Rysy
Rysy
Rysy
2003
Pamiętam pierwszy raz. Pierwsza praca, pierwsze pieniądze i gdzie tu jechać na urlop. Pomyślałem o górach. Nigdy tam nie byłem. Kupiłem mapę Tatr a na niej był niebieski szlak prowadzący przez miejsca znane z geografii ze szkoły podstawowej takie jak Hala Gąsienicowa, Dolina Pięciu Stawów i Morskie Oko. Wybrałem drogę z Kuźnic kończąc plany na Rysach. Liczyłem trzy dni na pokonanie tej trasy. Pojechałem z Michałem.
Wysiedliśmy rano z pociągu i ruszyliśmy do Kuźnic. O świcie byliśmy na Boczaniu. Piękny wschód Słońca nad Doliną Olczyską (wtedy nie wiedziałem że tak się nazywa). Potem Murowaniec i złe przeczucia co do drogi przez Zawrat. Czarny Staw i ruszyliśmy na Zawrat.
Posrani ze strachu wbiegliśmy na przełęcz w tych naszych biednych adidasach a po drodze jakiś dziadek widząc co sobą przedstawiamy życzył: - Szczęść Wam Boże.
Potem zejście na miękkich kolanach do Piątki. O 11.00 byliśmy w schronisku. Już wtedy byłem zmęczony.
Zjadłem naleśniki a Michał bigos. Poszliśmy przez Świstówkę do Moka. Widok z Kępy...
Był taki metr z łańcuchem (teraz już łańcucha tam nie ma) i na sam widok zaczęły mi się trząść kolana, ech... Wybiegliśmy na asfalt a ja krzyczę:
– O, nie ma kamieni – ludzie dziwnie się patrzeli ha ha.
Zdziwieni tymi tłumami weszliśmy ostatkiem sił nad Czarny Staw pod Rysami.
Wyczerpany powiedziałem do Michała że na Rysy dzisiaj nie wejdziemy. Nie miałem sił ani odwagi. Po Zawracie czułem głęboki respekt przed górami.
Dowlekliśmy się do Włosienicy i pamiętam natrętną myśl żeby zjechać zaprzęgiem którą brat zdecydowanie wybił mi z głowy. Poszliśmy do Palenicy.
Znaleźliśmy nocleg. Na drugi dzień obudziłem się cały obolały i odwodniony. Czekając na pociąg spoczęliśmy na Równi Krupowej gdzie poległy ze szczętem marzenia o Rysach. Pierwsze podejście... zakochałem się.
2003
Pamiętam pierwszy raz. Pierwsza praca, pierwsze pieniądze i gdzie tu jechać na urlop. Pomyślałem o górach. Nigdy tam nie byłem. Kupiłem mapę Tatr a na niej był niebieski szlak prowadzący przez miejsca znane z geografii ze szkoły podstawowej takie jak Hala Gąsienicowa, Dolina Pięciu Stawów i Morskie Oko. Wybrałem drogę z Kuźnic kończąc plany na Rysach. Liczyłem trzy dni na pokonanie tej trasy. Pojechałem z Michałem.
Wysiedliśmy rano z pociągu i ruszyliśmy do Kuźnic. O świcie byliśmy na Boczaniu. Piękny wschód Słońca nad Doliną Olczyską (wtedy nie wiedziałem że tak się nazywa). Potem Murowaniec i złe przeczucia co do drogi przez Zawrat. Czarny Staw i ruszyliśmy na Zawrat.
Posrani ze strachu wbiegliśmy na przełęcz w tych naszych biednych adidasach a po drodze jakiś dziadek widząc co sobą przedstawiamy życzył: - Szczęść Wam Boże.
Potem zejście na miękkich kolanach do Piątki. O 11.00 byliśmy w schronisku. Już wtedy byłem zmęczony.
Zjadłem naleśniki a Michał bigos. Poszliśmy przez Świstówkę do Moka. Widok z Kępy...
Był taki metr z łańcuchem (teraz już łańcucha tam nie ma) i na sam widok zaczęły mi się trząść kolana, ech... Wybiegliśmy na asfalt a ja krzyczę:
– O, nie ma kamieni – ludzie dziwnie się patrzeli ha ha.
Zdziwieni tymi tłumami weszliśmy ostatkiem sił nad Czarny Staw pod Rysami.
