Górskie gafy :D
Ja n.p. mogę niewiele jeść i mało pić na szlaku (za to po powrocie 2 litry na raz),jeżeli jest zimno i mnóstwo ,jeżeli jest gorąco ,żona z kolei musi mieć toffiki pod ręką w każdym momencie ,za to nie przegrzewa się tak bardzo ,jak ja. Te sprawy są bardzo indywidualne.
Mamy już taki rytm - wyjście ok. 6.00 ,bardzo intensywnie do ok. 11.00 (11.30) . Wtedy godzina na solidny posiłek z gorącą herbatą (ten zawsze nosimy ze sobą ,bo na schroniska na Słowacji nie ma co przewaznie liczyć , a w Polsce z kolei odechciewa się ). Potem już do wieczora nie jemy ,zadowalając się jakimiś cuksami ,dopijamy herbę ,pijemy wodę.Po powrocie i kąpieli uczta Lulullusa w knajpie ,najczęściej mógłbym wtedy zjeść konia z kopytami. A'propos wody ,polecam gorąco słowacki "Budiś bez bublinek" wspaniała woda w góry.
Mamy już taki rytm - wyjście ok. 6.00 ,bardzo intensywnie do ok. 11.00 (11.30) . Wtedy godzina na solidny posiłek z gorącą herbatą (ten zawsze nosimy ze sobą ,bo na schroniska na Słowacji nie ma co przewaznie liczyć , a w Polsce z kolei odechciewa się ). Potem już do wieczora nie jemy ,zadowalając się jakimiś cuksami ,dopijamy herbę ,pijemy wodę.Po powrocie i kąpieli uczta Lulullusa w knajpie ,najczęściej mógłbym wtedy zjeść konia z kopytami. A'propos wody ,polecam gorąco słowacki "Budiś bez bublinek" wspaniała woda w góry.
Największą gafę popełniłam w Tatrach w połowie września tego roku. Pojechalam na tydzień z rodzicami, ale na 2 dni mialam iść sama w wysokie na Słowację. Niestety w nocy spadł śnieg i musiałam zmienić plany. W końcu po długim namyśle (przez co zrobilo sie bardzo późno) wybraliśmy sie do Chochołowskiej. Widoczność mocno ograniczała mgła, a deszcz aż wisiał w powietrzu. Porzucilam rodziców zaraz po wejściu na teren parku i skierowałam sie najpierw do schroniska, a potem na Wołowiec. Już po drodze mijałam przemarzniętych i ośnieżonych ludzi. Ostrzegali, że na górze strasznie wieje i siecze marznącym deszczem, a widoczność jest zerowa. Mimo to ja dalej szłam w górę. Chciałam dojść do Kończystego a może i na Starorobociański i wrócić do Chochołowskiej. Niezbyt uważnie prześledzilam mapę przed wyjściem i pamiętałam tylko że granią ciągnie sie czerwony szlak. Od przełęczy pogoda naprawdę nie była rewelacyjna, po paru minutach wszystkie sznurki z kurtki były obwieszone sopelkami lodu.

Na Wolowcu na próżno szukałam "naszych" tabliczek kierujących dalej na szlak
tylko słowackie. Pokręciłam sie trochę po szczycie w poszukiwaniu szlaku, co chwila chroniąc sie przed wiatrem za kamieniami.Nie było szans na rozłożenie mapy, prawdopodobnie byłyby to jej ostatnie minuty. Ponieważ miała zakodowane że szlak będzie czerwony-więc polazłam na czerwony, i to nic że równolegle był niebieski, chciałam czerwony no to miałam
. Po niewiem jak długim podejściu w ciągle wzmagającym sie wietrze dotarłam do łańcuchów
. No i tu już do reszty zgłupiałam. Coś mi nie grało, bo co prawda szłam tą trasą po raz pierwszy, ale byłam pewna że ich tu być nie powinno. Jak pewnie większość z Was sie domyśli byłam przed szczytem Ostrego Rohacza. Po chwili namysłu postanawiam iść dalej, aż dojdę do oznakowanego miejsca i dowiem sie gdzie jestem. poza tym to jest właśnie to co tygryski lubią najbardziej
. Pocieszająca była świadomość że wciąż jestem na szlaku.
