Kiedy tu się wybrać na krokusy żeby choć trochę słońca było ..... jak polany zasypane, leje, wieje ....
Ponieważ szykowały mi się babcine obowiązki na siewierskim gospodarstwie na pierwszą połowę maja i inne w końcu kwietnia - tylko kilka dni wchodziło w wyjazdową rachubę.
Moje szczęście nie miało granic, kiedy zobaczyłam kilka w miarę pogodnych dni między 21 a 30 kwietnia.
Poczciwy Anioł Stróż Górski wysłuchał żebraniny
Dzięki Ci Aniołku za tą dobroć nieskończoną ...
Wtorek, dzień "dojazdowy" – do południa piękny, słoneczny. Po południu chmury przeplatały się z promieniami słońca, więc nie poszliśmy daleko – zresztą nie było na to czasu po powitalnym bałamuceniu z naszą gaździną, która na szczęście już czuje się dobrze i gazduje na "starych śmieciach" w chałupie .
1.
W następnych dniach już dużo, dużo słońca ...
2.

3.

4.

5.

6.

7.

... i krokusów, na które wybrała się z nami do Chochołowskiej moja przemiła koleżanka Hania.
8.

9.

10.

11.

12.

13.

14.

15.

16.

Na Polanie Jarząbczej żadnej "nadzieji" na krokusy za to śniegu do "bulu"
No i autentycznego bólu też.
17.

18.

Tej zwały śniegu nie przeszkadzały .... w głebokiej jak po czołgu śnieżnej koleinie, czekała na jakąś przygodę....
19.

Mój nabytek w postaci nowych butów przysporzył mi nie lada problemu. Dwie początkowe wycieczki – spokojnie... ale na kolejnej do Chochołowskiej, tak mi dopaliły że ledwo stamtąd przywlokłam się na Siwą Polanę.
W kolejnym dniu nie włożyłam ani nowych, ani co gorsza starych - których na szczęście nie wyrzuciłam i przytomnie "na wszelki wypadek" zabrałam.
Niezbyt długo się jednak tym martwiłam, założyłam - nie bez trudu - zwykłe "rozciapańce" do celów przydomowych i pojechałam do Vrbowa na baseny.
Podarowałam sobie odrobinę luksusu i za 6,5 euro wykupiłam 4,5 godziny przyjemności wodnych. Po drodze cudne widoki na Tatry ....
Nawet z takiego pecha można wyciągnąć jakieś uroki
Następne dni chodziłam z "bólem bolesnym" w dziurawych starych butach, ale po pewnym dystansie noga się do bólu trochę przyzwyczaiła i jakoś to było.
Tylko małżonek - patrząc na moje kulawe kroki - pytał co chwilę czy na pewno wiem że dobrze robię idąc na kolejną wycieczkę .
Dobrze..dobrze... nie przyjechałam tu siedzieć w chałupie.
Dokuśtykam powolutku - aż tak bardzo daleko się nie wybieramy.
We wtorek Kalatówki były całkowicie pod śniegiem, wystarczyło kilka ciepłych słonecznych dni – i proszę ....
20.

21.

22.

23.

No jak tu nie zajrzeć na Kondratową ...wprawdzie tam krokusów nie ma, ale za to spotkaliśmy znajomych z Zawiercia – też wielkich miłośników gór , i było bardzo sympatycznie
24.

25.

26.

Wodospady - jak to na wiosnę - niosą sporo wody.
27.

Na środku szlaku pod Sarnią Skałą grasowała duża żmija.
Jednemu chłopakowi udało się zrobić jej zdjęcie i przyszedł do mnie skonsultować "co to za wąż"
28.

Na pożegnanie znów Kalatówki - już prawie bez śniegu.
29.

30.

31.

32.

33.

34.

W końcu przyjechaliśmy na krokusy, a na ten widok - dość krótkotrwały - czeka się cały rok.
W dodatku udało mi się popatrzeć na to zjawisko przy pięknej pogodzie.
Jak wiosna – to i ptaki. Upolowałam kilka.
To ponoć bardzo rzadka odmiana kosa, z białym kołnierzem na szyi.
35.

A to ... hm... sama nie wiem co ...
36.

37.

Dziękuję Haneczce za miłe towarzystwo i pyszny obiad , oraz Ewie z małżonkiem za sympatyczne popołudnie na Kondratowej i ulżenie mojej nieszczęsnej stopie podwiezieniem pod samą chałupę.
Fajnie mieć dobrych ludzi wokół siebie.

Ala
panoramki