Wyczerpany powiedziałem do Michała że na Rysy dzisiaj nie wejdziemy. Nie miałem sił ani odwagi. Po Zawracie czułem głęboki respekt przed górami.
Dowlekliśmy się do Włosienicy i pamiętam natrętną myśl żeby zjechać zaprzęgiem którą brat zdecydowanie wybił mi z głowy. Poszliśmy do Palenicy.
Znaleźliśmy nocleg. Na drugi dzień obudziłem się cały obolały i odwodniony. Czekając na pociąg spoczęliśmy na Równi Krupowej gdzie poległy ze szczętem marzenia o Rysach. Pierwsze podejście... zakochałem się.
Spadają deski
Ze smreków strzelistych
Robiąc bałwana
Z zielonego turysty
Ze smreków strzelistych
Robiąc bałwana
Z zielonego turysty
2004
Dostałem cztery dni wolnego. Rano zszedłem ze zmiany a wieczorem wsiadłem w pociąg do Krakowa.
W Zakopanem byłem bardzo wcześnie. Busy jeszcze nie kursowały. Wziąłem taksówkę do Palenicy.
Tym razem byłem przygotowany. Miałem buty trekingowe na Vibramie i kurtkę z membraną. Doszedłem do schroniska nad Morskim Okiem. Spojrzałem na Rysy. Leżało jeszcze dużo śniegu. Za dużo. Musiałem zmienić plany. Nie dlatego że byłem taki otrzaskany doświadczeniem wysokogórskim tylko dlatego że bałem się poślizgnięcia. Jestem strachliwy.
Zostały Wrota albo Szpiglasowa Przełęcz. Wybrałem Przełęcz.
Raźno pomykałem. Wyprzedziłem czwórkę turystów. Później widziałem poszli na Wrota. Byłem sam. Żywej duszy. Pod przełęczą były momenty z lodem. Pokonałem strach i pokonałem te momenty. Wszedłem na przełęcz. Widoków żadnych. Nie pchałem się na Szpiglasa tylko zacząłem schodzić do Doliny Pięciu Stawów. Zacząłem schodzić przedwcześnie jakimś kominkiem ale z dobrymi chwytami i wyszedłem już na szlak, na łańcuchy. Niżej leżało sporo śniegu. Szedłem czujnie po wydeptanych śladach. Później znowu nastąpiła mała dygresja co do przebiegu szlaku ale w końcu na niego trafiłem. Nie było już śniegu. Idąc doliną minąłem dwie dziewczyny.
-Skąd tu się wzięli ludzie? – jedna do drugiej jakby mnie nie było. Doszedłem do schroniska. Kawa i dalej.
W Roztoce mijałem wycieczkę szkolną a przewodniczka do mnie:
-Już na dół?
-To był długi dzień – ja na to.
A co z Rysami? - zapytacie. Jeszcze nie tym razem.
Dostałem cztery dni wolnego. Rano zszedłem ze zmiany a wieczorem wsiadłem w pociąg do Krakowa.
W Zakopanem byłem bardzo wcześnie. Busy jeszcze nie kursowały. Wziąłem taksówkę do Palenicy.
Tym razem byłem przygotowany. Miałem buty trekingowe na Vibramie i kurtkę z membraną. Doszedłem do schroniska nad Morskim Okiem. Spojrzałem na Rysy. Leżało jeszcze dużo śniegu. Za dużo. Musiałem zmienić plany. Nie dlatego że byłem taki otrzaskany doświadczeniem wysokogórskim tylko dlatego że bałem się poślizgnięcia. Jestem strachliwy.
Zostały Wrota albo Szpiglasowa Przełęcz. Wybrałem Przełęcz.
Raźno pomykałem. Wyprzedziłem czwórkę turystów. Później widziałem poszli na Wrota. Byłem sam. Żywej duszy. Pod przełęczą były momenty z lodem. Pokonałem strach i pokonałem te momenty. Wszedłem na przełęcz. Widoków żadnych. Nie pchałem się na Szpiglasa tylko zacząłem schodzić do Doliny Pięciu Stawów. Zacząłem schodzić przedwcześnie jakimś kominkiem ale z dobrymi chwytami i wyszedłem już na szlak, na łańcuchy. Niżej leżało sporo śniegu. Szedłem czujnie po wydeptanych śladach. Później znowu nastąpiła mała dygresja co do przebiegu szlaku ale w końcu na niego trafiłem. Nie było już śniegu. Idąc doliną minąłem dwie dziewczyny.
-Skąd tu się wzięli ludzie? – jedna do drugiej jakby mnie nie było. Doszedłem do schroniska. Kawa i dalej.
W Roztoce mijałem wycieczkę szkolną a przewodniczka do mnie:
-Już na dół?
-To był długi dzień – ja na to.
A co z Rysami? - zapytacie. Jeszcze nie tym razem.
Ostatnio zmieniony wt 10 mar, 2015 przez lukka, łącznie zmieniany 2 razy.
Spadają deski
Ze smreków strzelistych
Robiąc bałwana
Z zielonego turysty
Ze smreków strzelistych
Robiąc bałwana
Z zielonego turysty
2004
Wyszedłem z Murzasichla Capówki i skierowałem się do Brzezin. Przy budce z biletami rozmawiała kobieta z mężczyzną. Byli z TPNu. Dałem bilet do sprawdzenia (miałem czterodniowy) a kobieta jakby mimochodem do mężczyzny:
– Słabo dzisiaj. Pada u góry.
Dzięki za troskę – pomyślałem i ruszyłem w drogę.
Chmury były nisko. Siąpiło z nich ale na szczęście nie rozpadało się. Doszedłem do Psiej Trawki. To miał być dzień restowy przed jutrzejszym wyjściem na Rysy. Pogoda nie sprzyjała ale byłem tak zdeterminowany że jaka by nie była szedłbym do upadłego. Na razie skręciłem na Rówień Waksmundzką. Chciałem przez Gęsią Szyję zejść na Rusinową Polanę. Tylko tyle.
Szedłem a szlak miejscami zamieniał się w mały potok. U góry naprawdę musiało padać. Wszedłem na Gęsią Szyję spowitą mgłą-chmurami. Zacząłem schodzić na Rusinową. Po wyjściu z lasu rozpostarł się widok na Polanę. Zszedłem kilka stopni i usiadłem obok szlaku.
Na dole leniwie pasły się owce. Widok sięgał jeszcze wierzchołków smreków tonących w chmurach. Panowała głucha cisza. Nie było żadnego ruchu powietrza. Zamarła chwila. Zamarłem i ja. I jakbym trwał jak te góry, wieczność całą. Mistyczne przeżycie. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem. Po dwóch godzinach chmury zaczęły się podnosić. Ruszyły. Przyszedł wiatr i świerki zaczęły szumieć. Dźwięk który wybudził mnie z zastania.
Na drugi dzień była piękna, słoneczna pogoda. Ani jednej chmurki. Wszedłem na Rysy. Do Buli myślałem sobie – Co ja tu robię? Po co mi to jest? Ale wszedłem. Na szczycie pełno naszych (Polaków) a ja poprosiłem jakiegoś Anglika żeby zrobił mi zdjęcie. Zszedłem do schroniska. Wszedłem dumny i blady, ja, zdobywca świata myśląc że będą czekać na mnie z otwartymi ramionami, z kuflem piwa i obiadem a tu... niekończąca się kolejka do bufetu. Wyszedłem zły i głodny i poszedłem do Palenicy a potem dalej do kwatery, do moich kanapek z pasztetem.
Tak zdobyłem Rysy ale to Polana zdobyła mnie.
Wyszedłem z Murzasichla Capówki i skierowałem się do Brzezin. Przy budce z biletami rozmawiała kobieta z mężczyzną. Byli z TPNu. Dałem bilet do sprawdzenia (miałem czterodniowy) a kobieta jakby mimochodem do mężczyzny:
– Słabo dzisiaj. Pada u góry.
Dzięki za troskę – pomyślałem i ruszyłem w drogę.
Chmury były nisko. Siąpiło z nich ale na szczęście nie rozpadało się. Doszedłem do Psiej Trawki. To miał być dzień restowy przed jutrzejszym wyjściem na Rysy. Pogoda nie sprzyjała ale byłem tak zdeterminowany że jaka by nie była szedłbym do upadłego. Na razie skręciłem na Rówień Waksmundzką. Chciałem przez Gęsią Szyję zejść na Rusinową Polanę. Tylko tyle.
Szedłem a szlak miejscami zamieniał się w mały potok. U góry naprawdę musiało padać. Wszedłem na Gęsią Szyję spowitą mgłą-chmurami. Zacząłem schodzić na Rusinową. Po wyjściu z lasu rozpostarł się widok na Polanę. Zszedłem kilka stopni i usiadłem obok szlaku.
