W końcu pokazało się kilka dni jakiej takiej pogody, nie za przepięknej, ale gdzieś w duszy liczyłam na odrobinę szczęścia górskiego, które czasem mi dopisuje. Może i tym razem ???
Z tą nadzieją spakowałam manatki i pojechałam sama do Zakopanego. Małżonek miał badania przed operacją ręki i musiał zostać w domu.
Ogromna radość mojej gaździny Zosi i chociaż chałupa pełna, bo najechało się ludzisków na skoki narciarskie – to dla mnie pokoik się znalazł.
Znów wspólnie spędzone na pogawędkach wieczory, a nawet obiady na które byłam zapraszana po przyjściu z gór.
W Zakopanem ciapa, brudny śnieg i ślisko.Wystarczyło jednak wyruszyć za miasto, żeby natychmiast wejść w bajeczny świat, który marzył mi się przez prawie trzy miesiące...
Poszłam na spacer do Morskiego Oka. Wprawdzie byliśmy tam na początku listopada, ale to taka ni to zima ni to jesień.
Teraz w białej otulinie i przy zamarzniętym stawie wygląda zupełnie inaczej.
Zima, to jednak magiczny czas.
1.

2.

Ten piękny słoneczny dzień na początek, wprawił mnie w doskonały humor. Spodziewałam się sporej ilości ludzi – jak zwykle na tym szlaku, a tu o cudzie …. ruch niewielki....
Szłam sobie w ciszy i spokoju, mrucząc pod nosem ulubione piosenki i melodie m.in. pieśń Chóru Niewolników z opery Verdiego – pt. Nabucco.
Bardzo lubię ten utwór i zawsze mi się przyczepi jak sama idę, lub jadę samochodem .
Tu w przesympatycznym wykonaniu Kambodżańskich i Tybetańskich Dzieci – z koncertu z Pavarottim moim ulubionym ...
https://www.youtube.com/watch?v=_oGGwDftODc
Powinnam raczej nucić jakiś utwór anielski, bo na tak pięknym szlaku czułam się właśnie niebiańsko, tym bardziej, że i takiż widok mi się ukazał na horyzoncie.
3.

4.

5.

Mimo że słońce odbywało swoją zimową wędrówkę za Mięguszami, postanowiłam posiedzieć nad stawem. Nie za bardzo ciepło w cieniu , ale nie wiało.
Było tak cudnie, że nawet nie czułam zimna.
Usiadłam na oczyszczonej ze śniegu poręczy i zaserwowałam sobie niezłą krioterapię – zimne jak lód piwo, taką samą przekąskę, a na koniec lodowaty jogurt. Myślałam, że moje organy wewnętrzne i gardło tego nie wytrzymają, ale dały radę - przeżyłam w zdrowiu i wielkim szczęściu.
6.

Tyle razy oglądany widok, a zachwyca za każdym razem tak samo.
7.

Ostatnia chyba okazja, żeby zobaczyć jeszcze odbicie Żabiej Grani przed całkowitym zamarznięciem Morskiego Oka.
8.

W kolejnym dniu wiał halny.... może nie bardzo mocno w porównaniu do ostatniego listopadowego – ale chmurzyska wiszące nad górami i lodowe szlaki na dodatek, skutecznie zniechęcały do pójścia choć odrobinkę wyżej. Żeby nie siedzieć w chałupie cały dzień – tylko mały spacerek na Kalatówki i na tym koniec.
Wyjątkowo szybko zaczął się wiatr uspakajać , z czego najbardziej cieszyli się organizatorzy i kibice skoków narciarskich, których zjechało do Zakopanego bardzo dużo. Na ulicach świąteczną, sportową atmosferę było widać, słychać i czuć.
9.

Lubię takie rzeczy, ale na krótko, więc uciekłam od tego ulicznego zgiełku do cichutkiej Doliny Białego Potoku,
10.

a potem jeszcze na dokładkę do Strążyskiej.
11.

12.

Wszystkie szlaki wyglądały tak :
13.

Tu Ścieżka pod Reglami, ale Kościeliska identyczna na całej długości – w Strążyskiej i Białym Potoku niewiele lepiej.
Niedziela była niezbyt ładnym dniem, pochmurnym, choć dość ciepłym. W taki dzień można nadrobić zaległości w zwiedzaniu ciekawszych miejsc w Zakopanem. Żeby nie wypaść z formy, poszłam pieszo do sanktuarium na Krzeptówkach. Byłam tam wprawdzie, ale dość dawno.
Po drodze wstąpiłam do Koliby, gdzie miły dla liczykrupy fakt – w niedzielę wstęp za darmo
14.