Były momenty, że przykucałam za skałą by przeczekać aż wiatr uspokoi się trochę, bym mogła pójść dalej. Takim sposobem pokonałam też Rohacza Płaczliwego. udalo mi sie rozłożyć/podrzeć mapę i zorientować sie w sytuacji. Szybka decyzja-dotrzeć do Ziarskej Przełęczy, tam może będzie mniej wiało i uda mi sie zaplanować powrotną drogę. Dochodząc do przełęczy wychodzę z chmur i oczom nie wierzę
Okazuje że jest szlak na Jarzębczy i mogłam też wrócić tą samą drogą, ale wiedziałam że czasu mi nie starczy bo już było po 17. Co prawda czolówka spoczywała w moim plecaku, ale stwierdziłam w końcu że miałam już wystarczającą porcję ryzyka na ten dzień. Zdecydowałam się na zejście Ziarską dolina do Ziaru. Po drodze dodzwoniłam sie do taty informując gdzie jestem. Ten z kolei uparł sie że po mnie przyjedzie. Ponieważ ze Ziaru nie było już żadnego autobusu to przedreptałam asfaltem aż do Liptowskiego Mikulasza. Około północy pojechali po mnie rodzice, pokonując 110 km w jedną stronę. Ale im wycieczkę zafundowałam
. to była kolejna lekcja pokory, ale byla tez wielką i niezapomnianą przygoda
.
P.S. Ale się długa relacja zrobiła

Na Wolowcu na próżno szukałam "naszych" tabliczek kierujących dalej na szlak
Były momenty, że przykucałam za skałą by przeczekać aż wiatr uspokoi się trochę, bym mogła pójść dalej. Takim sposobem pokonałam też Rohacza Płaczliwego. udalo mi sie rozłożyć/podrzeć mapę i zorientować sie w sytuacji. Szybka decyzja-dotrzeć do Ziarskej Przełęczy, tam może będzie mniej wiało i uda mi sie zaplanować powrotną drogę. Dochodząc do przełęczy wychodzę z chmur i oczom nie wierzę
Okazuje że jest szlak na Jarzębczy i mogłam też wrócić tą samą drogą, ale wiedziałam że czasu mi nie starczy bo już było po 17. Co prawda czolówka spoczywała w moim plecaku, ale stwierdziłam w końcu że miałam już wystarczającą porcję ryzyka na ten dzień. Zdecydowałam się na zejście Ziarską dolina do Ziaru. Po drodze dodzwoniłam sie do taty informując gdzie jestem. Ten z kolei uparł sie że po mnie przyjedzie. Ponieważ ze Ziaru nie było już żadnego autobusu to przedreptałam asfaltem aż do Liptowskiego Mikulasza. Około północy pojechali po mnie rodzice, pokonując 110 km w jedną stronę. Ale im wycieczkę zafundowałam
P.S. Ale się długa relacja zrobiła
-
RARUTKA_GOLDI
-

- Posty: 489
- Rejestracja: pn 28 lis, 2005
no niezle! przekroczylas granice hahahahaha wariatka
))
zdjecia świetne!!!
pozdrawiam!
ps 1) hiihih tez jestem tygryskiem i lubie utrudnione traski: łancuchy, pionowe ścianki itp
ps 2) Niezbyt uważnie prześledzilam mapę przed wyjściem i pamiętałam tylko że granią ciągnie sie czerwony szlak.
ja jednak naprawde dobrze przejrze mape zanim gdziekolwiek sie wybieram, nie licze na swoja pamięc któa wtedy gdy trzeba to potrafi zwieźć.
ps 1) hiihih tez jestem tygryskiem i lubie utrudnione traski: łancuchy, pionowe ścianki itp
ps 2) Niezbyt uważnie prześledzilam mapę przed wyjściem i pamiętałam tylko że granią ciągnie sie czerwony szlak.
ja jednak naprawde dobrze przejrze mape zanim gdziekolwiek sie wybieram, nie licze na swoja pamięc któa wtedy gdy trzeba to potrafi zwieźć.
Ja wstydzę się trzech rzeczy. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że byłem młody i głupi.
Jak miałem lat 12 szedłem z rodzicami na Kasprowy, była straszna mgła. A ja sobie skróciłem drogę - raz i drugi. I nagle cicho i głucho (na pewno to znacie). Wszędzie biało, nic nie widać, nie wiem, gdzie jestem... Ale dostałem opieprz od rodziców!
Innym razem łaziłem po górach z rozstrojem żołądka. Załatwił mnie nieświeży jogurcik. Wycieczka na Gubałówkę skończyła się pomyślnie... Zdążyłem dobiec do WC. Gorzej było jak zdobywałem Kozi Wierch, a potem Kościelec. Choć na poziomie kosówki też sobie jakoś radziłem... Dodatkowym obciachem było dla mnie to, że wtedy po raz pierwszy pojechałem w góry z dziewczyną. Miałęm 18 lat i chciałem jej pokazać, jaki to ja twardy jestem!
I zawsze uważam za gafę, jeśli schodzę z gór po ciemku. Mam do siebie pretensje - że za długo spałem, że gdzieś się zasiedzieliśmy, albo niepotrzebnie zmieniliśmy trasę. Mi to rybka, ale osoby które ze mną chodziły miały naprawdę porządnego pietra...
Jak miałem lat 12 szedłem z rodzicami na Kasprowy, była straszna mgła. A ja sobie skróciłem drogę - raz i drugi. I nagle cicho i głucho (na pewno to znacie). Wszędzie biało, nic nie widać, nie wiem, gdzie jestem... Ale dostałem opieprz od rodziców!
Innym razem łaziłem po górach z rozstrojem żołądka. Załatwił mnie nieświeży jogurcik. Wycieczka na Gubałówkę skończyła się pomyślnie... Zdążyłem dobiec do WC. Gorzej było jak zdobywałem Kozi Wierch, a potem Kościelec. Choć na poziomie kosówki też sobie jakoś radziłem... Dodatkowym obciachem było dla mnie to, że wtedy po raz pierwszy pojechałem w góry z dziewczyną. Miałęm 18 lat i chciałem jej pokazać, jaki to ja twardy jestem!
I zawsze uważam za gafę, jeśli schodzę z gór po ciemku. Mam do siebie pretensje - że za długo spałem, że gdzieś się zasiedzieliśmy, albo niepotrzebnie zmieniliśmy trasę. Mi to rybka, ale osoby które ze mną chodziły miały naprawdę porządnego pietra...
-
RARUTKA_GOLDI
-

- Posty: 489
- Rejestracja: pn 28 lis, 2005
Odświeżam temat, bo chyba nie wszyscy z obecnych nielicznych userów to czytali - a warto, jest kilka historii naprawdę niezłych 
Poza tym być może ktoś coś jeszcze dopisze, np. ja.
Moja ostatnia "gafa" była dość rozciągnięta w czasie, praktycznie przez wszystkie 4 wyjazdy w zeszłym roku. Wspominałem już pokrótce o tym w wątku "buty, buty".
Przed pierwszym po trzech latach przerwy urlopem w Tatrach zachciało mi się nabyć trochę nowych rzeczy, w tym również buty. I właśnie te buty okazały się głównym "bohaterem". To co przed wyjazdem było bardzo wygodne, w Tatrach okazało się narzędziem tortur. Bez wchodzenia w szczegóły - ostatnie ślady na stopach wygoiły się do końca dopiero w styczniu
Dodatkową gafą w gafie był fakt że dopiero w końcówce drugiego wyjazdu przypomniało mi się iż mam w bagażniku zapakowane w reklamówkę stare Asolo. Gdy je założyłem to nawet z poranionymi stopami czułem się jak w kapciach. Ruszyłem więc na Granaty, szło się świetnie, lekko, łatwo i przyjemnie ... do momentu gdy nie zaczęło padać. Wtedy "przypomniało mi się" się że zjechane prawie do zera podeszwy moich 10-letnich człapaków na mokrej skale "trzymają" tylko symbolicznie. Ale przecież deszcz lunął dopiero gdy podchodziłem już z Koziej Dolinki na Zadni Granat więc poszedłem dalej, kto by się cofał w takim miejscu
Dobrze że dzięki odległym póki co odgłosom burzy (która zresztą poszła gdzieś bokiem, pogrzmiało z pół godziny i spokój) szlak w tzw. międzyczasie opustoszał, bo co się nakląłem w trudniejszych miejscach to moje
Jakoś przebrnąłem te Granaty, ale będąc już na żółtym szlaku w dość prostym miejscu machnąłem takiego fikołasa że tętno skoczyło mi w sekundę do 300. Na szczęście ucierpiał głównie niesiony w plecaku termos, choć i on przeżył.
Gdy już nieco doszedłem do siebie, ruszyłem dalej, tyle że "z pewną taką nieśmiałością". Skutek łatwy do przewidzenia, tempo spadło co najmniej o połowę.
Nad Czarnym Stawem w zapadających ciemnościach tu i ówdzie kilka par podziwiających wychylający się po deszczu zza chmur Księżyc
Byłem bez pary, ruszyłem więc dalej
Na wysokości kamienia Karłowicza kolejna para, w świetle czołówki niewiele widać, zagaduję więc:
- cześć, wy też na romantyczny spacer?
na co dwa męskie głosy prawie jednocześnie:
- nie, my do Piątki przez Zawrat
Miejsc w Murowańcu oczywiście nie było, za to czekających na nie całkiem sporo, uznałem więc że jestem bez szans, trzeba iść dalej. Założyłem nowe baterie do czołówki i ruszyłem na romantyczny spacer do Brzezin. Z drogi wezwałem taxi, co prawda firma pomyliła miejsca i klientów ale mniejsza o to, w końcu czekałem tylko parę minut. Za to pani taksówkarka na dobry wieczór zastrzeliła mnie tekstem:
- a pan się nie boi tak sam tu łazić?
- nie, proszę pani, ludzi nie ma a zwierzynę odstraszam śpiewem
- a bo, panie, parę dni temu tu chłopaka zabili
- tu???
- no, tam leżał. Wiem bo mam męża policjanta.
Taka historia
Poza tym być może ktoś coś jeszcze dopisze, np. ja.
Moja ostatnia "gafa" była dość rozciągnięta w czasie, praktycznie przez wszystkie 4 wyjazdy w zeszłym roku. Wspominałem już pokrótce o tym w wątku "buty, buty".
Przed pierwszym po trzech latach przerwy urlopem w Tatrach zachciało mi się nabyć trochę nowych rzeczy, w tym również buty. I właśnie te buty okazały się głównym "bohaterem". To co przed wyjazdem było bardzo wygodne, w Tatrach okazało się narzędziem tortur. Bez wchodzenia w szczegóły - ostatnie ślady na stopach wygoiły się do końca dopiero w styczniu
Dodatkową gafą w gafie był fakt że dopiero w końcówce drugiego wyjazdu przypomniało mi się iż mam w bagażniku zapakowane w reklamówkę stare Asolo. Gdy je założyłem to nawet z poranionymi stopami czułem się jak w kapciach. Ruszyłem więc na Granaty, szło się świetnie, lekko, łatwo i przyjemnie ... do momentu gdy nie zaczęło padać. Wtedy "przypomniało mi się" się że zjechane prawie do zera podeszwy moich 10-letnich człapaków na mokrej skale "trzymają" tylko symbolicznie. Ale przecież deszcz lunął dopiero gdy podchodziłem już z Koziej Dolinki na Zadni Granat więc poszedłem dalej, kto by się cofał w takim miejscu
Dobrze że dzięki odległym póki co odgłosom burzy (która zresztą poszła gdzieś bokiem, pogrzmiało z pół godziny i spokój) szlak w tzw. międzyczasie opustoszał, bo co się nakląłem w trudniejszych miejscach to moje
Gdy już nieco doszedłem do siebie, ruszyłem dalej, tyle że "z pewną taką nieśmiałością". Skutek łatwy do przewidzenia, tempo spadło co najmniej o połowę.
Nad Czarnym Stawem w zapadających ciemnościach tu i ówdzie kilka par podziwiających wychylający się po deszczu zza chmur Księżyc
Byłem bez pary, ruszyłem więc dalej
- cześć, wy też na romantyczny spacer?
na co dwa męskie głosy prawie jednocześnie:
- nie, my do Piątki przez Zawrat
Miejsc w Murowańcu oczywiście nie było, za to czekających na nie całkiem sporo, uznałem więc że jestem bez szans, trzeba iść dalej. Założyłem nowe baterie do czołówki i ruszyłem na romantyczny spacer do Brzezin. Z drogi wezwałem taxi, co prawda firma pomyliła miejsca i klientów ale mniejsza o to, w końcu czekałem tylko parę minut. Za to pani taksówkarka na dobry wieczór zastrzeliła mnie tekstem:
- a pan się nie boi tak sam tu łazić?
- nie, proszę pani, ludzi nie ma a zwierzynę odstraszam śpiewem
- a bo, panie, parę dni temu tu chłopaka zabili
- tu???
- no, tam leżał. Wiem bo mam męża policjanta.
Taka historia
Każdemu jego Everest...
-
Lady Wagabunda
-

- Posty: 29
- Rejestracja: wt 05 maja, 2015
- Kontakt:
Czy to się aby na pewno wydarzyło w jednym roku?
Chociaż właściwie, czemu nie? W górach wszystko jest możliwe.
Kiedyś, parę lat temu, czyli pewnie sama miałam z lat 12, wymyśliłam sobie, że pójdziemy z mamą na Zawrat od Doliny Pięciu Stawów, bo podobno z tamtej strony jest łatwiej. Wyszłyśmy już ponad poziom Doliny, pewnie do samej przełęczy nam pozostało kilkadziesiąt minut drogi, aż tu nagle moja mama oświadcza, że widzi w oddali jakichś ludzi przyklejonych do ściany na łańcuchach, klamrach... "Przecież to miał być łatwy szlak, nie, nie, nie idziemy tam, nie ma takiej opcji, zobacz, jak oni wiszą". Do dzisiaj nie wiem, gdzie ona widziała tych zwisających ludzi. Dwa dni potem weszłyśmy na Zawrat od Murowańca, tam to się dopiero wisi i może być niebezpiecznie, od Doliny Pięciu Stawów idzie się jak autostradą ;P
Kiedyś, parę lat temu, czyli pewnie sama miałam z lat 12, wymyśliłam sobie, że pójdziemy z mamą na Zawrat od Doliny Pięciu Stawów, bo podobno z tamtej strony jest łatwiej. Wyszłyśmy już ponad poziom Doliny, pewnie do samej przełęczy nam pozostało kilkadziesiąt minut drogi, aż tu nagle moja mama oświadcza, że widzi w oddali jakichś ludzi przyklejonych do ściany na łańcuchach, klamrach... "Przecież to miał być łatwy szlak, nie, nie, nie idziemy tam, nie ma takiej opcji, zobacz, jak oni wiszą". Do dzisiaj nie wiem, gdzie ona widziała tych zwisających ludzi. Dwa dni potem weszłyśmy na Zawrat od Murowańca, tam to się dopiero wisi i może być niebezpiecznie, od Doliny Pięciu Stawów idzie się jak autostradą ;P
Piękną historyjkę opisał Jan Alfred Szczepański, Siedział sobie przy kolebie w Żabiej Dolinie Białczańskiej gdy nagle pojawiła się młoda, ładna i chyba przypadkowa turystka. Siedli sobie i wtedy panienka poprosiła go o opisanie okolicy, nazwy szczytów itd. Opisał a wtedy panienka - pan musi chyba bardzo lubić tą okolicę? A Jaszcz - tak, to moja ulubiona, szczególnie od czasu gdy tu spadłem z jednej ściany. Panienka wrzasnęła i w nogi, zlękła się, że spotkała ducha.
Dogonił, wyjaśnił, panienka została, na kilka dni, koleba bardzo się przydała...
Czy to prawdziwa historia? Nie wiem, Jaszcz lubił koloryzować.
Dogonił, wyjaśnił, panienka została, na kilka dni, koleba bardzo się przydała...
Czy to prawdziwa historia? Nie wiem, Jaszcz lubił koloryzować.
Ostatnio zmieniony ndz 17 maja, 2015 przez Janek, łącznie zmieniany 1 raz.
Jestem gorszego sortu...
Może nie zaraz wiszących, ale mogła widzieć ludzi na odcinku Zawrat-Świnica, jest tam w końcu trochę łańcuchów i klamry też się znajdą. A że daleka przecież wszystko wygląda bardziej pionowo, to i zrobić wrażenie też mogło.Lady Wagabunda pisze:moja mama oświadcza, że widzi w oddali jakichś ludzi przyklejonych do ściany na łańcuchach, klamrach... "Przecież to miał być łatwy szlak, nie, nie, nie idziemy tam, nie ma takiej opcji, zobacz, jak oni wiszą". Do dzisiaj nie wiem, gdzie ona widziała tych zwisających ludzi.
Tzn. co ?Lady Wagabunda pisze:Czy to się aby na pewno wydarzyło w jednym roku?![]()
Każdemu jego Everest...
W ubiegłum roku wychodzimy z Roztoki w kierunku Włosienicy, żona z synem normalną drogą (syn pierwszy raz w Tatrach)chce z nim wejść na Szpiglasowy, ja, ponienieważ nie chce mi się nadkładac kilometrów, skrótem starą drogą kierując się na nieco bardziej wymagającą trasę. Mamy spotkać się po południu w Piątce. Zaczyna się tak, że od razu owinienem wrócić do schroniska i nigdzie nie iść
. trafiam na jakieś straszne świeże wiatrołomy, wyczołguję się na Balcerkę brudny i wyczerpany, dzwonię, gdzie moi najbliżsi - dowiaduję się, że już na Ceprostradzie (Fajny skrót). Potem wchodzę w żleb, którym mam zamiar wejść na grań (wg mistrza Paryskiego można sobie skrócić "zwykłą" drogę). Owszem, wchodzę, podciągając się w zupełnym lufcie na kosówkach, potem kosówki się kończą i zostaje śliska trawa i piarg, poprzetykana pionowymi prożkami. Wspinam się na te prożki w ekspozycji, rozczapierzam na trawkach i zastanawiam się, dlaczego nie mam nawet kasku, o jakiejkolwiek asekuracji nie wspomnając i dlaczego z wielu łatwych dróg na szczyt wybrałem dziewicze prawdopodobnie wejście (nie sądzę, by się znalazł drugi taki idiota). Kiedy do grani mam jeszcze dobre 100 metrów dzwoni zona z Piątki i pyta, czy długo zejdę. Masakra. Na grań wychodzę na zbocze sąsiedniej góry, niż zmierzałem. Tak więc przede mną jeszcze z kilometr granówki. Dodam, że sama grań w porównaniu z tym wejściem to już pikuś, choć, zmęczony szedłem wolno tak, że na Przełęczy Szpiglasowej byłem wieczorem, do Schroniska dotarłem o 11.00 w nocy. Dwie uwagi: Nie ma co, jak dobry skrót w Tatrach i nie ma co, jak bezkrytycznie uwierzyć w słowo pisane
luknij na moje panoramy i galerie
Na Szerokiej Jaworzyńskiej spotykamy turystów, dwoje Słowaków i kilkoro Japończyków z aparatami, rozmowa schodzi na tematy tatrzańskie, szczególnie kobieta jest ciekawska, wypytuje nas o wszystko, czuję się jak uczeń, ale, że lubię dzielić się wiedzą, bryluję ile wlezie, opowiadam historyjki, opisuję szczyty, czuję się, jak Ojciec Wigiliusz. Kiedy tak sobie pogadaliśmy, słowaccy turyści wyciągają legitymacje TANAPU i mówią, że w ten piękny niedzielny dzień mają szkolenie z łapania pozaszlakowców i że cały teren jest obstawiony, a my na tych wysokich łakach widoczni jak na dłoni z wielu kilometrów. Ale, że bylismy juz po wspólnej herbacie i kanapkach , zamiast pokuty kończy się na zyczeniu szczęścia. Tak więc zamiast zwykłego powrotu przez Zieloną Jaworową lub Suchy Wierch, jak mieliśmy w planach, a gdzie na nas podobno już czekano, rozpoczyna się nieplanowane zwiedzanie lewobrzeżnych dolin bocznych Białki, krzaczorów i wykrotów Spismichałowej i Rozpadliny. Atmosferę podkręcały niedźwiedzie gówna.
I kiedy tak pełni wyrzutów sumienia za deptanie rezerwatu schodziliśmy do Doliny Białki, w powietrzu roznosiła się niebieska mgła spalin ciężkiego sprzętu, dźwięczał raźno jazgot pił mechanicznych, wesoło trzaskały młode drzewka łamane ściąganymi za pomocą wyciągów linowych pniami drzew, paliły się ogniska, przy których drwale odpoczywali po pracowitym dniu..;.l
Tutaj tylko jedna uwaga, skoro drwale i Japończycy mogą, to czemu ja nie ?
I kiedy tak pełni wyrzutów sumienia za deptanie rezerwatu schodziliśmy do Doliny Białki, w powietrzu roznosiła się niebieska mgła spalin ciężkiego sprzętu, dźwięczał raźno jazgot pił mechanicznych, wesoło trzaskały młode drzewka łamane ściąganymi za pomocą wyciągów linowych pniami drzew, paliły się ogniska, przy których drwale odpoczywali po pracowitym dniu..;.l
Tutaj tylko jedna uwaga, skoro drwale i Japończycy mogą, to czemu ja nie ?
luknij na moje panoramy i galerie
Pierwsze nasze z żoną wspólne wyjście pozaszlakowe ?.. , wchodzimy do Staroleśnej bez wyraźnego celu, może mała Wysoka, może przejście przez Dol. Białki, w Zbójnickiej posilamy się zupą soczewicową, dobra jest, biorę dokładkę. Potem każdy co większy krok, to bez mała halny. Wstyd iść szlakiem, za nami ludzie, więc postanawiamy przynajmniej pójśc trochę pod prąd (wtedy), a więc w kierunku Czerwonej Ławki, a że potem i tak zrobiło się tłoczno, więc zboczyliśmy i tak krok za krokiem weszliśmy na Jaworowy,w dodatku na skuśkę środkiem ściany, zamiast żlebem. Żona tylko ciągle pytała, czy każę jej tędy schodzić, bo jeśli tak, to jej wszystko jedno i dzwoni po HZ. Na szczęście z góry drogę było widać duzo lepiej 
Uwaga ? - soczewicową jedz po powrocie z gór, a nie daj Boże na kolację przed niclegiem w schronisku
Uwaga ? - soczewicową jedz po powrocie z gór, a nie daj Boże na kolację przed niclegiem w schronisku
luknij na moje panoramy i galerie
1997 - pierwszy wyjazd w Tatry, trochę z przypadku i przy okazji. Informacji tyle co klasyczny ceper - że Rysy, że Giewont, że Morskie Oko ...
Czyli adidaski, jakaś kurtałka, buteleczka wody+batonik w kieszeni i wio na Nosal.
Następnego dnia klasycznie - Giewont w tłumie, a był to sierpień. Dzień później wyruszam autem w dalszą drogę, ale z mocnym postanowieniem: JA TU WRÓCĘ
Postanowienie musiało być naprawdę mocne, bo dojechałem tylko z Jaszczurówki do Ronda Kuźnickiego. Plama starego oleju z rozwalonej w tym miejscu skrzyni biegów wypożyczonego Seicento długo była tam jeszcze widoczna
Po dłuższych telefonicznych negocjacjach z wypożyczalnią uzyskaliśmy tzw. zgniły kompromis - oni przestali mi grozić jakimiś dziwnymi opłatami, a nawet zaofiarowali pieniądze tytułem rekompensaty za zmarnowany urlop, a ja wtedy wspaniałomyślnie stwierdziłem że jednak nie porzucę na rondzie samochodu z którym nic mnie w sumie nie łączyło
Następny telefon z automatu przy rondzie wykonałem już "Pod Pióro", żeby poinformować iż zaraz wracam, więc nie ma potrzeby sprzątać mojego pokoju.
W kolejnych dniach zaliczyłem jeszcze wejście na Grzesia oraz oczywiście Morskie Oko+Czarny Staw, po czym wróciłem do domu pociągiem, wciąż jednak z mocnym postanowieniem że kolejne urlopy to już tylko Tatry
I m. in. dlatego zawsze gdy w górach widzę ludzi wyglądających trochę przypadkowo, przypomina mi się mój pierwszy wyjazd. Wtedy pewnie ci "prawdziwi turyści" też o mnie różnie myśleli
Ale co mi tam ich opinie, ja wówczas widziałem tylko góry. W sumie tak jest chyba do dziś.
Czyli adidaski, jakaś kurtałka, buteleczka wody+batonik w kieszeni i wio na Nosal.
Następnego dnia klasycznie - Giewont w tłumie, a był to sierpień. Dzień później wyruszam autem w dalszą drogę, ale z mocnym postanowieniem: JA TU WRÓCĘ
Postanowienie musiało być naprawdę mocne, bo dojechałem tylko z Jaszczurówki do Ronda Kuźnickiego. Plama starego oleju z rozwalonej w tym miejscu skrzyni biegów wypożyczonego Seicento długo była tam jeszcze widoczna
Po dłuższych telefonicznych negocjacjach z wypożyczalnią uzyskaliśmy tzw. zgniły kompromis - oni przestali mi grozić jakimiś dziwnymi opłatami, a nawet zaofiarowali pieniądze tytułem rekompensaty za zmarnowany urlop, a ja wtedy wspaniałomyślnie stwierdziłem że jednak nie porzucę na rondzie samochodu z którym nic mnie w sumie nie łączyło
W kolejnych dniach zaliczyłem jeszcze wejście na Grzesia oraz oczywiście Morskie Oko+Czarny Staw, po czym wróciłem do domu pociągiem, wciąż jednak z mocnym postanowieniem że kolejne urlopy to już tylko Tatry
I m. in. dlatego zawsze gdy w górach widzę ludzi wyglądających trochę przypadkowo, przypomina mi się mój pierwszy wyjazd. Wtedy pewnie ci "prawdziwi turyści" też o mnie różnie myśleli
Każdemu jego Everest...
Może masz jeszcze gdzieś te fotki?myszoz pisze:Na Wielkim Kopieńcu w czasie burzowej pogody moim dziewczynom spod kapturów wystawały pionowo do góry kosmyki włosów. Ja robiłem zdjęcia bo wyglądało to dziwnie. Dopiero na kwaterze zrozumieliśmy, że byliśmy w wielkim niebezpieczeństwie.
Coś podobnego poczułem parę lat temu na Kopie Kondrackiej. Tzn. włosy mi dęba nie stawały bo i nie bardzo miało co stawać
Każdemu jego Everest...
Na czubku Lodowego przeżyłem coś takiego, świeciły się końcówki kijów, mrowiły włoski na ciele, walił grad wielkości jajek, poza tym na szczycie Koprowego, na Granatach i kuriozalna burza zimą na Zawracie, gdy na ubranych w zimowy strój lunął ciepły deszcz
luknij na moje panoramy i galerie