Na dole leniwie pasły się owce. Widok sięgał jeszcze wierzchołków smreków tonących w chmurach. Panowała głucha cisza. Nie było żadnego ruchu powietrza. Zamarła chwila. Zamarłem i ja. I jakbym trwał jak te góry, wieczność całą. Mistyczne przeżycie. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem. Po dwóch godzinach chmury zaczęły się podnosić. Ruszyły. Przyszedł wiatr i świerki zaczęły szumieć. Dźwięk który wybudził mnie z zastania.
Na drugi dzień była piękna, słoneczna pogoda. Ani jednej chmurki. Wszedłem na Rysy. Do Buli myślałem sobie – Co ja tu robię? Po co mi to jest? Ale wszedłem. Na szczycie pełno naszych (Polaków) a ja poprosiłem jakiegoś Anglika żeby zrobił mi zdjęcie. Zszedłem do schroniska. Wszedłem dumny i blady, ja, zdobywca świata myśląc że będą czekać na mnie z otwartymi ramionami, z kuflem piwa i obiadem a tu... niekończąca się kolejka do bufetu. Wyszedłem zły i głodny i poszedłem do Palenicy a potem dalej do kwatery, do moich kanapek z pasztetem.
Tak zdobyłem Rysy ale to Polana zdobyła mnie.
Spadają deski
Ze smreków strzelistych
Robiąc bałwana
Z zielonego turysty
Ze smreków strzelistych
Robiąc bałwana
Z zielonego turysty
2005
O 8.00 wystartowaliśmy z Michałem z Palenicy. O 11.30 byliśmy na szczycie na Rysach. Bóg mi świadkiem. Niewiele pamiętam. Brat miał pretensje że nic nie widać, mgła straszna a my się pchamy do góry. Za to na szczycie trochę się przejaśniło. Było widać Niżne, Ganek, Wysoką i Mięgusze. Morze mgieł poniżej. Coś pięknego. Michał już nie miał mi za złe uporu na dole.
Szybko i lekko. Tyle o tym wejściu można powiedzieć.
O 8.00 wystartowaliśmy z Michałem z Palenicy. O 11.30 byliśmy na szczycie na Rysach. Bóg mi świadkiem. Niewiele pamiętam. Brat miał pretensje że nic nie widać, mgła straszna a my się pchamy do góry. Za to na szczycie trochę się przejaśniło. Było widać Niżne, Ganek, Wysoką i Mięgusze. Morze mgieł poniżej. Coś pięknego. Michał już nie miał mi za złe uporu na dole.
Szybko i lekko. Tyle o tym wejściu można powiedzieć.
Spadają deski
Ze smreków strzelistych
Robiąc bałwana
Z zielonego turysty
Ze smreków strzelistych
Robiąc bałwana
Z zielonego turysty
2007
Dzień restowy. Chcąc odpocząć od chaosu Zakopanego, wybrałem się nad Popradzki Staw. Założyłem krótkie spodenki i sandały. W plecaku kurtka, woda i czekolada. Lekko i przyjemnie.
Była dopiero 11.00, a już byłem nad Stawem. Co dalej? Tłuc się z powrotem elektriczką i autobusem? A może... Już postanowiłem. Pójdę przez Rysy na stronę polską.
W sandałach dosłownie unosiłem się nad kamieniami. Szlak do Chaty puścił ekspresowo. Od schroniska zmieniła się pogoda. Zaczął wiać silny wiatr i zachmurzyło się. Wszedłem na szczyt, jednak nie był to czas na euforię – nie w tym obuwiu.
Ze szczytu był ''zjazd'' na łańcuchach niemal do samej Buli. Od Buli zaczęło kropić. Opad nie był intensywny ani długotrwały, ale sprawił, że kamienie stały się śliskie. Sandały traciły resztki przyczepności, a ja pomyślałem, że straciłem resztki rozumu. Czyste szaleństwo. Jak można było postąpić w tak idiotyczny sposób? - pytałem się w duszy.
Z maksymalnie wytężoną uwagą. Skoncentrowany jak nigdy w życiu doszedłem do Czarnego Stawu. Udało się. Zrobiłem Rysy w sandałach.
Wiem, że to było głupie i przez długi czas nie chwaliłem się tym. Tak to już jest.
Dzień restowy. Chcąc odpocząć od chaosu Zakopanego, wybrałem się nad Popradzki Staw. Założyłem krótkie spodenki i sandały. W plecaku kurtka, woda i czekolada. Lekko i przyjemnie.
Była dopiero 11.00, a już byłem nad Stawem. Co dalej? Tłuc się z powrotem elektriczką i autobusem? A może... Już postanowiłem. Pójdę przez Rysy na stronę polską.
W sandałach dosłownie unosiłem się nad kamieniami. Szlak do Chaty puścił ekspresowo. Od schroniska zmieniła się pogoda. Zaczął wiać silny wiatr i zachmurzyło się. Wszedłem na szczyt, jednak nie był to czas na euforię – nie w tym obuwiu.
Ze szczytu był ''zjazd'' na łańcuchach niemal do samej Buli. Od Buli zaczęło kropić. Opad nie był intensywny ani długotrwały, ale sprawił, że kamienie stały się śliskie. Sandały traciły resztki przyczepności, a ja pomyślałem, że straciłem resztki rozumu. Czyste szaleństwo. Jak można było postąpić w tak idiotyczny sposób? - pytałem się w duszy.
Z maksymalnie wytężoną uwagą. Skoncentrowany jak nigdy w życiu doszedłem do Czarnego Stawu. Udało się. Zrobiłem Rysy w sandałach.
Wiem, że to było głupie i przez długi czas nie chwaliłem się tym. Tak to już jest.
Spadają deski
Ze smreków strzelistych
Robiąc bałwana
Z zielonego turysty
Ze smreków strzelistych
Robiąc bałwana
Z zielonego turysty
2009
Jadę pociągiem do Zakopanego. Dzięki punktualności kolei na obiad jestem u celu. Po posiłku wsiadam do busa na Palenicę.
Raźno pokonuję asfalt do Moka. Na wysokości Włosienicy zaczyna kropić. Nieopodal Moka pada już regularnie. Pewnie wszystkich zgoniło do schroniska. Wolne miejsca na suficie – myślę sobie. Na szczęście ''weranda'' Starego Schroniska jest wolna. Siadam na ławce. Zakładam buty i kurtkę. Przysiada się dwóch kolesi z piwkiem w ręku. Pewnie jacyś łojanci – myślę sobie.
Wchodzisz czy schodzisz? - pyta jeden.
Wchodzę.
Gdzie? - pyta drugi.
Rysy.
Też dzisiaj próbowaliśmy ale deszcz nas zawrócił.
Czyli nie łojanci – reflektuję się.
Może przyłączysz się do nas jutro?
Nie szukam kolegów – myślę sobie a grzecznie odpowiadam:
Jutro będę już daleko.
Jak prawdziwy twardziel zarzucam lekko ciężki plecak na ramiona i ruszam w drogę.
Do Czarnego Stawu przerabiam wszelkie natężenia opadów. Trzy godziny drogi z poślizgiem i suszenie w Chacie – myślę sobie. Pojedynczo napotykane osoby uświadamiają mi że idę pod prąd.
Kilka stopni nad stawem deszcz słabnie by po chwili ustać.
Wchodzę na Bulę. Coś słabo. Pierwsze otarcia na stopach. Kilka łyków wody. Kostki czekolady którymi próbuję osłodzić sobie myśl że lekko nie będzie. Przejaśnia się. Ruszam dalej.
Po kilku metrach słabnę. Zaciskam zęby. Wystarcza na kilka metrów. Desperacko chwytam się łańcuchów. Bardziej wciągam się na rękach niż wchodzę. Po kilku metrach nie mam siły podnieść ramion. Kiedy jest trochę miejsca kładę się wyczerpany.
Łapię powietrze wielkimi haustami i nie mogę go złapać. Serce bije jak oszalałe a w głowie tłucze się myśl – Kurwa, przecież tu nie zostanę.
Woda, czekolada i naprzód.
Ruszam się jak automat. Ruch, ból. Jestem metr wyżej. Ruch, ból. Jestem metr wyżej. Ruch, ból. Jestem na szczycie. Jestem sam. Konsternacja. Nie ma całej tej trzody a właśnie odwaliłem największą trzodę w życiu.
Siedzę i siedzę i tak sobie siedzę. Coś długo siedzę.
Musisz się ruszyć.
Nie mam siły.
Musisz to zrobić. Z górki powinno być lżej – ten argument mnie przekonuje.
Nie jest lżej. Jest inaczej. Zdarte stopy sprawiają że czuję się jakbym szedł po rozżarzonych węglach. Kamienie położone na płask obracają ku mnie ostre krawędzie kiedy na nich staję. Zaczynam mieć halucynacje.
Schronisko. Koniec walki. Nie ma ulgi. Jest miejsce.
Siadam do stołu i trzęsącymi rękoma zabieram się za kolację. Jestem w lekkim szoku. Nikt nic nie zauważa.
Ktoś mógłby powiedzieć że to kara za wejście w sandałach. Dla mnie to swoista równowaga. Krótkie jest dopełnieniem długiego.
Jadę pociągiem do Zakopanego. Dzięki punktualności kolei na obiad jestem u celu. Po posiłku wsiadam do busa na Palenicę.
Raźno pokonuję asfalt do Moka. Na wysokości Włosienicy zaczyna kropić. Nieopodal Moka pada już regularnie. Pewnie wszystkich zgoniło do schroniska. Wolne miejsca na suficie – myślę sobie. Na szczęście ''weranda'' Starego Schroniska jest wolna. Siadam na ławce. Zakładam buty i kurtkę. Przysiada się dwóch kolesi z piwkiem w ręku. Pewnie jacyś łojanci – myślę sobie.
Wchodzisz czy schodzisz? - pyta jeden.
Wchodzę.
Gdzie? - pyta drugi.
Rysy.
Też dzisiaj próbowaliśmy ale deszcz nas zawrócił.
Czyli nie łojanci – reflektuję się.
Może przyłączysz się do nas jutro?
Nie szukam kolegów – myślę sobie a grzecznie odpowiadam:
Jutro będę już daleko.
Jak prawdziwy twardziel zarzucam lekko ciężki plecak na ramiona i ruszam w drogę.
Do Czarnego Stawu przerabiam wszelkie natężenia opadów. Trzy godziny drogi z poślizgiem i suszenie w Chacie – myślę sobie. Pojedynczo napotykane osoby uświadamiają mi że idę pod prąd.
Kilka stopni nad stawem deszcz słabnie by po chwili ustać.
Wchodzę na Bulę. Coś słabo. Pierwsze otarcia na stopach. Kilka łyków wody. Kostki czekolady którymi próbuję osłodzić sobie myśl że lekko nie będzie. Przejaśnia się. Ruszam dalej.
Po kilku metrach słabnę. Zaciskam zęby. Wystarcza na kilka metrów. Desperacko chwytam się łańcuchów. Bardziej wciągam się na rękach niż wchodzę. Po kilku metrach nie mam siły podnieść ramion. Kiedy jest trochę miejsca kładę się wyczerpany.
Łapię powietrze wielkimi haustami i nie mogę go złapać. Serce bije jak oszalałe a w głowie tłucze się myśl – Kurwa, przecież tu nie zostanę.
Woda, czekolada i naprzód.
Ruszam się jak automat. Ruch, ból. Jestem metr wyżej. Ruch, ból. Jestem metr wyżej. Ruch, ból. Jestem na szczycie. Jestem sam. Konsternacja. Nie ma całej tej trzody a właśnie odwaliłem największą trzodę w życiu.
Siedzę i siedzę i tak sobie siedzę. Coś długo siedzę.
Musisz się ruszyć.
Nie mam siły.
Musisz to zrobić. Z górki powinno być lżej – ten argument mnie przekonuje.
Nie jest lżej. Jest inaczej. Zdarte stopy sprawiają że czuję się jakbym szedł po rozżarzonych węglach. Kamienie położone na płask obracają ku mnie ostre krawędzie kiedy na nich staję. Zaczynam mieć halucynacje.
Schronisko. Koniec walki. Nie ma ulgi. Jest miejsce.
Siadam do stołu i trzęsącymi rękoma zabieram się za kolację. Jestem w lekkim szoku. Nikt nic nie zauważa.
Ktoś mógłby powiedzieć że to kara za wejście w sandałach. Dla mnie to swoista równowaga. Krótkie jest dopełnieniem długiego.
