Naprzeciw halnemu.
Miałem spotkać się z grupą znajomych osób w Tatrach. Jako, że miało to być spotkanie raczej bardziej integracyjne i niektórzy przyjeżdżali z dziećmi, więc nie spodziewałem się wiele pochodzić po górach, tym bardziej, że zaplanowany termin to listopad. Nie spodziewając się w tym okresie dobrej pogody, nie rezerwowałem sobie miejsca w schronisku. Cały czas nie byłem pewien, czy pojadę, choć spotkanie z ludźmi, których nie widziałem już jakiś czas, a niektórych znałem tylko wirtualnie, pociągało mnie.
Kilka dni wcześniej w Tatrach spadł śnieg. Miejscami było go nawet 40 centymetrów. Kiepsko.
Wyjechałem jednak i to trzy dni przed spotkaniem. Byłem od pięciu dni na emeryturze, więc zdecydowałem się. Pomyślałem, że dobrze mi taki wyjazd zrobi. Na miejscu, czyli w schronisku Roztoka, miejsce w pokoju dla mnie się znalazło. Ogólnie było cicho i spokojnie. No, może nie całkiem cicho, bo wiejący od kilku dni halny robił swoje. Ale w schronisku było super. Dziewczyny ze schroniska, które znałem od kilku lat, swoimi uśmiechami umilały pobyt. W między czasie zorientowałem się, że raki i czekan, który zabrałem na listopadowe warunki będą raczej zbędne. Następnego dnia miałem gdzieś wyruszyć. Zaplanowałem pójść do Doliny Pięciu Stawów Polskich, gdzie nie spodziewałem się wielu ludzi z powodu zamkniętego schroniska. Dalsze decyzje miały zapaść później.
Rano – pogoda taka sobie. Wiało, ale było ciepło. Pożegnałem wzrokiem polanę i w drogę.
Dolina Roztoki była pusta. Tylko wiatr hulał wysoko po szczytach i wybujałych świerkach. Niekiedy trzaski i pojękiwania starych pni zdawały się jakby odwieść mnie od samotnej wędrówki. Szedłem jednak, nie spiesząc się. Szum wiatru i potoku towarzyszył mi przez znaczą część drogi. Dawno tu nie widziałem takiego opustoszenia. Popularny szlak był tylko dla mnie. Momentami ukazująca się grań Wołoszyna osuszona już z niedawnego śniegu spoglądała na mnie dość złowrogo. Gdy wyszedłem poza granicę lasu ukazała mi się cała jego grań, Buczynowa Dolinka, Granaty, Czarne Ściany, Kozi Wierch. Znany, piękny widok. Po drugiej stronie Świstowa Czuba pochylała się zerkając na samotnego śmiałka. Wiatr spotęgował się. Zrobiło się zimniej. Minąłem Siklawę i wyszedłem nad stawy.
Wiało. Fale szumiały rozbryzgując się o kamienisty brzeg. Brunatne trawy pokładały się, ale wyglądały pięknie i nadawały kolorytu ogólnemu obrazowi. Zastanawiałem się dokąd pójść. Minąłem odejście szlaku na Krzyżne. Tam nie poszedłem, choć brałem to miejsce pod uwagę. Kroczyłem doliną dalej. Wolną przestrzeń otaczały ciemne ściany. Nie oświetlał ich ani jeden promyk. Ciemne chmury sprawiały wrażenie, że wszystko dookoła staje się coraz groźniejsze. Minąłem odejście na Kozi Wierch i szedłem dalej. Liptowskie mury, czyli tam, gdzie powinno już pokazywać się słońce kłębiły się razem z chmurami. Ciemne wody stawów były coraz niżej, a góry schodziły do mnie powolnym krokiem.
Przede mną ciągle wyrastał Gładki Wierch. Pamiętam, jak tam bywałem. Ostatnio nie schodzę poza szlaki, ale ten może nie największy, ale piękny w swym kształcie szczyt pociągał mnie znowu. Ścieżka na Szpiglasowy i Zawrat nie przyciągnęła mej uwagi. Już wiedziałem, gdzie pójdę. Może zadecydowały wspomnienia, może rozbudzona chęć wejścia tam, gdzie nie wolno. Przeciwstawiłem się swojemu postanowieniu i zapragnąłem pójść właśnie tam. Byłem sam. Powiedziałbym, że czułem się samotny. Listopad, środek tygodnia, nieczynne minione schronisko. Wokół tylko trawa i głazy, a wyżej granie. Nie odnalazłem od razu ścieżki. Trochę się błąkałem, ale kierunek znałem. Mijałem potoki i wchodziłem coraz wyżej. Nawet kamienie nie były tam samotne – tylko ja. Co mnie tam ciągnęło? Przecież nie wiatr, który coraz zimniejszy i mocniejszy wiał od południa wprost na mą rozgrzaną twarz. Szedłem, jak kiedyś ku samotnemu rozkoszowaniu się miejscem bliżej nieba, bliżej siebie. Gdy natknąłem się na ścieżkę wszystko przyśpieszyło. Obłoki spływały zza grani, a ja ku nim podążałem.
Stanąłem na przełęczy. Wiatr, który szalał z prędkością 30m/s chciał mnie zrzucić. Musiałem się mocno zapierać, a niekiedy kucać, by nie uniósł mnie w dolinę. Stałem dość długo. Serce biło mocniej. Przeżywałem już takie chwile i jednak one są mi nadal potrzebne. Nie wiem dlaczego? Nie wiem, co powoduje, że dla tej adrenaliny oddaliłem się od ludzi i stojąc tam patrzałem w dal i przeszłość, która z szybkością halnego przelatywała w mym umyśle.
Poszedłem dalej. Zszedłem na przełęcz Zawory. Byłem tam kiedyś. Był przepiękny wieczór i zachodziło słońce. Nie miałem jednak wtedy czasu, aby przyjrzeć się temu ukrytemu zakątkowi Tatr. Teraz stanąłem i szukałem promyków słońca. Delikatnie przebijały się przez chmury i witały mnie. Tylko ten wiatr. Cieszyłem się, że znalazłem się w tym miejscu po 20 latach. W dolinach zieleniły się świerki, a ja stałem w szalejących i trzęsących się z zimna złotych trawach. Nawet ptaki tam nie docierały w taką pogodę, a ja …. Ja stałem, jak ten samotny drogowskaz opierający się żywiołom.
Pora była wracać. Wiatr wiał w kierunku zbocza, co upewniało mnie, że trawersując stok nie spadnę w dół. Gorzej było przy próbie wejścia na Gładki Wierch. Ścieżka wiodła skrajem stoku i wiatr wiejący od południa napierał w stronę ekspozycji. Zrezygnowałem. Zbyt duże ryzyko, gdy nikt tu nie chodzi. Postałem znowu na Gładkiej przełęczy i ruszyłem w dół. Chciałbym jeszcze tam postać. Chciałbym …
WSPOMNIENIA WŁÓCZĘGI
Kilka razy już czytałam...pięknie piszesz.
W tym roku będąc w Brncalce naszła mnie podobna myśl. To był ostatni, dziesiąty dzień pobytu, przyszła pora się pożegnać, z górami, z przyjaciółmi. Za wielkim, panoramicznym oknem padał deszcz a ja sobie pomyślałam że chciałabym pójść tam pod skałę, zwinąć tak w kłębek gdzieś tam w kosówce i tak jeszcze poleżeć...włóczęga pisze:Chciałbym jeszcze tam postać. Chciałbym …


