. A lody boskie,z jakąś tajemniczą posypką, diabli wiedzą z czego No i znowu pytanie skąd - Pologne, aaa Wałęsa, Jean Paul (już nie żył).
I tak przez 7 dni, w tym w Palmyrze, której już nie, niestety bandyci wysadzilli w powietrze. Także w Aleppo, też już go prawie nie ma a to było cacko architektoniczne. Generał Bem był tam gubernatorem, odnowił cytadelę, też poważnie zniszczona. Krak des Chevaliers, cudowny zamek krzyżowców z wspaniałą kaplicą zamkową, cudowny gotyk, jak w Malborku. Zamek podobno stoi, za grube mury ale kaplica wysadzona w powietrze. Na parkingu pod zamkeim chyba z setka autokarów, podobnie było w Palmyrze, czyli żywy pieniądz - czy te głupki nie wiedzą, że poozbywają się pieniędzy - głupia zaciekłość religijna zawsze jest okropna.
Meczet Omajadów w Damaszku, jedno z czterech najświętszych miejsc islamu. Cudowna architektura i ciekawa historia - tutaj wpierw była świątynia grecka, potem rzymska, potem kościół bizantyjski ii na koniec meczet. Jeden z minaretów nosi imię Jezusa, tak, tego Jezusa. A także złoty i obsypany kamieniami szlachetnymi relikwiarz z głową Jana Chrzciciela. Ciekawe, w Wielkim Meczecie w Aleppo jest druga głowa świętego! Problem rozwiązany, Wielkiego Meczetu w Aleppo już nie ma ale tym razem to nie sprawka ISIS, którejs z armii rebelianckich coś się popierzyło.
Sanktuaria prawosławne w Sedinai i Malluli. W tych miasteczkach mieszkalo tak po ołowie chrześcijan i muzułmanów. Meczety obok kościołów, może nawet ksiądz i imam razem pijali herbatę. Mallula to jedno z dwóch czy trzech miejsc na świecie, gdzie się mówi po aramejsku, tym językiem, którym mówił Chrystus. Do autokaru wchodzi może dzisięcioletni chłopiec i odmawia Ojcze Nasz po aramejsku. Wychodzi z około 50$ - jak tu nie dać?
Sedinaja ponoć jeszcze cała, ale Mallula zniszczona, bandyci ujęli 15 stareńkich zakonnic i o dziwo, po miesiącu wypuścili. W tym sanktuarium była taka maleńka kapliczka, w najstarszej części, z V wieku, cudowne ikony, tylko wejście niziutkie, ledwo wszedłem przy moich 192 cm, w środku zakonnica, stareńka, każdemu kto wszedł i ukląkł przed ikoną Matki Boskiej wręczała kawałek tasiemki, poświęcanej, podobno zapewnia zbawienie jak się ją ma w chwili śmierci, nie zgubiłem, mam nadal.
W tejże Malluli jedną z pań rozbolała głowa, obok klasztoru jest apteka, ale jak się dogadać. Nie było problemu, pan aptekarz władał angielskim, francuskim i rosyjskim. Przedziwna "dzicz", co nie?
W głównym kościele w klasztorze, chyba IX wiek, wspaniałe witraże i żyrandole zauważam grupkę muzułmanów, poznaję po chustach na głowach kobiet. Przewodniczka naszej wycieczki, Syryjka ale chrześcijanka wyjjaśnia mi, że to święte miejsce również dla muzułmanów.
Pod klasztorem spotykamy kilku polskich żołnierzy z wojsk ONZ, przyjechali w czasie urlopu z pod granicy z Izraelem. Pytam jak tu jest - odpowiadają, że kraj przepiękny, ludzie dobrzy, tylko rząd idiotyczny.
Odlot z Damaszku do Warszawy, odprawa trwa trzy godziny, mieli rację, rząd idiotyczny.
By, by Syrio, nigdy jej nie zapomnę. Ja jeszcze zdążyłem zobaczyć, Wy już nie. Przynajmniej nie tej co ja. No i niech mi ktoś, k***a powie, komu to przeszkadzało! No komu?
Jestem gorszego sortu...