- bardzo ciekawa wystawa karykatur, autorstwa Kazimierza Sichulskiego i o dziwo - sporo zwiedzających. Przeważnie chodzimy sami po muzealnych salach – a tu kilka osób się skusiło.
15.

Sanktuarium na Krzeptówkach zadziwia pięknym wystrojem, wnętrzem rzeźbionym w góralskim stylu, w drewnie
Niedawno były święta, więc jeszcze i szopkę można obejrzeć.
Trochę wprawdzie orginalna – taki tryptyk z trzema papieżami …, ale ładna.
16.

Zejście na dół, do papieskiego ołtarza przypominało tor bobslejowy – ale polazłam, w dodatku bez raczków, których mi się nie chciało zakładać na tak krótko.
Z powrotem wyszłam po murku i krawężnikach.
Tu pustki, bo nie było chętnych do takiej gimnastyki, więc bez krępacji kombinowałam jak koń pod górę z samymi kijkami
Na niedzielny obiad i nie tylko
Biedna, chora i to mocno – nie mogłyśmy i tym razem obie połazić..... co za pech...
Niezbyt ładny dzień też można miło spędzić, jak się ma takie wspaniałe towarzystwo
Poniedziałkowy poranek też optymizmem nie napawał...mglisto, trochę przejaśnień … nie wiadomo co się z tego rozwinie.
No to kolejny spacer – niezawodnie piękną o każdej porze roku Doliną Kościeliską. Wprawdzie w ostatnich czasach zmaltretowana, ale liczyłam, że będzie litościwie okryta śnieżną kołderką.
Nie była.
Do Polany Pisanej przymglony krajobraz, ale dalej piękne, błękitne oko – co mnie samą wprawiło w zdumienie, bo nic nie wskazywało na taki cud pogodowy.
17.

18.

W słoneczku ciepło, więc do schroniska nie wchodziłam, rozłożyłam bety na ławie. Konsumowałam przyniesione pyszności i napawałam się widokami, oraz niespodzianką pogodową.
W pewnym momencie usłyszałam przepięknie, czysto wykonywaną kolędę na flecie. Potem drugą i kolejną ... Rozejrzałam się i zobaczyłam klęczącą na śniegu dziewczynkę z fletem – zupełnie jak z obrazu Wyczółkowskiego.
Słuchałam chwilę jak zaczarowana i musiałam podejść, żeby jej powiedzieć, ile mi przyjemności sprawiła swoją grą. Zrobiło się tak jakoś …. trudno mi nawet określić ….nieziemsko , ciepło, świątecznie ....
Zosia z mamą przyjechała z Wrocławia, a na flecie nauczyła ją grać właśnie mama. Zdolna dziewczyna, aż żal, że nie kształci się w szkole muzycznej.
19.

20.

Tu widać, gdzie kończy się Błękitne Oko Opatrzności... dalej już zimna mgła .
21. 783

Mojej gaździnie musiałam pokazać fotki, bo za nic nie mogła uwierzyć w taką pogodę
W Zakopanem było nieźle, ale słońce nie pokazało się nawet na chwilkę, a o lazurowym niebie można było tylko pomarzyć....
I kolejny mglisty poranek..... ale spacer po dolinkach w takich warunkach też ma swój urok.
Poza tym bardzo rzadko mam okazję popatrzeć na znane widoki zza takiej woalki..
22.

23.

Nawet mi się podobały, choć potem się rozpogodziło.
24.

Szkoda mi było wracać, więc jeszcze zajrzałam do Jaworzynki.
25.

26.

W dniu wyjazdu biały puch przykrył zakopiańskie brudne chodniki, zrobiło się biało i pięknie.
I znów było mi żal wyjeżdżać.....
Jak zwykle zresztą, mimo, że ranek znowu zamglony.
27.

Z niewielką nadzieją, że coś zobaczę, poszłam popatrzeć na Tatry z Antałówki.
28.

Nie zawiodły ...pożegnały mnie pięknym pokazem chmur.
Do zobaczenia wkrótce
Ala
Panoramki:








