Jeśli myślicie, że będzie górska, to się częściowo mylicie ...., ale tylko częściowo.
Jako człek typowo wyżynny z odchyleniami górskimi, postanowiłem wbrew naturze objawić się jako masochista i zmienić kierunek wakacyjnych wypadów - co czynię od paru ładnych lat - na stricte północny.
Wakacyjna pogoda na południu Polski nie zachęcała do udania się w te rejony, więc północ, a konkretnie najbardziej wysunięty w tym kierunku kawałek naszego przepięknego kraju wydawał się trafnym wyborem.
Także będąc nastawiony na klasyczne lenistwo i wypoczynek przemierzałem nocą, szosy szybkiego ruchu i autostrady ( dzięki Tuskowi ) zbliżając się powoli do celu.
Będąc w pobliżu miasta Heweliusza popadłem w lekką depresję. Nie wiem czy spowodowaną odległością od miejsc które chętnie odwiedzam, czy może tym, że w pewnym momencie znalazłem się na "szczycie" położonym poniżej poziomu morza.
Poranek nad morzem przywitał mnie piękną pogodą i dosyć dużą dawką jodu, co spowodowało, że musiałem zneutralizować ją substancjami nikotynowo-smolistymi.
No cóż, pogoda była nieporównywalna do tej na południu Polski. Słońce, słońce i jeszcze raz słońce, chociaż wytchnienie od palących promieni przychodziło sukcesywnie, aczkolwiek rzadko.
Na wybrzeżu opanowałem dwa szlaki, ten w lewo i ten w prawo. Szlakiem na wprost odważyłem się, ale tylko kilkadziesiąt metrów - trudny.
Dodam jeszcze, że nie było tak płasko jak by się wydawało w nadmorskiej krainie. Codziennie musiałem pokonywać kilkakrotnie próg piaskowy o wysokości około 30 m, zwany klifem - piękna sprawa.
Napotkałem też krajobrazy porównywalne do bieszczadzkich, czy beskidzkich ( to właśnie ten górski akcent ), a było to w pewnym jarze zwanym Lisim. Odkryłem to miejsce dzięki temu, że wcześniej na plaży miałem potyczkę z dwoma żubrami, pokonując je jedną ręką.
Jednego z bardziej pochmurnych dni, zapragnąłem zobaczyć foczki, ale nie te co codziennie spotykałem na plaży, .... takie prawdziwe. W tym celu udałem się w miejsce gdzie wszelakie ptactwo na czele z wronami, robi tzw. "w tył zwrot".
Odwiedziłem też pewne portowe miasto do którego nie docierają autobusy na szelkach, ale za to jeżdżą takie podobne do naszej regionalnej, czy intercity.
Miasto jak miasto, dużo ludzi ( jakiś jarmark był, czy cóś ) dużo straganów i bilbordów, zasłaniających co ładniejsze do focenia miejsca.
Zdegustowany wielkomiejskim gwarem powróciłem w turystyczne piaszczyste rejony, delektując się pięknym zachodem słońca paskudzonym tzw. lampionami szczęścia, wypuszczanymi stadami w powietrze. Później rano, te wątpliwej urody gadgety rodem z Chin, morskie fale wyrzucały na brzeg, co wyglądało jakoby w nocy grasowało stado "kopulantów" używających kolorowych prezerwatyw.
Pety, puszki, butelki i inne gadgety to nieodzowny obrazek porannej plaży. Naprawdę trzeba bardzo uważać, żeby nie wdepnąć w wyżej wymienione akcesoria.
Ogólnie jestem zadowolony z pobytu, wypoczęty, wyleniuchowany i strzaskany na machoń..
Dziękuję za uwagę i polecam kilka zdjęć.
1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

28

30

31

32 Ruiny Gdańska

33

34

35 zorza ?

36

37

38

39

40 Potwór z Loch Ness