Spadają deski
Ze smreków strzelistych
Robiąc bałwana
Z zielonego turysty
Ze smreków strzelistych
Robiąc bałwana
Z zielonego turysty
- Zakochani w Tatrach
-

- Posty: 3234
- Rejestracja: pn 22 paź, 2007
- Lokalizacja: Zawiercie
Bardzo czegoś chciałem (zdobyć Rysy) a tu coś takiego.camzik pisze:po co wracam w góry
Dzięki.Zakochani w Tatrach pisze:Fajnie napisane
Sam widziałem kiedyś zakonnicę w sandałach w drodze na Rysy i nastolatkę w japonkach na Sarniej Skale (to mnie nie usprawiedliwia).Zakochani w Tatrach pisze:w sandałach
Spadają deski
Ze smreków strzelistych
Robiąc bałwana
Z zielonego turysty
Ze smreków strzelistych
Robiąc bałwana
Z zielonego turysty
E tam, w sandałach, to żadne przestępstwo. Przeszłam kiedyś z jednym gościem Orlą w sandałach.
A z drugim gościem, z którym byłam kiedyś w Paklenicy to były jaaj bo on zasadniczo chodził i wspinał się boso. W każdym razie do 3000 mniej więc. Nie byłam świadkiem ale opowiadał mi kiedyś że wchodził na Zugspitze a tam jest kawałek lodowca. No i on też boso po tym lodowcu. Ludzie tak dziwnie patrzyli..no to on dla jaj się pyta, jak daleko jeszcze na Zugspitze, to o mało go nie pobili, że sobie z nich łacha drze. Oj, ci Niemcy, za grosz poczucia humoru.
Poniższe zdjęcie pochodzi z Paklenicy.

A z drugim gościem, z którym byłam kiedyś w Paklenicy to były jaaj bo on zasadniczo chodził i wspinał się boso. W każdym razie do 3000 mniej więc. Nie byłam świadkiem ale opowiadał mi kiedyś że wchodził na Zugspitze a tam jest kawałek lodowca. No i on też boso po tym lodowcu. Ludzie tak dziwnie patrzyli..no to on dla jaj się pyta, jak daleko jeszcze na Zugspitze, to o mało go nie pobili, że sobie z nich łacha drze. Oj, ci Niemcy, za grosz poczucia humoru.
Poniższe zdjęcie pochodzi z Paklenicy.

-
Lady Wagabunda
-

- Posty: 29
- Rejestracja: wt 05 maja, 2015
- Kontakt:
Rysy to jeden z tych szczytów na których jeszcze nigdy nie miałem porządnej widoczności.
Porządnej, czyli takiej aby słynną panoramę móc obejrzeć na spokojnie i w całości. Zawsze jak nie mgła to deszcz, jak nie deszcz to burza.
Może za piątym razem się uda. Ale raczej nie w tym roku, chyba że moi ortopedzi i rehabilitanci naprawdę dobrze się spiszą.
Porządnej, czyli takiej aby słynną panoramę móc obejrzeć na spokojnie i w całości. Zawsze jak nie mgła to deszcz, jak nie deszcz to burza.
Może za piątym razem się uda. Ale raczej nie w tym roku, chyba że moi ortopedzi i rehabilitanci naprawdę dobrze się spiszą.
Każdemu jego Everest...
To się nazywa wytrwałość. Kapitalnie napisane, z humorem . Czasem bywa tak, że do czegoś wiedzie długa i trudna droga. Ale gdy się osiągnie cel, to smak radości jest podwójny

Jeśli i pacjent będzie współpracował i słuchał to pewnie się udaandy67 pisze:chyba że moi ortopedzi i rehabilitanci naprawdę dobrze się spiszą.
Wyruszyć tam, gdzie sięga wzrok, by dojść hen za horyzont. Trzeba tylko zrobić krok, by zacząć iść tym szlakiem...
https://picasaweb.google.com/lh/myphotos
https://picasaweb.google.com/lh/myphotos
Angie84 pisze:Jeśli i pacjent będzie współpracował i słuchał to pewnie się udaandy67 pisze:chyba że moi ortopedzi i rehabilitanci naprawdę dobrze się spiszą.
Robię co mogęlukka pisze:Życzę powrotu do pełni sprawności. Powrót może kosztować wiele bólu. Trzymaj się Andy.andy67 pisze:ortopedzi i rehabilitanci naprawdę dobrze się spiszą
Ale wiecie co jest najgorsze? Nie ból itp. Najgorsze jest to że co lekarz to nieco inne wskazówki, a rehabilitanci dokładają do tego swoje.
I bądź tu zdrowy
Każdemu jego Everest...




