Mój Niespokojny Duch – wbrew rozsądkowi jak zawsze – zaczął swoją śpiewkę … „jedź bo będziesz żałować...na pewno będziesz żałować …. na pewno będziesz żałować … na pewno” ….. .
W dodatku Tatrzański Głód nie nażarł się za wiele przez te trzy dni na Słowacji w lutym, więc też dołożył od siebie … „ pomyśl jak pięknie będzie w Młynickiej...Wielickiej...Kieżmarskiej... a może na Solisko sobie podjedziesz wyciągiem... zimą tam chyba jeszcze nie byłaś „ …. po czym - wiedząc jak ogromnie lubię tamte strony - ugryzł mnie boleśnie
No tak... wyciągiem.... i to w dodatku sama...no już się cieszę
Jak tu żyć z takimi „tasiemcami” dokuczliwymi.
Wiadomo przecież, że dotąd mnie będą gnębić aż im ulegnę.... co też po dość sporych rozterkach wewnętrznych zrobiłam.
Telefon do Violi czy w ogóle jest w domu …
Jest, lecz musi wyjechać na trzy dni … ale „neni problem” i „ne vadi” … mogę przyjechać. Pomieszkam trochę sama, przypilnuję domku i kwiatków żeby w nocy nie zmarzły.
Hmm ..tak samo mi się chciało pomieszkać samej w tym dużym domu – jak jechać wyciągiem na Solisko .
Ech... ile ja muszę dla tych Tatr „wycierpieć”
W każdej innej sytuacji dałabym sobie spokój … ale nie w tej.
Zapakowałam Puntusia i pojechałam. Małżonek dopiero zaczął rehabilitację ręki – 10 zabiegów . Pogoda nie poczeka...
Ponieważ Viola musiała w następnym dniu jechać, a na góry było za późno, więc wybrałyśmy się razem w kierunku naszym mocno ulubionym – do Vrbova na baseny
Wieczorem wprowadziła mnie w tajniki domku, co mi przysporzyło dodatkowego stresu – a ona się z moich obiekcji serdecznie uśmiała
Tak nawiasem – to ostatnio w Staszelówce też byłam sama.
Moja kochana gaździna przebywała u córki na rekonwalescencji po pobycie w szpitalu. Gdy zadzwoniłam że chciałabym przyjechać, dała mi klucze i rządziłam się sama w chałupie - pustej i smutnej bez Pani Zosi.
Teraz po podróży i trzygodzinnej kąpieli w ciepłych basenach spałam tak dobrze, jak mało kiedy.
Rano rozjechałyśmy się z Violą – każda w swoją stronę.
Ja do Szczyrbskiego Plesa.
Tu na parkingu znów miła niespodzianka, nikt nie zbiera kasy, czyli - za darmo … co za radość dla „chitrusa”.
Cała zadowolona z tego faktu poszłam niepewnie na szlak do Młynickiej, bo po ostatniej kalamicie był zamknięty i nie miałam żadnych informacji czy tam się już przejdzie.
Na szczęście uprzątnięto powalone drzewa i tylko zmieniona okolica i resztki pni przysypane śniegiem świadczyły o zniszczeniach. Zaraz za małym budyneczkiem, gdzie mieści się chyba jakieś ujęcie wody czy „cóś” , gdzie przedtem był gęsty las – teraz otwiera się wielka polana.
1.

2.

Dalej już po staremu.
3.

4.

5.

6.

Ludzi bardzo mało, widocznie nie wszyscy wiedzą że już można tu przyjść na spacer.
7.

8.

9.

Ten zagajnik limbowy budzi mój zachwyt, dość długo tu zawsze bałamucę robiąc zdjęcia.
10.

Wielkie Solisko jak piramida... a w Młynickiej jak zawsze – błękit błękitniejszy od błękitu.
11.

Mój Tatrzański Głód miał wyżerkę jak się patrzy, a i tak mu było mało - więc kusił jeszcze wyjazdem na Solisko.
Wiadomo – skusił.
Jakoś przeżyłam ten wyciąg i opłaciło się, bo było na co popatrzeć ...
Ludzi sporo, prawie sami narciarze, choć i takich turystów jak ja też nie brakowało.
Chętnie bym poszła wyżej, ąle niestety zimą jest „zatworene”.
12.

Szlak do Furkotnej też zamknięty, ale poszłam niespiesznie kilka kroków żeby zajrzeć choć odrobinkę w głąb Doliny.
O tej porze jej nie widziałam, a prezentuje się pięknie z Krywaniem w tle.
13.

14.

15.

Żeby podejrzeć większą część Grani Baszt, trzeba było podejść dość kawałek w bok po śladach wcześniej wydeptanych.
Udało się złapać kilka ujęć, ale przypłaciłam to wpadnięciem jednej nogi głęboko po sam tyłek w kosodrzewinę, no i miałam lekki problem żeby się stamtąd wygrzebać.
Wkoło miękki śnieg i nie było się na czym wesprzeć żeby biedną nogę wyciągnąć z tej pułapki .
Jakoś sobie poradziłam bez wzywania pomocy ...
Dobrze, że cała nie wpadłam – to dopiero byłby numer
16.

17.

Jeszcze spacer po zamarzniętym stawie i powrót do pustego domku
Pierwsza noc trochę czujna, ale w drugą już było dobrze. Cichutko tam i spokojnie, nikt nie rozrabia.
W następnym dniu wybrałam się do Kieżmarskiej i tak mi się spodobało niepłacenie za parking, że zostawiłam autko w zatoczce - około 300 m przed tym płatnym.
Taki kawałek dojdę sobie bez problemu, płatny widać stamtąd jak na dłoni .
W ten sposób już około 12 euro zaoszczędzę, a to nie jest kwota mała.
Po drodze podjechałam pstryknąć fotkę ślicznego kościółka w Dolnym Smokowcu który mi kiedyś Viola pokazała, ale wtedy nie zrobiłam zdjęć bo było mocno pod słońce.
18.

Na parkingu stało kilka samochodów, ale ludzi na szlaku zbyt wiele nie było.
A widoki …. cudne jak zawsze.
19.

Po wyjściu z lasu szłam sobie przez polanę powolutku, krok za krokiem.
Czasu było nadto, okolica przepiękna, dużo śniegu, bielusieńko i cudownie – gdzie się spieszyć.... i po co.
Stąd najlepiej widać urodę tej doliny.
20.

„Chłopek” z pod Przełęczy pod Rakuską Czubą wybornie przez Panią Zimę ustrojony.
21.

No i znane widoki w zimowej oprawie.
22.

23.

Powrót znów w ślimaczym tempie aż do lasu – potem też niespiesznie... czas miałam wyliczony na spokojnie.
W lesie przyjemnie, a po zimowym szlaku idzie się wspaniale.... równo, twardo no i z górki.
Ten szlak wbrew pozorom – dość mocno pod górę prowadzi, zwłaszcza w początkowym odcinku.
24.

25.

Przepiękna wycieczka – jak dobrze, że mnie moje Złe Duchy namówiły do tego wyjazdu.
Kolejna wyprawa - do Wielickiej, tam też bardzo lubię zimą zajrzeć.
Znów na odcinku do lasu przez skróty – tradycyjnie już bezchmurne niebo i ostre słońce, które solidnie mnie wysmażyło.
Na skrótach śniegowa ciapa i błoto, ale w lesie twardo i ślisko... raczki powędrowały na buty.
26.

Po chwili zastanowienia przy Wielickim Moście którędy dalej – poszłam szosą.
Na odcinku pod Gerlachem – za tablicą ostrzegającą przed lawinami – zawsze przyspieszam kroku, bo jestem dość tchórzliwa w tym temacie. Szliśmy tu zresztą kiedyś po dużym lawinisku, które „przeleciało” przez drogę i zatrzymało się niżej w rejonach brzegu polany – a nic tak nie działa na wyobraźnię jak to, co się zobaczy na własne oczy.
Tym razem droga była roztrajtana przez spychacz, spory odcinek dość ciężki do przejścia dał mi popalić , że nawet nie miałam siły przyspieszyć. Śniegu tam były masy - przy zakręcie do Śląskiego Domu spych wygarnął taki dół na drodze, że prawie cały się tam zmieścił.
Stanęłam bezradnie nad tym dołem – na szczęście operator zatrzymał maszynę i poczekał aż sobie poradzę. Musiałam ostrożnie przejść po ogromnych zwałach odgarniętych na pobocze, koślawych i nierównych.
27.

Dalej już same przyjemności.
Marcowe słońce dość mocno mnie przypaliło.
28.

29.

Wracałam przez Polanę Wielicką, bo o powtórce z rozrywki na szosie nie chciało mi się nawet pomyśleć.
30.

31.

Król Tatr w swoim majestacie.
32.

33.

Darowałam sobie też rozciapane skróciki na dole , a ponieważ czasu było trochę, więc powolutku wlokłam się suchą szosą.
Przy okazji zauważyłam, że na miejscu po kalamicie rosną już w dużej ilości nowe drzewka – brzozy, świerki, sosny, jarzębiny.
Jeszcze kilka lat i pewnie krajobraz zmieni się nie do poznania.
34.

35.

Tu parking jak zwykle w zatoczce przy Drodze Svobody – bezpłatny.
No... rzadko mi się zdarza ani raz nie zapłacić za parkingi – i to legalnie, bez kombinacji
Wróciłam do pustego domku, ale za niedługo przyjechała Viola, przywiozła mi trochę smakołyków i posiedziałyśmy sobie wieczorem przy winku.
W następnym dniu musiałam wracać, a i pogoda też się miała popsuć w kolejnym.
Rano planowałam wyjechać wcześniej, ale moja kochana koleżanka zawołała mnie na „raniajku” i jak zwykle pogadałyśmy znów ponad limit czasowy … ale szczerze mówiąc wcale mi się nie chciało wracać.
Żeby jednak wykorzystać ten wyjazd jak najpełniej, pojechałam do domu …..oczywiście przez Vrbov
Na Tatry napatrzyłam się jeszcze w drodze powrotnej - a były tak cudne, że „utwór poetycki” po prostu sam mi się napisał.
TATROM …..
Moje myśli krążą nad wysokimi szczytami jak wolny ptak...
pod chmurami majestatyczny orzeł.
Mój wzrok pieści z czułością dzikie poszarpane turnie
delikatnie niczym piórkiem ze skrzydła Anioła.
Moja dusza płacze z tęsknoty gdy tylko oczy stracą zasięg
I rozpaczliwie woła o powrót.
Moje zmysły błądzą po zakamarkach wyobraźni
- tam gdzie nigdy wchodzić nie powinny.
Moje serce przepełnione uczuciem trudnym
zaczyna szaleć na dźwięk słowa “jadę”
Z nadzieją na odrobinę wzajemności
W...TATRY.
I to by było na tyle.
Jak zwykle pozdrawiam serdecznie - nieuśpionych
Ala
panoramki







