Viola miała przyjechać dopiero po południu, a mnie szkoda było stracić tak pięknego dnia, więc pojechałam rano, z zamiarem połażenia po Hrebienioku, oraz obejrzenia Lodowego Domku nazywanego w internecie nie wiadomo dlaczego – Kaplicą.
Tu trochę na ten temat:
viewtopic.php?t=9530
Tam dość długo zatrzymała mnie wspaniała muzyka Vivaldiego i czasu starczyło już tylko na spacer do Rainerowej Chaty, oraz powrót szlakiem przy Wodospadach Zimnej Wody - niestety zamarzniętych, przysypanych śniegiem. Jeśli ktoś nie wiedział, to trudno się było domyślec, że tam są jakieś wodospady.
1.

2.

3.

Przez rozdarte poszycie Lodowego Domku fajnie było widać Łomnicę.
4.

Tatrzańskie lasy są w tragicznym stanie..... poschnięte, połamane, powywracane z korzeniami przez kolejne kalamity ..... Obraz nędzy i ostatniej rozpaczy...
5.

6.

7.

8.

Jak ten czas leci niewiarygodnie - minął rok jak się nie widziałyśmy z Violą... toteż przywitanie było bardzo ciepłe i serdeczne. Miałam tylko trzy dni na pobyt, więc żeby je dobrze wykorzystać - zaraz zabrałam ją na baseny do Vrbowa.
Wiem że to lubi, mnie zresztą też się bardzo spodobało to moczenie w siarkowych oparach. Teraz byłyśmy wieczorem i o tej porze baseny są podświetlane kolorowymi diodami – świetnie to wygląda.
Do tego na niebie cienki rogalik księżyca, a nad nim ogromna Venus …. i minus cztery stopnie na dworze.
Specyficznie ... klimatycznie.
Kolejny dzień spędziłam na Skalnatym Plesie - w narciarskim świecie, na który już niestety tylko mogę popatrzeć.
Ale co tam …. popatrzeć też fajnie, choćby na zasadzie “jak się nie ma co się lubi …. “
9.

10.

Zeszłam do Skalnatej Chaty, i kawałek do nartostrady - choć ścieżynka wąziutka, pochylona i śliska, ale w raczkach i z niezastąpionymi kijkami jakoś poszło.
11.

12.

13.

14.

W ostatnim dniu Viola wybrała się ze mną na "turu" , ale ponieważ we wczorajszym mocno się napracowała przy śniegu w ogródku, prosiła żeby wycieczka nie była zbyt męcząca.
Chciałam zrobić jej tą przyjemność, więc poszłyśmy na Popradzkie Pleso.
Zresztą ułożyłam na ten dzień taki miły plan - rano spokojna wycieczka, potem baseny we Vrbovie, a po przyjeździe wspólna kolacja i piwko. Sama radość
Nawet nie napiszę ile czasu zabrało nam dojście do schroniska, żeby uchronić czytających od pęknięcia ze śmiechu
Lubię się wlec w górach - no jednak tu przeszłyśmy same siebie.
Ale... w końcu trasa niedaleka, wokół przepiękne bielusieńkie krajobrazy, a Violę wszystko bolało - więc gdzie i "po czio" było się spieszyć...
Już ranek zapowiadał piękny dzień.
15.

No a potem – to już czysta bajka.
18.

17.

18.

19.

Dość długo posiedziałyśmy na tarasie schroniska. Ludzi niewiele, spokój i cudne białe góry wokół.
Śniegu nasypało ogromne ilości w bardzo krótkim czasie - i pół biedy że w Tatrach - ale zasypane były drogi, ulice, chodniki, ogródki.
Viola określiła te dni krótko - “katastrofa” ........ ale jak śpiewał Kabaret Moralnego Niepokoju -
“ Jaka pięękna katastrofa ... ech”
20.

21.

Po powrocie, zjadłyśmy razem obiad i oczywiście w te pędy, zgodnie z planem - do Vrbova na baseny. Świetna sprawa po takim spacerku.
Ostatni punkt programu z piwkiem nie doszedł do skutku, bo niestety wieczorem Viola poczuła się grypowo, miała wysoką gorączkę i musiała iść do łóżka.
Wszystkie kumpele chorowały na grypę po kolei - w końcu i ją dopadło.
Mnie - na drugi dzień po powrocie do domu - zresztą też.
Ten krótki wypad sprawił mi wiele radości. Wycieczki choć banalne – jak to u mnie w zimę - zaspokoiły trochę mojego wiecznie nienażartego Tatrzańskiego Głoda.
Codzienne długie, wesołe pogawędki, wspólne posiłki i wypady bardzo nas do siebie zbliżyły
Wschody słońca – zostawiam bez komentarza, bo brak mi słów po prostu .
22.

Z żalem jak zwykle wyjeżdżałam z Novej Leśnej i nawet się nie spodziewałam, że tak szybko wrócę w Tatry.
TRZY DNI W TATRACH Z MAĆKIEM
Maciek, to wnuk mojej siostry ciotecznej - młody utalentowany chłopak, artysta śpiewak, tenor …. i w ogóle fajny gość.
Po kilkunastu dniach wypatrzyłam ładny weekend, a ponieważ obiecałam Maćkowi, że zabiorę go kiedyś w góry – wykorzystałam to do spełnienia danej obietnicy – tym bardziej, że miał wtedy wolny czas pomiędzy próbami i występami.
Wyjechaliśmy z samego rana w niedzielę i żeby nie stracić dnia – prosto na Łysą Polanę do Białovodskiej...
23.

24.

…. a potem jeszcze na Rusinową Polanę i Wiktorówki.
Piękna niedziela, więc cały parking na Wierch Porońcu zajęty , pobocze do samego ronda też.
Lekko po południu gdy przyjechaliśmy było już kilka wolnych miejsc na parkingu i na poboczu. Wybrałam pobocze, bo miało tą dobrą stronę, że 15 zł zostało w kieszeni
25.

W następnym dniu – marzenie Maćka – Morskie Oko i spacer po zamarzniętym stawie.
26.

Poniedziałek, ludzi mało, można było spokojnie wypić piwko obok schroniska na ławie.
Jedynie trzeba było uważać na morskooczne żebraczki orzechówki, bo podlatywały i wyrywały mojemu zaskoczonemu towarzyszowi jedzenie z ręki . Wprawdzie uprzedzałam go o tym, ale pewnie nie dowierzał - dopóki się nie przekonał na własnej przekąsce
27.

We wtorek kolejne marzenie do spełnienia – Kasprowy Wierch.
Kolejka do kolejki na 15 minut stania (uff...) Chciałam pokazać Maćkowi jeszcze Gąsienicową, więc postanowiłam, że kupimy bilety w jedną stronę, a z powrotem zejdziemy z Przełęczy Suchej i po odpoczynku przy piwku koło Murowańca wrócimy przez Skupniów Upłaz do Kuźnic.
Na niebie tylko kilka niesłychanie malowniczych długich chmurek, które potem całkiem zanikły, pozostawiając niczym nie skażony błękit błękitniejszy od błękitu.
Poczciwy oklepany Kasprowy – a zawsze dostarcza wspaniałych wrażeń widokowych.
Połaziliśmy trochę po kopule, potem posiedzieliśmy na słonecznym Beskidzie ...
28.

29.

30.

Oczywiście pamiątkowa sesja fotograficzna ...
31.

32.

I trzeba było powoli schodzić.
Początek dość ostry, śnieg zmierzwiony przez ratrak – ale w porównaniu z moją męką ostatniego lutowego wejścia w miękkiej bryi - to istna autostrada do nieba – do tego w dół .
Niżej już ścieżka twarda, śnieg udeptany... ech ... można wchodzić bez specjalnego wysiłku - a ja się tak namęczyłam
33.

34.

Przy Murowańcu ludzi mało, wolna ławka na placu bez problemu się znalazła.
Zgodnie z planem zrobiliśmy sobie odpoczynek z puszeczką w - gorących niczym latem - promykach marcowego słońca, które nas nieźle przypiekło .
Maciek był zachwycony tą wycieczką, na której można było trochę posmakować gór....
Poprzednimi zresztą też.
W środę musieliśmy wracać, pogoda zaczęła się psuć - a mój dzielny towarzysz miał po południu próbę przed czwartkowym występem.
Fajny wypad, po wakacjach zrobimy coś dalszego i wyższego..... a może jeszcze w czerwcu ? ...
Mam nadzieję
Ala
panoramki







