7:30 Kuba z dzieciakami podjeżdżają już kompletnie spakowani. Doładowuję swoje graty i ruszamy na naszą wodną przygodę.

Pogoda nie nastrajała zbyt optymistycznie...

Na pokładzie humory świetne...!

Już w Sworach. Nasze majtki szuwarowe: Staś (9 lat) i Jusia (6 lat)

Przed kilkoma dniami "traperskimi" warto zjeść jakiś normalny obiad...
Aczkolwiek dla Jusi normalny obiad, to frytki i surówka.

Spodobała się nam ta strzyżona fantazyjnie tuja...

Tuż przed pierwszym wodowaniem w Lipuszu...

Żebym mógł zrobić to zdjęcie, Staś musiał ostro wiosłować, bo znosił nas wartki prąd rzeki.

W chwilę później...

Troszeczkę słońca oraz błękitu nieba,
I czegóż więcej do szczęścia potrzeba?
Wyjaśnienie: dlaczego dzieciaki płyną w kapokach, a my nie... tu!

Loryniec, pole biwakowe (10,7 kilometra trasy) - nasz pierwszy biwak.
I już tu przydał się wózek kajakowy...

Staś ma swą pierwszą lekcję z samodzielnego pływania kajakiem...
24-ty lipca - piątek

Nad naszym biwakiem wstaje kolejny dzień...

Pierwszy biwak: jego rozbijanie, pierwszy posiłek z kuchenki oraz zwijanie bambetli rano zawsze trwa trochę dłużej. Kolejne zapewne pójdą sprawniej... Wprawa!

Można mieć pewność, że gdzieś tuż obok znajdują się tegoroczne latorośle tej pary...

Przepływaliśmy zaledwie o dwa metry od tej wylegującej się na trawie rodzinki łabędzi niemych...
Dzień z założenia miał być do mocnego przekopywania się po stojącej wodzie. Jeziora Stołpinko, Radolne i ogromne Wdzydzkie...
Tu już więcej było kajaków, rowerów wodnych, żaglówek i jachtów.

Na Wielkim Ostrowiu zrobiliśmy postój... "kiślowy".
Przekopaliśmy się przez to kaszubskie mueze, przenieśliśmy nasze kajaki na Kanał Wdy i popłynęliśmy tym prawie stojącym kanałem aż do słynnej, dwustumetrowej przenoski...
Trochę śmy sobie... zapodali. Męczyła ta stojąca w kanale woda o rozległe płycizny. Mnie spaliło słońce dość mocno...

To przy tej tablicy powinniśmy wylądować, ale była kompletnie zarośnięta krzaczorami i z kanału w ogóle niewidoczna, a tę fotkę strzeliłem już po przenosce.
Nic to! I tak trafiliśmy w miejsce przenoski z dokładnością do 20-tu metrów. Poprzednio z Kubą robiliśmy to w tym samym miejscu... 30 lat temu - miał wtedy dokładnie tyle lat, co teraz Staś.

Pole namiotowe w Miedznie (37 kilometrów szlaku) Bez wózka przenieść kajaki z kanału by tu było ciężko...
To właśnie na tym polu biwakowym jedenaście lat wcześniej wpadłem na pomysł napisania STK. Swój namiot postawiłem w tym samym miejscu.

Zbliżał się wieczór, więc Staś zapamiętale ciął drewno na ognisko. Składana piła Fiskarsa okazała się świetnym narzędziem.
Za to "wypasiona", firmowa mikrosaperka w praktyce zdecydowanie przegrała z taniutkim "no name" kukri...

Powoli także dzieciaki zaczynają czuć: co jeszcze należało by zrobić na biwaku? I o to chodziło!

Jusia apetytem... nie oszałamiała...
25-ty lipca - sobota

Nie zdążyliśmy skończyć śniadania, gdy zaczęło padać, więc szybko przenieśliśmy się pod porządny daszek i... zostaliśmy tam na cały dzień.
Trzeba zrobić drobne zakupy, więc robię spacer do Wojtala... Raptem 5 km w jedną stronę piękną leśną drogą.
Bywało, że po tych lasach włóczyliśmy się pieszo z Kubą na dużo dłuższych dystansach...
Po południu się przejaśniło i zaczęliśmy żałować, że nie popłynęliśmy.

Ale kokpity wolimy trzymać cały dzień poopinane... na wszelki wypadek.

Za to chętnie się wykąpaliśmy w wodach kanału. Znacznie płytsza i prawie stojąca woda była dużo cieplejsza niż w rzece.

A wieczorem oczywiście ognisko i kiełbaski...
26-ty lipca - niedziela
Pogoda nie za... olaboga, ale płyniemy!

No i oczywiście Kamienne Kręgi w Odrach...

...

Ja-na-tle... to standard.

Wiele lat temu przy tych właśnie głazach fotografowałem Elżbietę Dzikowską...

Wracamy nad rzekę, choć chwilami mży i to dość obficie.

Płyniemy poopinani fartuchami, a obok nas sporo innych kajaków.
Na przenosce w Wojtalu mnóstwo kajaków. Robi się gęsto i nawet trochę ciasnawo na niewielkim terenie przenoski. Jedni kończą, inni właśnie zaczynają swe spływy.
Kuba z Jusią idą do pobliskiego sklepu po drobne zakupy.

Ależ tu jest pięknie...!...
Trochę nas zlewają kolejne, na szczęście krótkie deszczyki, a w Czarnej Wodzie pod mostem drogowym tłucze nami po kamorach... trochę. W chwilę później wraz ze Stasiem zawisamy śród ostrej kipieli i przez chwilę robi się nieprzyjemnie. Na szczęście udaje się "zejść" z głazu bez rozwiązań... mokrych.

Biwak "u Holendra" (62 km szlaku) zaczynamy od suszenia kurtek i fartuchów...

Tak... na wszelki wypadek rozkładamy się z posiłkiem pod daszkiem...
Właściciel i zarządca odwiedzają nas co chwila zapraszając do wspaniałych toalet, pryszniców i baru.
Trochę śmiesznie, bo przyjeżdżają a to quadem, a to jakimś terenowym jeep'em...

Justka nie za chętnie je nasze posiłki. Za to chleb piecze w ogniskach i zjada wręcz... nałogowo.

Nie ona jedna...

Czasami nawet z włożoną w środek pieczoną kiełbaską.
27-y lipca - poniedziałek

Wstaje kolejny ładnie zapowiadający się dzień oraz... uśmiechnięty Staś.

Płyniemy dalej i trochę żałujemy tego straconego przez deszcz dnia.
Justka w kajaku ma tylko jeden problem: "Tata, długo jeszcze?" Cóż... jest chyba jeszcze zbyt mała, by wiosłować, bo w czasie prób łokcie jednak najwygodniej jej trzymać w kokpicie, a nie nad pokładem, a siedzenie kilka godzin na jednym miejscu, to nie może być atrakcja dla ruchliwego 6-latka...

Pole biwakowe w Młynkach (86 km szlaku) i przerwa na posiłek.

Pole biwakowe tuż za przenoską we Wdeckim Młynie (96,5 kilometra szlaku).
Tu schowaliśmy się przed godzinnym, męczącym deszczem. Mamy szczęście, bo chcieliśmy po przenosce płynąć dalej, ale rezygnujemy. Następnego dnia ów wybór okazał się trafny - kolejne pole namiotowe było grubo ponad godzinę płynięcia dalej...
To właśnie we Wdeckim Młynie, może ze sto metrów od naszego biwaku działy się mrożące mi krew w żyłach sceny z Czerwonego sweterka Jest co wspominać...
28-y lipca - wtorek

Pakujemy się po ostatnim noclegu. Namioty składamy na... wilgotno, bo wysuszymy je już w domach...
Dzwonię i umawiam się z transportem do Błędna na 14-tą. Oczywiście z prawie godziną zapasu... jak by co.

Jedziemy...!
Zanotowałem taką wymianę zdań na naszym "pokładzie":
Ja: - Stasiu, co najbardziej boli od kilkugodzinnego wiosłowania?
Staś: - Pupa!
:biggrin: :biggrin:

Trochę tych zwalonych drzew po drodze było...

Ale... było fajnie i tylko to się liczy!
Lądujemy o 13:15 na polu biwakowym w Błędnie (120 kilometrów szlaku) i tu po chwili pojawia się transport po nas i kajaki...
Z planowanych stu czterdziestu trzech kilometrów w pięć dni przepłynęliśmy sto dwadzieścia w cztery. Wystarczy... na ten rok.

Wracamy do cywilizacji! Na początek obiad na solidnych krzesłach przy porządnym stole w restauracji u Maćka w Sworach...
O 19:30 Kuba podwiózł mnie pod dom.

Tak zarosłem w czasie tego spływu.



